Nie patrz w górę

Ludzkość ma przejebane – taki prosty, brutalny i przygnębiający wniosek wyciągnąłem po obejrzeniu nowego filmu Adama McKaya dla Netflixa. Już wcześniej – w „Big Short” oraz „Vice” – piętnował ludzką głupotę i chciwość, dla której ludzie przy władzy byli w stanie nie tylko doprowadzić do załamania gospodarki czy destabilizacji układu geopolitycznego. Jednak w „Nie patrz w górę” reżyser idzie o krok dalej, bo tutaj te cechy doprowadzają do zniszczenia całej planety. Jakim cudem?

Wszystko zaczęło się od obserwowania nieba przez astronautów pod wodzą dra Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio w najbardziej przyziemnym wydaniu od dawna). Jedna z jego podopiecznych, doktorantka Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) zauważa kometę z krańca Układu Słonecznego. Po dokładnych obliczeniach wynika, że kometa (średnica około 10 km) trafi na kolizyjny kurs z Ziemią za nieco ponad pół roku. Informacje idą do NASA, co okazuje się początkiem poważnej przeprawy. Czy trzeba ratować Ziemię? Prezydent USA Jenny Orlean (Meryl Streep) w dzień otrzymania informacji woli jednak świętować urodziny, co pokazuje jak poważnie traktuje tą sprawę. Dopiero następnego dnia przyjmuje parę naukowców, ale nawet wtedy nie zamierza podejmować działań. Pewne okoliczności zmuszają astronomów do prób dotarcia przez media, co kończy się katastrofą. Bo #nikogo to nie obchodzi.

Reżyser tym razem nie idzie ze swoim satyrycznym ostrzem po prawdziwych ludziach czy systemie, który doprowadza do zapaści. W zamian za to przygląda się współczesnemu światu i wystawia bardzo ostrą ocenę ludzkości. Zapatrzonej w social media, traktujący bardziej poważnie opinie celebrytów o IQ na poziomie orzeszka niż naukowcom, mający innych głęboko w dupie. Gdzie wszystkie działania polityków są robione tylko na pokaz, bo wejdzie wielce dziany koleś (Mark Rylance), który zobaczy szansę na zarobienie kasy za pomocą komety. Jak? Bo są cenne surowce do budowy komputerów oraz smartfonów. Więc całą planowaną misję z rozwaleniem komety atomówkami (zamiast Bruce’a Willisa jest Ron Perlman na pełnym wkurwie) **** strzelił.

To jest jednak dopiero początek cyrku oraz wielkiego pierdolnika, na który para naszych bohaterów kompletnie nie ma wpływu. Olewanie wiadomości, tworzenie memów, fake newsów, krótkowzroczność władzy, chciwość biznesmenów, celebryctwo, odsuwanie naukowców i tworzenie projektów bez weryfikacji. Nie ważne czy mówimy o wizycie w telewizyjnym programie informacyjnym (nasza parka w różnych odstępach czasu wręcz wrzeszczy, by dostać się z przekazem) czy uczynieniu z dr Mindy’ego celebryty, wreszcie nałożeniu przez władzę knebla. Zaś finał może być tylko jeden – koniec świata, bez jakiejkolwiek nadziei i szansy, co podkreśla bardzo ironiczny finał.

I tu mam pewien problem z „Nie patrz w górę”, a może to ja mam coś ze światem. Bo przez cały czas oglądania, mimo humorystycznych momentów czy przerysowania, ja byłem… przerażony, wkurwiony, a nawet niedowierzałem. Śmiech często stawał mi w gardle, rzadko pozwalając sobie z niego wyjść. Skala idiotyzmów oraz ogłupienia to coś, co widzę na co dzień i być może dlatego było to dla mnie obojętne. A może ten pesymizm był dla mnie za ciężki? A może postacie (poza główną parą) to nie są ludzie z krwi i kości, tylko stworzone awatary, karykatury? Fantastycznie zagrane (m.in. przez zaskakującą Meryl Streep czy absolutnie rewelacyjnego Marka Rylance’a), jednak tu liczy się para głównych bohaterów. DiCaprio zaskakuje normalnością jako szary (w sensie nie większy niż życie heros) człowiek, ze swoimi nerwicami, zestawami leków oraz potrzebą doceniania. Jego bohater przez moment zostaje celebrytą, ale jednocześnie jest manipulowany, a jego głos ignorowany. Z kolei postać Lawrence jest zbudowana na kontraście – pełna wściekłości, impulsywna, działająca instynktownie, co doprowadza do chaosu oraz lekceważenia jej.

I ta para oraz reakcje na cały ten popierdolony świat to najmocniejsze punkty tej satyry. Zbyt przerysowanej, groteskowej, przejaskrawionej, a jednocześnie tak… prawdziwej. Po obejrzeniu tego filmu jeszcze bardziej traci się wiarę w ludzi (jak mawiał dr House: „Ludzkość jest przereklamowana”), choć z drugiej strony chce się wierzyć, że taki scenariusz nigdy się nie wydarzy. Bardzo gorzka pigułka.

7/10

Radosław Ostrowski

Drive My Car

Są takie filmy, które wydają się nużące i pozornie nie dzieje się nic (pod względem akcji), jednak powoli wsysa niczym odkurzacz. Bo zaczynają interesować postacie oraz relacje między nimi – niełatwe, nieuchwytne, niewypowiedziane wprost. Na tym właśnie skupia się nowy film japońskiego reżysera Ryusuke Hamaguchi.

„Drive My Car” oparty jest na opowiadaniu Haruki Murakamiego, skupionym na aktorze i reżyserze teatralnym, Yusuke Kafuku. Żyje w długim związku z Oto – scenarzystką, pracującą dla telewizji. Ona, niczym Szeherezada opowiada swoje opowieści, mogące być podstawą fabuł po stosunku. On je zapamiętuje, a ona zapisuje je. Po jednym ze spektakli kobieta przedstawia go młodemu aktorowi, Koji Takatsuki. Pozornie niby nic, zwłaszcza że Kafuku ma lecieć na festiwal teatralny do Władywostoku. Lot jednak zostaje przełożony, mężczyzna wraca do domu i zastaje swoją żonę w niedwuznacznej sytuacji z innym facetem. Ale nie zostaje zauważony i wyrusza do hotelu przy lotnisku. Tydzień później wraca do domu, gdzie żona chce z nim o czymś ważnym porozmawiać, gdy mężczyzna wróci do pracy. Do rozmowy nie dochodzi, albowiem kobieta zostaje znaleziona martwa w domu (wylew). To doprowadza do załamania oraz wycofania się z zawodu.

To, co opisałem to zaledwie początek – ledwie 40 minut z trzygodzinnego dzieła. Wtedy dopiero pojawia się czołówka, mijają dwa lata, a Yusuke dostaje propozycję wystawienia „Wujaszka Wanii” Czechowa na festiwalu w Hiroszimie. Jednocześnie – ponieważ takie są przepisy – zostaje mu przydzielony kierowca, młoda dziewczyna Misaki Watari. Wreszcie zaczynają się przygotowania oraz próby, gdzie wśród starających się o angaż jest… Takatsuki.

Reżyser nie spieszy się z niczym, pozwalając bliżej poznać Kafuku (fantastyczny Hidetoshi Nishijima) oraz tłumiony przez niego ból, przygnębienie, rozpacz. Bo jak żyć po takiej tragedii? Czy jest szansa na uwolnienie się z tego cierpienia? Czy jesteśmy w stanie w pełni poznać drugą osobę – nawet tą najbliższą? To brzmi jak coś w stylu „Manchester by the Sea”, jednak Hamaguchi jest bardziej kontemplacyjny, ze sporą ilością długich ujęć (głównie podczas jazdy czerwonym Saabem), z bardzo rzadko obecną muzyką. A jednak nie mogłem oderwać oczu od Yusuke oraz zadziwiającej relacji z kierowcą Watari (wyciszona Toko Miura) – ona nie narzuca się, wydaje tak samo introwertyczna. Z czasem jednak zaczynają się zwierzać, co doprowadza do prostej obserwacji: każdy ma pewien ciężar, z którym się mierzy, dręczy, prześladuje. I w tych drobnych momentach, rozmowach, budując więzi z innymi sprawiają, że świat jest znośniejszy.

Nawet ten wpleciony „Wujaszek Wania” nie jest tutaj przypadkowy, ale w żaden sposób nie jest jego obecność ani mechaniczna, ani wymuszona. Komponuje się z resztą filmu oraz jego tematyką, pomagając też pokazać zmieniającą się dynamikę postaci – także aktorów grających w spektaklu. Z różnych części świata, posługujących się różnymi językami (także migowym) i każdy jest świetny.

Sama historia może wielu znudzić swoim ospałym tempem oraz bardzo miejscami wycofanym aktorstwem, ALE ma w sobie pewien nieopisany klimat i atmosferę, którą próbuje tu opisać, wyrazić słowami. Jednak mój zasób jest zbyt mały do tego zadania, więc powiem tylko jedno: sprawdźcie, bo jest szansa – niewielka, lecz zawsze – że będzie z wami rezonował. Nawet bardziej niż ze mną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

King Richard: Zwycięska rodzina

Biografie sportowe – czyli od treningu i uporu aż do spektakularnego sukcesu. Zawodnicy walczą do upadłego, poszukiwanie trenerów, sponsorów oraz walka do samego końca na korcie. Wzloty i upadki, momenty załamania, kryzysy. To jest duże pole do popisu dla twórców, zwłaszcza jeśli opowiemy o najsłynniejszych zawodnikach i zawodniczkach. Jak na przykład Venus i Serena Williams, które od maleńkości były trenowane przez swojego ojca – Richarda.

„King Richard” skupia się na tej postaci nawet bardziej na ojcu sióstr Williams niż na nich samych. Wszystko zaczyna się na początku lat 90., gdzie dziewczyny są w wieku nastoletnim, jeszcze nie grają w żadnej lidze i trenują w podniszczonych kortach Compton. A są to czasy, gdy w dzielnicy przestępczość była więcej niż wysoka, po okolicy krążyły dragi oraz gangi. Jednak Richard przygotowuje swoje dziewczyny do tenisa. Co może nie dziwi, ale wtedy był to elitarny, snobistyczny sport dla białych, bogatych ludzi. Więc wiecie, to było wtedy wielkie wyzwanie, lecz Richard miał plan. Dosłownie – jeszcze przed narodzinami córek, rozpisał sobie na niecałe 80 stron plan rozwoju ich karier.

Muszę przyznać, że sam film wywołuje we mnie bardzo mieszane odczucia. Bo sama historia sióstr Williams jest bardzo fascynująca i może być inspiracją dla innych, równie ambitnych dziewczyn walczących o swój sukces. Ale no właśnie: swój sukces czy ojca? Człowieka przekonanego o tym, że wszystko wie najlepiej, apodyktycznego, nakręcanego przez swoje demony oraz obsesje. Wygadanego megalomana, którego pewność siebie podnosi jego ego, wtrącającego się innym w pracę oraz decydującego za innych. Pierwsza połowa potrafi wyciągnąć na wierzch te wszystkie obsesje, co doprowadza nawet do pojawienia się policji i pomocy społecznej. Te momenty były dla mnie najciekawsze.

Ale w drugiej połowie te mroczniejsze obsesje są zepchnięte na dalszy plan, chociaż potrafią czasem wyleźć. Jak choćby kontrowersyjna decyzja o wycofaniu Venus z zawodów juniorskich (bez zgody dziewczyny, jak i jej trenera) czy moment zostawienia dziewcząt przez sklepem, by nauczyć ich skromności oraz pokory. Takie momenty pokazują jakie niebezpieczeństwo może mieć zbyt wielkie poczucie własnej wartości. Przebijają się, ale o wiele rzadziej. Za to muszę pochwalić bardzo dobrze zrealizowane sceny na korcie oraz treningów – świetnie zmontowanych, ze skupioną na detalach kamerą. I wszystko urywa się w momencie, gdy Venus pierwszy raz startuje (jako 14-latka) w turnieju dla profesjonalistek oraz odpada po dramatycznym pojedynku z najlepszą rakietą świata. Zostawiając niejako najciekawsze i najbardziej interesujące momenty przed nami. Jednak fakt, że siostry Williams są producentkami wykonawczymi tego filmu miał wpływ na taki, a nie inny kształt filmu.

„King Richard” wyróżnia się od innych biografii sportowych skupieniem się na relacji rodzinnej, gdzie wszystko od początku było pod dyktando jednego człowieka. Człowieka z trudnym charakterem oraz niemal despotyczną ręką, tutaj wybielonego. Niemniej jest to bardzo solidne kino z bardzo wyrazistą kreacją Willa Smitha, który zdominował ekran.

7/10

Radosław Ostrowski

Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski

Inni ludzie

Szare twarze, szare twarze
Święta, święta i po świętach wyprzedaże

To są pierwsze słowa, które padają z ekranu i jest to zapowiedź seansu niezwykłego. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z przeniesieniem na ekran „poematu hip-hopowego” autorstwa Doroty Masłowskiej. Trzeba być bardzo uzdolnionym oraz odrobinę bezczelnym, by zmierzyć się z taką autorką, która językiem miesza, prowokuje oraz bawi się. A jak wiadomo nikt nie jest bardziej bezczelny niż debiutant. Właśnie taki jest przypadek Aleksandry Terpińskiej oraz „Innych ludzi”.

inni ludzie1

Akcja jest osadzona na jednym z osiedli w mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, gdzie mieszkają te szare twarze. Mija się ich na co dzień, gonią za swoimi marzeniami, lecz te ciągle znajdują sposób na wymknięcie się. Rozczarowanie, smutek, znieczulenie, przejebany dzień. Jeden, drugi, trzeci, po kilkudziesięciu już przestaje się liczyć, a pozostaje tylko znieczulić się. Sposobów jest wiele: zakupy, przypadkowy seks, alkohol, narkotyki, leki. Jedną z takich szarych twarzy jest Kamil (Jacek Beler) – taki chłopaczek, co marzy o wydaniu super płyty, nie ma pracy, mieszka z matką i siostrą. Jeszcze poznał śliczną dziewuchę o pięknym imieniu Aneta (Magdalena Koleśnik) – pracownicę Rossmana, co pochodzi z małego Kraśnika. Poza tą parką jest jeszcze starsza (po 40.) kobieta Iwona (Sonia Bohosiewicz) razem z mężem (Marek Kalita), który woli spędzać więcej czasu poza domem niż ze swoją żoną.

inni ludzie2

A żeby jeszcze bardziej namieszać, wszystko to obserwuje dziwaczny koleś o twarzy niedoszłego rapera, Sebastiana Fabijańskiego. Długie włosy, bluza z kapturem, czapka z daszkiem, a na czapce… połowa cierniowej korony. On jest narratorem i przewodnikiem po tym smutnym jak pizda mieście, gdzie każdy ma o każdym złe zdanie (choć nie mówi tego na głos), każdy kombinuje jak przeżyć następny dzień oraz rzuca wszystko na social media. Napędzani nienawiścią, poczuciem wyższości i karmieni złudzeniami, szukają tego, co jest nieosiągalne i nazywane potocznie szczęściem. Już zaczniecie mówić, że już taki film widzieliście choćby u Koterskiego. Terpińska (wsparta przez Masłowską) ubiera wszystko w rapową formę. Każdy dialog jest tu nawijany, rymowany oraz pełen ironicznych punchline’ów, zawsze trafiając w punkt. Montażowo szaleństwo jeszcze podkręca miejscami groteskową atmosferę w scenach, które dzieją się w głowie każdego bohatera (Iwona krojąca swoje wyrwane serce czy surrealistyczny taniec z ludźmi pierwotnymi). A w tle niemal non stop lecą bity Auera, pulsujące niczym szybko płynąca krew.

inni ludzie3

Jedyne, co mnie zdziwiło to fakt, że „Inni ludzie” nagle się kończą. Historia urywa się w najważniejszym miejscu, zostawiając pewien niedosyt. I to wszystko w momentach, gdzie może dojść do przełomowego momentu (niczym w „Ataku paniki”).  Każdy z tych bohaterów jest wyrazisty oraz kapitalnie zagrany: od dawno nie widzianej Bohosiewicz przez niesamowitego Belera aż po zaskakującego Kalitę i fenomenalnego Fabijańskiego. „Inni ludzie” są jakby z innego świata, a jakby bardzo znajomego. Szalone, dziwaczne, pokręcone niczym „Mowa ptaków” zmieszana z goryczą „Dnia świra”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

West Side Story

Hasło remake u wielu osób działa niczym płachta na byka, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za klasykę. Zupełnie jakby miało doprowadzić do zniszczenia/skasowania/wysłania w niebyt oryginalnego filmu. Ale tak się nie dzieje, jeszcze. Tak też będzie w przypadku nowej wersji musicalu „West Side Story”, którą postanowił przygotować sam Steven Spielberg. Reżyser, który tak naprawdę może zrobić wszystko i NIC poza własną kreatywnością go nie ogranicza. Nie znam poprzedniej wersji z 1961 roku, więc nie będę bawił się w porównania, tylko opowiem o nowej adaptacji.

west side story1

Sama historia to osadzona w Nowym Jorku lat 50. wariacja na temat „Romeo i Julii”, zaś zamiast rodów mamy dwa gangi – białych Amerykanów (Jets) oraz bardziej opalonych Portorykańczyków (Rekiny). Romeo ma na imię Tony (Ansel Elgort) i był współzałożycielem gangu. Ale odsiadka go zmieniła, teraz jest na zwolnieniu warunkowym, więc żadna rozróba nie wchodzi w grę. Julia z kolei ma inne, piękne imię Maria (debiutantka Rachel Zegler), jest siostrą szefa gangu Rekinów. Obie strony są w stanie gotowości do konfrontacji, zwłaszcza iż okolica przeznaczona jest do rozbiórki, a nienawiść działa niczym paliwo w silniku rakietowym. Jeszcze bardziej sytuacja się rozkręci, gdy dojdzie do spotkania naszej parki. Trzecia wojna światowa wisi w powietrzu.

west side story2

Brzmi to jak coś banalnie prostego i nieskomplikowanego do zrobienia? Ale Spielberg nigdy wcześniej nie kręcił musicalu, więc było to zadanie do wykonania. Sam film jest tak klasyczny w formie, jak tylko jest to możliwe. Sporo tańca na ulicach (i nie tylko), równie sporo śpiewu (nagle i znienacka), a w tle niemal non stop przygrywa nieśmiertelna muzyka Leonarda Bernsteina. Brzmi jak coś bardzo archaicznego i pachnącego naftaliną, prawda? Niby powinno, ale Spielberg chyba ma jakiś układ z diabłem. Jego „West Side Story” czaruje od początku swoją młodzieńczą energią, w czym pomaga zarówno scenariusz, jak i świetne zdjęcia Janusza Kamińskiego: od bardzo imponującego początku przez bardzo żywiołową scenę taneczną w szkolnej potańcówce czy sekwencję podczas sprzątania sklepu z odzieżą.

west side story4

Do tego świata wskoczyłem od razu, świadomy konwencji i to była dla mnie największa niespodzianka. Spielberg bardzo przypomina do czego może doprowadzić zaślepienie, nienawiść oraz duma rozumiana jako pogarda wobec innych. Przemoc nakręca przemoc, więc nie ma tutaj miejsca na jakąkolwiek nić porozumienia czy sympatii. Obie strony nie znoszą tylko policjantów, co nie rozwiązuje problemu. A wszystko kończy się w brutalny, krwawy sposób. Trudno oderwać od tego oczy, bo wszystko jest zrobione po prostu świetnie: od choreografii przez scenografię, kolorystykę po muzykę oraz piosenki. Dość istotnym detalem jest fakt, że część dialogów jest w języku hiszpańskim. Ale nie są one tłumaczone, co wywoła sporą konsternację. Ale pasuje do tego świata.

west side story3

Aktorsko w zasadzie jest więcej niż porządnie, chociaż jedna osoba odstaje. Jest nią Ansel Elgort jako Tony. Nie chodzi o to, że źle śpiewa czy brakuje mu uroku, ale jest bardzo wyciszony. Chyba nawet za bardzo, przez co brakuje mu troszkę charyzmy i wyrazistości. Niby rozumiem, że to postać odmieniona, unikająca siłowej konfrontacji (nawet postawiony pod ścianą), ale tej postaci brakuje jakiejś wyrazistości, wewnętrznej siły, bym mógł uwierzyć w niego. Pod tym względem lepiej wypadali szefowie gangów, grani przez Mike’a Feista oraz Davida Alvareza. O wiele lepiej wypada partnerująca Rachel Zegler, dzięki swojej naturalności, szczerości oraz silnej determinacji. Niemniej czuć chemię między tą dwójką, co jest sporą niespodzianką. Ale prawdziwym sercem oraz bombą jest Ariana DeBose jako charakterna, zadziorna Anita. Nie można od niej oderwać oczu, nie zachwycać się jej energicznymi tańcami oraz śpiewem. Zachwycająca kobieta i najbardziej wyrazista postać, także w dramatycznych momentach pod koniec. Prawdziwy szok.

west side story5

Tak dobrego filmu Spielberg nie nakręcił od czasu „Przygód Tintina”. Pełen pasji, miłości do gatunku, szczerości oraz zadziwiająco świeży. I to wszystko przez twórcę po 70., co nie jest częstym zjawiskiem. Ten film przywrócił mi nadzieję, że ten reżyser jeszcze jest w stanie zaskoczyć oraz pokazać dawno schowany pazur.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Córka

Wszystko zaczyna się dość zagadkowo – widzimy kobietę gdzieś krążącą na plaży nocą. Dopiero potem widać, że w okolicy żołądka jest plama krwi, co doprowadza do przewrócenia się oraz utraty przytomności. Kto, co, jak, dlaczego? Brzmi jak zapowiedź dreszczowca, choć – jak się później okaże – ten trop jest dość zwodniczy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo te mogą zaskoczyć.

Bohaterką „Córki” jest Leda (znakomita Olivia Colman) – kobieta zbliżająca się do 50-tki, profesor uniwersytecka, specjalizująca się w literaturze. Przyjechała do Grecji na wakacje, by doładować baterie przed pracą. Wszystko wydaje się zmierzać ku jej myśli, gdy nie pojawia się spora grupa turystów z USA. Właściwie można powiedzieć, że jest to jedna, wielka rodzina pod wodzą Callie. I jak to Amerykanie, przynoszą chaos, hałas, zakłócając spokój Ledy. Ale jedno wydarzenie (zaginięcie córki jednej z turystek, Niny) stanie się zapalnikiem, gdzie bohaterka skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

corka1

Sam film to psychologiczny dramat, w którym cały czas coś wisi w powietrzu, jakieś podskórne napięcie oraz pewien dyskomfort. Fakt, że kamera bardzo blisko trzyma się twarzy głównej bohaterki, nie pomaga. A sama narracja toczy się dwutorowo: współcześnie oraz w retrospekcjach, kiedy poznajemy Ledę jako młodą kobietę i matkę dzieci w wieku kilku lat. Powoli zaczniemy odkrywać kolejne wydarzenia, a wszystko to stawia bardzo ważkie pytania na temat macierzyństwa. Czy każda kobieta ma w sobie instynkt macierzyński? Czy chęć pozostawienia dziecka powinna zasługiwać na potępienie? Czy da się pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci? Czy dzieci przynoszą tylko radość oraz szczęście? Czy matką jest się 24 godziny na dobę? Samo zadawanie takich pytań sugeruje, że odpowiedź nie będzie taka łatwa.

corka2

Reżyserka – debiutująca Maggie Gyllenhaal – dotyka tego tematu tabu, ale nie bawi się w publicystykę i nie opowiada się po żadnej stronie. Ale daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że narodziny dziecka to czerwona linia – punkt, od którego nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej. Nawet jeśli decyzją będzie pójście własną drogą, konsekwencje tego będą odczuwalne do końca życia. Pojawiające się tutaj symbole (zgniłe owoce, martwa cykada, zabrana lalka, z której ust wychodzi jakaś maź, rzucane szyszki) nie wywołują zgrzytu, tylko zapowiadają wiszącą w powietrzu tragedię. Ale obecność reszty wielkiej rodziny zza Wielkiej Wody (Nina, Callie) pozwala pokazać różne odcienie macierzyństwa.

corka3

Wszystko to by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. W roli Ledy mamy dwie aktorki: Olivię Colman oraz Jessie Buckley, które cudownie się uzupełniają, tworząc bardzo spójny portret. Oglądając obie panie czułem, że to jest ta sama postać, co pokazuje mowa ciała oraz sposób mówienia. Niby twarda, niezależna, będąca ponad innymi, ale pod tym wszystkim skrywa się zmęczona, styrana, niepogodzona z pewnymi decyzjami z przeszłości. Bardzo skomplikowany oraz przekonujący portret kobiecy, jakiego dawno nie widziałem. Równie świetna jest Dakota Johnson jako Nina, będąca troszkę lustrzanym odbiciem młodszej inkarnacji Ledy. I dynamika między nimi to jedna z drobnych rzeczy, dodających odrobinę światła. Tak samo wiele pokazują drobne role Eda Harrisa (Lyle, dbający o domy), Petera Saarsgaarda (profesor Hardy) oraz Dagmary Domińczyk (Callie), dodając swoją cegiełkę.

corka4

„Córka” to kolejny przykład świetnego debiutu reżyserskiego, o którym będzie się mówić długie lata. Czy będzie to też nowy początek kariery Maggie Gyllenhaal jako reżyserki? Tego nie wie nikt, ale tutaj widać bardzo pewną, choć bardzo delikatną, rękę w prowadzeniu aktorów oraz opowieści. Na pewno nie jest to film przyjemny w odbiorze, ale prowokujący i stawiający trudne pytania dotyczące macierzyństwa.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorszy człowiek na świecie

Norweski reżyser Joachim Trier nie jest spokrewniony z duńskim twórcą, Larsem von Trierem. Norweg przygląda się młodym ludziom i próbuje zrozumieć ich świat. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu „Najgorszy człowiek na świecie”, który skupia się na kobiecie wchodzącej w dorosłość.

Imię jej Julia i już sam początek (prolog) pokazuje, że jest osobą ciągle szukającą swojego miejsca na ziemi. Chce być lekarką, psychologiem, fotografem, a może nawet pisarką. Wszystko to jest skomentowane przez narratora w lekko ironiczny sposób. Jakby nie do końca była pewna czego tak naprawdę chce, mając tyle możliwości. Wtedy poznaje starszego od siebie Aksela – rysownika kontrowersyjnego komiksu „Ryś”. I coś zaczyna między nimi iskrzyć, choć dzieli ich wiele. Wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu, ale pojawia się ten trzeci: Elvard, zwykły barista. Oboje poznają się, gdy Julia wślizguje się na czyjeś wesele. Więc decyduje się zostawić Aksela dla Elvarda, chociaż czy aby to jest dobra decyzja?

„Najgorszy człowiek…” podzielony jest na 12 rozdziałów, prolog oraz epilog. A jak już wspominałem, skupia się na Julii (fantastyczna Renate Reinsve), która tak naprawdę sama nie wie, czego chce. I płynie w tym świecie, gdzie nie ma żadnych ograniczeń. Problem w tym, że te ograniczenia wywołuje dezorientacje, co nie pomaga w znalezieniu drogi. Wszystko to doprowadza do ciągłego zastanawiania się, gdybania, spekulowania i szukania ideału. Idealnej pracy, partnera, życia. Tylko co to właściwie oznacza? Niby dawniej było inaczej (scena, gdzie narrator wspomina czego dokonały w wieku 30 lat przodkinie Julii), ale czy teraz jest łatwiej? Niby wydaje się, że tak, ALE… no właśnie, wydaje się.

Reżyser jednak nie bawi się w osądzanie czy moralizowanie, lecz obserwuje całą sytuację. W czym pomaga struktura, przeskakując z poważnych tonów (spotkanie Julii ze znajomymi Aksela) przez bardziej romantyczne (bieg przez zatrzymane miasto – dosłownie jak na stopklatce) po surrealistyczne jazdy (kapitalna scena po zażyciu grzybków) oraz dramatyczne uderzenia pod sam koniec. Wiele jest tutaj zderzeń obecnego z dawnym, co najdobitniej pokazują sceny z Akselem (świetny Anders Danielsen Lie) – mężczyzną poukładanym, dojrzałym inteligentem, pamiętającym czasy kupowania książek, płyt itp. Jednak zostaje on skonfrontowany z poważną sytuacją, co chwyta pod sam koniec. Po drugiej stronie jest absolutny kontrast, czyli Elvard (mocny Herbert Nordrum) – równie zagubiony i niedojrzały, co Julia. W pewnych miejscach nadający na tych samych falach, ale już żyjący z kimś innym (jego żona odkrywa, że ma w swojej krwi odrobinę indiańskich korzeni i ma fiksację na punkcie ochrony środowiska).

I to właśnie te relacje oraz inne poznane osoby zaczynają naszą bohaterkę kształtować, budować. Niby są to sytuacje proste, banalne, ale jednocześnie jest w tym coś, co pozwala wymazać filmu z pamięci. Ale nie dajcie się zwieść reklamom, że to niby komedia romantyczna. „Najgorszy człowiek na świecie” jest komediodramatem tak specyficznym jak tylko może być skandynawska produkcja. Jest bardziej refleksyjna, ale potrafi być lekka. Zabawna, lecz dramatyczna i poważna. Żadne z tych sprzeczności nie wywołuje poczucia zgrzytu. Aż mam ochotę głębiej wejść w dorobek norweskiego Triera.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To była ręka Boga

Paolo Sorrentino obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych włoskich reżyserów ostatnich lat. Od czasu „Wielkiego piękna” przykuwa uwagę krytyków i widzów z całego świata, zaś każdy jego film to wydarzenie. Nie inaczej jest w przypadku swojego najnowszego dzieła, które powstało dla Netflixa.

„To była ręka Boga” to powrót Sorrentino do czasów swojej młodości, czyli do Neapolu początku lat 80. i najbardziej autobiograficzny film w jego karierze. Bohaterem jest nastoletni Fabietto Schiza, mieszkający razem z rodzicami, starszym bratem oraz siostrą, którą więcej czasu spędza w… toalecie. Zupełnie jakby tam zapuściła korzenie. 😉 Cała historia w zasadzie zaczyna się od puszczonych plotek, że do lokalnego klubu dołączyć ma sam Diego Maradona. To jednak jest początek wydarzeń, które ukształtują naszego chłopaka oraz jego przyszłość.

Kino inicjacyjne, które z jednej strony konstrukcją przypomina takie filmy jak „Boyhood”, czyli luźno powiązany ciąg scenek z życia codziennego rodziny. Ale ten klimat Neapolu lat 80. czaruje nie tylko pięknymi krajobrazami (co może budzić skojarzenia z „Tamte dni, tamte noce”), lecz tym barokowym stylem reżysera. Imponująca scenografia, piękne krajobrazy w kilku mastershotach czy spora ilość rekwizytów – jest na czym zawiesić oko. Wszystko w bardzo słodko-gorzkim tonie, gdzie nastrój zmienia się niczym w kalejdoskopie: od radości (szaleństwo na całym po słynnym golu ręką Maradony) do smutku (śmierć rodziców w nowym domu). Nie brakuje wyrazistych, czasem ekscentrycznych postaci jak narzeczony ciotki ze specyficznym aparatem mowy, lekko psychiczną ciotkę Patricię (to od niej zaczyna się cała historia oraz dziwnego spotkania ze… św. Januarym i Małym Mnichem) czy lekko zdziwaczałą sąsiadkę-baronową. To tylko niektóre osoby jakie poznamy w tej wędrówce.

Problem w tym, że Sorrentino ma mocny początek i pierwsze kilkanaście minut, ale potem zaczyna gubić tempo. Pojawiają się chwile przestoju przeplatane z momentami albo mocnego uderzenia (reakcja Fabia w szpitalu – fantastycznie zrobiona), odrobiną humoru czy potrafiących oczarować wizualnie. Raz wchodziłem w ten świat, raz się „wyłączałem” i ta huśtawka trwała do finału. Trochę jakby reżyser nie do końca wiedział na czym się skupić, więc zaczął rzucać wszystkim po troszku.

Owszem, nadal wygląda imponująco i trudno technicznie do czegoś się przyczepić, jednak „To była ręka Boga” to tylko (albo aż) porządny film. Choć nie wszystkie rzeczy były dla mnie zrozumiałe (rzucane cytaty przez ojca w dialogach), to tematyka jest na tyle uniwersalna, iż pozwala przymknąć oko na pewne mankamenty.

7/10

Radosław Ostrowski

Oczy Tammy Faye

W Polsce nie jest znana profesja teleewangelików, bo w USA jest masa wszelkich sekt oraz kultów, dając wiele pola dla wszelkiego rodzaju pastorów czy kaznodziei. Czym są ci goście? Osobami głoszącymi Słowo Boże za pomocą telewizji, utrzymując się z datków od swoich widzów. I zaczniecie mi tu mówić o pewnym duchownym z Torunia, on nie ma tu startu do tych pastorów z TV. Jednymi z największych głosicieli Dobrej Nowiny byli Tammy Faye oraz jej mąż Jim Bakker.

Film skupia się na Tammy Faye – prostej dziewczynie z małego miasteczka, wielbiącej Boga. Jednak nie mogła się pojawiać w lokalnym kościele, gdzie jej matka gra na pianinie (z powodu jej przeszłości). Jako studentka w szkole studiującej Biblię poznaje Jima Bakkera – młodego, charyzmatycznego studenta z kontrowersyjnymi poglądami. W końcu oboje biorą ślub i jadą po małych miastach ze swoim show dla dzieci, gdzie Tammy używa swoich pacynek. Zostają dostrzeżeni przez Pata Robertsona, który zaprasza ich do prowadzenia programu w jego telewizji CBN.

Dalej historia potoczy się znajomą drogą, czyli od wzlotu i założeniu własnej telewizji po spektakularny upadek. Wszystko to pokazane z perspektywy Tammy, co jest bronią obosieczną w tym przypadku. Z jednej strony widzimy kobietę, którą można nazwać naiwną, prostolinijną, która ma tylko jeden cel: chwalenie Pana swoim śpiewem oraz programami. Z drugiej strony coraz bardziej zaczyna przyzwyczajać się do luksusowego stylu życia, co symbolizuje charakterystyczny, przesadzony makijaż. Sława zaczyna się odbijać na małżeństwie. Dodatkowo jeszcze przebijające się, choć nadal będące w tle, problemy stacji oraz oskarżenia wobec Bakkera o defraudacje i skandal seksualny.

Dlaczego jest to broń obosieczna? Bo wątki obyczajowe działają i potrafią pokazać oddalenie się małżonków. Ale sprawy wokół stacji są zepchnięte na dalszy plan, przez co kompletnie mnie nie zaangażowały. Być może dlatego, że bohaterka wydawała się być odcięta od tych spraw. Albo nie chciała widzieć tego syfu. Dla mnie najciekawszy jednak był portret tego środowiska, które wykorzystuje media do szerzenia przekazu Ewangelii. Reprezentujący to środowisko Jerry Falwell (mocny Vincent D’Onofrio) wydaje się silną osobowością, z dużymi wpływami, lecz to wszystko tak naprawdę jest tylko biznesem. Bo wszystko dzisiaj można sprzedać (także wiarę), tylko trzeba wiedzieć jak, co pokazuje teledyskowa zbitka pokazująca zmianę programu.

To wszystko jednak trzyma się troszkę w ryzach, co jest zasługą świetnego duetu aktorskiego, czyli Jessiki Chastain oraz Andrew Garfielda. On bardzo pewnie żongluje emocjami swojej postaci: od opanowania, łagodności i charyzmy po oschłość, megalomanię oraz rozgoryczenie. Ale to Chastain jest prawdziwą gwiazdą filmu – pełna przebojowości, charyzmy oraz odwagi w dotykaniu trudnych tematów (rozmowa z pastorem-gejem). Chociaż bywa przy tym dość bujająca w obłokach i działa impulsywnie, co jest chłodno odbierane przez matkę.

Jak odebrać „Oczy Tammy Faye”? To kolejny przykład filmu, który ma świetny temat, ale brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia i spłyca ciężar emocjonalny. Można było mocniej oraz głębiej pokazać środowisko teleewangelistów i jej wpływów na ludzi, a tak sprawia wrażenie ledwo liźniętego.

6/10

Radosław Ostrowski