Whitesnake – The Purple Album

The_Purple_Album

Legendarny brytyjski zespół Whitesnake lata świetności ma dawno za sobą. Jednak ekipa Davida Coverdale’a postanowiła nie odpuszczać i zaserwowała album z coverami utworów równie wielkiego klasyka – Deep Purple.

Nie jest to dziwne, zwłaszcza ze Coverdale przez trzy lata był wokalista Deep Purple, a wszystkie zagrane tu utwory pochodzą z tego okresu. Więc będzie ciężko, ostro i agresywnie, riffy Reba Heacha są soczyste i pachną dawnymi czasami („Love Child”), a klawisze Michaela Lippi niemal żywcem przypominają dokonania Jona Lorda („Burn”). Nie brakuje też momentów wyciszenia i o dziwo jest tego trochę  – akustyczny „Sail Away”, początek „Holy Man” z chóralnym refrenem czy poruszający „Soldier of Fortune”. Fani ciężkiego brzmienia na pewno polubią wolnego „Mistreated”, gdzie gitara tnie ostro, a wolne tempo nie przeszkadza (w połowie następuje przyśpieszenie riffowe), ale nie brakuje nietypowych elementów (akustyczny, niemal country wstęp do ” Might Just Take Your Life” czy wplecione bicie serca na początku „Lady Double Dealer”) i obowiązkowego przyśpieszacza (drapieżny „Lay Down Stay Down” i agresywny „Stormbringer”, gdzie gitara brzmi jak podrasowany silnik samochodowy).

Wokal Davida Coverdale’a idealnie współgra do mocnego i ostrego grania, które zawsze było znakiem rozpoznawczym Whitesnake. Grupa na własną modłę przerobiła dawne utwory z czasów Deep Purple i wyszło znakomicie. Na pewno jeszcze do tej płyty powrócę nie raz.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

Faith No More – Sol Invictus

Sol_Invictus

Legendarny zespół Mike’a Pattona po wydaniu płyty w 1997 roku rozpadł się i zniknął z planety, a sam Patton działał solowo. Sześć lat temu jednak Faith No More zdecydowało się reaktywować, a nowy album ukazał się dopiero teraz, a za jego produkcję odpowiada basista zespołu Billy Gould.

Ekipa w składzie: Mike Patton (wokal), Jon Hudson (gitara), Billy Gould (bas), Roddy Bottum (klawisze) i Mike Bordin (perkusja) serwuje bardzo różnorodny i dziwaczny album. Otwierający całość tytułowy utwór z mrocznym klimatem, delikatną grą fortepianu oraz niskim głosem Pattona bardziej przypomina dokonania Nicka Cave’a (gdyby tylko nie gitara i bas w refrenie). Zupełnie inny jest singlowy „Superhero”, który brzmi jak podrasowany, grunge’owy numer. Mocne wejścia perkusji, Patton tym razem się drze, a gitara pozwala sobie na dużo więcej. A początek „Sunny Side Up” tylko pozornie zapowiada powrót do początku płyty (fortepian), jednak zarówno gitara jak i bas robią po prostu swoje, brzmiąc alternatywnie. Najbardziej podobał mi się garażowy i mroczny „Separation Anxiety” z przesterowanym basem, złowrogo brzmiącą elektroniką oraz westernowy „Cone of Shame”, który w połowie zmienia ton na ostrzejszy. Dalej tez jest ciekawie ze zmieniającym styl i tempo „Rise of the Fall” (usłyszymy tam m.in. harmonijkę ustną i kastaniety) czy pulsująco-marszowy „Motherfucker”.

Patton nie traci energii i mocy, idąc w stronę bardziej rockowego brzmienia, niepozbawionego eksperymentów. Na szczęście przerwa nie oznaczała braku pomysłów oraz weny. Całość jest równa, zaskakująca i bardzo ciekawa. Nikt nie spodziewał się tak dobrego powrotu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ringo Starr – Postcards from Paradise

Postcards_from_Paradise

Pytanie o to, kim jest Ringo Starr jest dla mnie pytaniem z rodzaju idiotycznych. Perkusista legendarnego zespołu The Beatles po rozpadzie grupy kontynuował karierę solowa z różnym skutkiem, ale zawsze nagrywał albumy na przyzwoitym poziomie (ostatnia „Ringo 2012” z… 2012 roku). i na ten poziom liczyłem przy nowym, 17-tym albumie.

Tym razem udało się ściągnąć znakomitych gości, m.in. gitarzystę Steve’a Lukathera z Toto, Dave’a Stewarta czy Richarda Marxa (kojarzycie taki przebój „Right Here Waiting”? Tak, to on śpiewał). Efektem jest jak zawsze różnorodna brzmieniowo i stylistycznie płyta.  Zaczyna się jak klasyczny rock’n’roll z czasów świetności macierzystej kapeli („Rory and the Hurricanes”), by potem pójść w rejony orientalne (sitar i perkusjonalia w „You Bring the Party Down”), czysto popowe (początek tytułowego utworu) czy reggae („Right Side on the Road”). Aranżacje są różne, tempo też, pojawia się tez nawet melancholia i nostalgia (pianistyczny „Not Looking Back”), ale też i czasami dzika radość (akordeon i trąbki w „Bamboula” czy wyborny saksofon w „Island in the Sun”), ale i tak dominuje tutaj gitara elektryczna.

Mimo różnorodnej stylistyki, całość łączą dwie rzeczy. Po pierwsze, lekkość i luz, po drugie, solidny wokal samego Starra.  Dzięki czemu naprawdę miło i przyjemnie spędzamy czas. Bardzo ładna ta pocztówka od Ringo z raju (gdziekolwiek on się znajduje).

7/10

Radosław Ostrowski


 

Simple Minds – Sparkle in the Rain (deluxe edition)

Sparkle_in_the_Rain

O Simple Minds pisałem już przy okazji ich ostatniej płyty. Tym razem jednak postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy album z 1984 roku, który został poddany remasteringowi. Co oznacza poprawienie dźwięku oraz dodatkowy krążek. Ale najpierw przesłuchajmy podstawkę.

Za produkcję tego albumu Jima Kerra i spółki odpowiadał Steve Lillywhite, który współpracował wtedy m.in. z Peterem Gabrielem i U2. Grupa już wtedy była zaprawiona, ale była jeszcze rok przed nagraniem swojego wielkiego przeboju („Don’t You Forget About Me”), ale stylistyka grupy – mieszanka synthpopu z rockiem – już wtedy była kojarzona Otwierający całość „Up on the Catwalk” tempem i dynamika przypomina wczesne U2 z mocnymi uderzeniami perkusji (refren) oraz elektronicznymi pasażami i delikatną gitarą. „Book of Brilliant Things” z kolei pachnie Azją (dziwaczna gra gitary elektrycznej), a szybki „Speed Your Love to Me” (perkusja pędzi razem z basem, a łagodne klawisze budują bardziej liryczny klimat) podtrzymuje skojarzenia z kapelą Bono, co też wynika z podobnej barwy głosowej Jima Kerra. Po drodze pojawiają się jednak pewne smaczki (prosty basowy wstęp w „Waterfront” – czy tylko mi troszkę przypomina „Polskę” Kultu?, po którym wchodzą delikatne trąbki). Nie brakuje też bardziej nastrojowych ballad jak stonowane „East at Easter” (ta gitara i te klawisze – oaza spokoju), który w połowie zmienia tempo,  poważniejsze „Street Hassie” z marszową perkusją i podniosłymi klawiszami czy bardziej rockowe „White Hot Day”, a na sam koniec dostajemy instrumentalny „Shake Off the Ghosts”.

Druga płyta zawiera utwory w wersjach singlowych, wydłużonych (m.in. dłuższy perkusyjny wstęp czy większa ilość gitarowych wejść w „Speed Your Love to Me”) oraz 3 wcześniej niepublikowane piosenki. Koncertowy „Hunter and the Hunted” czaruje rozmachem, uroczą gitarą elektryczną i przestrzennymi klawiszami, instrumentalny „Bass Line” zachwycał zarówno prostą linią basu, jak i mocniejszymi solówkami gitary. Podobnie z „A Brass Band in Africa”, który troszkę przypomina „Shake Off the Ghosts”.

Wszyscy tzw. niepoprawni romantycy oraz osoby szukające muzyki troszkę niedzisiejszej, ale mające swoją duszę oraz klimat powinni sięgnąć po „Sparkle in the Rain”. Muzycy są w formie, a dodatki tylko ubarwiają i wydłużają przyjemność ze spędzenia czasu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Mumford & Sons – Wilder Mind

Wilder_Mind

Brytyjska formacja folk-rockowa kierowana przez Marcusa Mumforda próbuje się wyrwać ze swoich folkowych korzenie i marzy o podboju stadionów. Bo jak wszyscy wiemy na stadionach nie wpuszczają z banjo, mandolinami i gitarami akustycznymi. Tym większe były obawy fanów wobec nowej płyty „Wilder Mind”.

I rzeczywiście podłączenie gitary do pieców, zmieniło troszkę brzmienie, co jest zasługą producenta Jamesa Forda. Otwierający całość „Tompkins Square Park” przypomina troszkę to, co gra obecnie Kings of Leon. Podobnie z singlowym „Believe” z bardziej garażową gitarą czy dynamicznym „Wolfem”, którego nie powstydziłoby się Foo Fighters. Zresztą inspiracji jest tutaj całe mnóstwo od U2 aż po Coldplay, ale i nawet folkowy spokój się pojawia (łagodny „Monster” czy „Cold Arms”, brzmiący jak… Pearl Jam) okraszony fortepianem („Broad-Shouldered Beasts”). Jednak mimo różnorodności brzmienia, nie porwał mnie ten materiał. Poczułem się znużony i powoli zlewały mi się te piosenki.

Liczyłem chyba na coś innego słuchając nowego Mumforda. Warto sięgnąć też po wersje deluxe z 4 utworami nowymi w wersjach koncertowych. Co troszkę podnosi ocenę zaledwie przyzwoitego materiału.

6/10

Radosław Ostrowski

Laura Welsh – Self Control

Soft_Control

Chociaż jest to jej debiutancki album, Laura Welsh nie jest osobą znikąd. Zaczynała najpierw jako Laura and the Tears, potem zmieniła nazwę na Hey Laura, by ostatecznie działać już na własne nazwisko. Nagranie debiutanckiej płyty (podobno) trwało pięć lat. Czy to w ogóle słychać?

Na pewno jest to album popowy, który stara się unikać plastikowego brzmienia, a dominuje nad wszystkim fortepian. Co nie znaczy, że inne instrumenty są niejako w cieniu. Pojawi się zarówno mocniejsza perkusja („Ghosts” z przestrzennymi chórkami w refrenie), elektronika („Break the Fall” przypominająca troszkę Florence & The Machine), łagodna gitara elektryczna („Unravel”) oraz mechaniczne dźwięki imitujące różne uderzenia („God Keeps”). Irytuje dość często wykorzystywana dyskotekowa perkusja, a także pewna monotonia w dalszych utworach oraz zbyt duża obecność elektroniki (wyjątkiem jest soulowy „Hardest Part” zaśpiewany z Johnem Legendem), a także poczucie wtórności. Wszystko to już gdzieś słyszałem – a to u Jessie Ware czy Bat for Lashes.

A sam wokal Welsh, chociaż bardzo czarujący i uwodzący, to jednak troszkę za mało, by skupić uwagę na dłużej. Po intrygującym i ciekawym początku, dalej już napięcie siada i pojedyncze dźwięki są w stanie skupić uwagę. Niemniej wyszło nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Syny – Orient

Orient

Wydaje się, że osiedlowy rap to przeżytek od dawna należący do lamusa. Jednak pojawiło się dwóch takich kolesi – niejacy Piernikowski i Etamski. Działali od wielu lat, ale dopiero teraz postanowili zadziałać razem jako Syny.

I czy można coś ciekawego jeszcze w tej materii opowiedzieć? O dziwo tak, chociaż jest to stylizacja na osiedlowy rap. Stąd są tu niepoprawne zwroty („włanczaj!”) i czasami dziwna fleksja („z sednem mam tyle wspólnego, że się ocieram o niego”) i bluzgi w ilościach hurtowych. Do tego bity brzmiące bardzo staroświecko, pełne elektroniki i surowości, bo jeszcze słychać płytę gramofonową, a także pojawiają się krótkie utwory instrumentalne. Prostota tutaj jest największa siłą „Orientu”, a staroświeckość bitów jest tutaj zaskakująco świeża.

Podobnie z nawijką obydwu Synów, gdzie mówią o prostych sprawach – hipokryzji środowiska, nostalgii za dawnymi czasami oraz wytłumaczenie na czym polega życie osiedlowe. Piernikowski nawija dość powoli, nie bawi się w jakieś skomplikowane metafory (aczkolwiek nie brakuje poważnych fraz jak: „radio mówiło, że zatonął dziś statek / morze będzie głębsze od samotnych matek / łez”).

Ziomki stosując stylizację na osiedlowy rap, są w tym bardzo wiarygodni, co wydawałoby się niemożliwym. Trzeba się orientować w temacie i mieć zawsze głowę dookoła. Dziwaczny hołd dla osiedlowych nawijek, które może warsztatowo nie były doskonałe, ale raperzy robili to z pasją oraz zaangażowaniem. Jedyną rzeczą, która mi przeszkadzała to krótkie instrumentalne kompozycje, sprawiające wrażenie przepychaczy. Ale i tak jestem ciekaw, co zrobią tym razem Syny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Martin Gore – MG

MG

Tego człowieka znają wszyscy zespołu Depeche Mode. Gore gra tam na klawiszach i jest kompozytorem muzyki. Tym razem jednak postanowił spróbować swoich sił solo, nagrywając drugi autorski album.

Jest to płyta instrumentalna, z muzyka elektroniczną. I mimo braku słów, jest to bardzo bogaty i przestrzenny album. Otwierający całość „Pinking” to mieszanka starego z nowym – nawarstwiające się pasaże, łagodny początek oraz mroczniejsze tło z chóralnymi wokalizami. Bywa też bardzo ciężko, wręcz industrialnie („Swanning”), strzelającej perkusji („Exalt” i „Brink”), „maszynowego” tła (staroszkolny „Elk”) oraz chłodu (pulsujący „Creeper”). Kompozytor potrafi tworzyć melodie, a całość ma klimat filmu SF. Dodatkowo Gore śledzi to, co się dzieje we współczesnej elektronice, a nie przypomina tylko stylistykę lat 80. Eksperymenty te słychać od „Spiral”, gdzie rytm łamie się, a przyjemne i szybkie „zwrotki” ustępują miejsca cięższym refrenom. Podobnie jest ze „Stealth”, gdzie do rozwarstwionej i chwytliwej melodii wpleciono dzwoniący telefon, a także pojawi się techno („Islet”, „Crowley”) oraz ambient („Southerly” i „Blade”).

Całość mimo różnorodności, jest bardzo spójna i świeża. Gore jako jedyny z członków Depeche Mode, przy solowej produkcji postanowił nie śpiewać, co jest wielką zaletą. „MG” powinien zadowolić nie tylko fanów elektronicznego grania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Apocalyptica – Shadowmaker

Shadowmaker

Trzech wiolonczelistów z Finlandii wie jak ostro grać, chociaż ostatnio troszkę złagodnieli. A dokładniej grają pod publikę balansując między swoim własnym, instrumentalnym graniem, a piosenkami z gościnnymi wokalistami. Tym razem postanowili nagrać album z producentem Nickiem Raskuneliczem oraz wokalistą Frankym Perezem. Jak wyszło tym razem?

Wyszedł misz-masz, który wydaje się być bardziej spójny, a wiolonczeliści naprawdę potrafią porządnie namieszać i po naparzać na tym smykach (singlowy „Cold Blood”). Nawet te spokojniejsze utwory mają mocne ciosy perkusji oraz mroczny klimat (wolny „I-III-V Seed of Chaos”), a czasem poza łomotem udaje się muzykom wpleść czy to żydowską melodię , czy zagalopować się (tutaj największe pole do popisu daje tytułowy utwór). Muzycy bawią się tutaj różnymi stylami: od walca (początek instrumentalnego „Reign of Fire”) przez łagodną americanę („Hold in My Soul”) po elektroniczne wstawki (niemal dyskotekowy „Riot Lights” z zapętlonymi wiolonczelami) i balladę („Sea Song”). W instrumentalnych utworach Finowie pozwalają sobie na wiele, co sprawia wielką frajdę. Z piosenkami problem jest taki, że są one troszkę ugrzecznione i radiowe (zwłaszcza refreny), jednak mają w sobie moc (epicki „Dead Man’s Eyes”).

Sam wokal Pereza troszkę przypomina mi barwą Mylesa Kennedy’ego z Alter Bridge i radzi sobie tutaj przyzwoicie, pozwalając sobie kilka razy na wrzask („House of Chains”), ale jeszcze nie do końca sobie tutaj radzi. Nic dziwnego, skoro gra z Finami dopiero od roku i wierzę, że to tylko kwestia wprawy.

Finowie próbują znaleźć dalej własną drogę muzyczną. Nie do końca może zachwyca „Shadowmaker”, ale ma swoją moc oraz kilka naprawdę porywających momentów. Dobrze się tego słucha i może następnym razem ekipa zmiecie wszystkich w pył, na co bardzo mocno czekam.

7/10

Radosław Ostrowski

Stanislaw Soyka & Roger Berg Big Band – Swing Revisited

Swing_Revisited

Kooperacje zawsze są fajne, gdyż ubarwiają muzykę. Szwedzko-duński big band pod wodzą Rogera Berg gra standardy muzyki jazzowej i postanowili połączyć siły z polskim wokalista jazzowym, Stanisławem Soyką. Efekt mógł być tylko jeden.

„Swing Revisited” to album, w którym muzycy czerpią garściami z lat 30., 40. i 50., mierząc się z kompozycjami m.in. Duke’a Ellingtona, Cole’a Portera, Victora Younga czy Raya Charlesa. Na dzień dobry dostajemy mocne uderzenia dęciaków w singlowym „Let the Good Time Roll”. Trąbeczki będą nam towarzyszyć do samego końca. Kto oglądał film „Whiplash”, powinien zachwycić się utworem „Caravan”, który ma spokojny rytm, równe tempo i zgrany duet pianistyczno-kontrabasowy. Ekipa nie próbuje na nowo nagrać starych standardów, tylko z elegancją i wirtuozerią je odtwarza, bo – jak wiadomo – trzeba się wczuć w tą muzykę, a nie na siłę ją udziwniać. Słychać to m.in w wybornym „Fly Me to the Moon” (Sinatra byłby dumny), niemal pianistycznym „Hallelujah, I Loved Her So”, wyciszonym „My Funny Valentine” czy „Night and Day” (świetny wstęp perkusyjny).

W całość świetnie współgra niski głos Soyki, który z językiem angielskim radzi sobie równie dobrze jak polskim. I ten głos dodaje klimatu do tego staroświeckiego, swingowego brzmienia. Dawno nie słyszałem tak lekkiej, finezyjnej, ale i z szacunkiem nagranej płyty z coverami. Polecam nie tylko fanom jazzu (swingu), ale przede wszystkim tym, którzy chcą zacząć przygodę z tym gatunkiem muzyki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski