Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Złote runo

Nazwisko Kondratiuk otwiera bardzo jednoznaczne skojarzenia z bardzo autorskim, specyficznym kinem, gdzie główne role grają naturszczycy. Tak jest przynajmniej w filmach Andrzeja, ale i Janusz miał parę takich produkcji. Raz panowie połączyli robiąc „Złote runo”, które Janusz Kondratiuk nakręcił, zaś Andrzej napisał scenariusz i efekt… to czysty Kondratiuk.

W zasadzie fabuła sobie płynie gdzieś w tle, skupiając się na kapitalistycznej Polsce lat 90. i na dwóch bohaterach z różnych światów. Pierwszy to Rysiu – mężczyzna w wieku średnim, co bardziej pije sobie piwko, ma mnóstwo czasu i w zasadzie nic specjalnego do roboty. Drugim jest Stefan – wiekowo zbliżony do Rysia, ale bardziej oblatany biznesmen. Większego kontrastu chyba się nie da pokazać, ale ten drugi potrzebuje pierwszego do pewnej robótki. Najpierw jednak organizuje „test”, mający sprawdzić jak silny żołądek ma Rysiek. Mężczyzna nie zadaje żadnych pytań, więc wszystko idzie gładko i dopiero późnym wieczorem poznajemy prawdziwy cel: przemyt diamentów przez żołądek podczas jazdy pociągiem do Niemiec.

Wszystko tutaj opiera się na dialogach, gdzie mowa potoczna i powiedzonka przeplatają się z dłuższymi, bardziej refleksyjnymi rozmowami. O czym? O życiu, mówiąc najprościej. O najbliższych, o kapitalizmie, pracy, szczęściu, zagranicy – co chcesz, tu znajdziesz. Ku mojemu zdumieniu, jest tutaj mieszanka śmiechu i refleksji, jaką pamiętam z „Wniebowziętych”. I tak jak tam, mamy duet bohaterów, którzy dostają szansę na zmianę swojego losu. Czyli, żeby nie być biednym. Tylko, czy to aby rozwiązanie problemu? Bo ostatnie minuty mogą zasiać ziarno wątpliwości i pokazać, że upragniony raj to kolejna klatka. I nawet śpiewanie „Say OK” oraz tańce z egzotycznymi paniami wydają się zbyt ładnym obrazkiem.

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie rewelacyjny duet pierwszoplanowy. Himilsbacha i Maklakiewicza nie ma wśród nas od dawna, jednak pojawili się ciekawi zmiennicy: Zbigniew Buczkowski (Rysio) oraz debiutujący na ekranie Zbigniew Mazurek (Stefan). Czuć tutaj chemię mimo – a może dzięki – kontrastowi obydwu postaci, cudownie drewnianych, a jednak naturalnych. Paradoks, nie?

Widać mały budżet, film w jednym miejscu niebezpiecznie zbliża się ku niskim lotom (ale nigdy tam nie sięga), a duet Kondratiuków nadal trzyma formę i uważnie obserwuje nową rzeczywistość. Może „Złote runo” nie stało się klasyką jak produkcje z lat 70., niemniej to kawał bardzo interesująco, nieoczywistego kina. Ale nie dla każdego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuczki

Z reżyserem Andrzejem Jakimowskim nie jest mi po drodze i pozostaje dla mnie fenomenem, którego nie rozumiem. Głownie z powodu pozbawionego sensu oraz ciągu przyczynowo-skutkowego scenariuszy, sprawiających wrażenie pisanych na kolanie i broniących się głównie zdjęciami. Tak było z debiutanckim „Zmruż oczy” czy katastrofalnym „Pewnego razu w listopadzie”. Wyjątkiem od reguły jest koprodukcja „Imagine”. A jak z drugą fabułą, czyli „Sztuczkami”?

