Kompletnie nieznany

Bob Dylan – jeden z najbardziej rozpoznawalnych muzyków XX wieku. Od folkowego grania na akustycznej gitarze z harmonijką przez rocka aż po zdobycie literackiej Nagrody Nobla. Jednak jego życie prywatne w zasadzie pozostaje tajemnicą, mimo sławy oraz rozpoznawalności. Pewną lukę w tej kwestii próbuje załatać reżyser James Mangold. Jednak o wiele bardziej skupia się na początku działalności.

kompletnie nieznany1

Wszystko zaczyna się w 1961 roku w Nowym Jorku, gdzie przebywa pewien 19-letni chłopak z gitarą (Timothee Chalamet). Młodzik jest wielkim fanem Woody’ego Guthrie (Scoot McNairy) – legendarnego muzyka folkowego, dotkniętego udarem i paraliżem. W końcu dzięki jego przyjacielowi, Pete’owi Seegerowi (Edward Norton) udaje się poznać muzyka oraz zaśpiewać mu utwór. Obaj są pod ogromnym wrażeniem, zaś Pete zaprasza Dylana do siebie, a ten zaczyna się aklimatyzować do Nowego Jorku tego okresu. A także zacząć tworzyć swoje utwory, co zaczyna być zauważane przez środowisko.

kompletnie nieznany2

Reżyser James Mangold idzie trochę inna drogą niż klasyczny biopic, bo o samym Dylanie i jego przeszłości wiemy bardzo niewiele. Bo i sam artysta nie mówi o niej zbyt wiele, zaś wypowiadane przez niego słowa są niejasne. Bardziej dostajemy wgląd na muzyka poprzez jego własne dzieła oraz jaki one wpływ mają na otoczenie (wykonanie „Master of War”). Jakby jego muzyka ma się sama bronić, zaś sam Dylan zostaje – jak tytuł mówi – „kompletnie nieznany”. Poprzez Dylana Mangold portretuje środowisko folkowe lat 60., pragnące się przebić do szerszej widowni, a jednocześnie mocno zakorzenione w przeszłości. Zamiast grać nowe utwory (jak Dylan – choć początkowo nie są nagrywane), więcej jest wydawanych coverów. A im bardziej sławny staje się nasz bohater, tym ciężej sobie z tym radzi. I nie, nie zaczyna brać narkotyków czy robić innych autodestrukcyjnych działań, ale próbuje grać wszystkim na nosie. Dlatego przerywa koncert, bo zamiast grać największe hity, chce pokazać nowe utwory; dlatego w studiu zaczyna brać innych muzyków; wreszcie w 1965 roku podczas Newpork Folk Festival gra na gitarze elektrycznej.

kompletnie nieznany3

Jeszcze to wszystko jest świetnie zagrane. Początkowo ciężko można było sobie wyobrazić Timothee Chalameta w roli głównej, ale jako Dylan wypada o wiele lepiej niż się spodziewano. Imituje głos artysty, także sam śpiewa i gra (jak wszyscy aktorzy), jednak nigdy nie popada w przerysowanie ani parodię. Bywa czasem antypatyczny i zbyt skupiony na sobie, lecz nie można ulec jego urokowi i aurze tajemnicy. Nominacja do Oscara wydaje się być pewna. Równie bogaty jest tutaj drugi plan: od zawsze solidnego Edwarda Nortona (uroczy Pete Seeger) przez wyraziste panie Elle Fanning (aktywistka Sylvie Russo) i Monicę Barbero (Joan Baez) aż po zaskakującego Boyda Holbrooka (kompletnie nie do poznania jako Johnny Cash).

kompletnie nieznany4

Choć początek bywa chaotyczny i nie do końca wiadomo, gdzie to zmierza, to „Kompletnie nieznany” pozostaje wciągającą biografią. Zamiast faktografii i sztampy, Mangold bardziej wsłuchuje się w muzykę Dylana, pokazując jej siłę oraz wpływ na całe społeczeństwo. Niemal impresyjny portret artysty z czasów młodości.

