Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Bros. Film

Mario – posiadacz najsłynniejszych wąsów i jeden z pierwszych ikonicznych bohaterów gier komputerowych. Hydraulik włoskiego pochodzenia stworzony przez Nintendo doczekał się masy tytułów (głównie platformówek), gdzie krążył po Grzybowym Królestwie (i nie tylko) w jednym celu: odbiciu księżniczki Peach z ręki króla Bowsera. Ale czego innego można się było spodziewać w grze z lat 80. i początku lat 90. To właśnie Super Mario Bros było pierwsza filmową egranizacją, która spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Tak chłodnym, że na kolejny film oparty na grze Nintendo trzeba było czekać do teraz. I nową przygodę wąsacza znanego w Polsce jako Marian przygotowało Illumination. Efektem jest najbardziej kasowa adaptacja gry komputerowej z ponad miliardem dolarów przychodu.

super mario1

Sama historia jest prościutka jak konstrukcja cepa: w Nowym Jorku żyją bracia Mario i Luigi, co prowadza własny biznes jako hydraulicy. Problem w tym, że telefon nie dzwoni, klientów brak, zaś pierwsze zlecenie kończy się katastrofą. Jednak dochodzi do poważnego zalania miasta. Próbując ustalić źródło docierają do kanałów, gdzie… zostają wessani przez rurę i rozdzieleni. Mario trafia do Grzybowego Królestwa, zaś Luigi wpada w ręce Bowsera. Ten ostatni chce podbić wspomniane królestwo i ożenić się z rządzącą nim księżniczką Peach. Władczyni razem z Mario próbują powstrzymać wielkiego żółwia, ale potrzebują armii od Kongów.

super mario2

Za tą animację odpowiadają reżyserzy znani z serialowego „Młodzi Tytani: Akcja!” oraz scenarzysta „LEGO Przygody 2”. Do tego twórcy byli trzymani na smyczy przez Nintendo, by broń Boże nie stworzyli abominacji jak 30 lat temu. W efekcie powstał film skierowany do dwóch grup: dla dzieci oraz graczy znających WSZYSTKIE tytuły z wąsatym hydraulikiem. Bo tyle odniesień i nawiązań do gier, że nie-gracze mogą czuć się zdziwieni paroma rzeczami. Np. skąd pojawiają się monety, znajdźki czy czemu Kongi (goryle) poruszają się… autami, motorami albo dlaczego Mario wygląda jak koteł itp. Ja nie byłem jakimś zapalonym graczem w Mario – jak byłem młodszy miałem kolegę, co posiadał Pegasusa i wśród gier był Mario więc część rzeczy pamiętałem i mi nie przeszkadzały. Twórcy wiernie trzymają się materiału źródłowego i traktują go z szacunkiem, choć pozwalają sobie na drobne zmiany.

super mario3

Niemniej ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia jest prościutka. Za prosta i mało skomplikowana, gdzie niemal wszystko prowadzone jest dzięki akcji. Ta po jakiś 20 minutach (z drobnymi chwilami przestoju) wręcz pędzi na złamanie karku. Żeby nie było, te sceny są zrobione świetnie jak walka Mario z Donkey Kongiem na arenie, test szkoleniowy Mario z przeszkodami czy przejazd armii tęczową drogą niczym bardziej kolorowa wersja „Mad Max: Fury Road”. Tylko, że poza akcją nie znajdziemy tu zbyt wiele, bo postacie w zasadzie są bardzo jednowymiarowe. Zanim się na mnie rzucicie mówiąc: „przecież te gry też nie miały fabuły, więc czego ty chcesz, idioto?”, gry były tak wciągające ze względu na grywalność i mechaniki. A nie z powodu fabuły czy postaci, czyli najważniejszych elementów filmu. A że da się zrobić dobrą adaptację gry, pogłębiając postacie bez osobowości, pokazały choćby dwie części filmowego „Angry Birds”.

super mario4

Owszem, jak wszystkie produkcje Illumination „Super Mario Bros.” jest bardzo ładne wizualnie i ma odrobinkę żartów, które spodobają się także dorosłym (duszek pragnący śmierci i uwięziony w lochu!!!). Ale jest parę strzałów w stopę. Po pierwsze, czemu pojawiają się jako tło hity z lat 80., które są ograne do bólu (już drugi raz w tym miesiącu słyszę „No Sleep Till Brooklyn”) i wydają się nie pasować do tego świata. Po drugie, za mało jest wspólnych scen między Mario a Luigi, bo chemia między nimi jest cudowna. Chciałoby się mieć więcej interakcji i wspólnej przygody, która byłaby sercem tego filmu.

super mario5

Sam dubbing (oglądałem w oryginale) wypada bardzo porządnie. Największa obawa, czyli Chris Pratt jako Mario radzi sobie naprawdę dobrze. Zgrabnie tutaj rozwiązano kwestię przerysowanego włoskiego akcentu (jest użyty w… reklamie filmy braci) i jego rzadka obecność nie wywołuje rozdrażnienia. Tak samo w przypadku Charliego Daya, czyli Luigi. Ale prawdziwym skarbem i złodziejem scen jest Jack Black w roli Bowsera. Ciężko rozpoznać jego głos, który jest odpowiednio władczy oraz demoniczny, ale jest też rozbrajająco śmieszny. Słychać, że ten aktor bawi się tą rolą, zaś piosenka o jego miłości do Peach to perełka. Tak samo zaskakujący jest Seth Rogen w roli Donkey Konga, który tworzy zgrabny duet z Mario. Reszta ról głosowych w zasadzie jest i nie przeszkadza, co trochę dziwi w przypadku Anyi Taylor-Joy (księżniczka Peech).

Więc czy warto wybrać się na nowe dzieło Illumination? To zależy, kim jesteście i czego oczekujecie. Jeśli jesteście fanami/wyznawcami gier z wąsaczem, idźcie bez wahania. Jeśli jesteście rodzicami i chcecie pójść z dziećmi, to one się będą bawić świetnie. Reszta powinna poważnie przemyśleć ten wybór.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Młodzi Tytani: Akcja! Film

Słyszeliście kiedyś o Młodych Tytanach? To tacy bardzo młodzi, wręcz dziecięcy superbohaterowie, którzy nie do końca zachowują i traktują się poważnie. Frontmanem grupy jest Robin – podopieczny niejakiego Batmana, zaś wszyscy żyją w Tinsel Town. Tam nawet niepoważni złoczyńcy jak Balonowy Człowiek uważają tą grupę za pajaców. Żeby to zmienić kumple postanawiają… zrobić swój własny film. Tylko, że specjalistka od tego kina nie jest nimi zainteresowana. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy Slade i planuje stworzyć maszynę do manipulowania umysłami.

mlodzi tytani1

Kolejna animacja ze świata DC, ale nie powiązana z kinowym uniwersum, które o mały włos by skończyło żywot. „Młodzi Tytani” zaczynali jako serialowa kreskówka Cartoon Network w latach 2003-07 oraz od 2013, czyli czasów, kiedy już nie odbierałem tego kanału. Kinowa wersja jest tak naprawdę pretekstem do zaserwowania kolejnych żartów i gagów, niczym w „Deadpoolu”. Czyli jeśli spodziewacie się mrocznego, poważnego kina, to pomyliliście adres. Choć animacja i kreska wydaje się niezbyt skomplikowana, mało szczegółowa i bardziej przypominająca produkcję dla telewizji, to jednak ogląda się naprawdę nieźle. Sama historia wydaje się poprowadzona prościutko i skupiona przede wszystkim na Robinie – chłopaku pragnącym być szanowanym przez środowisko superherosów, przez co jego przyjaźń z resztą ekipy (Cyborg, Bestia, Raven, Starfire) zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie oznacza to jednak nudy, bo akcja potrafi przyspieszyć i wciągnąć, intryga całkiem nieźle puentuje współczesne trendy oraz schematy kina, nawet jeśli to wszystko wydaje się znajomo. Balans między powagą a zgrywą nie zostaje zachwiany w żaden sposób.

mlodzi tytani2

Jeśli chodzi o poziom żartów, to jest on bardzo różnorodny: od ironicznego (głównie na dalszym planie) przez postmodernistyczne aluzje (opowieści o filmach, wątek podróży w czasie) aż po taki skierowany do zdecydowanie młodego odbiorcy. Na szczęście tego drugiego nie ma aż tak dużo jak się obawiałem. No i jeszcze wielkie litery niczym w komiksowym stylu. Dla mnie pewnym problemem jest jedna rzecz: z Tytanów najbardziej wybija się Robin, jego dylematy i wątpliwości. Reszta ekipy jest tylko i wyłącznie tłem, bardzo skromnie zarysowanym w jednej piosence, co troszkę boli.

mlodzi tytani3

Jeżeli chcecie obejrzeć „Młodych Tytanów”, to tylko w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo polska – delikatnie mówiąc – kłuje po uszach i same głosy wypadają tak sobie (zwłaszcza, że są strasznie zdesynchronizowane z kłapami). W oryginale najbardziej błyszczy wcielający się w głównego antagonistę Slade’a – a tak naprawdę Deathstroke’a – Will Arnett (świetnie się bawi tą rolą) oraz Scott Menville jako Robin. Po drodze jest parę ciekawych i wyrazistych ról (cudna Kristen Bell jako reżyserka Jade Wilson, prawy Superman w wykonaniu… Nicolasa Cage’a czy śpiewający Michael Bolton w piosence motywującej jako Tygrys), dodając odrobiny koloru oraz błysku.

Ku mojemu zdumieniu „Młodzi Tytani” okazali się zaskakująco fajnym, sympatycznym kinem postmodernistycznym i przyjemną zgrywą z tego gatunku. Może troszkę ugrzecznioną i bardziej skierowaną dla młodego widza, to jednak dorośli też znajdą sporo dla siebie. I jest też furtka na kontynuację, która – mam nadzieję – powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski