Prorok

Kino więzienne stało się w zasadzie gatunkiem samym w sobie. Trudno wymyślić co nowego w historiach u człowieku, który musi się odnaleźć w brutalnym, bezwzględnym świecie. Tutaj liczy się przetrwanie, dla którego można posunąć się do rzeczy, jakich nikt by w sobie nie podejrzewał. „Prorok” wydaje się wpisywać w ten schemat, ale Jacques Audiard tylko pozornie podąża znajomymi ścieżkami.

prorok1

Bohaterem „Proroka” jest Malik (Tahar Rahim) – 19-latek algierskiego pochodzenia, skazany na 6 lat za pobicie policjanta. Nieczytający, nie za bardzo piśmienny, niepraktykujący muzułmanin. To ostatnie powoduje, że przebywający w więzieniu ziomkowie nie uważają go za swojego. Niejako od razu zostaje postawiony w sytuacji beznadziejnej, a wszystko przez szefa gangu Korsykanów – Cezara Lucianiego (Niels Arestrup) Ten stawia mu warunek: ma zabić jednego z nowych, który ma zeznawać przeciw szefowi Luchianiego albo on zabije Malika. Jeśli to zrobi, będzie pod jego opieką. Jeśli nie, będzie gryzł piach.

prorok2

Audiard miesza tutaj więzienny dramat psychologiczny z kinem gangsterskim, jednak cały czas unosi się duch kina europejskiego. Jest bardzo surowo, bez upiększeń i brutalnie. Tutaj ścierają się cały czas dwa obozy, których nawet więzienne mury nie są w stanie powstrzymać przed prowadzeniem swoich interesów: morderstw, dilerki, rozmów. Gangi trzymają prawdziwą władzę w więzieniu i oni wydają się decydować o losie wszystkich. Malik, początkowo zagubiony, przestraszony oraz traktowany z nieufnością przez obie strony, z czasem zmienia się. I trudno powiedzieć, że to zmiana na lepsze. Jasne, kształci się w więziennej szkole i nadgania, jednocześnie zaczyna coraz bardziej wspinać się w hierarchii aż sam staje się grubą rybą.

prorok3

Niemal cały czas kombinuje on jak zacząć swój interes i znaleźć sposób na usamodzielnienie się. Lawirowanie między obiema grupami potrafi trzymać w napięciu (szczególnie kiedy Malik ma wykonać jakieś zadanie podczas przepustki czy podczas pierwszego morderstwa w celi), cały czas zachowując surowość oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Może się wydawać, że lojalność oraz trzymanie się zasad ma sens, ALE… to nie amerykański film gangsterski. Tu każdy chroni przede wszystkim swoją dupę, czasem za cenę życia innych. Atmosferę potęgują jeszcze zdjęcia, niemal reporterskie, wielokrotnie z ręki. Nawet nadmiar postaci i wątków nie wywołuje aż takiej dezorientacji jakiej się spodziewałem. Jedynym poważnym problemem dla mnie były sceny, gdy nasz bohater widzi ducha zamordowanego więźnia.

prorok4

Całość na swoich barkach ma tak naprawdę dwójka aktorów. Dla Rahima to była pierwsza duża rola i jago zagubiony, zmuszony działać o parę ruchów do przodu Malik wypada świetnie. Bardzo płynnie pokazane jest przejście od niepewnego siebie aż do wyrachowanego, kalkulującego gangstera. Jeszcze lepszy jest Niels Arestrup, czyli Luciani. Budzi respekt od pierwszego wejścia, może sprawiać wrażenie opanowanego i mówiącego bardzo spokojnym głosem, jednak to bardzo doświadczony gracz. Zbyt dobrze zna reguły i staje się dla naszego bohatera mentorem. Ale chyba nawet on nie jest w stanie przewidzieć, że trafi na tak pojętnego ucznia.

„Prorok” jest filmem, który można odczytywać na wiele sposobów. Na tym najprostszym może być opowieścią o przetrwaniu w złowrogim otoczeniu. Może też być pokazaniem przemian społecznych we Francji, gdzie przewija się coraz więcej imigrantów z dawnych kolonii, moralitetem o władzy czy historią dojrzewania i odkrycia swojej narodowo-religijnej tożsamości. Wielu może znużyć powolne tempo czy drobne skręty metafizyczne, niemniej warto dać szansę. Bardzo interesująca alternatywa dla amerykańskiego kina gangsterskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy dni Kondora

Praca tajnego agenta służb specjalnych może wydawać się ekscytująca dla kogoś, kto wydaje się oglądać Bonda, Mission Impossible czy tego typu efekciarskich akcyjniaków. Nie wszyscy agenci jednak działają w terenie. Kimś takim jest Joe Turner (Robert Redford) – analityk, działający w komórce wyciągając informacje z różnych czytanych książek. Czego tam szukają? Szyfrów, kodów, ukrytych wiadomości. Ale pewnego dnia cała komórka zostaje zlikwidowana. Poza Turnerem, który wyszedł po lunch. Po odkryciu masakry decyduje się powiadomić centralę, co… jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Ci, co mieli mu pomóc, chcą go zabić. Ale dlaczego?

trzy dni kondora1

Reżyser Sydney Pollack podchodzi do thrillera szpiegowskiego w kierunku bardziej przyziemnym. Tu nie spodziewajcie się spektakularnych akcji, popisów kaskaderskich czy efekciarskich strzelanin. Wszystko niemal w całości oparte jest na dialogach, gdzie karty bardzo stopniowo są odkrywane. Dla wielu to spokojne tempo może wydawać się problematyczne, tak jak bardziej realistyczne pokazanie Nowego Jorku. Czyli bez pocztówkowych widoków, sporu zaułków, szarych budynków oraz niezbyt eleganckich mieszkań. Dokładnie jakby się można było spodziewać po filmie z lat 70., kiedy filmowcy starali się pokazywać rzeczy w realistyczny, pozbawiony upiększeń sposób.

trzy dni kondora2

Tutaj tajne służby niejako wydają się wewnętrznie rozbite, jakby każda komórka działała od siebie, bez kontroli Centrali. Samo CIA jest bardzo bezwzględną organizacją, kiedy do gry wchodzą pieniądze i wpływy. Każdy wydaje się być pionkiem, którego bardzo łatwo można zbić z planszy. Za wszelką cenę, czasem używając płatnego mordercę (fantastyczny Max von Sydow jako nierzucający się w oczy Joubert – przypominający bardziej kalkulującą maszynę) na kontrakt. Napięcie jest tu potęgowane przez paranoję Turnera, nie mogącego nikomu zaufać i improwizującego w terenie. Redford dość oszczędnie, ale bardzo sugestywnie pokazuje jego zagubienie, podejrzliwość, nieufność skrytą pod maską opanowanego człowieka. Bez niego ten film by nie zaangażował tak mocno.

trzy dni kondora3

Jeszcze jest tutaj kwestia wplątanej w całą hecę Kathy (zaskakująca Faye Dunaway), która zostaje przetrzymana przez Turnera. Nie spodziewajcie się miłości od pierwszego wejrzenia, bo nieufność i podejrzliwość dominuje. Przynajmniej na początku, lecz powoli coś zaczyna iskrzyć między nimi. Nawet ta relacja, gdzie stopniowo zaczyna się budować zaufanie, pozbawiona jest wielkich słów czy patetycznych momentów. Kończąc się tak jak się zaczęła – nagle, niespodziewanie i przypadkowo. Jedyne, co może spolaryzować to zakończenie – bardzo stonowane, wyciszone, bardzo otwarte. Konfrontacja, gdzie tak naprawdę ciężko wskazać kto tak naprawdę wygrał. Że jeszcze dużo czasu minie nim Turner vel Kondor będzie mógł spokojnie patrzeć za siebie.

trzy dni kondora4

Tą historię znałem w formie uwspółcześnionego serialu z Maxem Ironsem w roli głównej, ale muszę przyznać, że oryginał Pollacka robi większe wrażenie. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się stonowany i statyczny, w środku mocno iskrzy napięciem, paranoją oraz niepokojem, gdzie walka jednostki z systemem wydaje się skazana na przegraną. Ale czy aby na pewno? Na to trzeba sobie samemu odpowiedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Prezent pod choinkę

Są takie świąteczne klasyki, które w USA osiągnęły status kultowych dzieł, ale u nas nie należą do zbyt znanych. Takim dziełem jest nakręcony w 1983 roku film „Prezent pod choinkę” w reżyserii Bob Clarka. Nietypowa produkcja zważywszy na filmografię Kanadyjczyka, kojarzonego głównie z horrorami.

prezent pod choinke1

Akcja osadzona jest gdzieś w latach 40., może 50. w małym miasteczku. Wszystko widzimy z perspektywy Ralphie’ego (Peter Billingsby), który mieszka z rodzicami oraz młodszym bratem. Chłopiec marzy o jednym prezencie na święta – karabinku Red Ridera. Ale czy nie jest on troszkę za młody na taką zabawkę? Nie ma to dla niego znaczenia, bo już zaczyna działać. Jak? Choćby podrzucając rodzicom do ich gazet reklamy broni czy próbując to powiedzieć w subtelny sposób. Wszystko jednak wydaje się działać przeciwko niemu – matka jest przeciwko, nauczycielka prosząca o wypracowanie nt. Prezentu na Święta, a nawet sam św. Mikołaj. I co zrobić w tej sytuacji?

prezent pod choinke2

Sam film w zasadzie jest wspomnieniami naszego bohatera, opowiadanymi z narracją z offu już przez dorosłego. Więc jest bardzo nostalgicznie, bardziej skupiając się na różnych scenkach związanych albo ze szkołą, albo z przygotowaniami do Świąt. Czyli mamy zakup choinki, dekorowanie jej czy nawet wygraną z krzyżówki. Humoru jest zaskakująco dużo: od prostych gagów (zakład o to, czy jeden z chłopaków dotknie językiem zamarzniętego słupa czy naprawy psującego się pieca) aż po różne fantazje bohatera (że oślepnie od mydła w ustach po zachwyt nauczycielki nad wypracowaniem). Sama narracja też nie jest pozbawiona humoru, pokazując sposób myślenia dziecka. Z jednej strony obsesję na punkcie prezentu, ale też obaw, lęków, ekscytacji, rozgoryczenia czy wściekłości. To ostatnie najmocniej pokazuje scena, kiedy Ralphie konfrontuje się z miejscowym łobuzem.

prezent pod choinke3

Reżyser portretuje tą historię z dużą czułością, przypominając i próbując obudzić w każdym z nas dziecko. To wewnętrzne dziecko, czekające na ten dzień z wielką radością oraz ekscytacją zmieszaną z obawami. Nawet jeśli nie wszystko poszło jak trzeba, bo do domu wlazły psy sąsiadów i zjadły dania ze stołu, to nie miało w ostatecznym rachunku takiego znaczenia. Chociaż z dzisiejszej perspektywy taki prezent jest dyskusyjny. Sam film pozostaje pełnym uroku, bez popadania w skrajny sentymentalizm. Aż przypominają się obrazki z własnych świąt czasów młodości i to chyba jest spora zaleta.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence

Jesteśmy na wyspie Jawa w roku 1942, gdzie znajduje się obóz jeniecki kierowany przez kapitana Yonoi (Ryuichi Sakamoto). Znajdują się w nim brytyjscy jeńcy poddawani psychicznym torturom. Najbardziej obrywa za jeńców pułkownik John Lawrence (Tom Conti), mimo że nie jest dowódcą jeńców, tylko tłumaczem. Wszystko przebiega względnie spokojnie do chwili, gdy do obozu trafia nowy żołnierz. Major Jack Celliers (David Bowie), choć mocno ranny i schorowany, przykuwa uwagę komendanta.

plk lawrence1

Dziwne to kino, które niby jest wojenne, ale sama wojna toczy się nie na froncie czy placu boju, lecz w głowie. Japoński reżyser Nagisa Oshima skupia się na psychologicznej grze między jeńcami a strażnikami i komendantem. Zderzenie dwóch różnych kultur i mentalności, gdzie honor, lojalność znaczą zupełnie coś innego. Dla Japończyków jest to tradycja oparta na przemocy, dla Brytyjczyków (głównie) nieufność oraz trzymanie się Konwencji Genewskiej. Czyli nie zdradzanie wrogowi żadnych informacji oraz próbom ucieczek. To ostatnie jest utrudnione z powodu znajdowania się na wyspie.

plk lawrence2

Jednak reżyser skupia się najbardziej na czwórce postaci: Celliasie, Lawrencie, Yonoi oraz sierżancie Hara (Takeshi Kitano). Tutaj mamy silny klincz dwóch kultur, gdzie fascynacja, nienawiść, zrozumienie i wrogość mieszają się w niebezpieczną, niejednoznaczną mieszankę. Pierwszy wydaje się być buntownikiem, pozwalającym sobie na więcej i świadomy jaki wpływ ma na komendanta. Sam komendant jest wewnętrznie rozdarty między tradycją i posłuszeństwem a fascynacją Celliersem, nie potrafiąc się odnaleźć w żadnej z tych sytuacji. Kontrastem dla niego jest Hara – wręcz sadystyczny podoficer, który uwielbia gnębić więźniów. Brutal, choć w jednej scenie („wigilii”) potrafi pokazać bardziej ludzką stronę. A w tym tyglu jest jeszcze Lawrence – wydaje się pragmatyczny, próbujący bardziej zrozumieć wroga i być może coś na tym ugrać.

plk lawrence3

Oshima zderza te dwa światy, próbując znaleźć człowieczeństwo w tym pokręconym otoczeniu. Czy jest tutaj w ogóle miejsce na współczucie, zrozumienie? Czy musi tutaj dominować tylko wrogość i nieufność? Kto tak naprawdę jest katem i ofiarą? A gdzieś tu jeszcze wyczuwalne jest wręcz erotyczne napięcie – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystko to podkręcone jest bardzo atmosferyczną muzyką Sakamoto oraz oszczędnymi zdjęciami. I jest to fantastycznie zagrane przez kwartet Bowie/Sakamoto/Kitano/Conti. Każdy z nich tworzy bardzo złożone, wyraziste postacie z krwi i kości, szczególnie Bowie.

plk lawrence4

Brytyjsko-japońska koprodukcja Oshimy jest jednym z mniej oczywistych dramatów z wojną w tle. Głęboko humanistyczny, mniej jednoznaczny i pokazujący z innej perspektywy życie w japońskim obozie jenieckim. Takie tytuły zostają w pamięci na dłużej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jańcio Wodnik

Jesteśmy gdzieś na wsi poza czasem i poza miejscem. Gdzieś w drodze wędruje dziad (Olgierd Łukaszewicz) z przywiązanym tobołkiem, który łatwiej byłoby wieźć konno. Właśnie przed oczami pojawia się kobyłka, jednak szybko pada. Wściekły dziad rzuca klątwę na wieś. Jednym z jej mieszkańców jest Jańcio (Franciszek Pieczka) – naiwny, bardzo prosty człowiek, co żyje razem ze swoją młodą żoną Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Oboje starają się o dziecko, lecz bezskutecznie. Pewnego dnia Jańcio dokonuje niezwykłej rzeczy: sprawia, że brudna woda rzucona na ziemię trafia… do gniazda. Decyduje się ruszyć w drogę, zostawiając swoją lubą i obiecuje, że wróci przez rozwiązaniem. Co może go powstrzymać?

jancio wodnik1

„Jańcio Wodnik” jest filmem prostym, nawet bardzo prostym. Ale jeśli reżyserem jest Jan Jakub Kolski, nie może być inaczej. Powolne, bardzo niespieszne tempo, skupienie na „filozoficznych” dialogach oraz wiejskich krajobrazach. Gdzieś tutaj unosi się duch Witolda Leszczyńskiego czy klimat realizmu magicznego, choć w następnych filmach Kolskiego będzie on bardziej namacalny. Tutaj widzimy konfrontację prostego człowieka ze światem, który wiele obiecuje, kusi, wodzi, ale tak naprawdę tylko mąci, miesza, manipuluje. Niejako tą ciemną stronę świata symbolizuje poznany w drodze sztukmistrz Stygma (bardzo zaskakujący Bogusław Linda) – typ szołmena, który pokazuje stygmaty jak u Jezusa. Tylko, że to wszystko jest tylko oszustwem, mistyfikacją, popisem cyrkowym. Jańcio oraz jego cuda czynią go bardzo rozpoznawalnym, a ludzie lgną do niego jak do nadczłowieka.

jancio wodnik2

W sumie pewnie by tak działało, jednak Jańcio popełnia niewyobrażalny błąd: bo zaczyna brać zapłatę. To się nie ma prawa skończyć dobrze, co widać w samym zachowaniu Jańcia. Z poczciwego, trochę naiwniego człowieka zmienia się w pysznego, dumnego, gardzącego. Najdobitniej pokazuje to scena jak mocno postarzały i brodaty mężczyzna z „orszakiem” przechodzi pod swój dom. A jak wiadomo za takie rzeczy musi przyjść rozliczenie. Magia z religią mieszają się ze sobą, zaś proste wartości okazują się najcenniejsze. Tak samo jak przyjmowanie wszystko, co daje nam los. I taką postawę symbolizuje zarówno żona Weronka, jak też dziad idący przed siebie.

jancio wodnik3

Wszystko to wydaje się niezbyt skomplikowane, bez jakiejś nadmiernej symboliki oraz wizualnych fajerwerków. Za to najbardziej zachwyca muzyka Zygmunta Koniecznego, z kilkoma piosenkami. Niestety, nadal problemem jest udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest niewyraźnych. To była wielka plaga kina lat 90. i początku XXI wieku. Także Błęcka-Kolska odstaje (jak prawie zawsze) aktorsko od reszty. Tutaj prym wodzi absolutnie rewelacyjny Franciszek Pieczka, którego Jańcio trochę przypomina Hioba – prostego człowieka poddanego próbie. Jednak w przeciwieństwie do swojego biblijnego odpowiednika ulega, a tą ciemną naturę pokazuje wręcz bezbłędnie. Szoł dla mnie skradł jednak Linda jako prosty oszust, który jest świadomy swoich tricków oraz efektu jaki robi wśród ludzi. Jest kimś jakby kusicielem, pokazującym „lepszy”, bardziej materialny świat.

jancio wodnik4

„Jańcio Wodnik” uważany jest przez wielu za najlepszy film w dorobku Kolskiego i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Klimat realizmu magicznego, gdzie rzeczywistości mieszają się, zaś prości ludzie robią proste rzeczy, żyjąc sobie z Panem Bogiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Na srebrnym globie

Od bardzo dawna nie miałem takiej sytuacji filmu, który wywoływał we mnie bardzo sprzeczne emocje. Gdzie po obejrzeniu trzeba się bardzo zastanowić, by w pełni wyłuskać, zrozumieć, ugryźć całość. Ale czy aby na pewno się wszystko wychwyciło? Taki paradoks mnie uderzył po obejrzeniu otoczonego kultem (z różnych powodów) filmu Andrzeja Żuławskiego „Na srebrnym globie”. A właściwie jego okaleczonej wersji, która nigdy nie będzie skończona. Film zamordowanego przez polityczne władze, które kazały film przerwać, zaś wszelkie dekoracje i kostiumy zniszczono. Czego się komuniści wystraszyli?

na srebrnym globie1

Akcja toczy się w przyszłości, baaaaaaaaaaaaaaardzo odległej przyszłości. Na nieznaną planetę trafia tajemniczy pojemnik, przywieziony przez jeźdźca na koniu. Dwaj przybywający tutaj astronauci rozpoznają przedmiot jako przekaźnik, do którego odczytania potrzebny jest stary sprzęt. Znajdują tam videopamiętnik, który opisuje losy kosmicznej ekspedycji na ciemną stronę Księżyca. Podobno da się tam przeżyć. Ale lot kończy się katastrofą i ostatecznie udaje się przeżyć czwórce astronautów: ciężko rannemu Tadeuszowi (Leszek Długosz), Piotrowi (Jerzy Grałek), Jerzemu (Jerzy Trela) oraz Marcie (Iwona Bielska). Celem ekspedycji było osiedlenie się na nowy miejscu, by poczuć się… wolnym. Czyli kim? Osobą pozbawioną wszystkiego, co w człowieku najgorsze, wypaczeń, błędów, fałszu. Udaje się zbudować osadę nad morzem, rodzą się dzieci całej czwórki i zaczyna powstawać nowa cywilizacja. Wszystkie wydarzenia przez kolejne pokolenia zaczynają być traktowane jako mit, legenda. Tak powstaje nowa religia, a ostatni członek załogi, Jerzy zwany Starym Człowiekiem coraz bardziej oddala się od nowej cywilizacji.

na srebrnym globie2

To jednak tylko pierwsza część, zakończona w dość brutalny sposób. Albowiem ludzie decydują się ruszyć za morze. I to doprowadza do zguby, gdyż ludzkość poznaje Szermów – ptakoidalne istoty, których można spokojnie nazwać rodowitymi mieszkańcami Księżyca. Pierwszy kontakt kończy się niemal wybiciem wszystkich ludzi, zaś niedobitki stają się niewolnikami. Właśnie wtedy na Srebrny Glob trafia statek kosmiczny, którym ląduje Marek (Andrzej Seweryn). Mieszkańcy (oraz tworzący najwyższą kastę społeczną kapłani) traktują go jak traktowanego przez proroctwa Zwycięzcę, który wyzwoli ich spod jarzma Szermów. Niby ma lepszą technologię, jednak przeciwnik potrafi telepatycznie wejść do głowy.

na srebrnym globie3

Nadążacie? Żuławskiemu nie można odmówić ambicji, jednak reżyser robi wszystko, by pozbawić nas jakiejkolwiek wygody i przyjemności z seansu. Dużo jest tutaj wewnętrznych (i nie tylko) monologów oraz dialogów dotykających tematów filozoficznych (wolność, miłość, dobro, zło, racjonalizm, religia, fanatyzm, człowieczeństwo), które są podane – nawet nie mówione – w bardzo ekstremalny sposób. Czyli bardzo nadekspresyjny, przejaskrawiony, wręcz wykrzyczany, jakby aktorzy (poza bardzo stonowanym Trelą) byli w jakimś nieopisanym transie, amoku. Czasami wręcz się wyginają, co wprawia w osłupienie, zakłopotanie. Natomiast w scenach, które miały pojawić się w filmie słyszymy narrację z offu od samego reżysera podczas scen z dnia dzisiejszego. W tych nielicznych wejściach kamera wręcz pędzi na złamanie karku przed siebie, by pokazać w finale… a to sami zobaczycie.

na srebrnym globie4

Wizualnie „Na srebrnym globie” jest oszałamiające, a każdy z tych segmentów wyróżnia się. W scenach z videopamiętnika autor zdjęć Andrzej Jaroszewicz bardzo często korzysta z POV. Kadry mają imitować obraz z kamery w kombinezonie, nie brakuje różnych dziwnych kątów, długich ujęć czy momentów z biegu (ucieczka przed sporymi wybuchami). A wszystko jest takie bardzo monochromatyczne, wręcz wyprane z kolorów, co potęguje poczucie wyalienowania, tajemnicy, obcości. Ale druga połowa jest kręcona szerokimi obiektywami, wnosząc wszystko na wyższy poziom. Wrażenia robią kostiumy: od groteskowo wyglądających Szernów przez „ziemskich” mieszkańców Księżyca aż po astronautów niemal mocno przypominających… Fremenów z „Diuny”. Scenografia też jest monumentalna, tak samo jak niemal szalona muzyka Andrzeja Korzyńskiego i rwany (przynajmniej w pierwszej połowie) montaż.

na srebrnym globie5

Technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić, ale treściowo jest to standard Żuławskiego. Czyli jest hermetycznie, dialogi są tak przeładowane przemyśleniami i czasami (to akurat nadużycie) brzmią absurdalnie, bezsensownie, wywołując efekt „co ja k***a oglądam?”. Koncepty reżysera, którego celem – przynajmniej z tego, co wychwyciłem – przypomina mi trochę „Solaris”. Że nawet będąc poza Ziemią nie jesteśmy w stanie pozbyć się swoich najgorszych cech: ignorancji, przemocy, szaleństwa, poczucia wyższości. Tak samo grają aktorzy i to nie byli jacy. Poza w/w Trelą, Grałkiem, Bielską i – najlepszym z całej obsady – Sewerynem można rozpoznać m.in. będących na początku swojej drogi (przynajmniej w momencie kręcenia) Krystynę Jandę, Jana Frycza, Henryka Talara czy Wiesława Komasę. Każdy z nich zostaje w pamięci dłużej niż słowa są w stanie to wyrazić.

na srebrnym globie6

No i co ja mam zrobić z „Na srebrnym globie”? To film pełen paradoksów i sprzeczności, który skazany jest na bycie okaleczonym. Hermetyczny i fascynujący, bełkotliwy i głęboki, psychodeliczny i oszałamiający. Takie dzieło mógł zrealizować szaleniec albo geniusz. Albo pokochasz i dasz się oczarować, albo odbijesz się i określić to jednym, wielkim pier****niem. Ja wam nie pomogę rozwiązać tego dylematu, bo jeden seans to za mało.

/10

Radosław Ostrowski

Boy

Tytułowy chłopak ma 11 lat i mieszka w totalnym zadupiu roku 1984, razem z rodzeństwem i babcią. Co jeszcze o nim chcecie wiedzieć? Jest wielkim fanem Michaela Jacksona, jest gnębiony przez paru łobuzów, czasem odwiedza matkę na cmentarzu i hoduje… kozę. Poza tym prowadzi nudne, szare życie oraz marzy o wyrwaniu się stąd. Oraz byciu na koncercie Michaela Jacksona. W końcu pojawia się szansa, kiedy babcia wyjeżdża na pogrzeb i Boy zajmuje się domem. Wtedy pojawia się nie poznany przez niego ojciec (Taika Waititi), którego chłopak traktuje jako kogoś niesamowitego i wierzy, że odmieni jego monotonne życie.

„Boy” był drugim pełnometrażowym dziełem nowozelandzkiego wariata, Taiki Waititiego. Właściwie jest tu wszystko, co znamy z poprzedniego oraz kolejnych jego filmów. Czyli bohatera, którego marzenia i oczekiwania zostają zderzone z brutalną rzeczywistością. Że to, czego szukamy i znajdujemy nie pokrywa się ze sobą. Ale czy to oznacza, iż znalezione musi być od razu złe? Wszystko zaczyna się szybką prezentacją chłopaka (świetny James Rolleston), jego rodziny oraz bardzo wąskiej grupy przyjaciół. Pojawienie się ojca wydaje się zbawieniem oraz szansą na nowe życie. Chłopak wydaje się w niego być zapatrzony w obrazek, choć nic o nim nie wie. Tworzy jakieś nieprawdopodobne wizje (m.in. ojciec jako… Michael Jackson) i chce go naśladować, licząc na jego akceptację i uznanie. Z tego powodu zaczyna się coraz bardziej oddalać od swoich rówieśników.

Ja jednak mimo powolnego tempa, humoru oraz więcej niż porządnego aktorstwa miałem pewien problem z „Boy”. Zbyt szybko zacząłem się domyślać, że tatuś nie jest tym, za kogo się podaje/uważa. Iluzja zaczyna coraz bardziej pękać, co uważniejszy widz dostrzeże (dwaj kumple, kopanie na polu, rozmowy telefoniczne z matką) i zacznie łączyć kropki. Przez co cała tajemnica przestaje działać, a ja zacząłem się „wyłączać” w trakcie seansu. Jeszcze jest parę pobocznych wątków (upośledzony odludek, brat Rocky wierzący, że ma supermoce) sprawiały wrażenie trochę wciśniętych na siłę.

Żebyśmy mieli jasność, to nie jest zły film, a Waititi potrafi omijać klisze i znajome szablony. Problem w tym, że chyba za dużo już widziałem filmów o tematyce przyspieszonego dojrzewania i burzenia dziecięcej iluzji, przez co ciężej mnie było złapać. Niemniej ze względu na specyficzne miejsce jest to odświeżające doświadczenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Atramentowe serce

Pomysły na jakiś tytuł brzmią tak interesująco, że potrafią oczarować. Brzmi jak magiczne zaklęcie, potrafiące czasem pobudzić wyobraźnię do tego stopnia, iż otwierają się nieograniczone możliwości narracyjnych ścieżek. Dobrze, jeśli powstaje z tego interesujący film, źle jak rozczarowuje. Jaki jest przypadek „Atramentowego serca”?

atramentowe serce1

Punkt wyjścia jest bardzo obiecujący: bohaterem jest introligator Mortimer Folchart (Brendan Fraser), który posiada dość nietypowy dar. Mianowicie, podczas czytania książki potrafi „ożywić” postacie oraz świat danego utworu. Dosłownie, ale w zamian ktoś trafia do wnętrza książki. Tak się stało dziesięć lat wcześniej podczas lektury „Atramentowego serca”, co doprowadziło do wsiąknięcia żony Folcharta. W zamian pojawił się paskudny Koziorożec (łysy Andy Serkis) oraz jego ekipa oprychów, a także mistrz ognia Smolipaluch (Paul Bettany), chcący wrócić do siebie. Od tego czasu Mo razem z córką Maggie ukrywają się, zaś ojciec próbuje odnaleźć książkę i odzyskać żonę. Sytuacja się komplikuje, gdy Smolipaluch odnajduje ich w Alpach, a w ślad za nimi rusza Koziorożec.

atramentowe serce2

Koncepcja osoby czytającej, potrafiącej zmaterializować świat za pomocą samego czytania jest intrygujący i wprowadza element fantastyki do opowieści o walce dobra ze złem. W zasadzie standard, a potem zaczynają pojawiać się kolejne dramatis personae – wielbiąca unikatowe książki ciotka (Helen Mirren), autor książki (Jim Broadbent), który jest mocno oderwany od rzeczywistości, wreszcie wplątany zostaje jeden z 40 rozbójników. Wariactwo? Czujecie wiatr przygody? To dostaniecie jej całkiem niezły kawałek. Główny złol osadził się w pięknie zrobionym zamku i nie zamierza wracać do siebie. Potrzebuje naszego bohatera i jego talentu, bo… to już przekonacie się sami. Finału możecie się domyślić, ale ważniejsza jest tutaj droga do niego.

atramentowe serce3

Ta jest prowadzona solidnie, z przyzwoitymi efektami specjalnymi oraz sprawną realizacją. Problem jednak jest troszkę nierówne tempo akcji, gdzie poza ucieczkami i ukrywaniem się, zdarzają się momenty skradane. Niestety, poczucie zagrożenia nie jest odczuwalne, choć powinno być niemal od początku, przez co napięcie pojawia się sporadycznie. Szczególnie w scenach na zamku, włącznie z finałem, który działa. Przestojem są tutaj przebitki ze wspomnień Smolipalucha, tęskniącego za poprzednim życiem, co spowalnia tempo całości. Momenty ekspozycji też sprawiają wrażenie mechanicznie wrzuconych, a nie spójną częścią historii. To trochę wybija z całości. Także postaci jest zwyczajnie za dużo i nie mają zbyt wiele czasu.

atramentowe serce4

Najbardziej z całej obsady tutaj wybija się świetny Andy Serkis jako Koziorożec. Opanowany, mówiący spokojnym głosem budzi strach i respekt. Osobnik ciągle coś ma asa w rękawie, szykując kolejne niespodzianki. Równie wyrazisty jest Paul Bettany – zdesperowany i przerażony mistrz ognia, niemal za wszelką cenę chcący wrócić do domu. To ostatnie bywa wykorzystywane przeciwko niemu, co czyni go podatnym na manipulacje. Nie można złego słowa powiedzieć o Jimie Broadbencie jako pisarzu, bardziej kochającym świat literacki niż rzeczywisty. A jak radzi sobie para protagonistów? Całkiem solidnie, choć bardziej wybija się Eliza Bennett (Maggie) od Brendana Frasera (Mortimer). Czy jest to wada? Dla mnie nie.

„Atramentowe serce” to kawałek przyzwoitego filmu fantastyczno-przygodowego, choć niepozbawionego skaz. Jak jednak czaruje, to potrafi uderzyć z prawdziwą mocą i ma swój głos. Czasem fałszuje, lecz jak trafia w nutę, robi to w punkt.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

Wolny dzień Ferrisa Buellera

Kino inicjacyjne czy młodzieżowe zazwyczaj wydaje się płytkie, nudne oraz opowiadające o pierdołach. Nie oznacza to jednak, że wszystkie tego typu filmy muszą być głupie. Takie robił w latach 80. John Hughes zarówno jako scenarzysta, jak i reżyser. Jego bohaterowie – choć wydawali się stereotypowi na początku – z czasem zyskiwali barwy, stając się osobami z krwi i kości. Nie inaczej jest w przypadku „Wolnego dnia Ferrisa Buellera” z 1986 roku.

ferris bueller1

Tytułowy bohater (Matthew Broderick w swojej najlepszej roli) to złotousty cwaniak, którego poznajemy w domu. Leży w łóżku i symuluje chorobę, by nie być w szkole. To już dziewiąty dzień jego wagarowania, ale ma być też ostatnim. Na wyrwanie się do miasta zabiera swoje najlepszego kumpla – Camerona (Alan Ruck, znany obecnie z „Sukcesji”) oraz o rok młodszą dziewczynę, Sloanę (śliczna Mia Sara). Wszystko po to, by koledze pomóc wyrwać kijek nerwowy z tyłka, by nabrał pewności siebie. Może i rodzice dadzą się nabrać na chorobę (jak też cała szkoła), to zarówno starsza siostra (Jennifer Grey), jak także próbujący go dorwać dyrektor szkoły (Jeffrey Jones) nie ufają mu. Ten ostatni postanawia go załatwić i uziemić.

ferris bueller2

Reżyser skupia się na postaci Buellera i jego paczki, by pokazać prawdopodobni ostatnie chwile beztroski przed wejściem w dorosłość. Tutaj dorośli nie rozumieją świata młodych i tu nawet nie chodzi o szkołę. W tych rzadkich momentach nauczyciele mówią niczym roboty pozbawione pasji, zaangażowania i motywacji do przekazania wiedzy. Nic dziwnego, ze uczniowie zachowują się podczas zajęć niczym tępe zombiaki, przyglądające się wszystkiemu z obojętnością. Jak tacy ludzie mają się odnaleźć w dorosłym życiu? Bueller przy nich sprawia wrażenie buntownika, idącego pod prąd („Po co mam się uczyć europejskiego socjalizmu? Nie jestem Europejczykiem, a to nie da mi samochodu”) i działającego w wariacki sposób. Czasem można odnieść wrażenie, że kombinuje, kluczy i bajeruje, łamiąc niemal non stop czwartą ścianę. Humor leci z prędkością karabinu maszynowego mieszając kreatywność w oszukiwaniu rodziców (oraz tego jak bardzo blisko jest zdemaskowania) z odrobiną slapsticku – wszystkie sceny z dyrektorem, a także ciągle zaskakując niektórymi sytuacjami (scena zamawiania stolika w restauracji czy Bueller śpiewający podczas parady).

ferris bueller3

Jednak pod tą komediową otoczką skrywa się o wiele poważniejszy problem, czyli zagubienie młodych ludzi i pytanie co dalej. Bo z jednej strony jest Cameron, którego rodzice się nienawidzą, a dla jego ojca ważniejsze jest zabytkowe Ferrari niż on sam. Troszkę miękki jest i nagle potrafi spanikować, co daje przeciwwagę dla komediowych strzałów. Alan Ruck gra tutaj fantastycznie i pokazuje jego wycofanie, chwile załamania oraz – najistotniejsze – mentalnej przemiany, bez cienia fałszu. Bueller pozornie wydaje się wygadanym cwaniakiem, a Broderick ma w sobie tyle uroku, że nie można oderwać od niego oczu. Wszystko to jednak fasada, skrywająca kogoś o wiele wrażliwszego i równie niepewnego, co pozostali. Jak wszyscy klauni oraz tacy, co wszystko uchodzi płazem. Nie czuć w tym fałszu, a nie jest to łatwa sztuka.

ferris bueller4

Jest parę niezapomnianych momentów jak wspomniana parada czy wizyta w muzeum sztuki. To wszystko składa się na inteligentną, pełną świetnych dialogów komedię, z wyrazistymi postaciami. Wszystko bez nachalnego dydaktyzmu czy moralizatorstwa, ale z energią oraz odrobinką luzu. Czyli pierwszorzędna robota Hughesa. Ale pamiętajcie: życie idzie szybko i możecie tego nie zauważyć, jeśli się nie zatrzymacie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski