Małpa

Adaptacje filmowe utworów Stephena Kinga są – jak mawiał klasyk – niczym pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, na co trafisz. Od kompletnej słabizny po totalne arcydzieło. Mierzyli się z nim zarówno specjaliści od horrorów pokroju Johna Carpentera, Davida Cronenberga i George’a Romero po bardziej wszechstronnych filmowców jak Stanley Kubrick, Frank Darabont czy Rob Reiner. Teraz do tego grona adaptatorów Kinga dołącza Osgood Perkins, biorąc na warsztat opowiadanie „Małpa”.

Historia zaczyna się w roku 1999 roku, skupiająca się na braciach bliźniakach Halu i Billu (znany z „Łasucha” Christin Convery). Ojciec-pilot zniknął w niejasnych okolicznościach (jak to matka powiedziała: „wyszedł po papierosy i już nie wrócił), wychowuje ich matka (Tatiana Maslany). Wszystko wydaje się być fajnie, ale dzieciaki znajdują zabawkę w kształcie małpy. Jak to małpa, ma duże oczy, dużą szczękę oraz bębenek, na którym gra. Przekręcić kluczyk i patrzeć jak zwierzak uderza bębenkiem – proste, prawda? Tylko po tym wszystkim ludzie zaczynają umierać w makabryczny sposób. Po jednym taki przekręceniu kluczyka ginie matka, co mocno rozluźnia ich więzi. Udaje im się pozbyć nawiedzonej zabawki. Jednak po 25 latach Hal (Theo James) będzie musiał się z nią skonfrontować.

Nie znam literackiego pierwowzoru i nie będę bawił się w porównanie, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: „Małpa” to zdecydowanie najbardziej komediowy film w dorobku Perkinsa. Śmierć, która tak budzi strach i przerażenie, tutaj ma wymiar groteskowej jatki. Jakby to było mocno przerysowane „Oszukać przeznaczenie”, wywołując jednocześnie śmiech, strach i szok. Reżyser umie budować atmosferę niepokoju, a tytułowa zabawka działa w sposób niepokojący. Nie wiadomo kiedy ani kogo uderzy, nie mówiąc o tym jak, zaś wszelkie próby neutralizacji kończą się klęską. Ale im dalej w las, tym bardziej intryga filmu wydaje się… banalna i bardziej przyziemna. Bo mamy tu trudną relację Hala z synem, obsesyjne pragnienie zabawki i czystą jatkę (bardzo kreatywną oraz nagłą). Wolałem aurę tajemnicy wokół małpki, której dźwięk uderzania w bębenek i towarzysząca jej muzyczka budziła poczucie niepokoju.

Całość aktorsko na swoich barkach trzyma obsadzony wbrew warunkom Theo James i wypada naprawdę dobrze. Zarówno jako niepewny siebie, nerdowaty Hal, jak i szorstki, cyniczny Bill w jego wykonaniu jest wiarygodny: od mowy ciała przez sposób wypowiadania. Także ich młodsza inkarnacja wypada świetnie. Z drugiego planu najbardziej wybija się Tatiana Maslany (matka) oraz w drobnych epizodach Adam Scott (ojciec w świetnym prologu) oraz Elijah Wood (palantowaty Ted).

„Małpa” jest zdecydowanie lżejszym, bardziej rozrywkowym filmem w dorobku Perkinsa. Można się przy nim świetnie bawić, z kumplami przy popkornie i po paru dniach kompletnie zapomnieć. Co samo w sobie nie musi być żadna wadą – można było gorzej spędzić te półtorej godziny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krampus. Duch Świąt

To jeden z dziwniejszych filmów, jaki ostatnio widziałem, więc po kolei. Pozornie jest to kolejne dzieło świąteczne, gdzie mamy spotkanie rodzinne. A wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Rodzice nie mają zbyt dobrego kontaktu ze sobą, jest babcia mówiąca po niemiecku, wujostwo będące typowymi wsiokami. Nic dziwnego, że nasz główny bohater – Max przestaje wierzyć w Święta. Drze kartkę do świętego Mikołaja, co doprowadza do lawiny wydarzeń: zaczyna szaleć śnieżyca, siada prąd, światło. Okolica wydaje się dziwnie opustoszała i wtedy pojawia się On.

krampus1

„Krampus” obejrzany, a ja nadal nie wiem, czy to miał być mroczny horror und groza czy jedna wielka zgrywa a’la Sam Raimi i jego „Martwe zło”. Wsadzenie bohaterów do domu i zamknięcie ich na śnieżycę dawało spore pole do popisu, zaś sama postać Krampusa została wzięta z mitologii germańskiej. To taki Mikołaj z rogami, który zamiast dawać prezenty zabiera życie i każe każdego, co przestał wierzyć w Boże Narodzenie. Sam Krampus pojawia się rzadko i to buduje aurę tajemniczości, za to jednak widzimy jego sługusów – elfy z paskudnie dużymi gębami, chodzące miasteczkowe ludziki (!!!), małe robociki, nawet pozytywkę. Brzmi to idiotycznie, ale to przez pewien moment daje radę w straszeniu. Rzuca się w oczy fakt, że nie ma tutaj komputerowych efektów, tylko postawiono na klasyczne efekty praktyczne, tworząc specyficzny klimat.

krampus2

Dlaczego to jednak jest zgrywa? Już czołówka, gdzie widzimy ludzi kupujących i niemal walczących jak zwierzęta o prezenty, a w tle leci świąteczny klasyk Binga Crosby’ego potrafi rozbawić. Reżyser dodaje odrobinę czarnego humoru, a także sylwetki pomocników ducha św. Mikołaja wydaje się być bardziej groteskowe niż straszne. Sam sposób straszenie też jest do bólu ograny, a bohaterowie zachowują się kliszowo (krzyk, strzelanie, agresja) i nie czuć zbyt mocno takiej aury grozy. Sytuację ratuje dopiero finałowa konfrontacja z Krampusem oraz bardzo przewrotne zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami. Niby taka poważna sytuacja doprowadza do scalenia rodziny i zawieszenia animozji, ale takie rozwiązanie może być nietrwałe.

krampus3

Zagrane jest to naprawdę nieźle (wybija się zwłaszcza Allison Tolman jako ciotka Linda oraz Krista Stadler w roli babci, co chyba jest też zasługą języka niemieckiego – jej opowieść o Krampusie w formie nieszablonowej animacji jest perłą), nawet dzieciaki są bardzo przyzwoicie poprowadzone i nad wszystkim unosi się duch lat 80.

krampus4

Dziwaczny to film, chociaż wiem, że nie każdemu spodoba się to dziwadło. Mieszanka komedii z horrorem i Bożymi Narodzeniami jest bardzo rzadkim kolażem, chociaż zaprawieni fani horrorów nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Jest parę ciekawych pomysłów, ale nie zawsze się to układa w spójną całość.

6/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie Waltera Mitty

Walter Mitty wydaje się typowy szaraczkiem, niewyróżniającym się z tłumu. Pracuje w czasopiśmie Life, gdzie zajmuje się wywoływaniem zdjęć wysyłanych przez legendę swojego fachu, Seana O’Connella. Gazeta ma zostać przeniesiona do Internetu i zostaje wydane ostatnie „papierowe” wydanie, w tym czasie też ma dojść do zwolnień. Tym razem Jack wysłał fotki z jednym specjalnym negatywem, który ma być okładką, gdyż jest to esencja czasopisma. Niestety, fotki w negatywie nie ma, więc Walter rusza znaleźć Jacka, gdyż ten jest ciągle w terenie.

walter_mitty1

O tym, że Ben Stiller zajmuje się reżyserią, wie naprawdę wielu, choć jego filmy (poza „Telemaniakiem” i „Jajami w tropikach”) nie są raczej zbyt mocno kojarzone. Tym razem jednak postanowił dokonać niemożliwego – zrobić mały kameralny film, który mógłby być wielką produkcją za kupę kasy. I o dziwo to połączenie się zaskakująco dobrze sprawdza. Nie powiedziałem jeszcze o Walterze jednej rzeczy – zdarza mu się „zawiesić” i wtedy wyobraża sobie, ze jest superherosem, co czyni jego życie troszkę ciekawszym. Swoje plany i marzenia musiał porzucić, gdy odszedł ojciec i musiał zająć się rodziną. Stiller tutaj pokazuje ludzi uciekających w świat wyobraźni, co samo w sobie wg niego nie jest niczym złym, wręcz pozwala odreagować dzień codzienny, gdzie jest się zabieganym, z masą spraw na głowie. Są one zrobione w naprawdę pomysłowy sposób (m.in. walka między Walterem z likwidatorem o laleczkę, jakby żywcem wzięty z filmu o superbohaterach czy parodia „Ciekawego przypadku Benjamina Butona” – to akurat małe arcydzieło humoru), ale to przede wszystkim historia pokazująca, że warto być cierpliwym, bo którego dnia znajdzie się taka sytuacja, iż będzie możliwe spełnienie marzeń (w tym wypadku podróżowanie i poukładanie sobie życia uczuciowego). A droga będzie tu bogata – od Grenlandii przez Islandię aż do Himalajów. Wszystko to pięknie sfotografowane i okraszone naprawdę pozytywnie nakręcającą muzyką. Poza humorem, którego jest tutaj sporo (i jest on bardziej subtelny) nie brakuje tutaj refleksji, co bardzo cieszy (choć finał poznajemy po 15 minutach, ale droga jest tutaj naprawdę wciągająca, a samo zdjęcie – to trzeba zobaczyć samemu).

walter_mitty2

Stiller główną rolę powierzył samemu sobie i stworzył prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Walter to facet, którego trudno nie polubić – przedwcześnie dojrzały, ukrywający w sobie pewną dziecięcą pasję oraz ciekawość. Za to okazuje się obrotnym i sprytnym facetem, który poradzi sobie w każdej ekstremalnej sytuacji – załatwić rekina? Wejść na Himalaje? Przekonać watażków, by cie przepuścili? Walter znajdzie sposób. Druga istotną postacią jest Cheryl, grana przez Kristen Wiig, obiekt uczuć Waltera. Trochę zagubiona, samotnie wychowująca syna, jest pośrednio siłą napędzająca Waltera do działania (scena, gdy wyobraża ją śpiewająca „Space Oddity” Davida Bowie – fajna). Wiadomo jak to się skończy między nimi. Poza nimi drugi plan jest dość obfity, a należałoby wyróżnić tutaj Seana Penna (fotograf O’Connell) oraz Pattona Oswaldta (Todd Maher – szef portalu, z którym Walter często rozmawia przez telefon).

walter_mitty3

„Sekretne życie…” jest zarówno dopieszczone formą, treść też jest fajna, choć czasami trochę zwalnia. Ale serwuje taki zastrzyk pozytywnej energii, że naprawdę ogląda się to z wielką frajdą. Na poprawę nastroju jak znalazł.

7/10

Radosław Ostrowski