8/10

Radosław Ostrowski

Minghun

Minghun według chińskiej tradycji to pośmiertne zaślubiny, gdyż osoby niezamężne w zaświatach są nieszczęśliwe. Dlatego trzeba po śmierci trzeba znaleźć oblubieńca/oblubienicę, znaczy się ciało. Wokół odprawienia tego rytuału krąży historia nowego filmu Jana P. Matuszyńskiego – najbardziej kameralna produkcja w dorobku, ale też zaskakująco rozczarowująca.

minghun1

Głównym bohaterem jest Jurek (Marcin Dorociński) – mieszkający w Gdańsku wykładowca, samotnie wychowujący córkę Masię (Natalia Bui). Kiedy ich poznajemy świętują chiński Nowy Rok razem z przyjaciółmi i znajomymi. Dziewczyna prosi ojca, by pojechać do koleżanek na noc. Następnego dnia okazuje się, że był wypadek, samochód wpadł w poślizg, zaś Masia… nie przeżyła. Jurek jest kompletnie rozsypany, próbując jednocześnie przygotować do pogrzebu. Wtedy przybywa teść, czyli dziadek Benny (Daxing Zhang), który próbuje doprowadzić do odprawienia w kraju minghuna. I tu zaczynają się tarcia.

minghun2

Sam film próbuje być bardzo wyciszonym dramatem psychologicznym, gdzie w tle mamy zderzenie dwóch kultur i dwóch światów. Problem jednak w tym, że scenarzysta Grzegorz Łoszewski nie wykorzystuje w pełni potencjału tej historii. Światopoglądowe zderzenie wydaje się być pozbawione iskry, choć ma parę momentów zaskakująco zabawnych (szukanie ciała w kostnicy czy pośredniczka, która… handluje organami). Podobały mi się także momenty, gdzie mamy przebitki na zdarzenia z przeszłości (córka grająca na cymbałach) czy chwile wyciszenia z kamerą obserwującą Jerzego. Ale im dalej w las, tym nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś za wygodnie to się wszystko układa. Jest zbyt wiele zbiegów okoliczności (córka ukrywała, że ma chłopaka – przy okazji, niedługo po śmierci dziewczyny umiera), zaś emocje robią sobie wolne i historia w ogóle mnie nie zaangażowała.

minghun3

Owszem, wizualnie to wygląda bardzo dobrze i niemal każdy kadr mógłby robić za tapetę, zaś Marcin Dorociński oraz partnerujący mu Daxing Zhang i Ewelina Starejki wyciskają maksimum ze scenariusza. Tylko, że ten scenariusz sprawia wrażenie kompletnie niedogotowanego, jakby to był zaledwie pierwszy szkic, dialogi ocierają się o pretensjonalność i wywołują zgrzyt, zaś zmiana nastawienia Jerzego mnie kompletnie nie przekonuje.

I to wielka szkoda, bo Matuszyński do tej pory nie rozczarowywał. „Minghun” to przykład niewykorzystanego potencjału na mocny, poruszający dramat. Warstwa wizualna nie jest w stanie zmyć całkowitej obojętności jaką przeżyłem w trakcie seansu. Pozostaje mieć nadzieję, że ta produkcja była wypadkiem przy pracy.

6/10

Radosław Ostrowski

Diabeł

Polscy filmowcy od kilku lat próbują stworzyć kino akcji z prawdziwego zdarzenia, ale efekty raczej są niezbyt wysokich lotów. Produkcje Daniela Markiewicza i Patryka Vegi pozostawiały najwyżej niesmak, zaś jeden Władysław Pasikowski to trochę za mało. Niemniej ciągle ktoś próbuje wbić się do tego gatunku jak Cyprian T. Olencki z „Furiosą”. Czy równie udany będzie przypadek debiutu Błażeja Jankowiaka?

Tytułowym Diabłem jest niejaki Max Achtelik (Eryk Lubos) – były żołnierz, wyszkolony komandos, obecnie przebywa z dala od wielkiego miasta oraz armii. Potem działał jako najemnik pod dowództwem pułkownik „Łabędź” (Aleksandra Popławska), jednak obecnie nie planuje wracać do akcji. Wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojego ojca, z którym nie utrzymywał kontaktu od 20 lat. I już na miejscu ktoś próbuje się włamać do mieszkania nieboszczyka, ale Max załatwia sprawę twardymi pięściami. A to dopiero początek awantury, w którą zamieszany jest pewien lokalny gangster Kantor (Piotr Trojan) oraz przyjaciel jego ojca (Krzysztof Stroiński). Max jako wsparcie ma jedynie swoją dowódczynię, towarzyszącego psa i dawną dziewczynę (Paulina Gałązka).

Sam film trudno nazwać stricte filmem akcji, a reżyser nie do końca panuje nad materiałem. Historia jest oparta na masie klisz i schematów: od ostatniego sprawiedliwego niczym westernowego herosa, kilka tajemnic do ukrycia, tajemniczych zgonów, prób zabójstwa oraz krążących w okolicy najemników. Nie można nie wspomnieć o układzie, niczym z największych koszmarów polityków PiS. Historia toczy się dość powoli i spokojnie, zaś scen akcji jest tu o wiele mniej niż się można spodziewać. Nie są zbyt efektowne, wyglądają poprawnie, ale czasami bywa bardzo nieczytelnie. Do tego jeszcze czasem dialogi nie brzmią za dobrze, nadmiar pobocznych wątków potrafi przytłoczyć oraz zdezorientować, zaś zakończenie jest mało satysfakcjonujące (z otwartą furtką na ciąg dalszy oraz – kompletnie wziętą znikąd planszą o stanie polskich weteranów).

Sytuację częściowo ratuje obsada, ale nie jest ona w pełni wykorzystana. Eryk Lubos ma w sobie sporą charyzmę i w roli Maxa „Diabła” sprawdza się bardzo dobrze – opanowany, twardy wojownik, co potrafi wyjść z każdej opresji. Nie zawodzi też Stroiński, którego obecność zawsze jest przyjemnością, a także Karol Biernacki (najemnik „Zimny”), za to dość zbędna jest tutaj Paulina Gałązka (Kaja) – jej postać jako obiekt zainteresowania nie przekonuje, zaś jej działania na końcu czynią z niej idiotkę i drażniła mnie. W drobniejszych rolach przewijają się m. in. Andrzej Kłak (dziennikarz Ziemianek), Marek Dyjak („Buba”) czy Aleksandra Konieczna (Bernadetta Kloch), ale nie mają możliwości zabłyśnięcia.

Niby „Diabeł”, ale jakiś taki mało groźny i bez jakiegoś napięcia. Widać debiutancką rękę reżysera, miotającego się między akcją, kryminałem oraz thrillerem, nie mogąc się do końca zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Niemniej ogląda się to bezboleśnie, Lubos przyciąga uwagę i klimat też jest niezły, lecz był potencjał na dużo więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Heretic

Jeszcze parę lat temu chodzenie do kina na horror byłoby dla mnie totalną abstrakcją. Ale przełamałem się dzięki „Czarnemu telefonowi” i coraz chętnie skręcam w kierunki grozy. Dlatego zaintrygował mnie „Heretic”, czyli nowe dzieło duet Scott Beck/Bryan Woods (scenarzyści „Cichego miejsca”).

Wszystko zaczyna się od dwóch dziewczyn z kościoła mormonów, które próbują zwerbować nowych członków swojej wiary. Siostra Paxton (Chloe East) i siostra Barnes (Sophie Thatcher) nie mają w tej kwestii zbyt dużo szczęścia, bo albo są ignorowane, albo ośmieszane. Jednak w końcu jest jeden człowiek, który chciałby poznać ich religię – pan Reed (Hugh Grant). Mężczyzna wydaje się bardzo uprzejmy, budzący sympatię i zainteresowany tematem. Ale im dalej trwa rozmowa, tym bardziej okazuje się to wszystko pułapką. Zaś nasz dżentelmen prowadzi swój wykład, że religia to pierdololo. Daje im wyjście, a dokładniej wybór drzwi: przy jednych jest napis WIARA, przy drugich NIEWIARA.

Teraz jest to o wiele bardziej kameralnych opowieści, gdzie mamy zderzenie wiary z rozumem. Jakbym był złośliwy, nazwałbym ten film rozszerzoną wersją monologu George’a Carlina Religion is bullshit. Dialogi (i monologi) są niepozbawione ostrych niczym brzytwa ripost (porównanie religii do… Monopoly czy coverowania piosenek – perełka), ale napięcie jest tutaj budowanie bardzo prosto i oszczędnie. Do tego sama piwnica i podziemne labirynty są jednym z najbardziej przerażających siedlisk od dawna – oszczędnie sfotografowana oraz świetnie oświetlona. Sam finał (w sensie ostatnie 3 minuty temu) jednak był dość rozczarowujący, co jest pewną drobną skazą.

Całość na barkach trzyma świetna trójka: Hugh Grant, Sophie Thatcher i Chloe East. Pierwszy absolutnie błyszczy ze swoim opanowanym głosem, elokwencją oraz sensownymi argumentami. Widać, że bawi się tą rolą i ma z tego masę frajdy. Thatcher i East wydają się pozornie sprzeczne: pierwsza wydaje się mądrzejsza i pewna siebie, zaś druga bardziej wycofana oraz niepewna. Jednak w pewnym momencie to ta druga przejmuje inicjatywę i okazuje się o wiele mądrzejsza niż się wydaje. Ale to musicie się sami przekonać.

„Heretic” to powrót duetu do formy i przykład jak ograniczenia mogą być siłą oraz sprawnie napisanego straszaka. Jedna przestrzeń, trójka aktorów oraz dyskusja o religii – co może być ciekawszego? Takiego wykładu nikt się nie spodziewał.

7/10

Radosław Ostrowski

Anora

Mówi się, że miłość potrafi pojawić się w najmniej spodziewanej sytuacji i miejscu. Na pewno takim miejscem można by nazwać klub ze striptizem. Tutaj raczej nikt nie udaje, że to jest tylko transakcja, chociaż może tym razem będzie inaczej. O takiej nietypowej sytuacji opowiada Sean Baker w swoim nowym filmie „Anora”.

Tytułowa Anora (Mikey Madison) nie przepada za swoim imieniem i raczej używa zdrobnienia Ani. Jest właśnie taką dziewczyną, co tańczy na rurze (i nie tylko) w jednym z klubów na Brooklynie. 23-letnia imigrantka wydaje się być dobra w swoim zawodzie, choć wielkich profitów z tego nie ma. Aż pewnego dnia jej szef przedstawia ją jednemu z klientów, Iwanowi Zacharawowi (Mark Eydelshteyn), gdyż ten chce być „obsłużony” przez dziewczynę płynnie mówiącą po rosyjsku. Chłopak niby jest studentem, ale tak naprawdę większość czasu spędza na imprezowaniu i graniu w gry. W koniu proponuje Ani 15 tysięcy dolarów za spędzenie tygodnia u niego na chacie. Potem zabiera ją do Las Vegas, gdzie… oświadcza się jej, a ona – nie bez wątpliwości – się zgadza. „A potem żyli długo i szczęśliwie”? No, niekoniecznie.

Już sam początek „Anory” elektryzuje. Ale skoro widzimy dziewczyny tańczące przy dzianych facetach w remixie Robina Schultza, nie może być inaczej. Całość jest bardzo przyziemna, pokazująca życie tych z dołów społecznych, próbujących przeżyć. A potem nagle całość wydaje się skręcać w kierunku komedii romantycznej i kolejnej wariacji bajki o Kopciuszku. Jednak w głowie cały czas leżało pytanie: czy to naprawdę była miłość czy bardziej interes, dający szansę na nowe, lepsze życie?

Jednak reżyser cały czas podpuszcza i potrafi zmienić ton w najmniej spodziewanym momencie. Wszystko się zmienia, gdy przyszli teściowie dowiadują się o tym, co zrobił ich synalek. Wtedy pojawia się jego chrześniak, para silnorękich, zaś Anora nie ma w zasadzie nic tutaj do gadania. Ślub ma być unieważniony, ona dostaje za to rekompensatę, ale na więcej nie ma co liczyć. Choć nieporadność osiłków może początkowo wydawać się śmieszna, to nie ma tu miejsca na żarty. Zamiast tego jest walka o swoją godność z o wiele potężniejszymi (także finansowo) siłami. Walka z góry skazana na przegraną, choć niemal do końca liczyłem na inny rozwój wypadków.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie żywiołowa Mikey Madison. Jej Ani to ten typ postaci, które nazywam „silna-słaba”. Sprawia wrażenie bardzo pewnej siebie i o wiele dojrzalszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Bywa naiwna, ale jednocześnie walczy jak lwica. Nie odpuszcza, niemal do samego końca znaleźć dla siebie najlepsze wyjście. Zostaje jednak zderzona z brutalnym światem, gdzie jej „mąż” (świetny Eydelshteyn) jest mniej dojrzałym, nieodpowiedzialnym gówniarzem, zaś Ruscy magnaci (nie bójmy się tego słowa) nie przejmują się życiem innych. Absolutnie niezapomniany występ, o którym już się mówi w kontekście nagród. Poza nią wyróżnia się fantastyczny Karras Karragulian jako próbujący ogarnąć sytuację Toros (czy tylko mi z twarzy aktor przypominał Jana Peszka?) oraz Yura Borisow w roli jednego z silnorękich, Igora (niekoniecznie taki brutal jak się wydaje).

Po „Florida Project” Sean Baker znowu to zrobił. Pełna empatii i sympatii historia walki o lepsze życie, ale beż żadnego upiększania, słodzenia i lukrowania. Ale jednocześnie dość brutalnie przypomina, że bajki w stylu „Pretty Woman” zdarzają się tylko w kinie i pewnych barier społecznych przeskoczyć się nie da. Smutne, ale bardzo prawdziwe.

8/10

Radosław Ostrowski

Gladiator II

Ridley Scott od lat straszył, że zrobi drugiego „Gladiatora”. Problem w tym, że postać grana przez Russella Crowe’a zginęła i nie bardzo było pole do pojawienia się. Koncepcje i pomysły zmieniały się na przestrzeni wielu, wielu lat, lecz wszystko zaczęło się materializować pod koniec 2023 roku. Jeszcze bardziej zmroziło mi krew, gdy za scenariusz miał odpowiadać David Scarpa, który współpracował ze Scottem przy m. in. absolutnie fatalnym „Napoleonie”. Entuzjazm w tym momencie zrobił sobie wolne, a ja poszedłem na seans niczym na ścięcie. I co z tego finalnie wyszło?

Akcja toczy się wiele, wiele lat po części pierwszej. Rzym zamiast zmienić się oraz podążać wizją Marka Aureliusza coraz bardziej pogrąża się w korupcji, zgniliźnie, wojnach i degeneracji. Być może dlatego Imperium rządzone jest przez dwóch Cezarów: Pojebusa i Pojebanusa. Ok, te imiona zmyśliłem, tak naprawdę to Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger). Nic dobrego z tego nie wynika, o czym przekonuje się Hanno (Paul Mescal) z królestwa Numibii w Afryce Północnej. Rzymskie wojska pod wodzą generała Akacjusza (Pedro Pascal) atakują stolicę, masakrując wielu żołnierzy, w tym żonę Hanno. Mężczyzna trafia do niewoli i – ku niczyjemu zaskoczeniu – zostaje gladiatorem, przykuwając uwagę niejakiego Makrynusa (Denzel Washington). Ten handlarz niewolników chce wykorzystać wojownika do swoich planów i pomóc mu w zemście.

Jeśli czytając ten opis nie macie wrażenia lekkiego deja vu, to nie jesteście osamotnieni. Drugi „Gladiator” to w zasadzie… pierwszy „Gladiator”. Niby wpompowano więcej pieniędzy, ale skala wydaje się jakby mniejsza. Sama historia powtarza znajome elementy: walki gladiatorów, polityczny spisek, zemsta za śmierć żony, zdegenerowany oraz zgniły Rzym. Ale najgorsze jest to, że nad tym wszystkim unosi się duch Maksimusa. Jest nawet więcej razy powtarzane niż w pierwszej części, nawet wraca jego zbroja (że po tylu latach nie zardzewiała, to jakiś cud) oraz… ręka głaszcząca zboże. W zasadzie jedyna poważniejsza zmiana dotyczy tutaj wątku politycznego i wszelkie machinacje Makrynusa, którego motywacja w zasadzie pozostaje tajemnicą. Jednak wszystko dzieje się tak chaotycznie, zaś motywacje postaci są tak zmienne (szczególnie Hanno, który okazuje się… Lucjuszem, prawowitym następcą tronu oraz synem Maksimusa), że aż nie chciało mi się wierzyć. I jeszcze ta końcówka w Koloseum, gdzie brakowało tylko słów: Talk to me, Goose! Technicznie niby wszystko wydaje się być w porządku. Scott zbliżający się do 90-tki nadal ma świetne oko i wie, jak zrobić oszałamiający obraz. Sama akcja jest bardzo dynamiczna, aczkolwiek efekty specjalnie potrafią przerazić (walczące małpy i ich otwierające paszczy – o fak). Muzyka odnosi się do poprzednika, ale nie wnosi niczego nowego. Złego słowa nie powiem o kostiumach czy scenografii.

Także aktorsko jest dość nierówno. Paul Mescal w roli Hanno/Lucjusza wypada co najmniej dziwnie. Kiedy walczy i wykazuje się fizycznie wypada bardzo dobrze, jednak dialogi przez niego wypowiadane brzmią niczym zjarał za dużo zioła. Niby ma być Maksimusem 2.0, ale nie ma charyzmy Russella Crowe’a nawet w 1/10. Podobnie zmarnowany jest Pedro Pascal w roli generała, co jest zmęczony wojną i szaleństwem swoich władców oraz (wracająca) Connie Nielsen. Ale całość kradnie absolutnie świetny Denzel Washington wcielający się w Makrynusa. Absolutnie czarujący, diablo inteligentny i cwany manipulator, którego motywacja przez większość czasu pozostaje niejasna. Wielka szkoda, że to nie o nim jest ten film, bo zyskalibyśmy coś ciekawszego.

Jakbym miał podsumować drugiego „Gladiatora” najlepiej pasowałoby zdanie z serialu „Czarnobyl”: not great but not terrible. Spodziewałem się kompletnie nieoglądalnego barachła, a dostałem całkiem niezły blockbuster. Niedorównujący poprzednikowi i zbytnio się do niego odnoszący, przez co potrafi być nudny. Niemniej ma parę momentów, które zapadną w pamięć.

6/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwy ból

Zagraniczne produkcje kręcone częściowo lub całkowicie w Polsce zawsze są wydarzeniem. Ale kiedy realizacja takiej produkcji jest trzymana w tajemnicy, tym bardziej jest się ciekawym efektu końcowego. To jest właśnie przypadek „Prawdziwego bólu” – drugiego filmu w reżyserskim dorobku Jesse’ego Eisenberga, mocno czerpiącym z jego życiorysu.

Historia skupia się wokół dwóch kuzynów, czyli Davida (Jesse Eisenberg) i Benji (Kieran Culkin). Kiedy byli ze sobą bardzo blisko, ale życie mocno rozluźniło te relacje. Pierwszy ma żonę, dziecko oraz pracę w agencji reklamowej, drugi był bardzo zżyty ze swoją babcią. Kobieta niedawno zmarła i by uczcić jej pamięć panowie ruszają do Polski, skąd pochodziła. Mężczyźni wyruszają razem z wycieczką, prowadzoną przez Brytyjczyka Jamesa (Will Sharpe) zacznie się w Warszawie, a skończy w obozie koncentracyjnym Majdanek.

Muszę przyznać, że nie wiedziałem nic o pracy Eisenberga jako reżysera i zakładałem, że jest to jego debiut reżyserski. Ale „Prawdziwy ból” to tak naprawdę historia ludzi nie tylko poznających swoje dziedzictwo, ale także zderzonych ze sobą. Pierwszy bardzo poważny, niepewny siebie neurotyk, drugi zaś pełen energii, słowotoku i czasem bywa bezpośredni. Choć film dotyka bólu i cierpienia, pojawia się tak naprawdę między słowami. W tle Polska (ładnie wyglądająca, ale nie kręcona w „pocztówkowy” sposób) – Warszawa, Kielce, Majdanek – robiąca spore wrażenie oraz mocarna muzyka mistrza Chopina. Udaje się przekuć balonik powagi (robienie zdjęć przy pomniku powstańców warszawskich), humor nie przekracza granicy dobrego smaku, a drobne momenty wyciszenia mają swój ciężar.

To wszystko by nie działało, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Eisenberg jest bardzo stonowany, wyciszony, neurotyczny. Ma swój mocny moment, gdy wypowiada się o swoim kuzynie czy konfrontując się z Benjim o pewnym wydarzeniu. Ale tak naprawdę to Culkin rozsadza ekran swoją energią. Bywa bardzo bezpośredni i ma masę uroku, nawet jeśli czasami może wywołać zażenowanie. Pod tym wszystkim jednak skrywa się maska smutnego klauna, skrywającego swoje cierpienie. Z czego może ono wynikać, nie jest opowiedziane wprost, ale jest ono odczuwalne.

Zaskakująco delikatne, wyciszone kino drogi, pełne empatii oraz szczerości. Eisenberg zaskakuje swoją bardzo spokojną reżyserią oraz cholernie dobrym scenariuszem. Czy to jest nowa ścieżka w karierze Nowojorczyka? Przekonamy się za parę lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z igłą

Mieszkający w Polsce szwedzki reżyser Magnus von Horn stał się jednym z najciekawszych i najoryginalniejszych głosów naszego kina. Dlatego bardzo wyczekiwałem jego nowego dzieła, powstałego w koprodukcji z Danią i dziejącego się w tym kraju. Sam reżyser nazwał „Dziewczynę z igłą” baśnią dla dorosłych, co mnie zaintrygowało.

dziewczyna-z-igla1

Akcja dzieje się w Kopenhadze pod koniec I wojny światowej i skupia się na Karoline (bardzo dobra Vic Carmen Sonne). Dziewczyna pracuje jako szwaczka w fabryce, szyjąc mundury, mąż poszedł walczyć za kraj i tak marnie zarabia, że zostaje wyrzucona z domu. Do tego jeszcze zakochuje się w swoim szefie (Joachim Fjelstrup), co kończy się ciążą kobiety. Powinno już być lepiej, prawda? Nieprawda, gdyż przyszła teściowa do tego mezaliansu nie dopuści, co kończy się rozstaniem i zwolnieniem z pracy. Jeszcze wraca mąż, z mocno zdeformowaną twarzą, jednak Karoline wyrzuca go z klitki. Próbuje pozbyć się dziecka w łaźni przy użyciu igły, jednak wtedy poznaje Dagmar (rewelacyjna Trine Dyrholm). Ta nie tylko nie dopuszcza do amatorsko robionej aborcji, ale oferuje pomoc w oddaniu dziecka do adopcji. Mniej legalnymi kanałami, na co Karoline się zgadza. Mało tego, zamieszkuje u niej w domu pod sklepem ze słodyczami, stając się jej asystentką. Wtedy poznaje szokującą prawdę o swojej „przyjaciółce”.

dziewczyna-z-igla2

Jak można wywnioskować po tym opisie fabuły, nie jest to łatwy, lekki i przyjemny film. Von Horn pokazuje świat tak mroczny, ciężki i depresyjny, że chce się od niego odwrócić oczy. Wszystko wydaje się mniejszą lub większą pułapką, z której nie ma żadnej ucieczki, każda próba wyrwania się skazana jest na porażkę. To poczucie beznadziei potęgują absolutnie oszałamiające, czarno-białe zdjęcia Michała Dymka, które mocno czerpią z niemieckiego ekspresjonizmu. Sam miejski krajobraz z widokiem fabryk czy początkowa sekwencja z nakładającymi się twarzami zostają w pamięci na długo. Tak samo poznana tajemnica Dagmar i bardzo toksyczna relacja obydwu pań są emocjonalnymi bombami. Ta gorzka wyprawa ku otchłani ma pewne momenty światła, zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i oczyszczające.

dziewczyna-z-igla3

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli nazwę „Dziewczynę z igłą” najlepszym filmem w dorobku Von Horna. Rewelacyjnie zagrany, bardzo silny emocjonalnie oraz niesamowity wizualnie obraz najciemniejszej strony człowieka. Obok „Strefy interesów” to było najbardziej porażające doświadczenie filmowe tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Konklawe

Konklawe to zlot kardynałów, odbywający się po śmierci papieża w celu wybrania jego następcy. Wszystko dzieje się poza murami Watykanu spowite jest mgłą tajemnicy, do której zewnętrzny świat nie ma dostępu. To budzi pewną fascynację, która działa na wyobraźni twórców. Jednym z nich jest specjalizujący się w thrillerach Robert Harris. Jego powieść postanowił przenieść nie, tak jak ostatnio Roman Polański, tylko opromieniony sukcesem „Na Zachodzie bez zmian” Edward Berger.

Cała historia zaczyna się w momencie śmierci papieża. Zadania przeprowadzenia konklawe otrzymuje sekretarz Kolegium Kardynalskiego, kardynał Lawrence (Ralph Fiennes). Duchowny przechodzi kryzys wiary i wcześniej prosił papieża o rezygnację ze stanowiska, jednak nie została przyjęta. Duchowni są odizolowani od świata zewnętrznego, dzielą się (jak każde duże skupisko ludzi) na dwa różne obozy i czuć, że wybór nie będzie taki łatwy. Ale – ku zaskoczeniu wszystkich – pojawia się nowy kardynał Benitez (Carlos Dietz), którego nominację papież (na co wygląda) trzymał w tajemnicy. To jednak nie jest jedyna niespodzianka podczas tego konklawe.

„Konklawe” chce być nazywane thrillerem politycznym i taką kościelna „Grą o tron”, tylko że nie do końca. Wszystko widzimy tak naprawdę z perspektywy Lawrence’a, przez co wiele rzeczy dzieje się poza kulisami. I jest to broń obosieczna. Z jednej strony razem z nim odkrywamy kolejne tajemnice oraz brudy kilku istotnych „graczy”, co pokazuje sporą sprzeczność. Kościół powinni tworzyć ludzie dążący do doskonałości, tworzą osoby słabe i grzeszne. Niby nic niezwykłego, ale nie myśli się o tym zbyt często. Z drugiej jednak strony, ta intymna perspektywa czyni całość bardziej kontemplacją niż stricte thrillerem. Bardziej jest to zderzenie światopoglądów: bardziej liberalnego i otwartego, który reprezentuje kardynał Bellini (świetny Stanley Tucci) oraz konserwatywnego o twarzy kardynała Tedesco (fantastyczny Sergio Castelitto, który kradnie ekran). Zaś nasz kardynał znajduje się w środku tego konfliktu, próbując się w tym odnaleźć.

Jest tu zaskakująco sporo momentów kontemplacji i wyciszenia, których wielu się nie spodziewałem. Co nie znaczy, że Berger zapomina o napięciu. Niemal pod koniec mamy – dosłownie i w przenośni – bombę, która zmienia wiele. Jednak największą niespodziankę dostajemy pod sam koniec, ale nie zamierzam jej zdradzać. A wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo stonowany i wyciszony Ralph Fiennes w roli Lawrence’a jest znakomity, pokazując jego zagubienie oraz jednocześnie determinację, silną wolę. Równie wyraziści są Stanley Tucci jako Bellini, wspomniany wcześniej Castelitto i John Lithgow (śliski kardynał Tremblay).

Muszę przyznać, że „Konklawe” było zupełnie innym filmem niż myślałem, ale nadal trafia w punkt. Bardziej skupia się na kwestiach wiary niż polityki, co wielu może odrzucić, lecz pozostaje angażującym i skłaniającym do myślenia dziełem.

8/10

Radosław Ostrowski

Wybraniec

Kto w ogóle chciałby oglądać film o tak kontrowersyjnej postaci jak Donald Trump? Do tego jeszcze w czasie trwającej kampanii prezydenckiej, co może naprowadzać na to, jaki portret możemy dostać – demonizujący albo hagiograficzny. Więc do jakiej z tych szufladek będzie pasował „Wybraniec”? A czemu w ogóle musi być zaszufladkowany?

Za film odpowiada duński reżyser irańskiego pochodzenia Ali Abbasi oraz scenarzysta Gabriel Sherman, wcześniej pracujący jako dziennikarz polityczny. Całość nie jest biografią, opisującą całe życie Trumpa, tylko początki jego działalności. Witajcie w latach 70., kiedy Richard Nixon zmuszony zostaje do rezygnacji. Sam Trump (Sebastian Stan) jest aspirującym biznesmenem, próbujący prowadzić swój Commodore Hotel. Jednak rodzinny interes jest zagrożony pod Departament Sprawiedliwości. Właśnie wtedy poznaje bardzo wpływowego adwokata, Roya Cohna (Jeremy Strong). Ten nie tylko pomaga mu w rozwiązaniu procesu, ale staje się dla ambitnego biznesmena mentorem.

„Wybraniec” skupia się na Trumpie zanim stał się sławnym celebrytą i człowiekiem interesów, co jest bardzo odświeżającym doświadczeniem. Abbasi próbuje poznać głównego bohatera z bardziej ludzkiej strony i zrozumieć to, skąd się wziął oraz dlaczego był taki, jaki jest. Syn idący w ślady ojca-biznesmena, gdzie pieniądz był najwyższą wartością, ambicja oraz sukces. Co najdobitniej pokazuje jak traktowany był syn Freddy (Charlie Carrick), będący… pilotem samolotów pasażerskich. To powinien być powód do dumy, lecz nie w oczach ojca, uważając go za największe rozczarowanie. To już mówi nam wszystko o systemie wartości. A im dalej w las, tym bardziej zaczynamy widzieć przemianę Trumpa z niepewnego siebie, cichego gościa w bardzo brutalnego i bezwzględnego gracza, napędzanego przez swoje ambicje oraz ego, dążąc do celu wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jak najmniejszym kosztem zarobić jak najwięcej i budować swój wizerunek jako człowieka sukcesu.

Sam film ma bardzo dynamiczne tempo, mocno czasem przypominając „Sukcesję”. Niemal dokumentalne ujęcia z ręki, bardzo imitujące lata 70. i 80. Lekko żółtawe kolory w scenach nocnych przy świetle, z czasem zaczyna nabierać kolorów mocnych oraz ujęć niczym z kamery video. Nawet w spokojnych momentach kamera jest niemal cały czas w ruchu, zaś w tle przygrywa mocno elektroniczna muzyka. Oraz wiele znanych piosenek, pozwalających wejść w epokę.

To wszystko nie działałoby, gdyby nie absolutnie świetne aktorstwo. Bardzo pozytywnie zaskakuje Sebastian Stan w roli Trumpa. Trudno grać kogoś z tak charakterystycznym sposobem mówienia i nie popaść w parodię, ale aktorowi udaje się to świetnie. Widać jak zmienia się oraz tworzy swój wizerunek przed całym światem. Do tego stopnia, że zaczyna kłamać, manipulować oraz upokarzać. Niesamowicie złożona, ale zaskakująco autentyczna kreacja. Jeszcze lepszy jest Jeremy Strong, którego Roy Cohn jest jedną z najbardziej śliskich postaci w historii. Właściwie monstrum, będący prawdziwym paliwem i tworzącym Trumpa na swój kształt, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Swoją energią, opanowaniem oraz temperamentem dominuje ekran, zaś kiedy w drugiej połowie pojawia się rzadziej, czuć tą nieobecność. Oglądanie tej dwójki razem działa niczym uderzenie pioruna. Równie świetna jest Maria Bakalova w roli Melanii, czyli pierwszej żony Trumpa.

Wiem, że wielu może odrzucić sam pomysł robienia filmu o Trumpie, lecz „Wybraniec” wydaje się uczciwie podchodzić do postaci Trumpa. Bez słodzenia, ale bez unikania mroczniejszych kwestii, tworząc uczciwy i złożony portret człowieka swoich czasów. Czyli dostajemy więcej niż mieliśmy prawo dostać.

7,5/10

Radosław Ostrowski