Eksperymentalny pop – tak można określić muzykę Julie Holter. Amerykanka sama pisze, komponuje i produkuje, czyniąc ją jedną z bardziej autorskich artystek muzyki alternatywnej. Najnowszy, czwarty album tylko to potwierdza.
Wsparta przez producenta Cole’a Marsdena tworzy intrygującą mieszankę. „Feel You” to mieszanka klawesynu, smyczków, perkusji oraz wokalu działającego jak echo. Bardzo przyjemne i nieszablonowe. A im dalej tym ciekawiej i dziwaczniej – jazzowy kontrabas zmieszany z elektroniką (energetyczne „Silhouette”, które pod koniec atakuje mroczniejszymi dźwiękami), mroczne i wolno grające skrzypce (melancholijny „How Long?”), rozpędzone dźwięki dzwonka i fortepian („Lucette Stranded On The Island”), nakładające się eteryczne chórki oraz saksofon (walczyk „Sea Calls Me Home”) – co utwór to niespodzianka i zaskoczenie, które oddziałuje na wszystkie zmysły. Nawet pojawia się tu psychodelia (pokręcony „Vazquez”) i jest to tak postrzelone i bogate, że nie miałem poczucia przesytu.
Do tego jeszcze intrygujący wokal pani Holter oraz teksty, tworzące niesamowite wrażenie. Na pewno będę do tej płyty wracał nie raz, bo hipnotyzuje.
Kolejny przedstawiciel muzyki indie z LA. Family of the Year tworzą: Joseph Keefe (gitara), Sebastian Keefe (perkusja), James Buckey (gitara) i Christina Schroeter (klawisze), a każdy z członków udziela się wokalnie. Po wydaniu dwóch płyt (ostatnia z przebojem „Hero” wyszła trzy lata temu), pora powrócić i pokazać coś nowego.
Otwierający całość „Make You Mind” zrywa z folkowym wizerunkiem grupy – elektroniczny pop z domieszką łagodnej gitary, pachnący latami 80. (ciepłe klawisze, mocna perkusja). „Facepaint” jest znacznie cieplejszy i przyjemniejszy w odbiorze, jednak folkowe naleciałości są obecne (lekki „Carry Me”), a całość jest spójnie delikatna, przebojowa i pogodna. Nie brakuje też szybkich numerów („May I Miss You”), zabrudzonej gitary („Give a Little”), ale to tylko ubarwiające drobiazgi do tego dobrego albumu. Brzmi to ładnie, słychać zgranie grupy i pozytywną energię. I to wystarczy.
Disturbed to amerykańska kapela heavy metalowa z Chicago, działająca od połowy lat 90. Tworzą ją wokalista David Draiman, basista John Moyer, gitarzysta Dan Donegan oraz perkusista Mike Wengren. Najbardziej znani stali się dzięki coverom „Shout” oraz „Land of Confussion”. Po pięciu latach przerwy panowie wracają z albumem „Immortalized”.
Wsparł ich producent Chhurko (współpraca m.in. z Ozzym Osbournem, Robem Zombie oraz Papa Roach), jednak przy pracach nie uczestniczył Moyer, którego na basie zastąpił Donegan. Na początek dostajemy krótkie intro, czyli „The Eye of the Storm”, będące mieszanką dziwacznych klawiszy, podniosłego riffu, wprowadzając do mocnego uderzenia w utworze tytułowym. Gitara tnie ze zgrabnością koparki, perkusja ma moc, bas ma metaliczny posmak. Podobnie brzmi singlowy, mocny „The Vengeful One” z łagodnymi wejściami smyków. Dalej też jest ciężko, głośno i ostro – perkusja z gitarą wyczyniają cuda, tylko niespecjalnie zostaje w głowie, bo melodii tutaj dobrej brak. Wyjątkami są jeszcze „Fire It Up” z nieprawdopodobnym riffem, akustyczne „The Sound of Silence” (niestety, w połowie klawisze brzmią nieznośnie patetycznie) oraz zmieniające tempo „Never Wrong”. Ale to troszkę za mało, by nazwać „Immortalized” dobrym.
Mocny i trzymający za twarz wokal Draimana (nadal robi wrażenie) oraz sprawne rzemiosło reszty kapeli to dla mnie nie wystarcza. Jest nieźle, ale stać panów na więcej.
P.O.D. swoją popularność zawdzięcza przebojowi „Youth of the Nation” z płyty „Satellite” wydanej w 2001 roku. Potem gwiazda sławy lekko przygasła i nie był w stanie tego zmienić wydany 3 lata temu album „Murdered Love”. Wsparci przez niezawodnego producenta Howarda Bensona, atakują ponownie. Tym razem udarze pomysł wplecenia przed i po utworze skitów oraz głosów lektora.
Otwierający całość „Am I Alive” zaczyna się zbitką dźwięków oraz głosów z różnych relacji telewizyjnych, a w tle monotonnie gra gitara oraz łagodna perkusja. W okolicach 1:20 gitara i perkusja zaczynają mocniej walić i wchodzi nakładający się wokal Sonny’ego Sandovala, by w zwrotkach uspokoić się (ładna i lekka gitara). Słychać, że to grupa rockowa i nie próbuje bawić się w radiowy pop, jak to było poprzednio, ale nie brakuje potencjału na nowe przeboje (singlowy „This Goes Out to You” czy bardziej orientalny „Rise of NWO” z krzyczanym refrenem). Nawet jeśli pojawiają się spokojniejsze momenty są one bardzo krótkie („Criminal Conversation” z bardziej garażowym refrenem oraz zaciętymi riffami), a „The Awakenings” jest spójnym i stricte rockowym albumem. Nie brakuje wściekłości (mocny początek „Somebody’s Trying to Kill Me” z brudnym basem, łagodzony w zwrotkach czy „Get Down” z dziwacznymi dźwiękami w tle), jazdy na ostro (szybki „Speed Demon”, którego nie powstydziłby się Motorhead oraz „Revolucion” zmieszany z elektroniką oraz… reggae) oraz… jazzowej trąbki (najsłabsze w zestawie „Want It All”).
Końcówka może jest słabsza, jednak wszystko nadrabia finałowy utwór tytułowy. P.O.D. odzyskało wreszcie moc, gra ostro, równo, ale też i bardzo przebojowo. Zdecydowanie lepsza płyta od poprzednika i może ona namieszać.
Legenda brytyjskiego heavy metalu nie odpuszcza. Mimo choroby nowotworowej frontmana Bruce’a Dickinsona, kapela wraca po 5 latach przerwy, robiąc przymusową przerwę. Wspierani przez doświadczonego producenta Kevina Shirleya oraz klawiszowca i basistę Steve’a Harrisa (współproducent), stworzyli dwupłytowy „The Book of Souls”.
Kompozycje tutaj są długie albo bardzo długie i raczej nie będą grane przez radio. Początek jest kosmiczny – przestrzenne klawisze, skromne perkusjonalia, wokal działający jak echo. Po półtorej minuty „If Eternity Should Fail” dołączają gitary oraz perkusja, nadająca tempo oraz rozmach, brzmiąc niczym galop, a pod koniec dostajemy akustyczną gitarę oraz nakładające się głosy Dickinsona poddane przeróbce. Singlowe „Speed of Light” jest bardzo szybkie, perkusja naparza aż miło (zwłaszcza na koncu), gitary tną ostro i tak mija czas. Spokojniej zaczyna się „The Great Unknown” – od niepokojąco monotonnych dźwięków gitar i basu, do których dołączają się równie mroczne klawisze oraz cykająca perkusja. Wszystko zaczyna gęstnieć i nasilać się, by uderzyć z siłą ognia oraz długimi riffami, a na koniec następuje wyciszenie. I pojawia się pierwszy kolos – „The Red and the Black”. Akustyczny początek, gdzie słyszymy gitarę udającą hiszpańskie rytmy jest złudzeniem, bo mamy marszową perkusję oraz riffy, dodatkowo jeszcze wspierane przez zaśpiew. Prawie jak szanta, tylko na wzmacniaczach 🙂 I dzieją się tam szalone rzeczy – przyspieszenia, spowolnienia, klawisze, gitary i patos.
Jeszcze dostajemy dwa takie ponad 10-minutowe kolosy. Utwór tytułowy jest ciężkiego kalibru, jadącym powoli niczym walec, gdzie każdy z instrumentów ma swoje chwile (riffy brzmią odrobinę orientalnie), a w połowie wszystko przyspiesza. Krótsze utwory są skondensowaną mocą Ajronów i pazurem, jakiego dawno nie było. Drugi to 18-minutowy (najdłuższy w karierze zespołu) epicki pianistyczno-smyczkowy „Empire of the Clouds”(rewelacja).
Iron Maiden nie idzie na kompromisy i tworzy ostry, dynamiczny album. Można się wystraszyć czasu trwania (półtorej godziny), jednak nie tylko dlatego jest to świetna płyta. Energetyczna, wciągająca i napisana z poczucia frajdy, ale jednocześnie nie pozbawiona ambicji.
Ta młoda, 35-letnia wokalistka jest uznana za objawienie amerykańskiej muzyki czarnej (soul, r’n’b i blues). Po ostatniej, ciepło przyjętej przez krytyce płycie z muzyką gospel Lizz Wright powraca z kompletnie nowym materiałem, wsparta przez producenta Larry’ego Kleina (współpraca m.in z Joni Mitchell i Tracy Chapman).
„Freedom & Surrender” zaczyna się bardziej jak funky. Charakterystyczna gra gitary, szybka gra perkusji, przyjemny bas oraz ciepłe klawisze. Aż chce się przy tym tańczyć. Równie dynamiczne jest jeszcze pachnące latami 70. „The New Game” czy spokojniejszy „Lean In” z akustyczną gitara oraz świetnymi chórkami w refrenie. Jednak następne utwory też nadają się do tańca, tylko takiego wolniejszego. Taki jest czarujący duet z Gregorym Porterem w „Right Where You Are” oraz delikatnym fortepianem na pierwszym planie. Akustyczne gitary, czułe klawisze czasami skontrastowane z mocnymi uderzeniami perkusji w refrenie („Somewhere Down the Mystic”), a nawet solówka trąbki. Dominuje tutaj bogato zaaranżowany spokój oraz elegancja, która potrafi uwieść, co jest zasługą głosy Lizz.
I tak mija czas przy tych 15 piosenkach, intymnych opowieściach, który porywają i wciągają. Pod warunkiem, ze macie czas.
Walijski zespół Stereophonics z hukiem wszedł w 2013 roku ze znakomita płytą „Graffiti on the Train”, która wchłonęła i poruszyła miliony słuchaczy. Po dwóch latach Kelly Jones i spółka nie spoczęli na laurach i ukazał się ich najnowszy materiał z perkusistą Jamie Morrisonem, który zastąpił Javiera Weylera.
Tak jak i poprzednią płytę, „Keep The Village Alive” wyprodukował duet Kelly Jones/Jim Lowe. I zaczynamy od szybkiego i skocznego „C’est la vie”, które daje mocnego kopa energii. „White Lies” zmienia tempo, jest spokojniejsze, gitara bardziej monotonna wspierana przez fortepian, by w refrenie bardziej pobrudzić i mocniej uderzyć. Egzotycznie gra perkusja w dziwnym „Sing Little Sister”, które troszkę przypominało INXS. Bardziej przebojowy, choć niepozbawiony garażowego riffu jest „I Wanna Get Lost With You”, a piękne jest akustyczne „Song for the Summer” (ach, te smyczki). Niepokojący „Fight or Flight” z dziwacznymi wstawkami elektronicznymi wprawia w dezorientacje, a ostry riff trzyma za twarz (tak samo jak smyczki i dęciaki w finale). Równie dziwny jest świąteczny (to chyba przez te dzwonki) „My Hero” czy pulsujący „Sunny” z instrumentalnym finałem.
Muszę ku swojemu zaskoczeniu powiedzieć, że „Keep The Village Alive” jest godnym następcą poprzednika. Nie wszystkie utwory chwytają od razu, ale z każdym odsłuchem jest coraz lepiej, przyjemniej i nie mniej przebojowo. Bardzo fajniutka płyta.
Muzyk i pianista jazzowy Kuba Stankiewicz ostatnimi czasy mierzy się z muzyką filmową, grana w jazzowej estetyce. Dwa lata temu podjął wyzwania zagrania kompozycji Wojciecha Kilara. Co wyszło z tego połączenia?
Tylko fortepian i muzyka – już bardziej minimalistycznie się nie da. Wybór utworów może wydawać się mało zaskakujące, bo mamy wielką klasykę światową („Portret damy”, „Dracula”), jak i polską („Trędowata”, „Przygody pana Michała”, „Rodzina Połanieckich”). Melodia zostaje zachowana, jednak zmieniono tempo, nadając całości tak lekkiego sznytu, że nie znając tych melodii słucha się po prostu świetnie. Bez względu na to, czy jest melancholijny klimat („Smuga cienia”), odrobina romantyzmu („Kronika wypadków miłosnych” czy dwuczęściowa „Trędowata”), a typowe tempo walca zostaje mocno spowolnione. Stankiewicz się do całego materiału z respektem, nie rozmontowuje tych piosenek na czynniki pierwsze, ale każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem. Niby te utwory znamy, ale Stankiewicz idzie swoją drogą (najmocniej to widać w „Przygodach pana Michała”, gdzie charakterystyczna melodia użyta jako „Pieśń o Małym Rycerzu” pojawia się na samym końcu), co jest ogromnym plusem. Więcej utworów nie podam, bo chce, żebyście sami je odkryli. Jak widać, jazz i muzyka filmowa są dość blisko siebie.
O warszawskiej prog-rockowej kapeli Riverside opowiadałem pisząc o poprzednim albumie „Shrine of New Generation Slave” nie zmieniły się dwie rzeczy – Mariusz Duda nadal śpiewa po angielsku, a zespół czerpie garściami z klasyki gatunku. Nowy album tylko to potwierdza, ale czy jest dobry?