sztuczki2

Jesteśmy gdzieś na Śląsku, który w 2007 roku był mocno eksploatowany. A wszystko skupia się wokół rodzeństwa – Elki i Stefka. Dziewczyna jest starsza i pracuje w kuchni, choć przygotowuje się do rozmowy o pracę w dużej firmie. Potrzebna jest znajomość włoskiego, z kolei chłopak próbuje coś jakby „czarować rzeczywistość”. Po co? By odzyskać ojca, który zostawił ich. Wie jak on wygląda, choć nie ma prawa tego pamiętać, ale wie, iż jest on mężczyzną na dworcu czekającym na pociąg. Jest jakimś jasnowidzem, nawiedzonym czy zwykłym gówniarzem, któremu się nudzi i coś sobie ubzdurał? A kogo to obchodzi.

sztuczki1

Jak poprzednio fabuła niby jest, a tak jakby jej nie było. W zasadzie jest to zbiór scenek, gdzie mamy dwójkę bohaterów i toczące się bardzo powoli. Ja rozumiem, że chodziło o kontemplację ładnych widoków (zdjęcia Adama Bajerskiego to mocny punkt filmu) i obserwacje dnia codziennego. Tylko, że tak jak w „Zmruż oczy” nuda jest pokazana w sposób nudny, a to jest największa zbrodnia. Nawet sceny „czarowania” i rzucania sztuczek (kładzenie żołnierzyków, rzucanie monet na tory) wydają się czymś niezrozumiały – niby jak miałoby to sprowokować los? Chyba, że mówimy o życiu innych ludzi, ale czy o to chodziło? Niby jest jeszcze chłopak Elki oraz pewien znajomy handlarz autami, jednak to wszystko zwykłe zapchajdziury.

sztuczki3

Nawet dialogi (te, które da się usłyszeć) sprawiają wrażenie sklejonych na kolanie lub improwizowanych. Niby chodzi o udawanie realizmu, ale to wszystko jest takie sztuczne, udawane, nudne. Jeszcze bardziej uderza fakt, że reżyser wiele chce ugrać niedopowiedzeniami i to jeszcze bardziej frustruje. Niestety, wiele osób dało się nabrać sztuczkom, które stosuje Jakimowski, zgarniając masę nagród. Nie dajcie się zwieść, gdyż „Sztuczki” są puste, udają lekkie kino, serwując niezamierzoną pretensjonalność i sztuczność.

5/10

Radosław Ostrowski

Długa noc

Czasami są takie noce, że zwyczajnie lepiej jest siedzieć na dupie w domu niż wyjść na miasto, bo można wpakować się w poważne tarapaty. Takie, które pozornie wydają się drobnostkami, szczególnie w wieku nastoletnim. Wtedy myślisz, że możesz wszystko robić bez konsekwencji i chroni cię parasol w postaci rodziców. Cokolwiek nie zrobisz, zawsze spadniesz na cztery łapy. Tak myślał sobie Nazir Khan – młody chłopak z pakistańskiej rodziny, co mieszkał w Nowym Jorku. By załapać się na szkolną imprezę, ukradł taksówkę ojca. Niewiele mu pomogło, bo zgubił się i jeszcze miał zapaloną lampkę, że jest w pracy. Tak pojawiła się ona – młoda, pociągająca, od której wzrok krąży cały czas. Podwózka, dom, zabawa nożem a’la „Nóż w wodzie”, narkotyki, w końcu dochodzi do zbliżenia – co może pójść nie tak? Po dragach nasz chłopak ma dziurę w pamięci, budzi się po paru godzinach w kuchni, chce wyjść, przebiega się w sypialni, a tam… dziewczyna leży martwa, jakby zaatakował ją rzeźnik. Naz próbuje zwiać, ale szczęście opuściło go dawno i podczas ucieczki zatrzymuje go policja… za skręcanie w miejscu niedozwolonym. Może się mu upiecze, ale wskutek okoliczności zostaje aresztowany i oskarżony o morderstwo.

dluga noc7

To się nazywa mieć przerąbane, bo wszystko wskazuje na niego. Szansa na wyjście z tej sytuacji wydaje się żadna i pewnie by taka była, gdyby nie John Stone. Kim jest ten facet, co chodzi w klapkach, a stopy wyglądają jak u trędowatego? Drobny adwokat, zajmujący się dilerami oraz prostytutkami, raczej idący na układ przed sądem. Przechodząc przez posterunek, widzi Naza i – ku zaskoczeniu wszystkich – decyduje się zostać jego prawnikiem. Ale czy on ma jakieś szanse z prokuratorem oraz policją, które są przekonane o jego winie?

