Piła

Ten tytuł fanom kina obrzydliwego i wywołującego wstręt, tylko dla fanów obserwowania torturowania innych ludzi na ekranie. Spodziewałem się makabry, lejącej się posoki oraz odcinanych kończyn w ilościach przekraczających wyobraźnię normalnego człowieka. Z tego stała się znana seria „Piła”, która zaczęła się w 2004 roku i do tej pory nikt nie chce tej karuzeli przerwać. Ale czy od samego początku serii towarzyszyła ta reputacja?

Reżyserski debiut Jamesa Wana zaczyna się z masą znaków zapytania. Jakieś nieprzyjemne pomieszczenie, przypominająca łazienkę, a w niej dwóch mężczyzn. Budzą się, w zasadzie nie pamiętając jakim cudem tu się znaleźli. Obaj są skuci łańcuchami do nogi, a między nimi mężczyzna z kulą w głowie oraz pistoletem w dłoni. Przy okazji odnajdują nagrane kasety magnetofonowe w kieszeni, a także zauważają magnetofon przy zwłokach. Obaj panowie – Adam i dr Gordon – odkrywają, że są częścią sadystycznej gry prowadzonej przez tajemniczego Jigsawa. Jest on psychopatycznym mordercą, zmuszającego swoje ofiary do bardzo brutalnej gry, gdzie stawką jest ich życie. By je odzyskać muszą dokonać bardzo trudnych łamigłówek, gdzie trzeba dokonać rzeczy obrzydliwych w rodzaju wyrwania klucza z żołądka leżących zwłok.

Wan z bardzo drobnym budżetem musiał się nakombinować, by zaangażować. „Piła” bardziej przypomina thriller z tajemnicą, gdzie kolejne informacje wywołują mętlik w głowie. Zagadka wokół Jigsawa oraz jego motywacji jest siłą napędową, a klimat robi poczucie klaustrofobii oraz bezsilności. Dla naszych bohaterów szansą jest, gdy jeden z nich zabije drugiego. Poza zamknięciem dwójki bohaterów kluczową rolę odgrywają retrospekcje. Tutaj poznajemy prowadzących śledztwo policjantów (detektyw Tapp i Sing), gdzie m.in. poznajemy przeszłość naszych bohaterów. A obaj panowie mają swoje za uszami, co ma później kluczową rolę.

Akcja prowadzona jest bardzo szybko, montaż sprawia wrażenie zrobionego przez osobę z ADHD, a w tle gra industrialna muzyka w stylu Nine Inch Nails. Aktorstwo idzie w stronę kina klasy B, a najbardziej znanymi twarzami są Cary Elwes (dr Lawrence Gordon) oraz Danny Glover (detektyw Tapp). I obaj są bardzo solidni w swojej pracy, tak jak współscenarzysta Leigh Whanell jako Adam. Samej makabry oraz okrucieństwa nie jest tak dużo jak sądziłem (aczkolwiek scena obcięcia piłą nogi budzi wstręt), bo najokropniejsze rzeczy są pokazane poza ekranem. Ale najmocniejszą woltę dostajemy na sam koniec, kompletnie mnie zaskakując.

Z czasem jednak cała seria stała się tylko krwawą jatką, pokazującą wszystkie najohydniejsze sceny mordów. W swoim debiucie Wan skupia się bardziej na psychologicznej rozgrywce między psychopatą a jego potencjalnymi ofiarami. I dzięki temu „Piła” wybija się z tłumu rzeźnickich horrorów w rodzaju torturę porn.

7/10

Radosław Ostrowski

Candyman

Czym są miejskie legendy? Szeptanymi opowiastkami do straszenia czy skrywaniem naszych lęków i koszmarów? A co jeśli taki koszmar zmaterializuje się do tego stopnia, że nikt nie będzie w stanie wam uwierzyć? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć horror z 1992 roku.

candyman1

Tytułowy Candyman to miejska legenda dzielnicy Calibri Green w Chicago – nawiedzony duch, który odpowiada za śmierć wielu ludzi. By go wywołać wystarczy przed lustrem powiedzieć pięć razy jego imię, a wtedy pojawia się z hakiem zamiast dłoni oraz pszczołami we wnętrzu ciała. Jego legendę próbuje zbadać żona wykładowcy (Helen Lyle) akademickiego razem z przyjaciółką, by napisać pracę doktorską. Helen, nie wierząc w Candymana, wypowiada pięć razy jego imię, a następnie rusza do jego dzielnicy. Nie jest to bezpieczne miejsce, terroryzowane przez gangi i zamieszkiwany przez czarnoskórą społeczność. Od tej pory zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z pojawieniem się Candymana. Ten żąda swojej ofiary i chce, by Helen mu się oddała (nie w sensie erotycznym), zaś wokół kobiety pojawia się krew oraz zbrodnia.