Już sam tytuł jest intrygujący i początek zapowiada kontynuowanie ścieżki poprzednika – zestaw piosenek zrobionych w charakterystycznym stylu grupy. Mocne Hammondy w tle, prosty bas, do którego dołącza łagodna gitara elektryczna i akustyczna – tak gra „Lost”, ciepła i melancholijna ballada, która w połowie zmienia tempo oraz ostrość, dzięki perkusji oraz psychodelicznym klawiszom, serwującym swoje solówki pod koniec. „Under the Pillow” zaczyna się od prostej i zapętlonej melodii granej przez gitarę, do których dołącza zgrana sekcja rytmiczna oraz Hammondy przypominające troszkę Deep Purple oraz lekko orientalna gitara Piotra Grudzińskiego, skręcająca w stronę hard rocka. Mocne, trzymające za gardło dzieło. „#Addicted” zaczyna się od mało przyjemnego basu, wokół którego gra cała reszta, zmieniając tempo i nastrój (melancholijny refren z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłą gitarą), by na samym końcu pojawiła się solówka akustyczna oraz kosmiczne klawisze.
Mechaniczny bas w „Caterpillar and the Barbed Wire”, stanowi tło dla spokojniejszej perkusji oraz pasaży klawiszowca Michała Łapaja. Po drugiej minucie perkusja staje sie bardziej marszowa (w jej rytm grają gitary – to w refrenie). Wtedy następuje wyciszenie, pięknie gra gitara akustyczna, zaatakowana przez mocniejszą elektryczną, a sam koniec dostajemy wspólnie grającą gitarę z klawiszami – coś niesamowitego. Przebojowo zaczyna się najdłuższy „Saturate Me”, gdzie wszystkie instrumenty nakładają na siebie, tworząc mocny kolaż, jakiego nie powstydziłby się Steven Wilson czy metalowe kapele. Wstęp trwa ponad dwie minuty, po czym wszystko się uspokaja, nadając przestrzeni dla klawiszy oraz łkającej gitary. I wtedy Grudziński bardziej skręca swoimi riffami w cięższe rejony, by na końcu uspokoić całość. „Afloat” to kompozycja totalnie cicha, gdzie przewodzi akustyczna gitara oraz towarzyszące po minucie organy. I dostajemy najostrzejszy numer – „Discard Your Fear” z metalicznym basem, dynamiczna perkusją i najbardziej zapętloną gitarą elektryczną na tym albumie, by w finale eksplodować. „Towards the Blue Horizon” zaczyna się od delikatnej gitary akustycznej, by potem dołączyły inne instrumenty (echo wokalu, fortepian, jazzująca perkusja oraz coraz bardziej nakręcająca się gitara elektryczna, zmieniająca się potem w akustyczną). Niemal akustyczny w całości jest „Time Traveller” (poza gitarami słychać tylko bas oraz klawisze, tworzące magię), by pod koniec weszły mocny fortepian oraz gitara, by poruszyć w finałowym „Found”.
Fani zespołu wiedzą, że jest wersja deluxe zawierająca dodatkowe pięć utworów instrumentalnych. Panowie pokazują pełnię swoich umiejętności, a wokal Dudy nadal potrafi ruszyć serce. Riverside nadal potwierdza klasę jako zespół i chociaż koło nie wymyśla od nowa (w rocku progresywnym wszystko już wymyślono), ale nadal brzmi znakomicie. Czyżby mocny kandydat do płyty roku 2015?
O Johnie Mayallu już pisałem, oceniając jego poprzednią płytę. Ojciec chrzestny bluesa brytyjskiego, po zaledwie roku przerwy, powraca z nowym albumem i mimo dość zaawansowanego wieku, nadal jest energicznym dżentelmenem. Wsparty przez kolegów: Rocky Athas (gitara), Greg Rzab (gitara basowa) i Jay Davenport (perkusja), znów pokazuje na co go stać.
Zaczyna się klasycznie i spokojnie – „Mother in Law Blues” ma to, co powinien mieć utwór z tego gatunku, czyli współgrającą i zadziorną gitarę z fortepianem, spokojnie uderzającą perkusję, harmonijkę ustną oraz mocny głos Mayalla. Nie zabrakło też przebojowego zacięcia („River’s Invitation”, utwór tytułowy czy „I Feel So Bad 2”), a od poprzednika różni go większa obecność dęciaków. Gitara brzmi znakomicie w każdym utworze (nawet wolnym, knajpiarskim „Long Distance Call” czy bardziej żywiołowym „I Want All My Money Back”), aranżacje są przednie (nawet klawesyn się znalazł w „Ropes and Chains”). Wymienianie poszczególnych utworów mija się z celem, bo poziom jest bardzo wysoki i słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.
Blues rock nadal ma się dobrze, a Mayall ciągle jest w wielkiej formie. Nie wypada nie znać.