Fotokłopoty

Pecker pozornie wydaje się zwykłym nastolatkiem z Baltimore. Do szkoły już nie chodzi, pracuje w restauracji, ma dziewczynę i kumpla. Ale jego prawdziwą pasją jest fotografowanie, gdzie robi zdjęcia wszystkiemu. I wszystkim, co początkowo traktowane jest jako niegroźne. Życie chłopaka zmienia się, kiedy organizuje wystawę, a jednym z gości jest nowojorska krytyk sztuki.

pecker1

John Waters to reżyser bardzo specyficzny, realizujący świadomie tandetne kino. Nakręcone w 1998 roku “Fotokłopoty” są jednym z bardziej przystępnych filmów tego twórcy. Pozornie jest to znajoma opowieść o wyborze między karierą a najbliższymi. Wszystko to jednak zostaje pokazane w bardzo przerysowany, wręcz groteskowy sposób. Wszystko przez bardzo ekscentryczne postacie, sprawiające wrażenie dziwacznych istot. Jest ojciec-barman, matka sprzedająca bezdomnym ciuchy, siostra lubiąca słodycze czy starsza siostrzyczka w barze ze striptizem dla gejów. Mało wam wrażeń? To jeszcze jest babcia-brzuchomówczyni z podobizną… Maryi czy kumpel-złodziejaszek, a jedyna w miarę normalna osoba to dziewczyna Peckera. Pracuje w pralni i jedynym jej odchyłem jest obsesja na punkcie pracy. Ta cała groteskowa otoczka może odstraszyć, a bardzo specyficzne poczucie humoru reżysera odrzucić. Ja jednak znając “W czym mamy problem” mniej więcej czułem, co może się wydarzyć.

pecker2

Sam film pokazuje dość wariacką rodzinę, ale jednocześnie jest to bardzo wspierająca się grupka. I zostaje ona zderzona z szołbiznesem – wielkim miastem, które przeżuwa i wypluje. Wystawa jednak wywołuje więcej złego niż dobrego. Sława pokazana jest jako coś, co psuje, niszczy relacje oraz doprowadza do konfliktów z otoczeniem. Włamanie do domu, likwidacja knajpy przez policję czy dość trudna relacja z kuratorką. To wszystko zmusza Peckera do decyzji: rodzina i przyjaciele czy sława. A może jest jeszcze trzecie wyjście? Na to odpowiedź znajduje się w pokręconym finale, którego wam nie zdradzę?

pecker3

Wszystko to na swoich barkach trzyma absolutnie fantastyczny Edward Furlong. Pecker w jego wykonaniu to pełen entuzjazmu i szczerości obserwator, napędzany swoją pasją. Tylko, że nawet ona ma swoją cenę i to odkrywa sam bohater, szczery aż do samego końca. Bardzo dobrze mu partneruje Christina Ricci jako jego dziewucha. Wygląda delikatnie, ale czuć tą chemię między nią z Furlongiem. Wszystko to spuentowane w cudnej scenie podczas głosowania.

“Pecker” to przykład bardzo wywrotowego kina niezależnego z bardzo specyficznym humorem, skrywającym bardzo konserwatywne przesłanie. Naprawdę ciekawe doświadczenie, choć trzeba być fanem Watersa, by się zachwycić.

7/10

Radosław Ostrowski

Piramida strachu

Było już wiele inkarnacji Sherlocka Holmesa na ekranie. Mieszkaniec Baker Street 221B miał już twarze Benedicta Cumberbatcha, Roberta Downeya Jra, Christophera Plummera czy Jeremy’ego Bretta. To nie są wszyscy, ale z tego natłoku można parę wariacji tego detektywa przegapić. I chyba takim mniej znanym filmem o Holmesie jest nakręcona w 1985 roku „Piramida strachu”.  To była trzecia kooperacja scenariuszowo-producencka duetu Chris Columbus/Steven Spielberg, zaś za stołkiem reżysera stanął Barry Levinson. I od razu uprzedzę: nie jest to adaptacja jakiegokolwiek utworu Arthura Conan Doyle’a, o czym twórcy informują na początku.

piramida strachu1

Miejsce akcji jest znane: to wiktoriański Londyn, zaś Sherlock jest… uczniem uniwersytetu, który już wtedy zadziwiał wszystkich swoją inteligencją. Wtedy też po raz pierwszy poznaje Johna Watsona, przeniesionego z prowincjonalnej szkoły. Chłopcy zaprzyjaźniają się, ale musieli podjąć się pewnej poważnej sprawy. W mieście dochodzi do dziwnych zgonów, doprowadzając ludzi do samobójstw. Holmes podejrzewa, że to mogą być morderstwa, ale zaczyna brać to osobiście po śmierci swojego mentora i przyjaciela, profesora Waxflattera. Duetowi pomaga siostrzenica zmarłego.

piramida strachu3

Levinsonowi udaje się dokonać niezwykłej rzeczy: osadzić pierwszą przygodę Holmesa w konwencję nurtu Kina Nowej Przygody. W porównaniu do zrealizowanych w tym samym roku „Goonies”, jest to o wiele poważniejsza, a miejscami bardzo mroczna historia. Mamy powoli odkrywaną tajemnicę z przeszłości, grupę kultystów oraz idące ku kino grozy momenty koszmarów (rycerz z witraża czy sekwencja na cmentarzu), które nadal potrafią przestraszyć. Nie brakuje też najbardziej satysfakcjonujących scen pokazujących dedukcję Holmesa. Już od pierwszego wejścia, czyli „rozgryzienia” Watsona oraz szukania zaginionego trofeum czuć, że to jest ten Holmes. Chociaż troszkę inny, mający dość specyficzny urok, ale i wiele empatii.

piramida strachu2

„Piramida” wygląda niesamowicie, co jest zasługą świetnej scenografii oraz kostiumów. Przebywając na uniwersytecie miałem pewne skojarzenia z… Harrym Potterem. Nie chodzi mi o sam wygląd budynku czy fakturę wnętrz, ale raczej pojedyncze sceny. Wspólne spożywanie wieczerzy przez uczniów i nauczycieli, dynamika między Holmesem, Watsonem a Elizabeth czy postać, która mogłaby być inspiracją dla Malfoya oraz Snape’a nie pozwalają inaczej mi spojrzeć na ten tytuł. Z kolei wątek kultystów bardzo przypomina drugą część „Indiany Jonesa”, tylko w bardziej eleganckim wydaniu. I jest to coś na kształt origin story Holmesa, dzięki któremu poznajemy dlaczego stał się taki, jaki jest oraz skąd są te wszystkie atrybuty (fajka, płaszcz oraz czapka). Pojawia się też kilka scen akcji włącznie z finałowym pojedynkiem na szpady, który wykonane są znakomicie. Tym bardziej robi to wrażenie, gdyż reżyser nie miał doświadczenia przy tego typu kinie.

piramida strachu4

Równie imponująca jest obsada, która składa się głównie z mniej znanych aktorów. Debiutujący w roli Holmesa Nicholas Rowe jest absolutnie rewelacyjny, pokazując postać młodego chłopaka z nieprzeciętną inteligencją oraz sporą sprawnością fizyczną. Zaś jego przemiana w naznaczoną mrokiem oraz nieufnego do świata samotnika pokazane jest bardzo delikatnie oraz efektywnie. Równie świetnie partneruje mu Alan Cox w roli Watsona. Troszkę nieśmiały i niezdarny chłopak z nadwagą już pod koniec zmienia się w bardzo odważnego, zdolnego do poświęceń człowieka. Ten duet uzupełnia Sophia Ward, czyli siostrzenica Waxflattera i pierwsza miłość Holmesa. Wszystko to działa niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, sprawiając masę frajdy podczas seansu. Równie ciekawy jest antagonista, choć przez większość czasu nie wiemy kim on jest.

Powiem krótko: „Piramida strachu” to najciekawsza wariacja na temat Holmesa. Z jednej strony szanuje materiał źródłowy, ale potrafi bardzo sprytnie się nim pobawić. Pozornie połączenie Sherlocka z kinem nowej przygody brzmi dziwacznie, ale Levinson dokonuje niemożliwego i tworzy jeden z bardziej niedocenionych filmów przygodowych lat 80.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Goonies

Lata 80. to był okres największej aktywności Stevena Spielberga. Jeśli czegoś nie reżyserował, to produkował masę rzeczy jak choćby „Powrót do przyszłości”, „Gremliny rozrabiają” czy choćby „Goonies”. To był kolejny projekt według scenariusza Chrisa Columbusa, a za kamerą stanął Richard Donner, wracając do wysokobudżetowego kina.

goonies1

Tytułowi Goonies to paczka młodych dzieciaków, który mają spędzić ostatni dzień przez zburzeniem ich domostw i przeprowadzką. Barwna ekipa pod wodzą Mikeya (w jej skład wchodzą jego starszy brat Brandon, lubiący jeść oraz konfabulować „Gruby”, ciągle gadający „Paszcza”, a także tworzący różne wynalazki Data) chce spędzić ten czas na swoją ostatnią przygodę. Przeglądając strych, dzieciaki znajdują starą mapę prowadzącą do skarbu pirata Jednookiego Willy’ego. Mikey dostrzega szansę na utrzymanie domu i uniknięcie przeprowadzki, więc decyduje się wyruszyć na poszukiwania. Nie bez oporów wyrusza za nim reszta ekipy, a także dwie dziewczyny. By jednak tam trafić muszą ominąć kryjówkę, gdzie przebywa zbiegła z więzienia rodzina Fratellich.

goonies2

Sama historia jak obietnica przygody godnej Indiany Jonesa, tylko że z grupą dzieciaków w roli głównej. Reżyser bardzo powoli buduje całą opowieść i dopiero po ponad 30 minutach wyruszamy w przygodę. Do tej pory zaczynamy bliżej poznawać naszych bohaterów, którzy tworzą zgraną paczkę i próbują naśladować dorosłych. Pewnym problemem (nie dla mnie) było rozgadanie, gdzie niemal dochodzi do wrzeszczenia na siebie. Także same pułapki w drodze do skarbu nie wyglądają tak spektakularnie (może poza grą na pianinie z kości), jednak bardziej działa tu budowane napięcie. Samo poczucie należenia do grupy bardziej pozwalało wejść w tą historię, bo każdy z nas – gdy był dużo młodszy – chciał przeżyć coś takiego.

goonies3

„Goonies” nie udaje, że chodzi tu o coś więcej niż czysto rozrywkowe kino. Odpowiednio udaje się Donnerowi zbalansować akcję (odkrywanie kolejnych tajemnic Willy’ego), humor (bracia Fratelli, którzy walczą o uznanie w oczach matki i są kompletnymi pierdołami czy wynalazki Daty) i miejscami wręcz mroczny klimat. A wszystko kumuluje w momencie znalezienia statku (bardzo szczegółowo wyglądającego), gdzie dochodzi do zgrabnie wykonanej konfrontacji. Nawet jeśli nie wszystko widzimy na ekranie (w finale jeden z bohaterów wspomina o ośmiornicy – scena z nią została wycięta).

goonies4

Są jednak pewne potknięcia jak nienajlepsze efekty specjalne czy dość wolne tempo, ale to nie psuje aż tak odbioru jak myślałem. Całość rekompensuje pewna reżyseria, bardzo dobre dialogi, fantastyczna muzyka oraz niesamowita chemia między bohaterami (z Joshem Brolinem i Seanem Astinem na czele), którzy są znakomicie zagrani. Nic dziwnego, że „Goonies” jest otoczone kultem na świecie.

8/10

Radosław Ostrowski

Aria dla atlety

Władysław Góralewicz nie był szarym człowiekiem, którego mija się w tłumie. Był atletą lub jakbyśmy dziś go określili – zapaśnikiem. Do tego trzeba było mieć krzepę, a taką posiadał. Kiedy go poznajemy jest już starcem i mamy rok 1937. Mężczyzna decyduje się przekazać swoją kolekcję rzeźb dla opery i  w obecności dziennikarza opowiada o swojej przeszłości. Jak zaczynał swoją karierę w cyrku, jak doszło do spięcia z braćmi Aps oraz jego miłości do muzyki operowej.

aria dla atletow1

Debiut Filipa Bajona z 1979 roku zaskoczył wszystkich. Inspirowana prawdziwą historią zapaśnika dla reżysera jest pretekstem do zderzenia dwóch światów. I nie chodzi tylko o przełom XIX i XX wieku, ale dwa rodzaje kultury. Z jednej strony jest kultura wysoka reprezentowana przez operę. Tam dochodzi do spotkania Góralewicza z muzyką podczas zapaśniczego pojedynku. Z drugiej mamy ten świat zapaśników, świat cyrku – sztuki jarmarcznej, dla prostych ludzi. I obydwa te światy łączy ze sobą Góralewicz. Człowiek bardzo silny niczym nadczłowiek z wizji Nietschego, ale jednocześnie wrażliwy na sztukę. Zupełnie jakby chciał się tam odnaleźć dzięki swojemu wysiłkowi i mógł być bohaterem pieśni. Powoli zaczynany odkrywać (skrótowo dość) karierę zapaśnika przez różne części Europy. Nie brakuje scen pojedynków, choć tutaj kamera jest blisko twarzy zawodników. Nie skupia się mocno na choreografii, ale bardziej na portrecie człowieka. Człowieka zafascynowanego kulturą wysoką, napędzanego przez zemstę i manipulowanego przez innych ludzi. Chociaż brakuje mi troszkę większego skupienia na Góralewiczu poza walką, jego prywatnym życiu.

aria dla atlety3

Bardzo imponująco prezentuje się strona wizualna filmu. Sama scenografia oraz wnętrza budynków odtworzono bardzo szczegółowo. Nawet miejsca, w których spędzamy mało czasu jak siedziba fabrykanta, namiot cyrkowy czy wnętrze opery są niesamowite. Jakbyśmy trafili na ten czas przełomu wieków. Tak samo barwna jest muzyka mieszająca operę z jarmarcznym cyrkiem, tworząc powalający miks. Ten świat jest żywy, co nie zdarza się zbyt często.

aria dla atletow2

I jest to fenomenalnie zagrane, a ekipie aktorów przewodzi absolutnie magnetyzujący Krzysztof Majchrzak jako Góralewicz. Samą posturą budzi przerażenie, ale w środku jest łagodny i ciepły, a także odkrywa zamiłowanie do sztuki. Te sprzeczności są pokazane drobnymi spojrzeniami oraz świetną mową ciała. Nawet w krótkich scenach walkach jest nie do zatrzymania. Na drugim planie najbardziej wybija się niemal pewny siebie Roman Wilhelmi (Bolcio) oraz twardy Bogusz Bilewski („Cyklop”). Dla mnie jednak film kradnie w drobnej roli Wojciech Pszoniak. Jako dyrektor cyrku Siedelmayer jest bardzo pewny siebie, gada niczym z karabinu maszynowego mając cudny akcent (scena, gdy opowiada o czterech barwnych postaciach – perła). Niesamowity, smakowity epizod.

Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli zderzenia dwóch światów. Sztuka wysoka spotyka niską i z tej synergii mogą powstać ciekawe rzeczy. Bajon z pietyzmem odtwarza okres przełomu wieków, prowadząc znakomitych aktorów i tworząc pewien nostalgiczny klimat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przypadek

Sam początek jest intrygujący: mamy krzyczącego mężczyznę w samolocie oraz zbliżenie na otwarte usta. Następnie jest kilka pozornie nie powiązanych scenek z życia bohatera: narodziny, nauka pisania, pożegnanie przyjaciela w 1968 r., wreszcie wizyta u umierającego ojca oraz czas studiów medycznych. Ojciec przed śmiercią mówi mu trzy słowa: nic nie musisz, a potem bohater (Witek Długosz) decyduje się wziąć urlop dziekański, by przemyśleć co dalej. Punktem przełomowym jest próba dobiegnięcia do odjeżdżającego pociągu. Od tej chwili będziemy mieli trzy rozwidlenia oraz możliwe scenariusze.

przypadek1

Ten film Kieślowskiego wydaje się być zwieńczeniem nurtu kina moralnego niepokoju zanim stało się parodią samego siebie. Reżyser pokazywał też końcówkę lat 70. zwieńczoną powstaniem Solidarności, a premiera filmu miała nastąpić w grudniu 1981 roku. Ale wprowadzono stan wojenny, cenzura parę rzeczy wycięła, a i tak film trafił na półkę (wyrok: 6 lat). Stopniowo zaczynamy poznawać trzy ścieżki naszego bohatera, które wydają się bardzo różne w zależności do tego czy zdąży wskoczyć do pociągu czy nie. W pierwszej Witek poznaje starego komunistę i dzięki niemu poznaje działacza partyjnego, wstępuje do PZPR oraz spotyka swoją pierwszą miłość. W drugiej wpada na sokistę i zostaje skazany na prace społeczne. Tam poznaje opozycjonistę i zaczyna działać w konspirze kierowanej przez księdza, a także trafia na przyjaciela z 1968 r. oraz jego siostrę. Trzecia ścieżka to powrót na studia, małżeństwo oraz praca jako lekarz. Niby one różnią się szczegółami, ale tak naprawdę jest to ciągle ten sam człowiek. Początkowo zagubiony, zaczyna odnajdywać sens dzięki ludziom i podąża tą ścieżką do końca (do chwili zwątpienia lub… śmierci).

przypadek3

Kieślowski jest bardzo skupiony na szczegółach, lubi długie kadry i raczej nie bawi się formą. Ścieżki te nie przeplatają się ze sobą, tylko przechodzą jedna po drugiej zaczynając się niemal tak samo. Ale za każdym razem moment pościgu z muzyką Kilara w tle chwyta za serce. Ale każda z postaci (nawet nie zbyt często obecna na ekranie) jest bardzo wyraziście zarysowana. Nie ważne czy to komunista-kombatant, jego aktywny kolega Adam czy pierwsza miłość. Dialogi – choć dla wielu mogą być długie – nie wywoływały we mnie znudzenia, a tylko przybliżały bohaterów. Czy to w dramatycznych momentach jak interwencja w ośrodku dla narkomanów czy bardziej kameralnych rozmowach. Niejako przy okazji i między słowami zadaje pytanie o rolę przypadku w naszym życiu. Oraz ile tak naprawdę zależy od nas, a na co nie mamy wpływu.

Dzięki rekonstrukcji cyfrowej „Przypadek” wygląda i brzmi znakomicie. Co równie ważne, przywrócono niemal wszystkie sceny wycięte przez cenzurę. Nie ma tego zbyt wiele i nie zmienia sensu filmu, ale i tak dobrze, że są jak występ Jacka Kaczmarskiego podczas „latającego uniwersytetu”. Nie ma też poważnych problemów z dźwiękiem i oglądałem to wręcz zahipnotyzowany.

przypadek2

Jeszcze bardziej byłem zdumiony grą Bogusława Lindy w roli głównej. Nawet nie chodzi o to, że nie przeklina, nie nosi spluwy i nie jest twardzielem. To zagubiony młody człowiek, który po prostu szuka swojego miejsca na ziemi. W zależności od spotkanych osób jego droga wydaje się inna, ale jest wiele cech wspólnych. Nie będę się jednak dokładniej wypowiadał, lecz tutaj aktor jest bardzo naturalny, szczery i zaskakuje, niemal dominując całkowicie. A drugi plan jest tu przebogaty: od zawsze trzymających wysoki poziom Tadeusza Łomnickiego (Werner) i Zbigniewa Zapasiewicza (Adam) przez solidnego Adama Ferencego (ksiądz Stefan) po drobny epizod Jerzego Stuhra (działacz partyjny). Jeśli chodzi o panie dla mnie najlepiej wypadła Marzena Trybała (Werka), tworząc bardzo niespełniony związek z Witkiem i czułem tutaj najwięcej chemii między tą dwójką.

„Przypadek” bardzo zaskoczył mnie tym, ile ma w sobie energii i stawia pytania bez dawania odpowiedzi. Bo od czego tak naprawdę zależy, co się wydarzy w naszym życiu: tylko od nas samych, Boga czy przypadku? Sami spróbujcie odpowiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Blizna

Pod miejscowością Olecko w miejscu wielkiego lasu zostanie zbudowany kombinat. Problem jednak w tym, że Rada Narodowa podjęła tą decyzję wbrew woli mieszkańców. Poza tym była lepsza lokalizacja do budowy, ale znajdująca się w innym województwie i nie dało rady tego załatwić. Zadanie nadzoru tej budowy dostaje dyrektor Stefan Bednarz ze Śląska.

blizna2

Pierwszy kinowy film Krzysztofa Kieślowskiego jest przykładem kina bardzo przyziemnego. Niby wydaje się na pierwszy rzut oka produkcyjniakiem o powstawaniu fabryki z perspektywy dyrektora. Czyli jest sporo spotkań, rozmów z pracownikami, przełożonymi i dziennikarzami. A w to wszystko zostaje wrzucony dyrektor spoza tej okolicy. Próbuje jakoś odnaleźć się w tym młynie, ale pojawiają się kolejne konflikty, spięcia oraz niezadowolenie. Bo ktoś z góry za ich plecami podjął decyzję o zniszczeniu ich domów i zburzył ich spokój. Sam dyrektor wydaje się być osobą, która nie boi się z nikim rozmawiać oraz dobrze żyć z każdym. jednak sytuacja zaczyna się zaogniać, a finał może być tylko jeden.

blizna1

Reżyser opowiada to wszystko w niemal dokumentalny sposób oraz bez fajerwerków. Wszystko niemal jest prowadzone dialogami i surowymi zdjęciami, a w tle przygrywa oszczędna, niepokojąca muzyka. Pozornie wydaje się to zbiorem luźno powiązanych scenek, które pozwalają bliżej poznać Bednarza (fantastyczny Franciszek Pieczka). Człowieka rozdartego, pełnego wątpliwości i starającego się postąpić dobrze. Ma niełatwe relacje z córką oraz żoną, która nie chciała z nim przybyć do Olecka. Jest pewna sprawa z przeszłości, która nad nim ciąży, a czasami bywa wręcz bezsilny wobec nacisków i presji zwierzchników.

blizna3

Oprócz niego bardzo blisko poznajemy dwie kluczowe postacie. Pierwszą jest jego asystent (zaskakujący Jerzy Stuhr), który jest wyjątkowo śliski, cyniczny oraz bardzo skupiony na karierze. Drugą jest dziennikarz-idealista (świetny Michał Tarkowski), który przygotowuje reportaż o Bednarzu. I wydaje się jedyną osobą z otoczenia, która próbuje go zrozumieć, bez atakowania czy zakładania z góry jakiejś tezy. One stanowią bardzo wyrazisty drugi plan i zmuszając do spojrzenia na mechanizmy decyzyjne tamtych czasów.

„Blizna” tak jak zrealizowany w tym samym roku telewizyjny „Spokój” jest bardzo stonowanym filmem w dorobku Kieślowskiego. Już tutaj czuć zadatki na uważnego obserwatora rzeczywistości, stawiającego ważne pytania o odpowiedzialność oraz co jest ważniejsze: dobrze żyć ze wszystkimi czy skupić się bardziej na sobie i rodzinie.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez końca

Wrzesień 1982, nadal trwa stan wojenny. W tym miejscu będą przeplatały się dwie historie. Pierwsza dotyczy wdowy po mecenasie Zyro, który nagle zmarł na zawał serca. Małżeństwo ostatnio zaczęło się oddalać, jednak kobieta nie jest w stanie wytrzymać straty męża. Drugi wątek dotyczy ostatniego klienta mecenasa, organizującego strajk Darka Stacha. Mężczyzna siedzi w więzieniu, zostawiając żonę i córkę, a jego sprawę przejmuje doświadczony prawnik (choć nie w sprawach politycznych) mecenas Labrador. Ale czy on powinien prowadzić tą sprawę, wybierając inne metody niż jego dawny student?

bez konca2

Ten film był dla Krzysztofa Kieślowskiego rozpoczęciem nowego etapu w karierze. Tutaj poznał dwóch nowych współpracowników – mecenasa Krzysztofa Piesiewicza oraz kompozytora Zbigniewa Preisnera, którzy będą mu towarzyszyć do końca. Dwa wątki przeplatają się ze sobą, by stanowić jedno spojrzenie na kraj oraz dwie grupy, które nie potrafią znaleźć punktu stycznego. Opozycję próbującą jakoś zmienić i zawalczyć o zmianę tego kraju oraz resztę społeczeństwa: obojętną, samotną, wręcz pozbawioną jakichś większych emocji. Jakby zupełnie byli martwi w środku. Poczucie beznadziei jest wręcz bardzo namacalny – stonowana kolorystyka, niemal ponura muzyka oraz niemal zmęczone, smutne twarze. Zupełnie jakby wtedy wszyscy się postarzeli o jakieś kilka lat.

bez konca1

Rozumiem zamysł reżysera, który unika jednoznacznego opowiedzenia się po jakiejkolwiek ze stron. Nie ma tutaj oskarżeń systemu o doprowadzenie do podziału, ale nie ma też gloryfikowania opozycji. Jej przedstawiciele są ludźmi z krwi i kości, mający swoje problemy. Ale dla mnie bardziej interesujący był wątek sądowy. Tutaj reżyser bardzo oszczędnie prowadzi kamerę, a bardzo wyrazistymi dialogami, niemal do końca trzymając w niepewności. Kwestia metafizyczna niby też jest oparta na tajemnicy, na niewiedzy tego, co wiemy o zmarłej osobie albo ona o nas. I jak z czasem zaczynamy odkrywać jak ta więź była głęboka. Ale nie do końca kupuję te wątek, oglądałem go na zimno, z kompletną obojętnością. Obecność „ducha” wydaje się w zasadzie nie mieć aż tak wielkiego wpływu jak by się mogło wydawać. Nawet jeśli był to celowy zabieg Kieślowskiego, nie wnosił on absolutnie nic.

bez konca3

Aktorsko jest tutaj porządnie, ale jedna osoba najbardziej wybija się z tłumu. Jest to znakomity Aleksander Bardini jako mecenas Labrador – najbardziej niejednoznaczna postać w filmie. Z jednej strony to bardzo doświadczony adwokat, ale specjalizuje się w sprawach kryminalnych, nie politycznych. Wykorzystujący wszelkie sztuczki czy próby kompromisu do wyciągnięcia człowieka z więzienia. Jednak dla niego ta – jak się wkrótce okaże – ostatnia sprawa może stać się szansą na pokazanie, że nie stracił swoich umiejętności i, być może, do refleksji na dotychczasowym przebiegiem kariery. absolutnie powalająca kreacja, choć pozornie drugoplanowa.

Jak ocenić tą przemianę Kieślowskiego dokonaną w tym filmie? Czuć tutaj jeszcze ten dokumentalny sznyt oraz klimat czasów stanu wojennego, a skręty metafizyczne dzisiaj już nie robią takiego wrażenia. Niemniej ciężko nie wejść w tą historię, pochłaniając niemal do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Barwy ochronne

Jestem na letnim obozie naukowym dla językoznawców. Tutaj ma zostać przeprowadzone konkurs na najlepszą pracę naukową dokonany przez jury. Wśród członków tego grona jest opiekun obozu, docent Szelestowski oraz sekretarz obozu, magister Kruszyński. Całą lawinę wydarzeń prowokuje przyjęcie do konkursu spóźnionej pracy studenta z Torunia. Problem w tym, że prorektor, który ma przybyć skreślić z obozu wszystkich studentów z tego miasta.  I to doprowadza do sporu między panami, a obrady jury kończą się przyznaniem pierwszego miejsca pracy słabej, przeciętnej.

barwy ochronne1

Trudno dziś w to uwierzyć, ale Krzysztof Zanussi potrafił zrobić intrygujące kino bez moralizatorstwa, kazań oraz religijnych motywów. Takie były choćby nakręcone w 1976 roku „Barwy ochronne”, gdzie reżyser uważnie przygląda się środowisku akademickiemu. Niby to inteligencja i ludzie, a bardziej zachowują się jak zwierzęta. Takie bardziej stadne. Nie liczy się tutaj coś takiego jak dorobek, wysiłek czy jakakolwiek praca. Bardziej liczą się znajomości, układy i koneksje, co doprowadza do psucia całego środowiska. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch postaw: młodego idealisty oraz cynicznego docenta. Ten pierwszy może i ma słuszność za sobą, ale nic ponadto. Pełen gniewu, twardego kręgosłupa moralnego, ale jednocześnie pozbawiony przebicia i próbujący zachować się przyzwoicie. Tylko, że w tej konfrontacji wydaje się być absolutnie bezsilny, ciągle wystawiany na próbę. A jego adwersarz to zaprawiony w boju facet, który kiedyś może był taki jak magister, lecz to było dawno. Teraz tylko dostosowuje się do sytuacji jak kameleon, cyniczny i rozczarowany światem, którego staje się częścią. Konfrontacja tej dwójki jest paliwem napędowym tego filmu, podkręcając powoli temperaturę do niemal brutalnego finału.

barwy ochronne2

Realizacyjnie film przypomina troszkę dokument, gdzie kamera niemal pełni rolę podglądacza. Wszystko w bardzo stonowanej, wręcz naturalnej kolorystyce oraz bardzo oszczędnej muzyce Kilara. Trudno tutaj wyróżnić jakąś konkretną scenę pod względem technicznym, bo jakby nie o to tu chodzi. Ale bardzo zaskakuje pewna ręka reżysera oraz bardzo cięte, ale niepozbawione refleksji dialogi. Spór o moralność oraz zderzenie idealizmu z konformizmem jeszcze nie był tak intensywny.

barwy ochronne3

Ale to nie zadziałałoby, gdyby nie fantastycznie dobrani aktorzy w głównych rolach. Piotr Garlicki w roli magistra Kruszyńskiego jest świetny w swojej naiwności, ale tak naprawdę całość kradnie absolutnie kapitalny Zbigniew Zapasiewicz. Jest odpowiednio cyniczny, magnetyzujący, niemal przypomina diabolicznego kusiciela skupia uwagę wszystkich, odnajdując się w niemal każdej sytuacji. Z drugiego planu najbardziej wybija się drobna rola Mariusza Dmochowskiego jako prorektora. Dziwnie wygląda w tym garniturze, jakby go sobie gdzieś kupił i wydaje się pozornie spokojnym gościem. Jednak w bardziej nerwowych sytuacji okazuje się prostakiem, skupionym na sobie z niejasną przeszłością.

„Barwy ochronne” po larach działają jako obserwacja psującej się moralności w pewnych okolicznościach. Zderzenie idealizmu z cynizmu zawsze potrafi być interesujące, ale spór nie zostaje rozstrzygnięty. Ciągle poraża jego aktualność wynikająca z niezmiennej natury człowieka bez względu na ustrój.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabić Sekala

Nigdy nie należy zakładać, że już się widziało wszystko, bo ciągle pojawiają się niespodzianki. Taką sprawił w 1998 roku czeski reżyser Vladimir Michalek. Jego „Zabić Sekala” pokazało mi zupełnie inne oblicze kina naszych południowych sąsiadów. Zamiast rubasznego, refleksyjnego spojrzenia na świat z kufelkiem piwa jest poważny, mroczny dramat. Ale po kolei.

Jesteśmy gdzieś na czeskiej wsi podczas II wojny światowej. Trafia tam zbieg kowal Jura, będący ewangelikiem. Miejscowość jest terroryzowana przez lokalnego bandytę, Sekala. Nieślubny syn jednego z bogatych gospodarzy po latach upokorzeń wystawia im rachunek. Powoli zaczyna przejmować majątki, donosi Niemcom i silną ręką trzyma całą wieś. Starsi gospodarze chcą rozwiązać problem, ale już mają swoje lata i sił już brak. Decydują się na morderstwo, lecz sami nie chcą zrobić, tylko wynająć człowieka. Rada zmusza do tego Jurę, grożąc wydaniem Niemcom najbliższych.

zabic sekala2

Już sama zapowiada, że to będzie inne kino niż znajome klimaty z Czech. Reżyser opowiada ten moralitet w konwencji westernu, gdzie wojna – jak i sami Niemcy – wydają się nieobecni, gdzieś kompletnie daleko. Nie ma tu reprezentacji władzy (poza starostą), choć tak naprawdę władze sprawuje tu Sekal. Niby spodziewamy się konfrontacji dwóch „obcych” (Sekala i Jury), jednak reżyser bardziej przygląda się społeczności. Pełnej hipokryzji, nietolerancji wobec innych, udających ludzi głębokiej wiary, lecz pełnych pychy, perfidii i pogardy. Sekal niejako jest „dzieckiem” swojego otoczenia, który powstał na obraz i podobieństwo mieszkańców. Jest wobec nich równie bezwzględny i okrutny, co jeszcze bardziej potrafi przerazić. Tutaj nie ma postaci jednoznacznie pozytywnej, przez co trudno się z kimkolwiek identyfikować.

zabic sekala1

Kontrast jest silniejszy, gdy zwrócimy uwagę na zdjęcia. Pełne nasyconych kolorów, mających też spore znaczenie symboliczne. Czerwień, czerń, biel, złoto – wygląda to niesamowicie, ale to tylko potęguje hipokryzję mieszkańców, wywyższających się od innych, z Bogiem tylko na ustach. Powolna narracja pozwala wejść w ten brudny, nieprzyjemny świat, choć wygląda zupełnie inaczej. Wszystko to potęgują bardzo mocne dialogi oraz gorzkie zakończenie.

zabic sekala3

Równie świetne jest tutaj aktorstwo, a zaskakujący jest fakt, że główne role grają… Polacy. Ale muszę przyznać, że zarówno Bogusław Linda, jak i Olaf Lubaszenko są świetni w tych rolach. Pierwszy jest bardzo twardy i pewny siebie, nie mający nic do stracenia. Był traktowany jak potwór, więc stał się potworem, choć ma pewną niebezpieczną tajemnicą. Jeszcze bardziej zaskakujący jest Lubaszenko – bardzo stonowany, wyciszony, trzymający dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Ale wbrew swojej woli zostaje wplątany w konflikt, choć jest traktowany z tą samą wrogością jak Sekal. Czescy aktorzy też wypadają bardzo dobrze, mimo tego, że w polskiej wersji zostali zdubbingowani. A z tego grona najbardziej wybija się Jiri Bartoszka jako ksiądz, którego tak naprawdę nikt nie szanuje.

Takiego filmu po Czechach się nie spodziewałem. „Zabić Sekala” można było traktować jako próbę rozliczenia się z okresu wojennego, kiedy Czesi bardziej współpracowali z Niemcami. Ale Michalek szerzej przygląda się małomiasteczkowej hipokryzji, tchórzostwu oraz relatywizmu moralnego. Niesamowicie mocne, brutalne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Drzazgi

Filmy nowelowe czy skupione na losach kilku postaci zawsze dają duże pole do popisu dla twórców kina. Choć dzisiaj może wydawać się to archaiczne, jednak wszystko zależy od sposobu realizacji. Nie inaczej było z pełnometrażowym debiutem Macieja Pieprzycy, czyli „Drzazgami”. Reżyser wcześniej zrobił dwie produkcje telewizyjne, który wywołały pewne zainteresowanie. O nich może kiedyś opowiem.

drzazgi2

Bohaterami „Drzazg” jest trójka młodych ludzi z Zabrza. Robert jest byłym piłkarzem, a obecnie kibolem Górnika. Marta to córka bogatego biznesmena i ma wziąć ślub z synem jego wspólnika. Jest jeszcze Bartek – magister biologii, który dostaje szansę na stypendium w Bostonie. Każde z nich ma swoje własne problemy i zderzają się z rzeczywistością. Nie jest ona ani zbyt szara, ani brudna, ani pesymistyczna czy optymistyczna. Niby krążymy po znanych familokach, zamykanych kopalniach czy biedaszybach (te ostatnie okazują się… planem filmowym), ale to wszystko potrafi poruszyć. Nie jest to też mocno poważne, zaś parę akcentów komediowych (sceny z Elvisem czy fakirowie ćwiczący swoją sztuczkę w mieszkaniu) dodaje pewnej lekkości.

drzazgi1

Każdy z tych wątków składa się z kilku pozornie mniej powiązanych scen. Cała trójka szuka miłości, szczęścia różnymi ścieżkami. Dla Roberta wielką pasją jest sport, ale nie ma żadnej pracy, troszkę miga się przed odpowiedzialnością i umawia się z mężatką. Marta ma wziąć ślub z facetem, którego nie kocha, jest niedojrzały i myśli głównie o kasie. Z kolei Bartek chce się wyrwać ze swojego miasta, skupia się na karierze. Ale pojawia się ciąża jego dziewczyny, co zmusza do zweryfikowania planów. Wszystkie ich problemy zarysowane są w drobnych scenkach, skupiając się na detalach czy spojrzeniach. Kulminacją jest montażowa zbitka, gdzie przeskakujemy z postaci na postać, doprowadzając do przewartościowania swojego życia.

drzazgi3

I chociaż nie wszystkie wątki były dla mnie interesujące, to jednak aktorzy potrafią uczynić je wiarygodnym. Bardzo pozytywnie zaskakuje Antoni Pawlicki, czyli kibol Robert, który bywa szorstkim facetem, niepozbawionym jednak swoich zasad. Niemniej budzi on wiele sympatii swoim oddaniem oraz lojalnością. Odkryciem dla mnie jest Karolina Piechota, czyli Marta. Bardzo urocza dziewczyna, troszkę za bardzo skupiona na siebie, w niezbyt szczęśliwym związku. Jej kibicowałem najbardziej, zaś jej wątek ma zaskakującą puentę. Solidnie poradził sobie Marcin Hycnar, czyli Bartek, choć jego historia najmniej interesowała. W tle mamy kilka ciekawych epizodów z Tomaszem „Elvisem” Karolakiem na czele, co jest ciekawym smaczkiem.

Powiem szczerze, że „Drzazgi” to kawał solidnego kina, choć Pieprzyca później rozwinął mocniej swój warsztat. Mieszanka komedii z dramatem nie zawsze trafia w punkt, ale ma kilka cudnych momentów i jest bardzo dobrze zagrana. Nie boli, ale i nie zawsze powala.

6,5/10

Radosław Ostrowski