candyman2

Reżyser Bernard Rose oparł „Candymana” na opowiadaniu Clive’a Barkera – pisarza grozy, nie bojącego się sięgać po makabrę oraz gore, także w swoich próbach reżyserskich. Ale nie spodziewajcie się wiadra krwi oraz ekranowej rzeźni. Sam początek, z perspektywą Boga oraz organowo-chóralną muzyką Philipa Glassa buduje atmosferę tajemnicy i niesamowitości. Także krótkie wprowadzenie do opowieści (historia o mordzie dokonanym na dziewczynie), narzuca ton. Wszystko bardziej przypomina coś na kształt kryminału, gdzie Helen (zjawiskowa Virginia Madsen) dociera do niebezpiecznej dzielnicy i próbuje ustalić fakty. Samo miejsce robi wrażenie dzięki niesamowitym graffiti oraz świetnej pracy kamery. Powolne odkrywanie szczegółów i pewne detale (żyletki w opakowaniach po cukierkach) tylko potęgują aurę tajemnicy, miejscami skręcając ku obrzydliwym opisom zbrodni, które miał popełniać Mężczyzna z Hakiem.

candyman4

Wszystko zaczyna się zmieniać z pojawieniem się tej istoty o niepokojąco pociągającej aparycji Tony’ego Todda. Wydaje się być elegancko ubranym facetem z hakiem zamiast ręki oraz bardzo tragiczną historią, a potem historia idzie w niemal kierunku znanym z Hitchcocka – niewinna Helen zostaje wplątana w morderstwo i porwanie. Kompletnie nic nie pamiętając i budząc się otoczona krwią, z nożem w ręku. Czy to ona zabija, czy Candyman jest wytworem jej wyobraźni? A może ona jest przez niego sterowana? Problem jest jeden – nikt poza nią, nie widzi tej istoty. To działa efektywnie, pomagając w budowaniu napięcia i doprowadzając do efektywnego, mocnego finału.

candyman3

Nigdy nie byłem wielkim fanem horrorów czy kina grozy, ale od każdej reguły zawsze jest wyjątek. „Candyman” Rose’a bardziej działa atmosferą oraz gwałtownymi scenami krwawej jatki (zawsze pokazanej po fakcie) niż wielkim przerażeniem. Ale i tak potrafi oczarować swoją mniej konwencjonalną stylistyką od tego, czego należy oczekiwać po horrorze. Aż chętnie sprawdzę tego nowego „Candymana”.

7/10

Radosław Ostrowski

Ukryty wymiar

Rok 2040. Zostaje zbudowany statek kosmiczny o nazwie Event Horizon, którego zadaniem było poruszanie się powyżej prędkości światła. Zamiast tego posiada napęd, pozwalający przenosić się poza czas i przestrzeń. Ale podczas testowego lotu maszyna znika poza Jowiszem. I nagle po siedmiu latach statek pojawia się w okolicy Jowisza. Co się stało? Gdzie był? I co przyniósł ze sobą? Do tego zadania zostaje wysłana ekipa pod wodzą kapitana Millera.

ukryty wymiar2

Dzisiaj nazwisko reżysera Paula W.S. Andersona kojarzy się z tandetnymi filmami pokroju kolejnych części „Resident Evil”. Ale na początku swojej kariery był bardzo interesującym, obiecującym twórcą z sukcesami jak choćby filmowy „Mortal Kombat”. Kolejnym filmem po tej udanej adaptacji gry komputerowej był skrętem w stronę horroru SF. Budżet był spory, obsada to mieszanka amerykańsko-brytyjska, a intryga to mieszanka „Obcego” z… „Solaris”. Statek wydaje się opustoszały, niemal wszędzie jest krew i wszystko sprawia wrażenie nieodgadnionej tajemnicy. I wygląda niczym wielki krzyż, co raczej nie jest przypadkiem. Potem okazuje się, że statek jest nawiedzony i trafił do miejsca, jakiego nikt nie chciałby przebywać z własnej woli.

ukryty wymiar3

I tu się zaczyna z jednej strony frajda, z drugiej strony problem. „Ukryty wymiar” w straszeniu korzysta z gore i makabrycznej jatki niczym z „Hellraisera” – w scenach retrospekcji czy krótkich przebitkach. Ale jednocześnie zdarza się członkom załogi mieć zwidy czy halucynacje z przeszłości. Ale czy to wszystko z powodu obecności dwutlenku węgla, czy może statek „wyciąga” z ich głowy wszystkie lęki oraz mroczne tajemnice? A jeśli tak, to czemu nie działa na wszystkich? Dlaczego dr Weir ma obsesję na punkcie statku?

ukryty wymiar4

Dziur i nielogiczności jest tu wiele, a część z nich może wynikać z wycięcia ponad 20 minut po pokazach testowych. I to prowadzi do drugiego problemu, czyli postaci. Są one w zasadzie zarysowane na poziomie podstawowym (czym się zajmują, jak się nazywają), ale nie wierzy się do końca w te relacje. Nie ma zbyt wielu scen, gdzie poznajemy tą załogę bliżej, tylko od razu przeskakujemy do następnej sceny, następnego straszenia. Bo to jest horror, rozumiecie? Przez to kompletnie nie obchodziły mnie te postacie, mimo znajomych twarzy (Laurence Fishburne, Jason Isaacs, Sean Pertwee, Kathleen Quinlan).

ukryty wymiar1

Jest jeszcze kwestia związania z dr Weirem, co ma twarz i aparycję Sama Neilla. Kiedy ten bohater jest naukowcem i tłumaczy jak działa Event Horizon, ma włączony tryb dra Granta i jest świetny. Najgorsze zaczyna się w momencie, gdy Weir zaczyna świrować – te skoki wydają się gwałtowne i szybko znikają, jakby nic się nie stało. Ale kiedy przechodzi na ciemną stronę Mocy, wygląda bardzo paskudnie, ale głos ma zbyt delikatny i nie budzi przerażenia. Także wplecione dialogi nie dają mu zbyt wiele do pokazania.

I to jest przypadek filmu z potencjałem, który z powodu udziału osób trzecich, został zamordowany. Wygląda świetnie, ma imponującą scenografię i mroczny klimat, ale to wszystko wydaje się takie płytkie, puste oraz bez ciężaru emocjonalnego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ręka Boga

Połączenie horroru z tematyką religijną potrafi tworzyć bardzo interesujące połączenie. Tak jest w przypadku nakręconego w 2001 roku psychologicznej „Ręce Boga”. Ten reżyserski debiut Billa Paxtona przypomina klasyczne opowieści grozy w starym stylu.

Wszystko zaczyna się w budynku FBI, gdzie pojawia się mężczyzna o imieniu Fenton Meiks. Człowiek ten zgłasza się, by przekazać informacje w sprawie seryjnego mordercy zwanego Ręką Boga. Ma być nim brat, który popełnił samobójstwo. Dlaczego zabijał? Gdzie są ciała ofiar? Co go motywowało? Fenton zaczyna agentowi Doyle’owi opowiada swoją historię, a dokładnie swojej rodziny roku 1978. Wtedy Fenton był chłopcem mieszkającym razem z bratem oraz samotnie wychowującym ich ojcem. Nic dziwnego, spokojna familia w cieniu szarości dnia. Aż do czasu kiedy w nocy dzieci budzi ojciec z informacją, że miał wizję od Boga. Anioł rzekł mu, że będzie walczył z demonami, co ukrywają się wśród ludzi i będzie w stanie rozpoznać ich. I dostanie trzy magiczne bronie, by z nimi walczyć. Adam coraz bardziej zaczyna wierzyć w te wizje ojca, ale Fenton jest przekonany, iż to jest bzdura oraz urojenia.

reka boga2

Reżyser skupia się na tej kwestii wokół wizji ojca i walki z „demonami”. Czy to naprawdę są potwory w ludzkim ciele, czy może ojciec ma urojenia i powinien się leczyć psychiatrycznie? A to wszystko w czasach, kiedy ojciec wymaga posłuszeństwa od swoich dzieci. Paxton, który także gra ojca, przez jakieś ¾ filmu nie daje na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Powoli prowadzi narrację bardzo powoli, budując bardzo atmosferę niepokoju i to bez pokazywania scen przemocy. Samo zabijanie odbywa się niejako poza kadrem, co potrafi jeszcze bardziej przerazić. Jeszcze bardziej intryguje fakt, że mimo zabijania (przepraszam: zniszczenia) demonów/ludzi, nadal potrafi wyrazić miłość wobec swoich synów, nie staje się przerysowanym psychopatą. Nawet podczas dokonywania zbrodni, na jego twarzy bardziej widać przerażenie i strach niż satysfakcję czy sadystyczną przyjemność.

reka boga1

Ta dwutorowa narracja działa także w momencie, gdy dorosły Fenton (świetny Matthew McConaughey) prowadzi swoją opowieść. Prowadzący śledztwo agent (chłodny i opanowany Powers Boothe) początkowo wydaje się mieć wątpliwości. Czyżby to było zbyt przerażające? Czy poza jego słowami są jakieś inne dowody? A może to wszystko nieprawda? Odpowiedź początkowo jest bardzo szokująca, ale jednocześnie rozczarowuje i rozwiązanie nie daje satysfakcji. Choć jest pewna przewrotka, która walnęła mnie po łbie.

reka boga3

Nie zmienia to faktu, że „Ręka Boga” jest bardzo udanym debiutem reżyserskim Paxtona. Pewnie prowadzona narracja, bardzo stonowane i świetne zdjęcia, bardzo mroczny klimat oraz przykład do czego może doprowadzić religijne szaleństwo. Chociaż czy aby to było szaleństwo?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Eroica. Symfonia bohaterska w dwóch częściach

Andrzej Munk był jednym z tych filmowców, którzy – mimo skromnego dorobku – mieli większy wpływ na polskie kino. Mocno w opozycji do romantycznego spojrzenia na przeszłość w stylu Wajdy, korzystał z ironii, groteski, czasem nawet absurdu. Na wojnę, na przodowników pracy, mitomaństwo i patos – tak było w „Człowieku na torze”, „Zezowatym szczęściu”, tak też jest w przypadku „Eroiki”.

eroica2

Druga kolaboracja Munka ze scenarzystą Jerzym Stefanem Stawińskim pokazuje dwie historie skupione wobec bardzo newralgicznego tematu – bohaterstwa oraz jego sensu. Nie skupiają się jednak na jego efektach, ale raczej pytanie pada o przyczynę Co skłania ludzi do dokonywania czynów uznawanych za heroicznych, nawet jeśli wydają się daremne. Czy robią to dla własnej korzyści, uznania, zaszczytów? A może wskutek pewnych okoliczności, które wyciągają z ludzi cechy, jakie po nich się nie spodziewali? Odpowiedzi nie przychodzą łatwo, sprowokowane przez każdą z dwóch historyjek.

eroica1

Pierwsza dotyczy Dzidziusia Górkiewicza (doskonały Edward Dziewoński) – drobnego cwaniaczka podczas powstania warszawskiego, który dezerteruje z oddziału. Nie nadaje się na żołnierza, bardziej działając w sposób pragmatyczny, odkrywa iż w domu jego żony przebywa węgierski oficer. Okazuje się, że w okolicy stacjonuje oddział Madziarów (dwa bataliony), chcących dołączyć do powstania po stronie Polaków. To jest okazja na potężne wzmocnienie, bo uzbrojenie jest potężne – z działami i bateriami przeciwlotniczymi na czele. Wszystko w rękach dowództwa, ale wojsko jak to wojsko – ma swoje procedury, rozkazy i działa z własną, czasem pojebaną, logiką. Wiele jest tutaj ironicznego humoru oraz zderzenia trzeźwego rozumu cywila z armią, co potrafi doprowadzić do rozbrajających sytuacji jak aresztowanie Dzidziusia przez powstańców w drodze powrotnej. Tutaj jest dużo ciętych dialogów, zaskakująco wiele lekkości, a poważniejsze sceny przebijane są humorem. I finał potrafi zaskoczyć.

eroica3

Druga opowieść to kompletna zmiana klimatu, bo tym razem trafiamy do obozu jenieckiego po upadku powstania. Towarzyszymy dwóm młodym oficerom – porucznikowi Kurzawie (bardzo solidny Józef Nowak) oraz podporucznikowi Szpakowskiemu (porządny Roman Kłosowski). Obaj trafiają do baraku, gdzie przebywają jedni z pierwszych jeńców. W miejscu budowany jest mit porucznika Zawistowskiego – jedynego oficera, któremu udało się dokonać ucieczki z obozu. Wspominany jak bohater, traktowany niczym ikona, działa niczym wsparcie i pozwala w miarę funkcjonować na obcym gruncie. Ale to wszystko okazuje się jednym wielkim kłamstwem – Zawistowski tak naprawdę ukrywa się w przewodzie wentylacyjnym nad łazienką. Przypadkowo odkrywa to Kurzawa, lecz zachowuje to w tajemnicy. Tutaj też dochodzi do zderzenia postaw – nowi oficerowie traktują oflag jako miejsce na wypoczynek, bez bawienia się w szkolenie wojskowe czy dalszą walkę na wojnie. Tą drugą postawę reprezentuje porucznik Korwin-Makowski (debiutujący Mariusz Dmochowski) oraz przytakujący mu Dąbecki (stonowany Bogumił Kobiela).

eroica4

Oprócz nich jeszcze są nawiedzony religijnie porucznik Marianek (Wojciech Siemion), śpiący w dzień podporucznik Turek (debiutujący Kazimierz Rudzki) oraz mający sporo waluty hazardzista porucznik Krygier (Henryk Bąk). Jest też bardzo zdystansowany od wszystkich porucznik Żak (Józef Kostecki). Tutaj atmosfera jest cięższa, zaś dialogi są o wiele bardziej refleksyjne, zmuszając do zastanowienia na temat patriotyzmu, wojskowości czy tworzeniu legendy. I muszę przyznać, że ta historia mnie bardziej złapała.

Te dwie historie pokazują duży dystans Munka wobec historycznych wydarzeń, bohaterstwa i bohaterszczyzny. „Eroica” ma wiele ironii, złośliwości i dystansu, pozwalając pokazać wydarzenia w bardziej przyziemny, wręcz realistyczny sposób. Z humorem, ale także gorzką refleksją, co nie jest łatwe do osiągnięcia. Mocna rzecz mimo lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Złote runo

Nazwisko Kondratiuk otwiera bardzo jednoznaczne skojarzenia z bardzo autorskim, specyficznym kinem, gdzie główne role grają naturszczycy. Tak jest przynajmniej w filmach Andrzeja, ale i Janusz miał parę takich produkcji. Raz panowie połączyli robiąc „Złote runo”, które Janusz Kondratiuk nakręcił, zaś Andrzej napisał scenariusz i efekt… to czysty Kondratiuk.

W zasadzie fabuła sobie płynie gdzieś w tle, skupiając się na kapitalistycznej Polsce lat 90. i na dwóch bohaterach z różnych światów. Pierwszy to Rysiu – mężczyzna w wieku średnim, co bardziej pije sobie piwko, ma mnóstwo czasu i w zasadzie nic specjalnego do roboty. Drugim jest Stefan – wiekowo zbliżony do Rysia, ale bardziej oblatany biznesmen. Większego kontrastu chyba się nie da pokazać, ale ten drugi potrzebuje pierwszego do pewnej robótki. Najpierw jednak organizuje „test”, mający sprawdzić jak silny żołądek ma Rysiek. Mężczyzna nie zadaje żadnych pytań, więc wszystko idzie gładko i dopiero późnym wieczorem poznajemy prawdziwy cel: przemyt diamentów przez żołądek podczas jazdy pociągiem do Niemiec.

Wszystko tutaj opiera się na dialogach, gdzie mowa potoczna i powiedzonka przeplatają się z dłuższymi, bardziej refleksyjnymi rozmowami. O czym? O życiu, mówiąc najprościej. O najbliższych, o kapitalizmie, pracy, szczęściu, zagranicy – co chcesz, tu znajdziesz. Ku mojemu zdumieniu, jest tutaj mieszanka śmiechu i refleksji, jaką pamiętam z „Wniebowziętych”. I tak jak tam, mamy duet bohaterów, którzy dostają szansę na zmianę swojego losu. Czyli, żeby nie być biednym. Tylko, czy to aby rozwiązanie problemu? Bo ostatnie minuty mogą zasiać ziarno wątpliwości i pokazać, że upragniony raj to kolejna klatka. I nawet śpiewanie „Say OK” oraz tańce z egzotycznymi paniami wydają się zbyt ładnym obrazkiem.

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie rewelacyjny duet pierwszoplanowy. Himilsbacha i Maklakiewicza nie ma wśród nas od dawna, jednak pojawili się ciekawi zmiennicy: Zbigniew Buczkowski (Rysio) oraz debiutujący na ekranie Zbigniew Mazurek (Stefan). Czuć tutaj chemię mimo – a może dzięki – kontrastowi obydwu postaci, cudownie drewnianych, a jednak naturalnych. Paradoks, nie?

Widać mały budżet, film w jednym miejscu niebezpiecznie zbliża się ku niskim lotom (ale nigdy tam nie sięga), a duet Kondratiuków nadal trzyma formę i uważnie obserwuje nową rzeczywistość. Może „Złote runo” nie stało się klasyką jak produkcje z lat 70., niemniej to kawał bardzo interesująco, nieoczywistego kina. Ale nie dla każdego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuczki

Z reżyserem Andrzejem Jakimowskim nie jest mi po drodze i pozostaje dla mnie fenomenem, którego nie rozumiem. Głownie z powodu pozbawionego sensu oraz ciągu przyczynowo-skutkowego scenariuszy, sprawiających wrażenie pisanych na kolanie i broniących się głównie zdjęciami. Tak było z debiutanckim „Zmruż oczy” czy katastrofalnym „Pewnego razu w listopadzie”. Wyjątkiem od reguły jest koprodukcja „Imagine”. A jak z drugą fabułą, czyli „Sztuczkami”?

sztuczki2

Jesteśmy gdzieś na Śląsku, który w 2007 roku był mocno eksploatowany. A wszystko skupia się wokół rodzeństwa – Elki i Stefka. Dziewczyna jest starsza i pracuje w kuchni, choć przygotowuje się do rozmowy o pracę w dużej firmie. Potrzebna jest znajomość włoskiego, z kolei chłopak próbuje coś jakby „czarować rzeczywistość”. Po co? By odzyskać ojca, który zostawił ich. Wie jak on wygląda, choć nie ma prawa tego pamiętać, ale wie, iż jest on mężczyzną na dworcu czekającym na pociąg. Jest jakimś jasnowidzem, nawiedzonym czy zwykłym gówniarzem, któremu się nudzi i coś sobie ubzdurał? A kogo to obchodzi.

sztuczki1

Jak poprzednio fabuła niby jest, a tak jakby jej nie było. W zasadzie jest to zbiór scenek, gdzie mamy dwójkę bohaterów i toczące się bardzo powoli. Ja rozumiem, że chodziło o kontemplację ładnych widoków (zdjęcia Adama Bajerskiego to mocny punkt filmu) i obserwacje dnia codziennego. Tylko, że tak jak w „Zmruż oczy” nuda jest pokazana w sposób nudny, a to jest największa zbrodnia. Nawet sceny „czarowania” i rzucania sztuczek (kładzenie żołnierzyków, rzucanie monet na tory) wydają się czymś niezrozumiały – niby jak miałoby to sprowokować los? Chyba, że mówimy o życiu innych ludzi, ale czy o to chodziło? Niby jest jeszcze chłopak Elki oraz pewien znajomy handlarz autami, jednak to wszystko zwykłe zapchajdziury.

sztuczki3

Nawet dialogi (te, które da się usłyszeć) sprawiają wrażenie sklejonych na kolanie lub improwizowanych. Niby chodzi o udawanie realizmu, ale to wszystko jest takie sztuczne, udawane, nudne. Jeszcze bardziej uderza fakt, że reżyser wiele chce ugrać niedopowiedzeniami i to jeszcze bardziej frustruje. Niestety, wiele osób dało się nabrać sztuczkom, które stosuje Jakimowski, zgarniając masę nagród. Nie dajcie się zwieść, gdyż „Sztuczki” są puste, udają lekkie kino, serwując niezamierzoną pretensjonalność i sztuczność.

5/10

Radosław Ostrowski

Długa noc

Czasami są takie noce, że zwyczajnie lepiej jest siedzieć na dupie w domu niż wyjść na miasto, bo można wpakować się w poważne tarapaty. Takie, które pozornie wydają się drobnostkami, szczególnie w wieku nastoletnim. Wtedy myślisz, że możesz wszystko robić bez konsekwencji i chroni cię parasol w postaci rodziców. Cokolwiek nie zrobisz, zawsze spadniesz na cztery łapy. Tak myślał sobie Nazir Khan – młody chłopak z pakistańskiej rodziny, co mieszkał w Nowym Jorku. By załapać się na szkolną imprezę, ukradł taksówkę ojca. Niewiele mu pomogło, bo zgubił się i jeszcze miał zapaloną lampkę, że jest w pracy. Tak pojawiła się ona – młoda, pociągająca, od której wzrok krąży cały czas. Podwózka, dom, zabawa nożem a’la „Nóż w wodzie”, narkotyki, w końcu dochodzi do zbliżenia – co może pójść nie tak? Po dragach nasz chłopak ma dziurę w pamięci, budzi się po paru godzinach w kuchni, chce wyjść, przebiega się w sypialni, a tam… dziewczyna leży martwa, jakby zaatakował ją rzeźnik. Naz próbuje zwiać, ale szczęście opuściło go dawno i podczas ucieczki zatrzymuje go policja… za skręcanie w miejscu niedozwolonym. Może się mu upiecze, ale wskutek okoliczności zostaje aresztowany i oskarżony o morderstwo.

dluga noc7

To się nazywa mieć przerąbane, bo wszystko wskazuje na niego. Szansa na wyjście z tej sytuacji wydaje się żadna i pewnie by taka była, gdyby nie John Stone. Kim jest ten facet, co chodzi w klapkach, a stopy wyglądają jak u trędowatego? Drobny adwokat, zajmujący się dilerami oraz prostytutkami, raczej idący na układ przed sądem. Przechodząc przez posterunek, widzi Naza i – ku zaskoczeniu wszystkich – decyduje się zostać jego prawnikiem. Ale czy on ma jakieś szanse z prokuratorem oraz policją, które są przekonane o jego winie?

dluga noc1

Powstały 5 lat temu miniserial HBO to wspólne dzieło scenarzystów Richarda Price’a oraz Stevena Zailliana, którzy wiele razy pokazywali swoje nieprzeciętne talenty. Pierwszy odpowiada za „Kolor pieniędzy” oraz „Okup”, drugi stworzył „Listę Schindlera” czy „American Gangster”, a także ten serial wyreżyserował. O mały włos, a ten serial nie powstał. Początkowo główną rolę, Johna Stone’a miał zagrać James Gandolfini, jednak aktor zmarł po nakręceniu pilota. Po jego śmierci stacja HBO zaczęła prowadzić rozmowy z Robertem De Niro, jednak te – z powodu napiętego grafika – zakończyły się niepowodzeniem. Ostatecznie wybrano Johna Turturro i udało się ruszyć z produkcją.

dluga noc2

Rozbita na 8 odcinków opowieść toczy się na wielu płaszczyznach, ale skupia się na w zasadzie trzech wątkach. Pierwszy dotyczy naszego oskarżonego (bardzo wyciszony Riz Ahmed), który zostaje przetrawiony przez system sprawiedliwości i trafia do aresztu. A wiadomo, więzienie nie jest przyjemnym miejscem dla „świeżaka”, co zostaje mocno i brutalnie przypomniane. Z drugiej strony mamy Stone’a – drobnego prawnika ze zdemolowanym życiem prywatnym oraz egzemą, z którą nie jest w stanie sobie poradzić (co serwuje odrobinę humoru). Cały czas próbowałem zrozumieć dlaczego decyduje się na obronę chłopaka, w zasadzie bez dużego doświadczenia przed sądem? Czy chce coś ugrać, coś udowodnić, choć nie wierzy w niewinność chłopaka? Tutaj musiałem się poważnie zastanowić, ale jedno nie ulega wątpliwości – facet zna bardzo reguły gry i potrafi skutecznie zdobyć informację oraz przygotować się do rozmów z potencjalnymi świadkami.

dluga noc4

No i jeszcze jest trzecia sprawa, czyli policyjne dochodzenie oraz przygotowanie do procesu ze strony prokuratury, a także zbierającej dowody policji. Tą ostatnią reprezentuje zbliżający się do emerytury detektyw Box (świetny Bill Camp), który pozornie wydaje się empatyczny, lecz tak naprawdę to „łagodna bestia” – wyciąga informacje wszelkimi dostępnymi sposobami. A co w kwestii dociekania do prawdy? A kogo ona obchodzi – leży gdzieś tam w różnych mrocznych zakamarkach i czeka aż ktoś do niej dotrze. Tylko co z nią wtedy zrobić?

dluga noc6

Twórcy pokazują jak system sprawiedliwości przypomina zespół naczyń połączonych, gdzie stróże prawa i adwokaci w zasadzie są sobie nawzajem potrzebni. Jedni wiedzą o drugich wiele, czasami idą na układy, a często tyle razy się spotykają przed sądem (i nie tylko), że znają kto jak działa oraz operuje. A czasami biurokracja oraz brak komunikacji potrafi zirytować, co pokazuje zachowanie policjantów wobec Naza, gdy trafia na komisariat bez zarzutów o morderstwo. Bardziej się tutaj liczy kto ma rację i jak można przekonać do niej przysięgłych. A już sceny więzienne, gdzie obowiązują troszkę inne reguły gry oraz hierarchia – potrafi uderzyć, mimo znajomości tematu. Historia wciąga, a początek jest wręcz rewelacyjny, ale potem coś się dziwnego zaczyna dziać.

dluga noc5

Pojawia się masa wątków pobocznych, które zaczynają narrację rozdrabniać i tylko część z nich ma jakiś większy wpływ jak wrogie nastawienie do muzułmanów czy próby dochodzenia do kolejny świadków sprawy. Inną kwestią są dla mnie sceny więzienne, znaczy, kwestia Naza w pierdlu. Facet nie próbuje sobie nawet przypomnieć, co się tamtej feralnej nocy wydarzyło i łatwo – dla mnie zbyt łatwo – adaptuje się do nowego otoczenia. Czy chodziło tutaj o pokazanie, że w pewnych okolicznościach siedzi w nas bestia, czekająca na swoje pięć minut chwały? Czy może o to, iż dla przetrwania zrobimy wszystko? To rozumiem, ale sposób pokazania nie przekonuje, chociaż sceny z „aniołem stróżem” o imieniu Freddy są świetne, co jest zasługą zarówno dialogów, jak i nieodżałowanego Michaela Kennetha Williamsa w tej roli.

dluga noc3

No i chyba największy problem, czyli rozwiązanie i finał, który jest nierozstrzygnięty. Jeśli liczycie na odpowiedź kto zabił?, przeliczyliście się. Bo odpowiedzi nie ma, aczkolwiek jest pewien bardzo obiecujący trop. Tylko kto będzie chciał robić drugi sezon po pięciu latach? No błagam. A wyrok sądowy – to jest dla mniej jakieś lenistwo scenarzystów oraz mało prawdopodobne rozstrzygnięcie. Dla mnie duże rozczarowanie.

Więc jak ocenić „Długą noc”? To na pewno solidny dramat kryminalno-sądowy, przywiązany do detali niczym w „The Wire”, chociaż nie jest aż tak złożony. W górę podnosi go fantastyczne aktorstwo, głównie rewelacyjnego Johna Turturro, ale ściąga go w dół zbyt duża ilość niewnoszących niczego do sprawy wątków pobocznych. Bilans ostatecznie wychodzi na plus, więc dajcie szansę i może coś wygracie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Faraon

Czy jest coś bardziej apetycznego i problematycznego niż władza? To jak łatwo ją zdobyć, ale utrzymać jeszcze trudniej, bo nie wiadomo kto jest twoim sojusznikiem, kto zdrajcą i komu można wierzyć. Przed takimi problemami będzie musiał się zmierzyć następca tronu egipskiego, Ramzes – bohater powieści Bolesława Prusa oraz filmu Jerzego Kawalerowicza „Faraon”.

faraon1

Akcja osadzona jest w Egipcie bez jakiegoś określonego czasu. Bohaterem jest Ramzes, syn faraona Ramzesa XII i następca tronu, który bardziej wolałby spędzać czas na wojnie niż na tronie. Jednak jego ojciec coraz bardziej słabnie, a większe wpływy zaczynają mieć kapłani, szczególnie pełniący funkcję ministra wojny Herhor. Dochodzi do konfliktu oraz wewnętrznej wojny o władzę, wpływy i pieniądze. Czyli śpiewka stara jak świat, a początek spięcia jest podczas manewrów wojskowych i zamieszania z powodu… dwóch skarabeuszy, rozkopania kanału oraz śmierci kopacza. Tu sytuacja zaczyna się zaogniać, zwłaszcza z powodu niewielkiego skarbca władcy. By spłacić obiecane nagrody dla armii, zapożycza się u fenickiego kupca Dagona. I tu zaczynają się tworzyć nitka do uzyskania wpływów u władcy.

faraon4

Reżyser robi film pełen paradoksów, bo jest to produkcja z dużym budżetem, tysiącami statystów oraz imponującą scenografią. Ale z drugiej strony „Faraon” bywa kameralny, z niewielką ilością mówiących aktorów (jak w spektaklu teatralnym) oraz bardzo wieloma, świetnymi dialogami. A wszystko to skupia się wokół konfrontacji dwóch osobowości. Po jednej stronie mamy młodego Ramzesa XIII (debiutujący Jerzy Zelnik) – ambitny, opierający siłę w armii, niedoświadczony w politycznych grach chłopak. Zamiast działać w cieniu idzie na otwartą konfrontację i co gorsza, jest przekonany, że z racji swojego pochodzenia może narzucić swoją wolę każdemu. Skoro jest kimś, kogo w średniowiecznej Europie nazywano by pomazańcem Bożym, jego słowo jest ostateczne i ma Moc. Po drugiej strony totalne przeciwieństwo, czyli minister wojny, kapłan Herhor (fantastyczny Piotr Pawłowski) – bardzo opanowany, wyciszony, z kamienną twarzą i zawsze przewidujący.

faraon3

Wynik tej konfrontacji wydaje się chyba oczywisty, ale nie do końca o to tu chodzi. Reżysera bardziej interesują wszelkie sztuczki, manipulacje oraz intrygi otaczające niedoświadczonego młodzieńca. Jak bardzo jego własna ambicja i nienawiść oślepiają go, czyniąc z niego marny materiał na władcę. Niemal tutaj każdy nim manipuluje lub próbuje to czynić: od kapłanów przez kobiety po kupców fenickich. Sytuacja jak w ruletce i jak się w tym odnaleźć? Odpowiedź wydaje się prosta, ale nie zdradzę jej. Trudno się przyczepić realizacyjnie do tego monumentu: od armii statystów w scenach batalistycznych (nawet jeśli są krótkie) przez monochromatyczne zdjęcia Jerzego Wójcika z wieloma ujęciami z oczu (do dziś wyglądają imponująco) po scenografię i kostiumy. Nie oszczędzano na tym filmie i to widać. Może z dzisiejszej perspektywy aktorstwo wydaje się teatralne, ale to bardzo pasuje do tego filmu.

faraon2

Kawalerowicz jednak bardzo pewnie prowadzi narrację, mimo wielu postaci i wątków, z zaskakującą precyzją. A to jest sztuka jaką posiadają jedynie wielcy filmowcy, który jeszcze reżyser pokazał w „Śmierci prezydenta”. Ciągle imponujące dzieło w historii polskiego kina.

8/10

Radosław Ostrowski