Zaginiony bez śladu

Howard Wakefield jest pozornie człowiekiem sukcesu. Jest prawnikiem w dużej korporacji, ma piękny dom na przedmieściach, śliczną żonę i dwoje dzieci. Ale któregoś dnia mężczyzna postanawia nie wracać do domu. Najpierw dochodzi do awarii prądu w pociągu, a Howard decyduje się zamieszkać na poddaszu, by móc obserwować sytuację w domu.

wakefield1

Film Robin Swincord to adaptacja opowiadania E.L. Doctorowa, a punkt wyjścia wydaje się intrygująca. To bardzo kameralny dramat psychologiczna człowieka przeżywającego wewnętrzny kryzys. Powoli zaczynamy poznawać jego przeszłość, jak zdobył swoją kobietę oraz poczuciu pewnej pustki, wypalenia. Początkowo to zniknięcie wydawało się hecą, wygłupem, próbą odegrania się na żonie, z którą od pewnego czasu coś się zaczęło psuć. Ale to wszystko pozwala Howardowi na zmianę perspektywy, spojrzenie z boku i rozliczenie się z samym sobą. Pojawiają się retrospekcje skontrastowane z obecnym stanem Howarda, który – niejako na własne życzenie – staje się żebrakiem, żulem żyjącym ze śmieci. Wszystko to nie jest pozbawione odrobiny humoru (sceny, gdy Howard wyobraża sobie, że zostanie rozpoznany przez żonę), chociaż te fragmenty pojawiają się bardzo rzadko. Chyba, że wspomnimy o narracji Howarda z offu, pozwalającej na bliższe poznanie tego zwichrowanego charakteru. Sam film jest bardzo wymagający i skupiony na oczyszczającej psychodramie, niemniej w żaden sposób nie wywołuje znużenia. Kolejne elementy układanki nie sprawiają wrażenia wydumanych, a niektóre refleksje są zadziwiająco trafne.

wakefield3

Jedynie rozdrażnić może zakończenie, stawiające na niedopowiedzenie (chociaż przed napisami końcowymi widzimy dwie możliwości). Czasami dialogi brzmią troszkę literacko, ale nie irytuje to zbyt mocno. Melancholijny klimat bardzo dobrze buduje muzyka, razem ze stonowanymi zdjęciami oraz spokojnym montażem.

wakefield2

Aktorsko jest całkiem dobrze, ale tak naprawdę liczy się tylko Bryan Cranston, kolejny raz potwierdzający klasę. Początkowo Howard wydaje się niezbyt przyjemnym typkiem, a jego decyzja dla mnie była kompletnie niezrozumiała i nieracjonalna. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy skomplikowanego bohatera, nie pozbawionego wad (manipulacja, bezwzględne dążenie do celu), ale też bardzo zagubionego i próbującego odnaleźć się na nowo. Howard potrafi wzbudzić współczucie, co nie jest takie łatwe. Bardzo niejednoznaczna postać.

„Zaginiony bez śladu” to kolejny przykład one man show, zdominowane całkowicie przez Bryana „Heisenberga” Cranstona, pokazującego swój wszechstronny talent oraz robiącego nieprawdopodobne wrażenie. Dla niego absolutnie warto odnaleźć ten film na półkach DVD.

7/10

Radosław Ostrowski

I Saw the Light. Historia Hanka Williamsa

W Polsce muzyka country nie jest ani tak ważna, ani tak popularna jak w macierzystej Ameryce. To wyjaśnia fakt, ze wiele filmów o tym nurcie muzycznym nie trafia za często do kin. Nie inaczej było w przypadku „I Saw the Light”, czyli biografii ulubionego wykonawcy jednego z więźniów „Skazanych na Shawshank” – Hanka Williamsa.

i_saw_the_light1

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Hank bierze ślub z Audrey Mae pod koniec lat 40. Muzyk i wokalista pracuje w radiu, gdzie razem ze swoim zespołem gra muzykę gitarowo-folkową. Ale Hank chce więcej – marzy o karierze muzyka, nagrywaniu płyt oraz koncertowej trasie. Tylko, że Hank ma jednego demona, z którym nie radzi sobie za dobrze: alkohol. „I Saw the Light” to posklejany z różnych kawałków portret, odtwarzający okres przełomu lat 40. i 50., gdzie wiele osób zaczęło wracać z wojny, a Ameryka powoli zaczynała się odnosić z Wielkiego Kryzysu. Nie brakuje zarówno śpiewania, relacji z koncertów, jak i bardziej osobistych fragmentów z życia Hanka: chlanie, kochanki, ciąże oraz coraz większy ból kręgosłupa. Wszystko to stanowi jedną wielką przeplatankę, tylko że wszystko to sprawia wrażenie taśmowej produkcji, pozbawionej większego pazura, głębszego wejścia w postać oraz jego wpływ na muzykę. Owszem, pojawia się kilka ważnych piosenek z „Lovesick Blues” na czele, jednak nie poznajemy samego Williamsa, a cały film wydaje się oparty na kliszach (zawsze wspierająca matka, artysta z nałogami) jakie z filmów o zbyt młodo odchodzących twórcach znamy dość dobrze. A wykorzystane wywiady na czarno-białej taśmie sprawiają wrażenie balastu.

i_saw_the_light2

Ale mimo tej matrycy i sztancy, film ogląda się całkiem nieźle. Z jednej strony jest to zasługa stylowych zdjęć (pierwszy występ Hanka, śpiewającego a capella w mroku) Dante Spinottiego, pomagającego zbudować klimat lat 50. Te korytarze biura, sale muzyczne czy nowojorski hotel prezentuje się okazale Z drugiej sama muzyka prezentuje się okazale i wpada w ucho, a co najbardziej zaskakuje, wykonują ją aktorzy (bez playbacku) i radzą sobie nieźle.

i_saw_the_light3

Wszystko to próbuje nieść na swoich barkach Tom Hiddleston jako Hank Williams i jest on najmocniejszym punktem tego filmu. Kiedy musi śpiewać, robi to z lekkością (poza wizerunkiem Luke’a The Driftera), a stany psychiczne są odtwarzane bezbłędnie. Tylko, że aktor jest tak naprawdę zdany na siebie, bo scenariusz ani reżyser nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału aktora. Podobnie niewykorzystana jest Elisabeth Olsen jako charakterna, zadziorna i ambitna Audrey Mae, chociaż też ma swoje momenty.

„I Saw the Light” to niestety przykład przeciętnej biografii, marnującej potencjał swojego bohatera. O samym Williamsie nie dowiadujemy się zbyt wiele, a cała historia wydaje się zebrana z poradnika „Jak zrobić biografię artysty na łatwiznę”. Należało to zrobić o wiele lepiej.

5/10

Radosław Ostrowski