Ramię za milion dolarów

Krykiet to gra mało interesująca i mało dynamiczna dla kina, gdzie chodzi o odbicie piłki.  I to właśnie przypadkowe obejrzenie meczu krykieta staje się inspiracja dla J.B. Bernsteina. Mężczyzna jest agentem sportowym, który działa na własną rękę i to bez sukcesów. Pomysł, który mu przychodzi do głowy jest dość niecodzienny – pojedzie do Indii, gdzie krykiet jest bardzo popularny i zorganizuje talent show, w którym zwycięzca otrzyma milion dolarów i trening na baseballistę, a w zasadzie dwóch – drugi dostanie dziesięć tysięcy dolarów.

ramie_za_milion1

Baseball nie jest zbyt popularną dyscypliną w USA, podobnie jak krykiet. Ale próba połączenia jednego z drugim, może stać się ciekawym eksperymentem. Zazwyczaj filmy wytwórni Disneya kojarzą się z infantylizmem, sentymentalizmem, ale potrafiły też poruszyć i czasami rozbawić. Tak tez jest z prawdziwą historią opowiedziana przez Craiga Gillespie (reżyser „Miłości Larsa”) oraz scenarzystę Thomasa McCarthy’ego („Dróżnik”). Sam film to kolejna z opowieści o spełnieniu swojego amerykańskiego snu, co nie jest zawsze łatwe, szczególnie dla osoby spoza USA. Jednak sama historia jest może troszkę przewidywalna (nie zabraknie wzlotów i upadków, zapatrzenia w forsę czy poruszających mów motywacyjnych), jednak wszystko to jest wyważone i potrafi nawet rozbawić. To naprawdę działa, przy okazji pokazując kontrast między bogatym Zachodem (samo mieszkanie Bernstein to niemalże pałac), a biedniejszymi Indiami (sam casting i program robiony jest ze sporym rozmachem – także wizualnym), gdzie mimo masy mieszkańców jest molochem biedy.

Źródłem humoru jest przede wszystkim próba aklimatyzacji dwójki Hindusów, zwycięzców programu oraz ich tłumacza w nowym środowisku, gdzie nie ma wind, boisko do baseballa jest kompletną nowością, ale są też kompletnie osamotnieni i zdani niemal sami na siebie.

ramie_za_milion2

Sporo emocji przynoszą same sceny programu, gdzie o wygranej decyduje siłą uderzenia (a dokładnie jej prędkość), a przemiana głównego bohatera pozostaje wiarygodna. Może i te wątki wydaja się dość oczywiste (relacja J.R. z lokatorką, próba odnajdywanie się w nowym środowisku czy finałowe spotkanie z łowcami talentów), jednak film ogląda się naprawdę przyjemnie i bardzo miło.

ramie_za_milion3

Co jest też zasługą dobrze radzących sobie aktorów. Największe pole do popisu miał Jon Hamm. Gwiazda serialu „Mad Men” odnajduje się w roli samotnego, szukającego forsy faceta, który jednak w decydującym momencie potrafi potraktować innych nie tylko jako źródło dochodów, jednak przebiega to w dość stopniowy sposób. Równie świetni i świeżsi są Suraj Sarma oraz Mahdur Mittal jako zwycięzcy programu „Million Dollar Arm”, a ich sceny adaptacji w USA potrafią być naprawdę zabawne.  Warto też zwrócić uwagę na solidny drugi plan z Alanem Arkinem (łowca talentów Ray) oraz Billem Paxtonem (trener Tom House) na czele.

Typowy disnejowski film sportowy, których wytwórnia trzaskała na potęgę. I jest to kolejny porządnie wykonany tytuł, który może niczym nie zaskakuje, jednak potrafi działać na emocje.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie jak my

Sam jest młodym chłopakiem pracującym w firmie zajmującą się pośrednictwem w handlu. Jego dość spokojne życie zmienia się, gdy jego firma pakuje się w kłopoty. Jakby było tego mało jego ojciec zmarł. I na miejscu prawnik informuje go, że ojciec przekazał 150 tysięcy dolarów swojemu wnukowi i jego matce, o której istnieniu Sam nawet nie wiedział. Młody mężczyzna zaczyna ją odwiedzać, nie podając wiele o sobie.

ludzie_300x300

Alex Kurtzman to dość znany filmowy scenarzysta, współpracujący m.in. z J.J. Abramsem („Star Trek”) i Michaelem Bayem („Transformers”). Po takim nazwisku, spodziewałem się, że jego debiut reżyserski będzie filmem SF. Błąd. Jak wynika z opisu to obyczajowy dramat, nakręcony za małe pieniądze. O dziwo, ogląda się to całkiem przyjemnie, co jest zasługą scenariusza, w którym bohaterowie muszą zmierzyć się z zadrami i dzieciństwem, którego nie było. Ojca, który zostawił ich i z którym nie mieli najlepszego kontaktu.  Akcja toczy się bardzo powoli, nie ona jest jednak najważniejsza. Ale między tymi bohaterami nawiązuje się pewna nić porozumienia, choć jedno drugiego się boi. Ta opowieść jest bardzo prawdziwa i bardzo przekonująco jest opowiedziana, choć zakończenie pozostaje otwarte.

ludzie2_300x300

Nie sposób pochwalić też aktorów, którzy dali z siebie wszystko i stworzyli przekonujące postacie. Trzeba pochwalić Chrisa Pine’a, który jest tu młodym japiszonem, zaś z ojcem nie potrafił się dogadać. Ucieka przed wzięciem odpowiedzialności i trudnymi pytaniami, w końcu bierze to na siebie i chyba wyjdzie na prostą. Drugą mocną kreacją stworzyła Elizabeth Banks wcielającą się we Frankie. To samotna matka, która może nie jest idealna, ale stara się wychować syna, mająca pretensje do ojca, że o niej zapomniał. Ale i tak wszystkich przyćmiła Michelle Pfeiffer, czyli matka Sama.

Na pierwszy rzut oka „Ludzie jak my” to spokojna obyczajowa historia, ale jednak zostaje w pamięci, porusza i zmusza do refleksji, co w przypadku produkcji z USA, nie zdarza się zbyt często. Najbardziej film warty uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski