Accept – Blind Rage

Blind_Rage

Niemiecki Accept to kapela grająca ciężko i ostro. Zmienili wytwórnię (Nuclear Blast), zostawili producenta (Andy Sneap), ale nadal są pięcioosobowym składem pod wodzą Marka Tornillo (wokal) i po dwóch latach pojawiają się z nowym materiałem.

Jeśli spodziewaliście się złagodzenia dźwięków, delikatniejszych riffów i braku podniosłych refrenów – to znaczy, że nigdy nie słuchaliście Accept. Takiego kopniaka dostajemy na samym początku, gdy słyszymy podniosły „Stampede” z lekko „orientalną” gitarą czy szybki „Dying Breed”. Nawet jeśli pojawiają się wolniejsze kawałki jak „Fall of the Empire” to jest to spokój pozorny, zakłócony chóralnymi refrenami oraz marszowym tempem. Nie brakuje speedu („Trail of Tears”) czy delikatniejszych fragmentów (początek akustyczny „Wanna Be Free”), ale panowie tną i łoją tak jak w tego typu kapelach grać się powinno. Nie zabrakło tez obowiązkowego cytatu, tym razem w „Final Journey” wpleciono fragment „Peer Gyanta” Edwarda Griega. W dodatku ekspresyjny wokal Tornillo jeszcze bardziej podkręca atmosferę, choć pozornie nic się tu nie zmieniło (w porównaniu z ostatnim albumem).

Accept grał ciężko, szybko i ostro. „Blind Rage” podtrzymuje tą tradycję i serwuje naprawdę podniosły łomot zamiast ślepego gniewu. Mam tylko nadzieję, że fani nie odwrócą się i nadal będą chcieli poznać ten łomot surowy i prosty jak niemiecki cep. Sieg hail!

8/10


 

Paul Gilbert – Stone Pushing Uphill Man

Stone_Uphill_Pushing_Man

Ten muzyk jest jednym z bardziej znanych gitarzystów w USA. Każdy kto słyszał grupę Mr. Big czy Racer X musiał słyszeć o Paulu Gilbercie, który także udziela się solowo. I po czterech latach wydał nowy album z coverami.

Utworów jest łącznie jedenaście, a wśród przerobionych piosenek są utwory m.in. Eltona Johna, The Beatles czy The Police. Jest w tym moc oraz energia, z popisującymi się riffami gitarowymi, służącymi za linię melodyczną. I trzeba przyznać, że Gilbert na tym polu radzi sobie naprawdę świetnie, a słuchanie jego riffów sprawia naprawdę wielką frajdę. Słychać tą niesamowita energię w delikatnym „Goodbye Yellow Brick Road” czy lekko reggae’owym „Murder by Numbers” ze znacznie mocniejszymi riffami. Jednak muzyk wie, ze nie można ciągle łoić i pozwala sobie na skręty do krainy delikatności jak w lekko akustycznym „Wash Me Clean” czy krótkim „Purple Without All the Red”. Za to kompletną niespodzianką jest śpiewany utwór tytułowy. W połowie akustyczny, w drugiej połowie nabiera większej siła oraz ostrzejszego, elektrycznego wejścia, robiąc totalną miazgę. zagrany na akustycznej gitarze i perkusji.

Więc jeśli lubicie gitarowe granie bez śpiewania, to śmiało weźcie się za „Stone Pushing Uphill Man”.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Bardzo mi się podoba okładka tej płyty.

Midge Ure – Fragile

FragileUre

To jeden z tych głosów, których nie trzeba przedstawiać. Legendarny frontman zespołu Ultravox, który po rozpadzie w latach 90. (a także wcześniej) nagrywał solowe płyty. Po reaktywacji swojej macierzystej formacji, Ure postanowił wydać solowy materiał.

Jeśli myślicie, że doszło do zmiany stylistyki, popełniacie wielki błąd. To nadal muzyka elektroniczna, zmieszana z gitarowymi popisami Midge’a. I ta mieszanka działa już w otwierającym całość „I Survived”, gdzie dominują delikatne syntezatory oraz łagodny fortepian, natomiast pod koniec wyraźnie zaznacza swoją obecność gitara elektryczna. Znacznie agresywniejsze jest „Are We Connected”, gdzie to gitara jest dominująca nad elektronicznymi pasażami, choć nie brakuje tez i bardziej wyciszonych fragmentów jak „Let It Rise” z delikatnymi dźwiękami gitar oraz rytmicznymi, elektronicznymi wstawkami, „Star Crossed” czy mroczniejszy „Dark, Dark Night” z pulsującą perkusją oraz nakładającymi się gitarami. Niestety, nie brakuje też utworów, które ocierają się mocno o tandetę jak singlowy „Become” jakby żywcem wzięty z lat 80., tylko brzmiący bardziej topornie. Jednak dla mnie największą niespodzianką był instrumentalny „Wire and Wood” z akustycznym wstępem oraz pięknie zgranymi smyczkami z fortepianem.

Jednak jest to album zdecydowanie bardziej wyciszony, miejscami mocno intymny i raczej mało przebojowy. Jednak Ure nadal ma ten przyciągający głos (miejscami trochę modyfikowany cyfrowo), a i same melodie są naprawdę interesujące. 10 utworów (bo są dwa instrumentalne) sprawia zaskakująco przyjemny czas. Raczej dla fanów samego Ure’a niż Ultravox.

7/10

Radosław Ostrowski

Wu-Hae – Poeci wyklęci

Poeci_wykleci

Coraz bardziej staje się widoczny trend mieszania różnych gatunków. W Polsce taką grupą jest Wu-Hae, kierowana przez Bzyka i Guzika, gdzie jest mieszanka rocka, elektroniki, alternatywy i nawet hip-hopu. W zeszłym roku wydali album, który dostał bardzo ostro potraktowany przez fanów jak i krytykę. Czy zasłużenie?

Tym razem ekipa postanowiła wziąć się za wiersze poetów przeklętych jak Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek czy Stanisław Grochowiak. I nie ma co się oszukiwać, jest to ponura płyta tak jak ponure są teksty. Nawet jeśli pojawiają się liryczne fragmenty (pianistyczne „Dwoje”), to one są tylko małym światełkiem w tunelu. A i stylistycznie też jest rozrzut: od agresywnego punka („Zrób to!”, „Nie ma miecza”) przez delikatne reggae („Fiński nóż”) po imitację Kultu („Modlitwa bohaterów” czy „Od pleców” z agresywnym saksofonem i gitarą). Po pewnym czasie jednak gitarowe popisy mogą wielu znużyć, choć nie brakuje tutaj poruszających fragmentów jak „Księżyc” czy pachnące new wave „Kontrola”. Teksty pełnych makabreski („trupy na płozy pokładli”) oraz bardzo trafnych metafor stanowiących trafną obserwację naszej rzeczywistości („Modlitwa bohaterów” czy „Zrób to!”) w połączeniu z ekspresyjnymi głosami obu frontmanów tworzą całkiem niezłą mieszankę, którą dobrze się słucha.

Jedno to było trochę za mało i doprowadziło do rozpadu grupy. Choć doszło do przetasowania składu oraz reaktywacji. Pytanie tylko czy dadzą radę i wrócą w chwale.

7/10

Radosław Ostrowski

Angus & Julia Stone – Angus & Julia Stone

Angus__Julia_Stone

Nie ma to jak rodzeństwo, które ma podobny talent i pasje. A że to czasem wystarczy, by odnieść sukces pokazuje grupa kierowana przez brata i siostrę – Angusa i Julię Stonę, który po czterech latach przerwy wrócili z nowym, trzecim albumem wyprodukowanym przez samego Ricka Rubina. Czy to mogło nie wypalić?

Zawsze jest takie ryzyko, jednak fani chyba nie powinni być rozczarowani. Delikatne gitary (akustyczna i elektryczna), dwa ładne głosy, perkusja – więcej nie trzeba. No może jeszcze jakieś dobre melodie oraz teksty. I o dziwo, też się to znalazło, choć tempo jest głównie spokojne. Czasami jest on budowany przez świetne Hammondy („Grizzly Bear”), pójście w stronę retro z lat 70. („Heart Beats Slow”) i delikatnie łkają na gitarach swoich, budując trochę nostalgiczny klimat jak w „Wherevere You Are” czy „Death Defying Acts”. Ale nie znaczy to, że grupa tylko smęci – pojawia się też coś żywszego i żwawszego jak „Little Whiskey” z szybszą grą gitar i perkusji. Jednak całość jest naprawdę spójna i bardzo przyjemna.

To także zasługa naprawdę zgranych głosów Angusa i Julii – trochę delikatnych (ona mi się trochę kojarzy z Russian Red), ale idealnie współgrają z muzyką, tworząc ciepłą, ale bardzo odprężającą miksturę. A wersja deluxe zawiera jeszcze dwie, fajniutkie piosenki. Na tą porę roku, naprawdę orzeźwiający koktajl wyszedł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lena Piękniewska – Wyspa

Wyspa

Co prawda ten album wyszedł cztery lata temu, ale każda pora jest dobra na przesłuchanie. Co wiem o wykonawczyni? Że pochodzi z Poznania, lubi muzykę jazzową i etno, a także posiada sporo grono fanów na FB. I tak wpadła mi jej debiutancka płyta „Wyspa”, która jakoś zestarzeć się nie chce.

Zaczyna się ona bardzo tajemniczo i baśniowo, bo inaczej nie jestem w stanie nazwać „Domu na rzece”. Tam swoje robią zmieszane dzwonki, harfa, cymbałki i delikatny fortepian. Tytułowy utwór bardziej już idzie w jazzowy entourage – znów pięknie gra fortepian, a sekcja rytmiczna delikatnie przewija w tle. W podobnym tempie są zgrabne „Fusy w kawie”. Ale największym zaskoczeniem jest „Odchodząc” z repertuaru Republiki, tym razem zagrane na gitarę akustyczną, do której w połowie dołącza fortepian. Efekt jest po prostu porażający i brzmi to po prostu pięknie.

Przerwa od piosenek mogą być dwa instrumentalne solówki na fortepianie zagrane przez Krzysztofa Dysia, które naprawdę zachwycają. Jeszcze swoje czasem robi klarnet („Piasek”), akustyczna gitara („Kundera”  i „Dozlanoc” Roberta Kasprzyckiego), które tworzą naprawdę spokojny klimat. A sam głos Leny jest bardzo delikatny, spokojny, a jednocześnie bardzo poruszający (najbardziej w „Kołysance dla dziewczynki”  i „Kołysance dla Mani”).

Wiem, że do jesieni jeszcze trochę czasu, ale jeśli chcecie się ochłodzić czy wyciszyć, to „Wyspa” jest dla was idealnym albumem. Działa wręcz odprężająco.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Tom Petty and the Heartbreakers – Hypnotic Eye

Hypnotic_Eye

Weteran gitarowego grania, który działa z zespołem od połowy lat 70. Ostatnio Tom Petty pojawił się gościnnie na płycie Erica Claptona w hołdzie dla JJ Cale’a. Ale postanowił przypomnieć się ze swoim zespołem The Heartbreakers i po czterech latach przerwy pojawia się nowy album tej grupy.

Za „Hypnotic Eye” odpowiada Tom Petty, gitarzysta Mike Campbell oraz niejaki Ryan Ulyate, a całość brzmi w starym, rockowym stylu. Słychać to zarówno w uderzenia perkusji, jak i grze gitar. Choć wokal Petty’ego ma swoje lata, to jednak nie przynudza. Nie brakuje trochę mocnego uderzenia (pachnące latami 60. „Fault Lines” z przesterowanymi gitarami oraz „Red River”), skrętu w stronę jazzu (bardzo delikatne „Full Grown Boy” z eleganckim fortepianem), country (spokojne „Sins of My Youth”) czy nawet bluesa („Power Drunk”), czasem zagra jakiś Hammond w tle („All You Can Carry”). Jest zróżnicowanie, tempo jest dość optymalne – nie za szybko, nie za wolno – i nie brakuje tez ostrzejszych numerów jak „U Get Me High” (kapitalna solówka gitarowa na koniec).

Jedynie może znużyć zamykające całość „Shadow People”, ale nie zmienia to faktu, że Petty nadal jest w formie, a płyty słucha się naprawdę dobrze. Solidny, rockowy materiał w starym stylu.

7/10

Patricia Kaas – Kaas chante Piaf

Kaas_chante_Piaf

Kim była Edith Piaf? Właściwie można by było długo na ten temat, bo od niej zaczęła się francuska muzyka rozrywkowa. I do dzisiaj wielu artystów czerpie z jej piosenek. Do grona osób składających hołd, dołączyła Patricia Kaas, która swoje lata świetności miała na przełomie wieków.

Album zawiera 16 szlagierów, a wokalistce towarzyszy orkiestra symfoniczna (autorem aranżacji jest Abel Korzeniowski). I to właśnie brzmienie orkiestry jest najmocniejszym atutem, która nadaje zarówno rozmachu („Padam, padam”), jak i bardziej intymnego charakteru („Avec ce soleil” z delikatna gitarą akustyczną na początku). Nie brakuje też trochę kabaretowego sznytu („Milord” ze staroświecko brzmiącym fortepianem – jakby był niedostrojony, a w połowie klimat zmienia się w lekko baśniowy), silnych emocji (trąbki i kotły w walczyku „La belle histoire d’amour”), odrobiny magii (gra fortepianu, harfy w „T’es beau tu sais”), a nawet mroku (kotły i gra dęciaków na początku „La foule”, które potem staje się skoczna piosenka graną na gitarę, bas i cymbałki) i aranżacje sa tutaj naprawdę piękne i nie ma mowy o monotonii.

Do tego zaskakująco dobrze pasuje wokal samej Kaas, która jest w dobrej dyspozycji. Jak widać, orkiestra czasem potrafi zrobić cuda i uszlachetnić każdy utwór. Bez względu na wiek.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Biffy Clyro – Similarities

Similarities

Szkockie trio Biffy Clyro przykuło moja uwagę w zeszłym roku wydając udany, dwupłytowy album „Opposites”. Teraz pojawia się płyta z utworami, które jakimś cudem nie zmieściły się na poprzedniku.

Tych szesnaście piosenek jest bardzo różnorodnych. Otwierające całość „The Rain” wydawało się tak spokojne, że można było mieć wątpliwości co do wykonawcy, gdyby nie wokal Simona Neila. Bas z perkusją mocniej się odzywają w „Thundermonster” oraz lekko kowbojskim – przynajmniej na początku – „Milky” (ta gitarka), nabierając ostrości oraz mocy. Krótkie, melodyjne, gitarowe granie. Jednak jest parę tutaj wybijających się kompozycji jak „Euphoria” z delikatnym elektronicznym wstępem, zniekształconym wokalem oraz brudnym entouragem czy pędzące dość gwałtownie „City of Dreadful Night” (jedynie między zwrotkami spowalniało tempo). Środek jest mocno energetyczny, mieszający spokój i elektronikę jak w „A Tragic World Record” czy punkowym „Wooden Souvenir”. W zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić i słychać, ze to robota zawodowców.

Bywa ostro, mocno i energicznie, choć wydaje się to zbijaniem kuponów. Ale to też trzeba umieć. I Biffy Clyro to potrafi. Naprawdę solidna, nie pozbawiona pazura robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Eric Clapton & Friends – The Breeze: An Appreciation of JJ Cale

The_Breeze

Clapton to muzyk, który nikomu już nie musi niczego udowadniać, a płyty nagrywa dlatego, że chce. Tym razem postanowił oddać swojemu zmarłemu mentorowi, na którego utworach się wychowywał i coverował, czyli zmarłym w zeszłym roku JJ Cale’u. Pomógł mu w tym producent Simon Climie oraz zaproszeni goście.

Efekt? Jest to oldskulowy rock’n’roll z domieszką bluesa. Może i te piosenki są dość krótkie (rzadko które przekraczają 2-3 minuty), ale słucha się ich z niekłamaną frajdą. Czasami tempo nie jest zbyt zabójcze („Rock and Roll Records” czy „Someday” z nietypowo brzmiącą perkusją oraz Hammondami), ale nadrabiają to grą gitarową Claptona, dobrymi wokalami oraz niezłymi aranżacjami. Poza gitarą Claptona, wyróżniają się głównie organy Hammonda (żwawe „Cajun Moon”), ale nie brakuje tutaj utworów z pazurem i ikrą jak „I Got the Same Od Blues” czy „I’ll Be There (If You Ever Want Me)”. Ale w sporej części jest to bardzo spokojne, stonowanie granie, które dla wielu może wydać się monotonne. Mnie to jednak nie przeszkadza, a odsłuch jest naprawdę przyjemny.

Wspomniałem o gościach i Clapton nie pożałował, ściągając do współpracy swoich młodszych kolegów jak Mark Knopfler („Train to Nowhere”), Tom Petty („Rock and Roll Records”) czy John Mayer („Magnolia”). Trzeba przyznać, że panowie radzą sobie dzielnie i są po prostu świetni. Nawet Willie Nelson nie wywoływał irytacji.

Refleksyjne teksty razem ze spokojniejszymi rytmami tworzą naprawdę ciekawą mieszankę, która budzi respekt. Nawet jeśli zachwyca pojedynczymi piosenkami, to reszta jest naprawdę solidna.

7/10

Radosław Ostrowski