Zdzisława Sośnicka – Tańcz, choćby płonął świat

Tancz_chocby_plonal_swiat

Powroty, zwłaszcza długie są bardzo niebezpieczne. Nakręcany balon oczekiwań może doprowadzić do dużego rozczarowania. Szczególnie dotyczy to artystów mniej popularnych w obecnych czasach. Do grona tych wielkich powracających dołącza Zdzisława Sośnicka – jedna z najbardziej wyrazistych wokalistek polskiego popu lat 70. i 80. (przeboje „Aleja gwiazd” czy „Julia i ja”), która przypomina o sobie po 16 latach przerwy. Jak wyszło?

Od strony producenckiej artystkę wsparł Romuald Lipko, współtwórca legendarnej Budki Suflera, a całość jest pełna elektroniki, jednak nie idzie w stronę plastiku. Słychać to mocno w tytułowym utworze, pełnym przestrzennych dźwięków, przeplatanych smyczkami oraz delikatną gitarą elektryczną (pod koniec wyrazistsza). Jest troszkę patosu, ale efekt jest porażający. Nie brakuje pięknych utworów (gitarowe „Chodźmy stąd” z perkusją a’la lata 80., ciepła ballada „Ta sama” z dominującym fortepianem oraz poruszającym solo skrzypiec czy refleksyjne „Za mało słów”), nastrojowych, pełnych uroku  ballad („Do mnie przyjdź” – ten wstęp pianistyczno-wiolonczelowy, lekko jazzowa „Myliłam się” czy finałowa „Dobranoc, Ziemio”) czy pomysłowych wtrąceń (wokalizy i sitar w „Nie żałuj tych lat”).

Żeby jednak nie było słodko, mi nie do końca pasował dynamiczny i troszkę dyskotekowy (w pejoratywnym znaczeniu) „Sen”. Także „Pamiętaj to co dobre” brzmi dość archaicznie i tandetnie (syntezatory brzmią słabo, aczkolwiek podobać się może gitara).

Wokal Sośnickiej jest silny, pełen pasji oraz przyjemny w odsłuchu, a teksty (m.in. autorstwa Jacka Cygana, Andrzeja Mogielnickiego, Pawła Mossakowskiego czy Artura Andrusa) unikają banału jak ognia, nadając całości szlachetnego rysu. Elegancki pop, który ogólnie brzmi dobrze i jest skierowany dla wyrobionego oraz dojrzałego odbiorcy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – 1989

1989

Coverowanie utworów to praktyka powszechnie znana i nie jest niczym nowym. Jednak 40-letni amerykański gitarzysta i wokalista, Ryan Adams wspiął się na wyżyny coverów. Bo postanowił nagrać własną wersję… całej płyty. I to nie byle jakiej, bo „1989” Taylor Swift, a cała płyta jest do przesłuchania na YouTube.  Jak pop przerobić na rock?

Adams sam przyznał, że chciał zrobić coś w stylistyce The Smiths oraz Bruce’a Springsteena. Wokalista ma głos podobny do Bossa, co słychać w openerze „Welcome to New York”, nadając mu styl rocka z lat 70., a pod koniec gitara współgra razem z elektronicznymi smyczkami. Drugim szokiem jest akustyczne „Blank Space” z cichym głosem Ryana, pod koniec idące w…  country. Im dalej, tym ciekawiej. Garażowe „Style”, melancholijne „Out of the Woods” (w połowie akustyczne, w połowie nie), ocierające się o czasy świetności U2 „All You Had to Do Was Stay” (ten bas i tempo), wyciszone „Shake It Off” z łagodnymi klawiszami czy stonowane i przestrzenne „Bad Blood”. Każdy z utworów to niespodzianka, ale mimo spójnej estetyki nie ma miejsca na nudę.

Nie pamiętam sytuacji, żeby jeden artysta dokonał coveru całej płyty. Adams każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem i wychodzi mu to tylko na zdrowie.  Fani Taylor Swift przeżyją szok i może dojdzie do tego, że Ryan Adams przebije się dzięki nim do szerszego grona odbiorców.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – In Dream

In_Dream

Brytyjski Editors przeszedł na przestrzeni lat nieprawdopodobną ewolucję. Gitarowe, brudne granie inspirowane Joy Division, powoli zastępowało pop-rockowe granie oraz synthpopowa elektronika. Po odejściu gitarzysty Chrisa Urbanowicza, trzeba było wymyślić się od nowa. „The Weight of Love” spotkało się z ciepłym przyjęciem dwa lata temu, ale teraz nawet najwięksi fani mogą nie być przygotowani na „In Dream”.

Już otwierający całość „No Harm” zapowiada zmianę estetyki i pójście w kompletną, syntezatorową podróż. Wyprawa ta jest pełna mroku, niepokoju oraz tajemnicy. Powolne uderzenia perkusji oraz nakładające się pasaże są bardzo sugestywne. Nie zabrakło też numerów bardziej do tańca (pianistyczny wstęp i szybsza perkusja oraz marimba w „Ocean of Night” czy troszkę pokręcony „Life Is a Fear”), nie zapomina się o gitarze elektrycznej, zepchniętej na drugi plan (pulsujący „Forgiveness”). Jeszcze utkwiło mi w pamięci smyczkowe „Salvation”, które wybijało się od reszty synthpopowych dźwięków oraz troszkę spokojniejsze „At All Cost”.

Na pewno jest to przebojowy materiał, jednak to nie jest Editors jakie polubiłem z czasów początku swojej drogi artystycznej. Gitarowe, gniewne i mroczne. Został tylko mrok i chwytliwość.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Get Up!

Get_Up_2015

Sympatyczny Kanadyjczyk w zeszłym roku przypomniał o sobie nagrywając składający się z coverów „Tracks of My Life”. Jednak fani cały czas czekali na płytę z nowym materiałem, autorskim. Wreszcie po upływie roku pojawia się nowy materiał Adamsa, za którego produkcję odpowiada Jeff Lynne – frontman legendarnego zespołu Electric Light Orchestra.

Brzmienie Lynne’a jest bardzo łatwe do rozpoznania, dzięki charakterystycznym uderzeniom perkusji oraz delikatnej, choć nie pozbawionej przebojowości gitarze, przypominającej czasy świetności rock’n’rolla (lata 50. i 60.). Słychać to już w szybkim, singlowym „You Belong To Me”. Nie brakuje jednak bardziej garażowej gitary („Go Down Rockin'” czy spokojniejszy „We Did It All”), klaskania („That’s Rock And Roll”), delikatnego smęcenia („Don’t Even Try”), a nawet pojawia się sitar („Do What You Gotta Do”). Co najważniejsze, mimo spójne stylistyki, nie czuć znudzenia, a było o to bardzo łatwo. Jest nostalgicznie, bardzo radiowo (nie jest to wada) i zdecydowania dla fanek Adamsa.

Głos Kanadyjczyka idealnie sprawdza się w tej estetyce. Chociaż słychać wiek, to nadal zachował wigor i energię, która go nie zawodziła. Na sam koniec dostajemy jeszcze 4 utwory w wersja akustycznych, gdzie jest tylko Adams i gitara. Nowych fanów Bryan raczej nie zdobędzie, chyba ze lubią takie nostalgiczne granie. Cała reszta powinna wyjść zachwycona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Habakuk i Kalokagathos – Regrowth

Regrowth

W Polsce jest reggae na nowo stało się popularne, co w sporej części było zasługą niejakiego Kamila Bednarka. Jednak przed nim też ta muzyka była grana, choćby przez zespół Habakuk. Grupa tym razem wsparta przez grający etno zespół Kalokagathos (siedem dziewczyn, akordeon i perkusja)stworzyli nietypową płytę.

Już singlowe „Siadaj nie gadaj”, które otwiera całość daje nam przykład, czego się należy spodziewać – uwspółcześnionych pieśni folkloru z całego świata. Gitary elektryczne, reggae’owe pianino zmieszane z pięknymi głosami dziewczyn tworzą prawdziwą petardę. Mieszanka okazuje się świetna, energetyczna i przebojowa. Szybka „Tumala”, spokojniejsza i chwytająca za gardło „Zoriuszka”, reggae’owa „Baba w piekle” czy „Oj Devojko Duso Moja” – w zasadzie mógłbym wymienić każdy z utworów znajdujących się na płycie, a efekt byłby taki sam. Każdy z utworów robi ogromne wrażenie pokazując, że muzyką ludową można się pobawić. Nawet elektronika wydaje się naturalnym instrumentem (taneczna „Jakhana Jakhana”), aczkolwiek kończące całość 4 remixy w wersji dubstep mogą wywołać irytacje.

Habakuk z Kalokagathosem nie odkrywa niczego nowego, ale widać ogromną frajdę i przyjemność ze słuchania. Takie miksy zawsze sprawiają dobre wrażenie i wyciągają zakurzoną muzykę z muzeów oraz skansenów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blackmore’s Night – All Our Yesterday

Blackmores_Night__All_Our_Yesterdays_2015

Richie Blackmore razem ze swoją żoną Candice Night dalej bawi się w średniowiecznego minstrela. Dwa lata po nieźle ocenionej płycie „Dancer and the Moon”, postanowił zaatakować ponownie. Czy należy spodziewać się poważniejszych zmian?

Raczej nie. Już otwierający całość utwór tytułowy brzmi znajomo – akustyczne gitary, bębenki, smyczki i flety – cały średniowieczny entourage pozostaje w całości niezmieniony, ale sama kompozycja jest na tyle skoczna, że sprawdza się dobrze. Nie brakuje utworów instrumentalnych (chwytliwe „Allan Yn N Fan”, gdzie wreszcie odzywa się gitara elektryczna – łagodna, ale jednak, bardziej refleksyjne „Queen’s Lament” czy „Darker Shade of Black” z wokalizą Night, organami oraz popisówą innych instrumentów. BTW, czy tylko mi troszkę przypomina „Air Ludwiga van Beethovena?), ale i piosenek, których większość to covery. Z nich najlepszy jest „Moonlight Shadow” (przestrzenny i ciepły głos Night porusza, a aranżacja jest naprawdę porządna) oraz niemal akustyczny, ale bardzo epicki „I’ve Got You Babe”. Jest jeszcze autorski „Where Are We Going From Here” z piękną wstawką instrumentalną w środku.

Grupa nie zmieniła stylu, ani estetyki i troszkę szkoda, że za mało rocka w tym wszystkim. Liczyłem na mocniejsze wejście Blackmore’a, ale tak też jest dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

RPWL – RPWL Plays Pink Floyd

RPWl_Plays_Pink_Floyd

Niemiecki progresywny zespół RPWL to jedna z grup, która pozostaje mocno pod wpływem późnego Pink Floyd, ma jednak własny wyrobiony styl. Tym razem grupa postanowiła nagra tribute album wobec zespołu Watersa i Gilmoura, jednak robi to po swojemu.

Punktem wyjścia była trasa Pink Floyd „The Man and The Journey” z 1969 roku, gdzie grupa zaczęła grać swoje pierwsze konceptualne kompozycje. Oficjalnie takiej płyty nie wydano, lecz kompozycje te trafiły na płyty A Saucerful Of Secrets, Ummagumma i More. I to te utwory znalazły się na tej płycie koncertowej. Kompozycji jest siedem i trwają razem ponad godzinę. Na początek dostajemy pierwszy singiel grupy „Arnold Layne”, napisany przez Syda Barretta. Przebojowy, z mocnymi uderzeniami perkusji, rock’n’rollową gitarą oraz przestrzennymi klawiszami, z mocnym głosem Yogi Langa. Potem zostajemy zaatakowani przez 17-minutowy „Embryo” z kapitalnymi riffami, kosmicznymi klawiszami oraz silną sekcją rytmiczną. Coś magicznego i psychodelicznego. Kontrastem jest najkrótszy „Green Is The Colour”, ale brzmi bardzo przyzwoicie. Dalej są dwa kolosy: 11-minutowa suitę „Atom Heart Mother” z potężnym wstępem oraz 19-minutowy „Fat Old Sun”. Obydwa utwory są popisami muzyków, którzy po prostu czują ducha brytyjskiej formacji. Na koniec dostajemy krótsze (w przeciwieństwie do kolosów: „Let There Be More Light” oraz „The Narrow Way”.

Co najważniejsze, tych wersji nie usłyszymy nigdzie indziej, nawet na płytach Pink Floyd. Dlatego jeśli ktoś chciałby rozpocząć z dokonaniami zespołu Gilmoura oraz Watersa, nowe RPWL jest idealnym wyborem.

8/10

Radosław Ostrowski

Bartłomiej Oleś & Tomasz Dąbrowski – Chapters

Chapters

W Polsce jazz rozwija się bardzo dobrze i ciągle pojawiają się albumy muzyków zdolnych do skupienia uwagi całego świata. Tym razem do spotkania dwóch doświadczonych muzyków – perkusisty Bartłomieja Olesia (tworzy świetny duet z bratem Marcinem – kontrabasistą) oraz trębacza Tomasza Dąbrowskiego. Teraz spotkali się, by nagrać nowy album – „Chapters”.

Jest to muzyka długa, wyciszona i improwizowana, co słychać w prawie 10-minutowym „Remote Horizon”. Zaczynającym się od dziwnie brzmiących uderzeń perkusyjnych oraz sporadycznie i cichutko grającej trąbki. Wtedy w połowie bardziej odzywa się perkusja, nadająca specyficznego klimatu, do której dołącza znowu trąbka. Znacznie żywszy jest „Thing & Nothing” z dynamiczniejszymi i ciągłymi uderzeniami perkusji, zachowującymi jednak spokój oraz żywiołowej grze trąbki, które pod koniec ulegają przyspieszeniu. Czasami trąbka brzmi bardzo nieprzyjemnie („One Houndred Fourteen”, gdzie perkusja pojawia się dopiero w połowie), czasem zgrywa się z perkusją jak w „Displacement” z werblami, potem perkusja łagodnie uderza wszędzie, ale sama kompozycja jest dość senna. Obydwa instrumenty grają pierwsze skrzypce, ale działają też solo, chociaż bardzo rzadko („Prologue”, oparte tylko na uderzeniach perkusji).

Trąbka Dąbrowskiego współgra z perkusją Olesia, chociaż spore grono kompozycji jest dość wolnych i rozbudowanych. Nie brakuje tutaj eksperymentowania czy udziwnień (przerobiona trąbka na początku „Overtune”), a niektóre improwizowane utwory działają dość monotonnie, ale wystarczy kilka przesłuchań, by zachwycić się „Chapters”. Bo to naprawdę dobra muzyka.

7/10

Radosław Ostrowski

Dave Hunt – Whiskey and Demons

Whiskey_and_Demons

Kolejny muzyk bluesowy, który gra na harmonijce ustnej i śpiewa. Dodatkowo jest Brytyjczykiem, ma zgrany zespół (gitarzysta Mick Simpson, perkusista Pete Nilson oraz klawiszowiec, basista i producent Andy Littlewood), by pójść w stronę bluesowego grania. Album „Whiskey and Demons” potwierdza słuszność tej ścieżki.

Że będzie ciekawie to zapowiada opener „Little Red” – zadziorna gitara, sprawna sekcja rytmiczna oraz dęciaki w tle. Nie brakuje też wspomnianej harmonijki ustnej (skoczne „Mississippi Blues”), szybkich oraz klasycznych riffów, żwawego tempa („Roadhouse Rosie” czy instrumentalny „Downhill Shuffle”), wolniejszy rytmów („Broken Promises”). Muzycy grają swoje i znają się na robocie, czasami zahaczając o folk (banjo w „Sold Me Down The River” czy akustyczny „Words Unsaid”), jednak robią to rzadko.

Co najważniejsze, całość jest bardzo spójna, przypomina ducha klasyki z lat 60., tylko zrealizowanej tu i teraz. Głos Hunta jak i jego gra na harmonijce to cudo. Dobre, uczciwe i pełen energii podejście do bluesa. No i fajnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Frontside – Sprawa jest osobista

Sprawa_Jest_Osobista

Zespół Frontside to jedna z legend polskiego metalcore’u, czyli agresywnego i ciężkiego grania gitarowego. Grupa pod wodzą Aumana w tym roku wydała album „Prawie martwy”, który był przyjemnym albumem. Utwory te zostały nagrane jeszcze w trakcie pracy nad poprzednim materiałem, więc postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zaczyna się od krótkiego, ale mocnego wejścia, czyli „Tych kilka słów”. Przesterowana i grająca jak echo gitara elektryczna, mroczne głosy i ciężka perkusja. Potem jest dynamiczne, ostre łojenie z wyrazistym głosem Aumana, zgrana sekcja rytmiczna, a wszystko niepozbawione melodyjności. Czasami jeszcze pojawią się dęciaki („Wszystko albo nic” czy spokojniejsza, garażowa „Ewolucja albo śmierć” z wokalem Piotra Roguckiego), agresywny wokal („Jestem” z growlingiem w refrenie), wolne uderzenia zmieszane z ostrymi gitarami („Mieć czy być”) i pędzenia na złamanie karku („Legenda” z bardzo niskim głosem).  Całość jest tak równa i ostra, a teksty krytycznie i dosadnie mówiące o naszej rzeczywistości.

Frontside poszedł w hard rocka, z naciskiem na hard. Razem z „Prawie martwym” stanowi solidną porcję mocnego rocka. I to takiego, którego nie musimy się wstydzić.

8/10

Radosław Ostrowski