Trzeba zabić tę miłość

Początek lat 70., czyli czas powoli wchodzącej „propagandy sukcesu”. Bohaterami jest dwójka młodych bohaterów. Magda próbowała złapać się na studia medyczne i niby zdała, ale zabrakło troszkę punktów. Żeby je zdobyć musi podjąć praktykę w szpitalu jako salowa. Mieszka z ojcem oraz jego dużą młodszą partnerką. Andrzej próbował załapać się do Politechniki Warszawskiej, lecz go nie przyjęli i próbuje jakoś znaleźć swoje miejsce. W końcu dostaje pracę jako mechanik w warsztacie samochodowym. Wydaje się, że oboje są na drodze do swojego własnego mieszkania oraz ku szczęściu. Problem jednak w tym, że to mężczyzna zawodzi, a wszystko zaczyna się od kradzieży i niewierności.

trzeba zabic te milosc1

Janusz Morgenstern kolejny raz przygląda się współczesności oraz młodym ludziom. Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z rozpadem związku. Zderzenie młodości i oczekiwań z rzeczywistością skupioną ku konsumpcjonizmowi. Liczy się tutaj to, co masz oraz by się odpowiednio ustawić. Wręcz kombinatorstwo jest prawie czas obecne. Nieważne, czy mówimy o przybyciu telewizji i robieniu reportażu, ukrywaniu swojego wykształcenia, by jako niewykwalifikowany zarobić więcej czy postać Dzidzi, która jest „dziewczyną” ojca Magdy. Bo co się liczy dla młodego człowieka najbardziej? Mieszkanie, swoje auto i mieć dużo kasy. A miłość, związek i szczerość? Oto jest pytanie.

trzeba zabic te milosc3

Reżyser z dużą ironią przygląda się temu pędowi ku dobrom materialnym, co słychać w kąśliwych dialogach. To nie jest ten romantyczny reżyser z czasów „Do widzenia, do jutra”, bo jego miejsce zajmuje człowiek po przejściach. Uniesienie i miłość nie jest w stanie wytrzymać, bo nasi młodzi bohaterowie przyjmują reguły panującej gry. Ale miłość niekoniecznie musi być toksyczna czy oparta na „handlu” swoim ciałem. Najbardziej to widać w scenach, będących niejako ramą całej opowieści, czyli związku człowieka (dozorcy, handlującego na lewo materiałami budowlanymi) z psem, który raz oswojony nie opuszcza pana. A to doprowadza do tragicznego, wręcz eksplodującego finału.

trzeba zabic te milosc2

Wszystko to wygląda czasem jak film z nowej fali. Jest wiele scen pozbawionych dialogów, niemal reporterski styl fotografowania, zaś w tle przygrywa (rzadko obecna) muzyka eksperymentalna. Ale najbardziej moją uwagę przykuł montaż. Wiele razy pojawiają się w filmie parosekundowe przebitki, pokazujące albo to, co już się wydarzyło albo co się dopiero wydarzy. Początkowo może wydawać się to dezorientujące, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Całość w swoich ryzach trzyma absolutnie zachwycająca debiutantka Jadwiga Jankowka-Cieślak. Jej Magda to dziewucha odpowiedzialna, dojrzała i wie, czego chce. Wydaje się twardo stąpać po ziemi i łatwo budzi sympatię. Ale w rzeczywistości jest bardzo niepewna tego, czego naprawdę chce, bywa naiwna oraz łatwowierna, słaba i jednocześnie silna. Przeciwieństwem jest dla niej Andrzej Malec mówiący głosem Piotra Fronczewskiego jako próbujący zdobyć kasę Andrzej. Bardzo śliski cwaniak, dążący do wszystkiego na skróty i okrężną drogą, niemal za wszelką cenę. Bardzo niedojrzały chłopak, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności. Nie można nie wspomnieć o drobnej roli Jana Himilsbacha, czyli niemal niemej kreacji dozorcy czy mocnym epizodzie Tomasza Lengrena.

„Trzeba zabić tę miłość” to jeden z najbardziej brutalnych filmów o straconych złudzeniach. Młodzi ludzie nie mają szans, w świecie kierującym się tym by mieć niż być, zaś każde uczucie ma swoją cenę. Przerażająco aktualne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amator

Filip Mosz pracuje jako zaopatrzeniowiec w fabryce znajdującej się w podkrakowskiej miejscowości. Młody facet z żoną oczekująca dziecka prowadzi bardzo spokojne życie i wydaje się być zadowolony. Mężczyzna kupił małą kamerę, by móc filmować życie swojego dziecka. Ale wieść o kupnie sprzętu zwraca uwagę dyrektora fabryki, który czyni z Mosza filmowca. Powstaje klub filmowy, zaś pierwszym zadaniem jest nakręcenie filmu na temat jubileuszu fabryki.

amator1

Krzysztof Kieślowski kojarzony jest głównie z tym późnym okresem, gdy tworzył natchnione, metafizyczne kino. Troszkę w cieniu zostaje etap początków z lat 70. i połowę lat 80., gdzie wydawał się bardziej przyziemny. Taki też jest „Amator”, czyli historia człowieka zmieniającego się pod wpływem drobnego wydarzenia. Sam zakup kamery wydaje się drobnym, nieznaczącym epizodem. Powoli bohater niejako wbrew swojej woli staje się filmowcem. Początkowo jest stremowany, troszkę niepewny, mający wątpliwości. Z czasem jednak staje się uważnym obserwatorem rzeczywistości, którą pokazuje bez retuszu. Ale problem pojawia się w momencie, gdy odkrywa pewną gorzką refleksję. Że jego filmy wywołują poważne perturbacje, mogą nie tylko pomóc i poruszyć, ale też bardziej zaszkodzić. I ta świadomość jest wystawieniem rachunku, jaki musi zapłacić nasz domorosły reżyser, coraz bardziej zatracający się w swojej pasji. Stawiane pytania o cele oraz rolę artysty we współczesnym świecie, czynią „Amatora” filmem bardziej uniwersalnym od nurtu kina moralnego niepokoju.

amator2

Kieślowski pokazuje to wszystko w niemal dokumentalnym stylu. Z długimi ujęciami, bardzo rzadko wykorzystaną muzykę oraz pozornie nic nie znaczącymi scenkami. Wszystko toczy się powoli, spokojnie, bez fajerwerków. To wszystko służy, by pokazać jak zaczyna kształtować się artysta. Kiedy ten spokój oraz stabilizacja życiowa już nie wystarczą, co musi doprowadzić do perturbacji. I te emocje pokazuje absolutnie wybitny Jerzy Stuhr, który jest absolutnie bezbłędny. Bez niego ten film wydaje się pozbawiony swojej siły oraz mocy.

amator3

Dla mnie „Amator” to najlepszy film Kieślowskiego, który mimo lat zadaje bardzo aktualne pytania o kwestie moralne i etyczne. Pokazuje jak wielka jest odpowiedzialność przed artystą, który chce tworzyć w zgodzie z samym sobą. A nie jest to wcale takie proste, mimo zmiany systemu oraz braku cenzury.

8/10

Radosław Ostrowski

Bezmiar sprawiedliwości

Wrocław, rok 2005. Bohaterem jest Łukasz – student prawa, który jakoś tym prawnikiem nie chce być. Pasją jego jest fotografia, a studia wybrał pod wpływem ojca. I to ojciec go wysyła do swojego przyjaciela, mecenasa Wilczka by go przekonał o dokonaniu aplikacji. Ten jednak opowiada mu pewną historię procesu sprzed 15 lat, w którym brał udział. Sprawa dotyczyła morderstwa ciężarnej dziennikarki, o którą oskarżono jej kochanka oraz kolegę z pracy, Jerzego Kutra. Mimo braku niezbitych dowodów, oskarżony został skazany.

bezmiar sprawiedliwosci1

Nakręcony w 2006 roku „Bezmiar…” był powrotem Wiesława Saniewskiego do kina po 10 latach przerwy. Sama historia jest dla reżysera okazją do przyjrzeniu się jak działał wymiar sprawiedliwości tuż po transformacji. Świetnym pomysłem było przedstawienie tej historii z trzech perspektyw: prokuratury, obrony oraz sędziego. Sama odpowiedź na pytanie „kto zabił?” wydaje się nie być istotna czy ważna. Bardziej liczy się obserwacja środowiska prawniczego, które jest pełne obłudy, hipokryzji oraz skupienia się na karierze niż prawdzie. Bo jak w sądzie liczy się tylko to, co można udowodnić, zweryfikować oraz interpretować. Choć akcja toczy się bardzo powoli, Saniewski ciągle podrzuca kolejne informacje, tropy, wątpliwości, trzymając w zainteresowaniu aż do samego finału. I to ogląda się świetnie, mimo bardzo skromnej, wręcz telewizyjnej formy.

bezmiar sprawiedliwosci2

Reżyser pokazuje jak każdej ze stron – pośrednio – zależało na skazaniu oskarżonego, chociaż motywacje ich działań są kompletnie różne. Ukryć niekompetencje policji i prokuratury w zabezpieczeniu śladów, które następnie znikały w niejasnych okolicznościach, naginanie dowodów do stawianej tezy, przesłuchiwania policji trwające kilkanaście godzin non stop, próba wyrobienia sobie nazwiska, ukrycie swoich moralnych przewinień, brak doświadczenia. Zupełnie jakby zamiast dojścia do prawdy, liczyło się jej ukrycie i zostawienie w mroku. Jakby liczył się tylko spektakl i gra pozorów (symboliczna scena snu z niewidzialną piłką), co powie środowisko (scena u arcybiskupa). Scenariusz z jednej strony jest bardzo precyzyjny, z drugiej nie wszystko wyjaśnia, co daje wiele pola do interpretacji. A czy coś się zmieniło w tym systemie? Nie jestem do końca przekonany.

bezmiar sprawiedliwosci3

Pewny jestem za to tego, że „Bezmiar…” jest fenomenalnie zagrany. Film dominuje całkowicie Jan Frycz jako mecenas Wilczek. W każdej z historii jest kimś zupełnie innym, przez co jego motywacja zmienia się cały czas. Od młodego idealisty przez zgorzkniałego cynika po człowieka próbującego zapomnieć całą sytuację. Każdym gestem, spojrzeniem oraz niewypowiedzianymi słowami buduje bardzo złożoną postać. Równie wyborny jest Jan Englert jako jego mentor i przyjaciel, mecenas Woś. Człowiek bardzo doświadczony, uznany autorytet, choć też wydaje się zależny od kogoś innego. Niestety, od reszty mocno odstaje Robert Olech, czyli niejako główny bohater, który jest tak naprawdę obserwatorem. Ta postać jest niejako jak widz, który obserwuje i chce poskładać elementy układanki, ale w porównaniu z resztą postaci wypada blado. Z pań najbardziej wybija się Bożena Stachura wcielająca się w przyjaciółkę Wilczka, a nawet kogoś więcej, co ma poważne perturbacje w procesie.

Minęło 13 lat odkąd w kinie obejrzałem po raz pierwszy „Bezmiar sprawiedliwości”. Nadal uważam, że jest to znakomity dramat sądowy, niejako będący pretekstem do dyskusji na temat wymiaru sprawiedliwości. Saniewski znakomicie buduje napięcie i przy okazji zadaje pytania, co potrafią tylko wielcy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Goryl, czyli ostatnie zadanie…

Tytułowym gorylem jest Boleś – wygląda na zwalistego gościa z twarzą surową, wręcz chłopską. Zawsze nosi pistolet przy sobie albowiem jest ochroniarzem ważnego polityka. Szef pełnił funkcje w niemal każdym możliwym resorcie, ale obecnie w czasach transformacji ustrojowej, został przestawiony na boczny tor. W sumie poza polowaniami w leśniczówce nie ma zbyt wiele do roboty. Wszystko zmienia jeden telefon z Warszawy. Chcą widzieć pilnie Szefa, co tamten odbiera jako szansę powrotu na szczyt.

goryl1

Janusz Zaorski po wielkim sukcesie „Piłkarskiego pokera” zrealizował w podobnym czasie pewną skromną produkcję dla telewizji. Być może dlatego tak niewielu ludzi o nim słyszało. Niemal całość spędzamy w drodze, poznając przeszłość Szefa, o której już niewiele pamięta. A czego to on nie robił, jakie przekręty, co zabrał dla siebie, co zatuszował – długa lista. I tak nie poznajemy całości, lecz zebrana w tym niemal godzinnym dziele wystarczy. Niby mamy tutaj schyłek PRL-u i czuć powoli wchodzący nowy ustrój, ale zmian nie ma zbyt wiele. Ciągle liczą się znajomości oraz „czysta” przeszłości, czyli trzymanie swoich brudów w tajemnicy. By tego zrobić Szef musi zwolnić swojego goryla, gdyż wie za dużo. I ta historia kończy się bardzo przewrotnym finałem.

goryl2

Niby byłaby to kolejna historia z polityką oraz realiami ukazanymi w krzywym zwierciadle, gdyby nie jeden istotny szczegół. Do tego zostają wplecione fragmenty „Żywotów cezarów” Swetoniusza, przedstawiające losy Juliusza Cezara. Porównania między działaniami mężów stanu Imperium Romanum a polskimi realiami potrafią nadal uderzyć. I to Zaorskiemu udaje się przedstawić w dość krzywym zwierciadle, gdzie nie brakuje absurdalnych momentów (czekanie przed torami czy wizyta w barze, gdzie jest zakaz sprzedaży alkoholu przed 13) oraz niepozbawionych błysku dialogów. Jak to wszystko płynie, a czas mija jak biczem strzelił.

goryl3

A prawdziwym paliwem (oprócz chwytliwego tematu przewodniego Przemysława Gintrowskiego) jest znakomicie dobrany duet głównych bohaterów. Szefem jest tutaj Marian Opania, który nie jest w stanie żyć bez władzy. Bardzo opanowany, inteligentny oraz umiejący lawirować między różnymi sytuacjami. Przeciwieństwem wydaje się Boleś w wykonaniu Krzysztofa Kowalewskiego. Niby prostak, rzucający potoczną mową i pełniący rolę cienia swojego Szefa, ale ma zbyt dobrą pamięć. Panowie świetnie się uzupełniają, a chemia niemal rozsadza ekran.

„Goryl” to mała perełka polskiej telewizji, z dużym dystansem przyglądająca się zmieniającemu ustrojowi politycznemu w naszym kraju. Potrafi rozbawić, ale jest też pełen nostalgii i refleksji, zachowując odpowiednie proporcje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Bohaterem jest pewien młody, inteligentny chłopak w kolorze blond. Jest biznesmenem, który dostarcza towar, dostaje za to kasę i płaci działkę szefowi. Niby pierze swoje pieniądze, a ma ich dużo, dzięki biznesowi: dilerce narkotyków. Jednak coraz bardziej zaczyna myśleć o emeryturze. Przed tym dostaje dwie robótki do wykonania. Pierwsza dotyczy odnalezienia córki starego przyjaciela, która za bardzo lubi ćpać i zniknęła bez śladu. Druga sprawa to standard, czyli dobicie targu i sprzedaż tabletek ecstasy. Problem w tym, że jest to towar kradziony.

przekladaniec1

Na hasło brytyjskie kino gangsterskie dzisiaj wymawiane jest jedno nazwisko: Guy Ritchie. Nakręcony w 2004 „Przekładaniec” miał być kolejnym jego filmem, ale Brytyjczyk był zajęty innym projektem. Zamiast niego pojawił się jeden z jego współpracowników, czyli producent Matthew Vaughn. Czuć ten klimat znany z „Porachunków” i „Przekrętu”, chociaż jest to bardziej serio niż w/w. Bliżej jest do późniejszej „Rock’n’Rolli”, gdzie mamy zderzenie grubych ryb z drobnymi płotkami, nie brakuje gangsterów wykorzystujących policję dla własnych celów. Jest też w końcu prosty plan, który z każdą minutą coraz bardziej zaczyna się sypać, a poczucie bycia sprytnym od reszty wydaje się iluzoryczne. Pojawia się też humor, jednak jest go o wiele mniej niż w pierwszych film Ritchiego czy tego montażowego stylu. Zabawa w podchody, serbscy zabójcy, drobne cwaniaczki, kompletni idioci – dzieje się tu dużo, a posklejanie elementów układanki potrafi dostarczyć wiele frajdy. Nie brakuje trzymania w napięciu (akcja ze snajperem czy zabicie szefa mafii), jak i poważniejszych momentów.

przekladaniec2

Wygląda to bardzo porządnie i stylowo. Vaughn jeszcze nie jest tak efekciarski jak w „Kingsman”, ale potrafi bawić się równoległym montażem. Wszystko podbite bardzo fajną muzyką oraz eleganckimi zdjęciami. Vaughn spokojnie prowadzi narrację i potrafi ciągle zaskakiwać aż do finału zakończonego cliffhangerem.

przekladaniec3

Do tego mamy prawdziwą plejadę aktorów, którzy – w większości – nie są tak rozpoznawalni jak teraz. W roli naszego bezimiennego protagonisty wciela się Daniel Craig i to dosłownie przed zagraniem agenta 007. Pan X wydaje się bardzo pewny siebie, działa według określonego planu, jakby mając wszystko pod kontrolą. Niby wydaje się taki cool, ale to wszystko jest kamuflaż i parę razy widać, że w tej głowie coś się dzieje. Magnetyzująca, charyzmatyczna postać. Nie zawodzi Colm Meaney jako bardzo lojalny Greg, będący gangsterem starej daty, nie znoszący sprzeciwu Kenneth Granham, czyli szef Jimmy oraz bardzo śliski Michael Gambon (Eddie Temple). Gdybym miał wymienić wszystkie rozpoznawalne twarze, nie starczyło by czasu, ale mamy choćby znanych z „Porachunków” Jasona Flemynga i Dextera Fletchera, jest też Tom Hardy, Sally Hawkins czy Sienna Miller. Każde z nich ma te swoje przysłowiowe pięć minut, dodając swoją cegiełkę.

Największym grzechem debiut Matthew Vaughna jest pewne poczucie deja vu. Niemniej „Przekładaniec” to ciągle świetny brytyjski kryminał z przełomu wieków oraz wprawka do kolejnych, droższych produkcji tego producenta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nocny jastrząb

Deke DaSilva jest jednym ze skuteczniejszych policjantów w Nowym Jorku. Razem ze swoim partnerem, sierżantem Foxem są postrachem dilerów narkotykowych i innych drobnych cwaniaków. Ale tym razem panowie zostali przeniesienie do nowej komórki. Jej celem jest powstrzymywanie ataków terrorystycznych, zabijając terrorystów. Szkolenie prowadzi brytyjski inspektor Interpolu Hartman, a czasu jest mało. Albowiem do Ameryki zbliża się niemiecki terrorysta Wulfgar, który w Europie jest spalony i odcięty od funduszy.

nocny jastrzab1

Troszkę zapomniany film z początku lat 80. To kolejna opowieść o polowaniu na terrorystę, ale wszystko to widzimy z perspektywy nie mających doświadczenia z tematem policjantów. Ataki terrorystyczne dla nich to coś nowego, a przełamanie reguł nauczonych w policji jest ciężkie. Bo jak pokonać kogoś kto nie boi się śmierci, zabić zakładników, a nawet podłożyć bombę w publicznym miejscu? A żeby pokonać takiego człowieka trzeba być jeszcze bardziej brutalnym i bezwzględnym niż on. Reżyser historię prowadzi bardzo spokojnie, próbując skupić się na poznawaniu metod terrorystów. Zarówno przez działanie Wulfgara, jak i szkolenie DaSilvy oraz innych policjantów. Samej akcji nie ma zbyt wiele, ale jak już jest, ma swojej momenty. Nie można zapomnieć świetnego pościgu za Wulfgarem od klubu aż po metro, gdzie adrenalinę podkręcają świetne zdjęcia oraz mocno inspirowana funkiem i filmami policyjnymi z lat 70. muzyka Keitha Emersona. Te dźwięki świetnie pomagają budować wejść w tą opowieść do samego końca. Nie brakuje popisów pirotechnicznych (niewiele, ale jednak) oraz emocjonujących momentów jak niemal finałowa akcja z zakładnikami ONZ. Nie idzie to może w stronę widowiskowości, próbując zachować względy realizm, co jest pewnym plusem.

nocny jastrzab3

Dla mnie pewnym problem jest watek związany z byłą żoną DaSilvy. Niby mamy tutaj próbę zejścia ze sobą, lecz sama postać jest zepchnięta na dalszy plan. Jest to zmarnowany potencjał, stanowiący dzisiaj kliszę tego gatunku. Są drobne mielizny, lecz całość wypada bardzo porządnie.

nocny jastrzab2

Aktorsko całość skupiona jest na pojedynku dwóch charakterów. Pozytywnie zaskoczył mnie Sylvester Stallone z wyglądem prawie jak Serpico i zmuszony działać jak Brudny Harry. Powoli zaczyna coraz lepiej poznawać umysł terrorysty, zachowując opanowanie. Równie interesujący jest Rutger Hauer jako antagonista. Jest bardzo opanowany, wręcz metodycznie działający, ze spokojnym, wręcz kojącym głosem. Reszta postaci trzyma solidny poziom, choć najbardziej wybija się Nigel Davenport jako bezwzględny inspektor Hartman.

„Nocny jastrząb” próbuje pokazać troszkę inne oblicze Stallone’a niż tylko mięśniaka. Mimo lat ma w sobie pewien bardzo specyficzny urok, którego nie widać dziś zbyt często. Interesujące doświadczenie kina policyjnego.

7/10

Radosław Ostrowski

Kroniki Riddicka

Trudno było zapomnieć kogoś takiego jak Richard Riddick. Zabójca oraz zbieg z więzienia po pięciu latach od ucieczki z planety pełnej potworów nadal jest ścigany. Porusza się po różnych planetach, lecz najemnicy oraz łowcy głów nie odpuszczają. Jednak tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Na świecie pojawili się Necromongerzy, pochodzą z pod-wszechświata, są wojownikami niszczącymi planety, zaś ich mieszkańców albo zabijają, albo przekształcają na swoje podobieństwo. Czyli na pół-umarłych, zaś kieruje nimi bezwzględny Lord Marshal. Jedyną osobą, którą może go powstrzymać jest Riddick.

kroniki riddicka1

Po sukcesie „Pitch Black”, studio Universal postanowił uczynić Riddicka bohaterem franczyzy. Między pierwszą a drugą częścią pojawił się animowany sequel oraz dwie (bardzo dobre) gry komputerowe. „Kroniki” tym razem miały większy budżet, kategorię PG-13, zaś wśród reżyserów rozpatrywani byli tacy twórcy jak Alex Proyas, Guillermo del Toro czy David Cronenberg. Ostatecznie projekt zrealizował twórca oryginału, czyli David N. Twohy. Ale sama historia nie porwała tak bardzo jak w oryginale. Szanuję to, że postanowiono rozszerzyć świat, w którym przybywa Riddick, zaś sami Necromongerzy to intrygująca… rasa, sekta. Jak to cholerstwo nazwać? Nieważne zresztą. Ale większy rozmach (i czuć tą kasę, jaką władowano) powoduje, że Riddick dokonuje czegoś, co jest absolutnie niedopuszczalne. Zostaje zmieniony z antybohatera w zbawcę świata. A wszystko z powodu pewnej… przepowiedni, która doprowadziła do wymordowania wszystkich jego pobratymców. Że co k***a?

kroniki riddicka2

Jeśli myślicie, że większej bzdury się nie da wcisnąć, to… jesteście w błędzie. Nie brakuje tutaj knowań, mających na celu obalenie Lorda, wciśniętą na siłę niby romantyczną relację Riddicka z ocaloną dziewczyną z pierwszej części (tutaj też morduje ludzi i chce być jak Riddick), destrukcja i przemoc – jednak bez nadmiaru krwi, bluzgów. To wszystko kompletnie niszczy charakter groźnego, nieobliczalnego mordercy. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innej twarzy tej postaci, lecz wywołuje to silny zgrzyt. Dodatkowo po obiecującym początku (do ucieczki Riddicka przed Lordem Marshalem), całość traci tempo oraz impet.

kroniki riddicka3

Żeby nie było, „Kroniki” mają kilka świetnych momentów (użycie kubka – bezcenne) i wygląda niesamowicie. Efekty specjalne świetnie znoszą próbę czasu, scenografia oraz kostiumy są imponujące, zaś muzyka ma ten space-operowy rozmach. Zdjęcia też prezentują się dobrze, a kilka scen akcji potrafi podnieść adrenalinkę. Tylko, że wszystko jest zabijane przez ugrzecznienie Riddicka, wjazd na patos i podniosłość.

kroniki riddicka4

No i nie za bardzo jest co grać. Diesel robi, co może i ma momenty, by wykazać się, lecz nie ma tego zbyt wiele. Nadal błyszczy i ma charyzmę, lecz staje się tutaj pionkiem bez możliwości decydowania o sobie. Oprócz niego najbardziej wybija się tutaj Karl Urban z Thandie Newton (Vaako i jego żona), będącymi odpowiednikami państwa Makbeth. Colm Feore jako główny antagonista radzi sobie nieźle, choć jego motywacja jest oklepana i szablonowa.

Niestety, „Kroniki Riddicka” to piękna wydmuszka, która przez większość czasu zostawia widza obojętnym. Komercyjna wpadka doprowadziła do zagrzebania oraz zniszczenia serii nim złapała rozpędu. I wtedy zdarzył się cud, ale o tym innym razem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pitch Black

To miał być prosty lot, gdzie grupa miała wyruszyć na inną planetę. Jednak w trakcie ekspedycji dochodzi do jakiejś awarii i pojazd musi przymusowo lądować na nieznanym miejscu. Dochodzi do zderzenia, pojazd się nie nadaje do lotu, a wielu pasażerów zginęło, w tym kapitan. Wśród ocalonych jest szeryf Jones oraz przetrzymywany przez niego więzień Riddick. Planeta na której się znajduje okazuje się być niezbyt przyjazną przestrzenią, gdzie przebywają bardzo niebezpieczne monstra.

pitch black1

David N. Twohy to twórca intrygujący, pełniący głównie rolę scenarzysty. Napisał – lub współtworzył – fabuły do takich filmów jak „Czarnoksiężnik”, „Ścigany” czy „Impostor”. Próbował swoich sił jako reżyser, jednak mało kto słyszał o jego produkcjach. Wszystko zmienił rok 2000 oraz film „Pitch Black”. Na pierwszy rzut oka ten horror SF może wydawać się zmodyfikowaną wersją „Obcego” czy „Coś”. Jest garstka ludzi próbująca uciec przed monstrami, niby otwarta, lecz niezbyt przyjazna przestrzeń. No i nie wszyscy dożyją do końca. Powoli są odkrywane kolejne tajemnice związane z planetą, dochodzi do spięć w grupie, zaś jucha leje się mocno. Nadal wrażenie robią zdjęcia (sceny za dnia mają bardzo mocną kolorystykę, tak samo wykorzystywanie mroku nocą) oraz bardzo atmosferyczna, lekko orientalna muzyka, a efekty specjalne i wygląd kreatur godnie znosi próbę czasu.

pitch black2

Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że reżyserowi udaje się zbudować klimat grozy oraz poczucie izolacji. Wystarczy sam odgłos stworów, by zacząć się bać, a po drodze będzie parę niespodzianek. Czuć tutaj mały budżet, jednak jest on bardzo efektywnie wykorzystany. Nie ma tutaj zbyt wielu (wtedy) znanych aktorów, oprócz Keitha Davida jako Imama, głęboko religijnego muzułmanina. Jest jeszcze jedna rzecz, która wybija „Pitch Black” z grona klonów dzieła Ridleya Scotta. Jest to postać Richarda Riddicka zagrana przez Vina Diesla. Morderca, potrafiący widzieć po ciemku, nie jest zbyt rozmowny, ale kiedy mówi, potrafi skupić na siebie uwagę. To klasyczny antybohater, którego największą zaletą jest nieprzewidywalność. Nigdy nie możemy być całkowicie pewni, czy wymorduje resztę ekipy, czy ucieknie, czy zdradzi. A może ma w sobie bardzo głęboko stłumione resztki człowieczeństwa? To jedna z najbardziej zniuansowanych postaci w dorobku tego aktora, czego nigdy bym się nie spodziewał, w czym pomaga początkowe budowanie jego historii z ust Johnsa. Reszta obsady też się sprawdza dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Radhę Mitchell (kapitan mimo woli) i Cole’a Hausera (Johns), ale to Riddick zostaje w pamięci na długo.

pitch black3

„Pitch Black” miało odpalić całą franczyzę związaną z postacią Riddicka i nie ma się co dziwić. To jedna z bardziej fascynujących postaci kina SF, który w horrorowym entourage’u sprawdza się znakomicie. Nawet jeśli czuć inspiracje kultowym „Obcym”, film stoi na własnych nogach, co nie jest zbyt częste.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Twierdza

Alcatraz – jedno z najsłynniejszych więzień w historii USA. Tam przebywali najgroźniejsi przestępcy aż do zamknięcia w 1963 roku. Jednak to tutaj dochodzi do bardzo poważnej sytuacji. Generał Hummel razem z najbliższymi współpracownikami wziął wycieczkę jako zakładników i zainstalował 15 rakiet z niebezpieczną bronią chemiczną. Żąda w zamian 100 milionów dolarów na tajne konto, by przekazać forsę rodzinom wojskowych, którzy polegli w tajnych operacjach. Daje na to dwa dni, ale FBI ma inny plan. Na wyspę decydują się wysłać speca od broni chemicznej, agenta Stanleya Goodspeeda oraz Johna Masona – skazańca, któremu raz udało się uciec z Alcatraz.

twierdza2-1

Michael Bay po sukcesie swojego debiutu dostał szansę na realizację kolejnego hitu. Dostał troszkę większy budżet, ale to nie jest jeszcze poziom „Transformers”. Sama intryga oraz punkt wyjścia jest bardzo intrygujące, dodając kopa. Już od pierwszych scen czuć tutaj fetyszyzowanie oraz szacunek reżysera do armii (zaczynamy od pogrzebu w deszczu), przy jednoznacznym ataku na urzędników państwowych i szefa FBI. Ci są pokazani jako manipulatorzy, ukrywający wiele tajemnic by osiągnąć swoje cele. I po raz pierwszy u Michaela Baya trzeba ratować świat, który tutaj ma rozmiary San Francisco, czyli stawka jest poważniejsza. I muszę przyznać, że ta prosta opowieść wciąga jak cholera. Reżyser z jednej strony jest bardzo kameralny – jak na Baya – ale same sceny akcji potrafią podnieść adrenalinę z kopytem. Nieważne czy mówimy o szalonym pościgu samochodowym (co z tego, że ściganym jest skazaniec wypuszczony po ponad 30 latach, który zapierdala niczym rajdowiec), wykradzenie rakiet z gazem czy wszelkie strzelaniny dziejące się w Alcatraz. Wszystko zrobione płynnie, dynamicznie i z zaskakująco niewielką ilością eksplozji (pod koniec jest jedna, ale wyglądająca cudownie). W tle gra bardzo bombastyczna muzyka (współautorem jest Hans Zimmer i to czuć), montaż jest bardzo dynamiczny a’la Tony Scott, nie brakuje ciętego humoru oraz paru dziur logicznych. Bay jest tutaj w olimpijskiej formie.

twierdza2-2

Jeszcze bardziej interesująca jest tutaj obsada. Niedoświadczonego w polu agenta Goodspeeda gra ówczesny gwiazdor kina akcji Nicholas Cage. I bardzo dobrze sobie radzi jako człowiek zmuszony do podjęcia działań jakich nie robił, pod wpływem dużej presji. Mam tylko jeden problem z tą postacią, że co parę minut zmienia się z trybu troszkę nieporadnego agenta w zdeterminowanego oraz upartego skurczybyka. Powinno być to bardziej konsekwentnie poprowadzone. Film kradnie dla siebie Sean Connery jako Mason – bardzo opanowany, twardy szpieg, który nie budzi zaufania, idący raczej swoimi ścieżkami. Najlepszy z całego grona jest jednak Ed Harris jako generał Hummel. To nietypowy czarny charakter, którego motywacja potrafi wzbudzić zrozumienie a nawet sympatię. Nie jest przerysowany, demoniczny czy okrutny, ale bardzo ludzki. To się nie zdarza zbyt często w tym gatunku.

twierdza2-3

Nie dziwię się, że „Twierdza” jest uznawana za najlepszy film w karierze Baya. Jest wszystko to, co w kinie akcji być powinno: brawurowe sceny akcji, świetne aktorstwo oraz bardzo pewna realizacja. Owszem, zaczyna wkraczać tutaj patos, wojskowy sprzęt jest wręcz nachalnie pokazywany, jednak Bay nie przekracza granicy dobrego smaku i dostarcza masę przyjemności. Welcome to the Rock.

8/10

Radosław Ostrowski