dluga noc1

Powstały 5 lat temu miniserial HBO to wspólne dzieło scenarzystów Richarda Price’a oraz Stevena Zailliana, którzy wiele razy pokazywali swoje nieprzeciętne talenty. Pierwszy odpowiada za „Kolor pieniędzy” oraz „Okup”, drugi stworzył „Listę Schindlera” czy „American Gangster”, a także ten serial wyreżyserował. O mały włos, a ten serial nie powstał. Początkowo główną rolę, Johna Stone’a miał zagrać James Gandolfini, jednak aktor zmarł po nakręceniu pilota. Po jego śmierci stacja HBO zaczęła prowadzić rozmowy z Robertem De Niro, jednak te – z powodu napiętego grafika – zakończyły się niepowodzeniem. Ostatecznie wybrano Johna Turturro i udało się ruszyć z produkcją.

dluga noc2

Rozbita na 8 odcinków opowieść toczy się na wielu płaszczyznach, ale skupia się na w zasadzie trzech wątkach. Pierwszy dotyczy naszego oskarżonego (bardzo wyciszony Riz Ahmed), który zostaje przetrawiony przez system sprawiedliwości i trafia do aresztu. A wiadomo, więzienie nie jest przyjemnym miejscem dla „świeżaka”, co zostaje mocno i brutalnie przypomniane. Z drugiej strony mamy Stone’a – drobnego prawnika ze zdemolowanym życiem prywatnym oraz egzemą, z którą nie jest w stanie sobie poradzić (co serwuje odrobinę humoru). Cały czas próbowałem zrozumieć dlaczego decyduje się na obronę chłopaka, w zasadzie bez dużego doświadczenia przed sądem? Czy chce coś ugrać, coś udowodnić, choć nie wierzy w niewinność chłopaka? Tutaj musiałem się poważnie zastanowić, ale jedno nie ulega wątpliwości – facet zna bardzo reguły gry i potrafi skutecznie zdobyć informację oraz przygotować się do rozmów z potencjalnymi świadkami.

dluga noc4

No i jeszcze jest trzecia sprawa, czyli policyjne dochodzenie oraz przygotowanie do procesu ze strony prokuratury, a także zbierającej dowody policji. Tą ostatnią reprezentuje zbliżający się do emerytury detektyw Box (świetny Bill Camp), który pozornie wydaje się empatyczny, lecz tak naprawdę to „łagodna bestia” – wyciąga informacje wszelkimi dostępnymi sposobami. A co w kwestii dociekania do prawdy? A kogo ona obchodzi – leży gdzieś tam w różnych mrocznych zakamarkach i czeka aż ktoś do niej dotrze. Tylko co z nią wtedy zrobić?

dluga noc6

Twórcy pokazują jak system sprawiedliwości przypomina zespół naczyń połączonych, gdzie stróże prawa i adwokaci w zasadzie są sobie nawzajem potrzebni. Jedni wiedzą o drugich wiele, czasami idą na układy, a często tyle razy się spotykają przed sądem (i nie tylko), że znają kto jak działa oraz operuje. A czasami biurokracja oraz brak komunikacji potrafi zirytować, co pokazuje zachowanie policjantów wobec Naza, gdy trafia na komisariat bez zarzutów o morderstwo. Bardziej się tutaj liczy kto ma rację i jak można przekonać do niej przysięgłych. A już sceny więzienne, gdzie obowiązują troszkę inne reguły gry oraz hierarchia – potrafi uderzyć, mimo znajomości tematu. Historia wciąga, a początek jest wręcz rewelacyjny, ale potem coś się dziwnego zaczyna dziać.

dluga noc5

Pojawia się masa wątków pobocznych, które zaczynają narrację rozdrabniać i tylko część z nich ma jakiś większy wpływ jak wrogie nastawienie do muzułmanów czy próby dochodzenia do kolejny świadków sprawy. Inną kwestią są dla mnie sceny więzienne, znaczy, kwestia Naza w pierdlu. Facet nie próbuje sobie nawet przypomnieć, co się tamtej feralnej nocy wydarzyło i łatwo – dla mnie zbyt łatwo – adaptuje się do nowego otoczenia. Czy chodziło tutaj o pokazanie, że w pewnych okolicznościach siedzi w nas bestia, czekająca na swoje pięć minut chwały? Czy może o to, iż dla przetrwania zrobimy wszystko? To rozumiem, ale sposób pokazania nie przekonuje, chociaż sceny z „aniołem stróżem” o imieniu Freddy są świetne, co jest zasługą zarówno dialogów, jak i nieodżałowanego Michaela Kennetha Williamsa w tej roli.

dluga noc3

No i chyba największy problem, czyli rozwiązanie i finał, który jest nierozstrzygnięty. Jeśli liczycie na odpowiedź kto zabił?, przeliczyliście się. Bo odpowiedzi nie ma, aczkolwiek jest pewien bardzo obiecujący trop. Tylko kto będzie chciał robić drugi sezon po pięciu latach? No błagam. A wyrok sądowy – to jest dla mniej jakieś lenistwo scenarzystów oraz mało prawdopodobne rozstrzygnięcie. Dla mnie duże rozczarowanie.

Więc jak ocenić „Długą noc”? To na pewno solidny dramat kryminalno-sądowy, przywiązany do detali niczym w „The Wire”, chociaż nie jest aż tak złożony. W górę podnosi go fantastyczne aktorstwo, głównie rewelacyjnego Johna Turturro, ale ściąga go w dół zbyt duża ilość niewnoszących niczego do sprawy wątków pobocznych. Bilans ostatecznie wychodzi na plus, więc dajcie szansę i może coś wygracie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Faraon

Czy jest coś bardziej apetycznego i problematycznego niż władza? To jak łatwo ją zdobyć, ale utrzymać jeszcze trudniej, bo nie wiadomo kto jest twoim sojusznikiem, kto zdrajcą i komu można wierzyć. Przed takimi problemami będzie musiał się zmierzyć następca tronu egipskiego, Ramzes – bohater powieści Bolesława Prusa oraz filmu Jerzego Kawalerowicza „Faraon”.

faraon1

Akcja osadzona jest w Egipcie bez jakiegoś określonego czasu. Bohaterem jest Ramzes, syn faraona Ramzesa XII i następca tronu, który bardziej wolałby spędzać czas na wojnie niż na tronie. Jednak jego ojciec coraz bardziej słabnie, a większe wpływy zaczynają mieć kapłani, szczególnie pełniący funkcję ministra wojny Herhor. Dochodzi do konfliktu oraz wewnętrznej wojny o władzę, wpływy i pieniądze. Czyli śpiewka stara jak świat, a początek spięcia jest podczas manewrów wojskowych i zamieszania z powodu… dwóch skarabeuszy, rozkopania kanału oraz śmierci kopacza. Tu sytuacja zaczyna się zaogniać, zwłaszcza z powodu niewielkiego skarbca władcy. By spłacić obiecane nagrody dla armii, zapożycza się u fenickiego kupca Dagona. I tu zaczynają się tworzyć nitka do uzyskania wpływów u władcy.

faraon4

Reżyser robi film pełen paradoksów, bo jest to produkcja z dużym budżetem, tysiącami statystów oraz imponującą scenografią. Ale z drugiej strony „Faraon” bywa kameralny, z niewielką ilością mówiących aktorów (jak w spektaklu teatralnym) oraz bardzo wieloma, świetnymi dialogami. A wszystko to skupia się wokół konfrontacji dwóch osobowości. Po jednej stronie mamy młodego Ramzesa XIII (debiutujący Jerzy Zelnik) – ambitny, opierający siłę w armii, niedoświadczony w politycznych grach chłopak. Zamiast działać w cieniu idzie na otwartą konfrontację i co gorsza, jest przekonany, że z racji swojego pochodzenia może narzucić swoją wolę każdemu. Skoro jest kimś, kogo w średniowiecznej Europie nazywano by pomazańcem Bożym, jego słowo jest ostateczne i ma Moc. Po drugiej strony totalne przeciwieństwo, czyli minister wojny, kapłan Herhor (fantastyczny Piotr Pawłowski) – bardzo opanowany, wyciszony, z kamienną twarzą i zawsze przewidujący.

faraon3

Wynik tej konfrontacji wydaje się chyba oczywisty, ale nie do końca o to tu chodzi. Reżysera bardziej interesują wszelkie sztuczki, manipulacje oraz intrygi otaczające niedoświadczonego młodzieńca. Jak bardzo jego własna ambicja i nienawiść oślepiają go, czyniąc z niego marny materiał na władcę. Niemal tutaj każdy nim manipuluje lub próbuje to czynić: od kapłanów przez kobiety po kupców fenickich. Sytuacja jak w ruletce i jak się w tym odnaleźć? Odpowiedź wydaje się prosta, ale nie zdradzę jej. Trudno się przyczepić realizacyjnie do tego monumentu: od armii statystów w scenach batalistycznych (nawet jeśli są krótkie) przez monochromatyczne zdjęcia Jerzego Wójcika z wieloma ujęciami z oczu (do dziś wyglądają imponująco) po scenografię i kostiumy. Nie oszczędzano na tym filmie i to widać. Może z dzisiejszej perspektywy aktorstwo wydaje się teatralne, ale to bardzo pasuje do tego filmu.

faraon2

Kawalerowicz jednak bardzo pewnie prowadzi narrację, mimo wielu postaci i wątków, z zaskakującą precyzją. A to jest sztuka jaką posiadają jedynie wielcy filmowcy, który jeszcze reżyser pokazał w „Śmierci prezydenta”. Ciągle imponujące dzieło w historii polskiego kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Wizja lokalna 1901

Małe miasteczko Września w roku 1901 stało się bardzo znane na całej Europie. A cóż to się stało? Otóż dzieci w tamtejszej szkole zbuntowały się przeciwko nauczaniu religii w języku niemieckim. Dokładnie jedna z klas 7, do której dołączyła druga klasa, gdzie uczy się trójka naszych bohaterów (Antek, Kacper i Bronka). Jak reagują władze szkoły na tą całą sytuację? O tym próbuje opowiedzieć film Filipa Bajona z 1980 roku „Wizja lokalna 1901”.

wizja lokalna 1901-2

Tytuł może sugerować, że mamy do czynienia z rekonstrukcją wydarzeń, jednak trudno to jednoznacznie ocenić. Reżyser bardziej skupia się na budowaniu atmosfery niż ścisłego trzymania się faktografii i ścisłego przebiegu wydarzeń. Dlatego wiele razy przeskakujemy w różne miejsca (od szkoły przez wiec po siedzibę burmistrza), parę razy dochodzi do złamania czwartej ściany i obserwujemy z każdej możliwej perspektywy. To może wydawać się chaotycznym zagraniem, a wiele dialogów jest w języku niemieckim, co też dezorientuje. Więc po co realizować taki film? By pokazać jakie metody zastraszania i manipulacji stosowano, by złamać uczniów.

wizja lokalna 1901-1

W potęgowaniu tego poczucia represji i psychologicznego terroru pomagają bardzo surowe zdjęcia oraz niemal stonowane kolory. Imponująco prezentują się szkolne sale, niemal żywcem odtworzone ze zdjęć. Narracja prowadzona jest skokowo, co dla mnie mocno dezorientowało i kilka razy gubiłem się w czasie. To jest mój największy zarzut, bo przez ten chaos traciłem zainteresowanie. Wrażenie robią sceny w szkole, gdzie nauczyciele próbują złamać opór uczniów: od prostej perswazji przez stosowanie kar cielesnych po zastraszenie rodziców. To jest przykład pruskiej siły, z bezwzględnością dążącej do podporządkowania ludności swojego kraju.

wizja lokalna 1901-3

I jest to więcej niż dobrze zagrane, także w przypadku dzieci, co nie jest u nas normą. Ale mamy tutaj także imponującą grupę rozpoznawalnych aktorów z Tadeuszem Łomnickim (baron Mossenbach, burmistrz miasteczka), Danielem Olbrychskim (ksiądz Paczkowski) oraz niezawodnym Jerzym Stuhrem (radca Wagner) na czele. Jednak najbardziej wyraziste, wręcz demoniczne postacie to bardzo śliski nauczyciel Koralewski (mocny Zdzisław Wardejn) oraz inspektor Winter w zaskakującej interpretacji Wiesława Drzewicza. Nie chcielibyście spotkać takiej osoby w życiu.

„Wizja lokalna 1901” wydaje się być wprawką do „Poznania 56”, gdzie Bajon także prezentował ważne wydarzenie historyczne z bardziej przyziemnej perspektywy. Bez wielkiej polityki oraz poważnych ludzi władzy, lecz czasami w sposób mocno dezorganizujący fabularną konstrukcję. Niemniej w tej nieszablonowej formie jest coś frapującego.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiony

To zadziwiające jak wiele filmów robionych za amerykańskie dolary, gdzie – bardziej lub mniej bezpośrednio – dotykają bardzo niewygodnych dla Stanów Zjednoczonych tematów i/lub są aktami oskarżenia wobec ich działań poza krajem są tworzenie przez filmowców spoza USA. O mniejsze lub większe pośrednictwo w obalaniu rządów dla krajów, które później doili w zamian za przymknięcie oczu na rządy dyktatury czy innych radykalnych fanatyków. Taki akt oskarżenia w 1982 roku zrealizował urodzony w Grecji francuski reżyser Costa-Gavras, opierając się na prawdziwej historii.

zaginiony1

„Zaginiony” opowiada historię młodego chłopaka, Charliego Harmona, który działał w kraju gdzieś w Ameryce Południowej (w filmie nie pada nazwa kraju, ale jest to Chile) AD 197x. Chłopak działał pisząc artykuły dla tworzonej przez kumpli lewicowej gazety, mieszkając razem z żoną Beth. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie rozsypuje się w momencie przewrotu dokonanego przez wojskowych. Godzina policyjna, zerwana wszelka komunikacja, zablokowane drogi – każde wyjście na ulicę może skończyć się śmiertelnym strzałem. Któregoś dnia, mężczyzna znika bez śladu, a kobieta – nie bez problemów – trafia do domu, gdzie zastaje totalny chaos. Mimo próśb i pomocy urzędników ambasady, wszelkie próby znalezienia śladu mężczyzny prowadzą donikąd. W końcu ojciec zaginionego, bogobojny biznesmen Ed, decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Przyjeżdża do kraju i razem z synową próbuje odnaleźć chłopaka, ale łatwo nie będzie.

zaginiony2

Reżyser już na samym początku nie cacka się i pokazuje kraj jako miejsce nie należące do bezpiecznych. Wszędzie słychać świszczące kule, widać wojskowe pojazdy na ulicy i każdego można zatrzymać, aresztować i przetrzymać. Gavras, także mający lewicowe poglądy, coraz bardziej podkreśla beznadzieję sytuacji Harmonów. Urzędnicy ambasady wydają się bezużyteczni, kolejni świadkowie początkowo przedstawiają sprzeczne informacje, a każdy trop prowadzi donikąd. Z czasem zaczynają dochodzi do bardzo przerażających i trudnych faktów. Zwłaszcza dla ojca, który jest takim wzorcowym obywatelem, nie mającym żadnego powodu ufać komukolwiek z osób reprezentujących rząd. W przeciwieństwie do Beth, będącej wręcz wrogo nastawionej do tej elity.

zaginiony3

I to zderzenie tych dwóch światopoglądów było dla mnie najmocniejszym punktem „Zaginionego”, co też wynikało z rewelacyjnie dobranych aktorów, czyli Jacka Lemmona oraz Sissy Spacek. Obje wobec siebie są początkowo nieufni, jakby wzięci z dwóch planet obcy ludzie. Niby rodzina, a tak naprawdę obcy ludzie, mieszanka siły i słabości. Z każdą kolejną chwilą te mury zaczynają się zakopywać i buduje się silna więź („Jesteś najbardziej odważną osobą jaką poznałem w życiu. Mówię szczerze”), przez co oboje zaczynają dostrzegać to samo i tak samo.

zaginiony4

To jednak jeden z bardziej depresyjnych filmów, pokazujący bezwzględność władzy junty oraz bezsilność jednostki wobec systemu. Zwłaszcza skupiającego wobec siebie ludzi silnych, wpływowych i dający w zasadzie bezkarność ludzi władzy, a prawa obywatelskie zostają zabrane. Bo nie są one wyryte na kamieniu. I przed tym ostatnim trzeba uważać.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopiec z latawcem

Był kiedyś taki czas, że reżyser Marc Forster realizował bardzo kameralne, ale potrafiące uderzyć emocjonalnie opowieści. Nie inaczej jest z adaptacją powieści lekarza Khaleda Hosseiniego, gdzie trafiamy do Afganistanu. Kraju obecnie kojarzonego z wojną, zabijaniem i destrukcją. Może ciężko w to uwierzyć, ale nie zawsze tak było. Kiedyś był to kraj pełen życia, radości, kolorów. Tak było przynajmniej w roku 1978, gdzie żyło sobie dwóch chłopaków.

chlopiec z latawcem1

Amir i Hassan – jeden jest synem pewnego wpływowego człowieka z wyższej kasty, drugi to syn sługi pracującego dla ojca Amira. Mimo tych podziałów relacje między tymi ludźmi bardziej przypominają przyjaciół niż pan-sługa. A jedną z pasji chłopców są przygotowania do zawodów, gdzie „ścina” się obce latawce. Wydaje się, że ta przyjaźń będzie silniejsza niż jakakolwiek sytuacja. Ale rzeczywistość ma to do siebie, iż potrafi zweryfikować rzeczy, które wydają się być oczywiste. Jedno wydarzenie rzuca cieniem na całą relację – jeden chłopiec okazuje się lojalny wobec przyjaciela, ale drugi postępuje jak tchórz. I potem do gry wkracza historia, zmuszając do emigracji.

chlopiec z latawcem2

Sama akcja toczy się dwutorowo: z jednej strony poznajemy przeszłość Amira oraz jego przyjaźni z Hassanem, z drugiej jesteśmy w roku 2000, gdy Amir odnosi swój literacki sukces i wtedy dostaje telefon od dawno nie słyszanego przyjaciela rodziny. „Jest szansa, by znowu być dobrym człowiekiem”, mówi. O co chodzi? Na czym polegać ma ta szansa zmycia hańby? To będziemy próbowali odkryć razem z Amirem.

chlopiec z latawcem3

Najbardziej zaskakujące jest to, że Forster razem ze scenarzystą Davidem Benioffem (tak, to ten sam gość od „Gry o tron”) pokazują tą opowieść z dużym wyczuciem i próbą zrozumienia obcej kultury. Realizmu dodaje fakt, że aktorzy mówią w języku tego regionu. A angielski pojawia się tylko, gdy trafiają do USA i rozmawiają z osobami spoza swojego kręgu kulturowego. Nawet te drastyczne i brutalne momenty działają, choć nie ma tu epatowania przemocą i okrucieństwem. Zwłaszcza, kiedy wracamy z Amirem do Afganistanu za rządów Talibów, gdzie nie chcielibyśmy trafić. Nie mogę też nie wspomnieć o cudownych zdjęciach (szczególnie podczas scen z latawcami) oraz mocno czerpiącej z kultury Wschodu muzyce Alberto Iglesiasa. Bez niej ten film miejscami straciłby wiele ze swojej siły.

chlopiec z latawcem4

I ogląda się znakomicie, dzięki bardzo przekonującemu aktorstwu mniej znanych twarzy. Największe wrażenie zrobił na mnie Homayoun Ershadi jako ojciec Amira, Baba. Jest to człowiek z jednej strony pełny pokory oraz znający reguły życia w kastowym społeczeństwie, z drugiej ma w sobie wiele wewnętrznej siły i zasad. Jest jednak pewna tajemnica, która wychodzi po jego śmierci. Równie przekonujące są dziecięcy odtwórcy Amira oraz Hassana, gdzie nie ma miejsca na fałsz.

Może ten film dla wielu może wydawać się naiwnym i za bardzo wierzącym w człowieka. Jednak „Chłopiec z latawcem” jest zbyt poruszającym i intrygującym filmem, a także bardzo humanistyczną opowieścią o hańbie, przyjaźni i odkupieniu. Etniczny koloryt nie pozbawia go uniwersalności, co jest sporym zaskoczeniem. Prawdopodobnie najlepszy film w karierze Marca Forstera.

8/10

Radosław Ostrowski

Willy Wonka i fabryka czekolady

Tą historię znacie, bo w 2005 roku przeniósł ją na ekran Tim Burton. Nie był jednak jedynym, co się podjął ekranizacji powieści Roalda Dahla „Charlie i fabryka czekolady”. Czyli mamy opowieść o bardzo ekscentrycznym właścicielu fabryki czekolady, który lata temu ją zamknął. Jednak wznowił działalność, lecz bramy nadal pozostały zamknięte. Ale w końcu jest szansa na wejście do środka. Jak? Wszystko dzięki Złotemu Biletowi (sztuk pięć), który trzeba znaleźć w tabliczce czekolady. A zwycięzca dostanie szansę zwiedzenia fabryki Wonki w towarzystwie jednego członka rodziny.

willy wonka1

Brzmi znajomo, prawda? Ale reżyser Mel Stuart w oparciu o scenariusz samego Dahla podchodzi inaczej do tej kwestii. Oczywiście, że każde z dzieci ma pewne podkreślone cechy charakteru: od oglądania telewizji przez egoizm po obżarstwo. Niby wiemy, czego się spodziewać i znamy drogę, jednak sposób w jaki opowiedziana jest ta historia… to zupełnie inna kwestia. Reżyser ubiera wszystko w konwencję musicalu, z masą piosenek i odrobiną (podkreślę: odrobiną) tańca.

willy wonka2

Całość jest rozbita na dwie części. Pierwsza to poznanie bohaterów oraz poszukiwania Złotych Biletów. Ten wątek prowadzony jest zaskakująco spokojnie, zaś odkrywanie zwycięzców prowadzone jest za pomocą relacji telewizyjnych. Sama obecność pozostałych dzieciaków i poznanie ich charakterów trwa w zasadzie parę sekund. Skontrastowany z nimi Charlie wydaje się przy nich wręcz aniołem: chodzi do szkoły, pracuje jako roznosiciel gazet i jest do bólu uroczy. Ale druga połowa to zwiedzanie fabryki Wonki, co daje duże pole dla rozwinięcia wyobraźni. Twórcy sięgają nie tylko po oszałamiającą scenografię, ale też masę optycznych sztuczek w rodzaju fałszywej perspektywy. Gabinet Wynalazków czy Sala Czekoladowa, gdzie niemal wszystko jest do zjedzenia nadal robi piorunujące wrażenie. A już podróż łodzią to czysta psychodelia, jakiej nikt się nie spodziewał. Jednak jest w tym pewna niewypowiedziana magia, która nie pozwala oderwać oczu.

willy wonka3

I jest jeszcze jeden element, który podnosi całość na wyższy poziom. Nie chodzi tutaj o przekonujące dzieciaki, ale o absolutnie błyszczącego Gene’a Wildera jako Wonka. Pokręcony geniusz o umyśle dziecka zmieszanym z bardzo sarkastycznym humorem to połączenie zabójcze. Zwłaszcza, że nie do końca wiadomo kiedy Wonka żartuje, a kiedy jest śmiertelnie poważny i to w połączeniu z wnętrzem fabryki daje siłę rażenia bomby atomowej. Tego się nie da zapomnieć.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu film sprzed 50 lat broni się więcej niż dobrze. Może wielu drażnić wyczuwalny dydaktyzm, a morał jest oczywisty, to nadal stanowi wysokiej jakości kino familijne. O klasę (przynajmniej) lepszy od remake’u Tima Burtona.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski