Sługi boże

Wrocław – miasto obecnie kojarzone z retro kryminałów Marka Krajewskiego tym razem stało się tłem dla współczesnej zbrodni. Sprawa jest dość dziwna i niejasna – młoda Niemka spadła z wieży katedry. Kobieta śpiewała w kościelnym chórze, ale samobójstwo wydaje się co najmniej niezrozumiała. Dodatkowo do sprawy została dołączona (odgórnie) policjantka z Reichu, Ana, a Warski jest zmuszony jeszcze chodzić na terapię. Żeby wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, dochodzi do drugiej śmierci w ten sam sposób, a do miasta przybywa emisariusz z Watykanu.

slugi_boze1

To, że w Polsce kiedyś kino gatunkowe było znacznie bogatsze niż obecnie, to jest powszechnie wiadome. Na szczęście od paru lat reżyserzy wracają do tego, a i kryminały ostatnio były bardzo zacne („Jestem mordercą”, „Prosta historia o morderstwie”). Czy Mariusz Gawryś podążył ścieżką swoich poprzedników? No i tu zaczynają się schody, bo reżyser próbuje wrzucić w półtorej godziny więcej wątków, niż byłem w stanie ogarnąć. Kościół, przekręty majątkowe, służby specjalne, jakieś prywatne śledztwo policjantki z Reichu, hipnozy, nawet podobno Szatan jest zamieszany we wszystko. Intryga jest bardziej pogmatwana niż polskie prawo, przez co kompletnie trudno to wszystko ogarnąć. Żeby było jeszcze trudniej oraz bardziej frustrująco, film zmontowano tak niechlujnie, że twórcy powinni za karę przejść szkołę montażu. Boli to zwłaszcza przy scenach akcji, wzorowanych na najlepszych (bo amerykańskich) filmach akcji a’la Jason Bourne. Muszę jednak przyznać, że „Sługi boże” przynajmniej bronią się wizualnie. Wrocław z jednej strony wygląda pięknie (zwłaszcza we fragmentach pokazujących panoramę), ale potrafi być niepokojący i mroczny, co zostało parę razy wygrane.

slugi_boze2

A wiecie, co mnie najbardziej boli? Że grający w tym filmie aktorzy (w sporej części) dają z siebie wszystko, tworząc ciekawe postacie. I to wszystko tak po ludzku zmarnowane, istne barbarzyństwo. Złego słowa nie powiem o Bartłomieju Topie, który do komisarza Warskiego pasuje świetnie. Niby takich postaci (złamany twardziel z tajemnicą i nieufnością) było wiele, ale wierzy się mu. A że bandziorów, którzy natkną się na niego, czeka spotkanie ze Stwórcą, to już inna kwestia. Równie intrygująca jest Julia Kijowska jako Ana (i ten akcent – cudo), która też ma pewną tajemnicę, pozornie sprawiając wrażenie bardzo kruchej. Do tego na drugim planie błyszczy dawno niewidziany Henryk Talar (ksiądz Witecki) oraz dość demonicznie wyglądający Adam Woronowicz (Jan Rudzki, kantor). Żeby jednak nie było tak słodko, to są dwa bardzo poważne minusy. Po pierwsze, Krzysztof Stelmaszyk jako watykański emisariusz brzmiał po prostu sztucznie (słuchanie tego akcentu było jak walenie kijem o drzewo), a jego motywacja jest delikatnie mówiąc mętna. To jednak nic w porównaniu z panią psycholog, czyli Małgorzatą Foremniak, o której wolałbym się nie wypowiadać. Jednym słowem: katastrofa.

slugi_boze3

„Sługi Boże” miały potencjał na bardzo intrygujące, trzymające w napięciu kino kryminalne, jednak całość jest mocno naciągana, nieprzekonująca, chociaż z ciekawymi postaciami, których chciałoby się bliżej poznać. Poza kadrami, muzyką oraz (w większości) świetnym aktorstwem, brakuje sensownej opowieści. A to jest zbrodnia niewybaczalna.

slugi_boze4

5/10 

Radosław Ostrowski

Żyć nie umierać

Bartek Kolano – kiedyś to był facet. Aktor, który mógłby powalić cały świat (albo przynajmniej cała Polskę), gdyby nie to, ze lubił pójść w cug. Żona (w zasadzie dwie żony) i córka tego nie wytrzymały, wiec facet został sam. By się jakoś utrzymać (wyrzucony z teatru) dorabia sobie zarówno jako rozbawiacz widowni w telewizyjnym show i prezenter reklamujący towary. I to niestabilne życie zostaje wywrócone do góry nogami. Badania lekarskie i wyrok – nowotwór. Zostaje mu kilka miesięcy i co dalej?

zyc_nie_umierac1

Debiutujący samodzielnie Maciej Migas inspiruje się prawdziwą historią aktora Tadeusza Szymkowa. Wydawałoby się, że w tematyce ostatecznego rozstania ze światem nie da się niczego opowiedzieć. I to potwierdza ten tytuł. Pozornie jest tak jak być powinno – Bartek chce naprawić i poukładać swoje relacje z dawno nie widzianą córką, mieszkającą na Węgrzech. Jednak sam film to przede wszystkim zbiór scenek, luźno ze sobą powiązanych. Mamy rozmowy zarówno z przyjacielem Żukiem, obserwujemy Bartka w pracy, wreszcie jego rozmowa przez Skype’a z pierwszą żoną, z druga żoną, wreszcie córką. Nie muszę mówić, że wszystkie panie nie chcą go znać. A w tle leci delikatna, ładna muzyka, nie współgrająca z tym, co się dzieje na ekranie.

zyc_nie_umierac2

Nic tutaj się klei, a sceny mające poruszyć (próba samobójcza, rozmowa z córką i jej mężem), wprawiły mnie w obojętność. Nawet Tomasz Kot, grający główną rolę, nie jest w stanie tego udźwignąć. Robi, co może, ale scenariusz nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł. Sytuację lekko ratuje Janusz Chabior jako Żuk i sceny rozmów wspólnych potrafią nawet rozbawić. Ale nie zmienia to faktu, że jest to film mocno średni. Kompletnie nieangażujący, co w przypadku filmu z rakiem w tle jest poważną wadą. Po czymś takim naprawdę trudno żyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Czerwony pająk

Kraków, rok 1967. Tutaj mieszka Karol Kremer – zwykły nastolatek, który wydaje się takim typowym nastolatkiem. Spokojny, cichy, nie rzucający się w oczy. Mieszka z rodzicami, uczęszcza na treningi pływackie i studiuje medycynę. To spokojne życie trwa do momentu, gdy przypadkowo jest świadkiem morderstwa, a dokładniej znajduje zwłoki młodego chłopca – kolejnej ofiary seryjnego mordercy. Sprawą okazuje się weterynarz Lucjan Staniak, a ta relacja mocno zaważy na życiu młodego Karola.

czerwony_pajk1

W PRL-u to była jedna z najgłośniejszych spraw, a Karol Kot stał się najmłodszym seryjnym mordercą schwytanym kiedykolwiek. Debiutujący w fabule Marcin Koszałka luźno inspiruje się historią Karola Kota – wampira z Krakowa. Jednak twórca nie skupia się na rekonstrukcji wydarzeń czy policyjnym śledztwie, nawet nie próbuje wejść w umysł bohatera. Pokazuje spokojnie wydarzenia, samych zbrodni nie ma tu zbyt wiele. Wszystko tutaj oparte jest na niedopowiedzeniu i spojrzeniach, które trzeba umieć odczytać. Odpowiedzi nie znajdziecie tutaj zbyt wiele, właściwie żadnych – dlaczego zabija i dlaczego tak zło fascynuje. Wolne tempo może zniechęcić, podobnie brak jednoznacznych odpowiedzi na kluczowe pytania, zmuszając się do większego natężenia komórek. Jednego jednak Koszałce nie da się odmówić: klimatycznych zdjęć Krakowa, ale w żadnym wypadku nie można mówić o pocztówkach. Miasto jest tutaj pokazane w niemal turpistycznej estetyce: mrok w kolorystyce sepii (popis motocyklisty), podniszczone i brudne piwnice, rozpadające się ściany, uliczne zaułki. To wszystko tworzy atmosferę strachu, ale i małej, wyniszczającego świata, niemal upadającego (ale to pewnie tylko moja nad-interpretacja).

czerwony_pajk2

Tylko ciągle cisnęło mi się pytanie: dlaczego? Co pchnęło Karola do takiego finału, a poszlak jest kilka. Rozpad małżeństwa rodziców, które jako tako funkcjonuje, może odrzucona miłość zakończona brutalną śmiercią? Grający tą rolę Filip Pławiak kompletnie zaskakuje i tworzy trudny portret chłopaka. Podobnie oszczędny i powściągliwy Adam Woronowicz jako morderca Staniak z cichutkim głosem. Ani motywacja, ani sposób zabijania (poza jedną sceną) nie zostaje nam pokazana na ekranie. Niełatwo jest opisać jego relację z Karolem i nadal nie wiem, czym to było. Szacunek, fascynacja, lojalność?

czerwony_pajk3

Debiut fabularny Koszałki zachwyca stroną plastyczną, jednak treść jest zdecydowanie dla bardziej wymagającego odbiorcy. Mnie ta hermetyczność odstraszyła, ale „Czerwony pająk” pozostanie w mojej pamięci.

6/10

Radosław Ostrowski

Chemia

Nie raz i nie dwa słyszałem, że życie pisze najlepsze scenariusze. Ale nie zawsze te scenariusze przekuwają się na dobre filmy. Takim przykładem stała się „Chemia” – film inspirowany życiem Magdaleny Propokowicz, założycielki fundacji Rak’n’Roll, kobiety z nowotworem, która mimo choroby urodziła dziecko i żyła pełnią życia.

chemia1

W filmie „Chemia” Magda to Lena – zwykła dziewczyna, która odchodzi z korporacji i przypadkiem poznaje Benka – fotografa, niepogodzonego ze śmiercią ojca. Przypadkowe spotkanie, które staje się dla dwojga tylko niezobowiązującą znajomością. Przynajmniej na początku – ciąża, ukrywany przez facetem rak, wreszcie ślub, chemioterapia i walka do końca. Wydawałoby się, że to istny samograj, ale Polacy są w stanie nawet takie proste rzeczy spier****.

chemia2

Debiutujący w roli reżysera operator Bartosz Prokopowicz – tak, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, nie do końca wiedział chyba jak ugryźć tą historię. Rozumiem, że to była próba pokazania w innym, mniej przygnębiającym stylu. Dlatego mamy dużo kolorów, bieganinę na plaży, ślub iście góralski z kuligiem i delikatne piosenki w tle (Hozier, Czerwone Gitary, Mikromusic). A żeby było jeszcze bardziej intrygująco, pojawiają się rysowane wstawki pokazujące działanie raka w organizmie. Kłótnie, bezsilność, brak wsparcia – tylko, że jakieś takie nieangażujące, zbyt lightowe. Swoje lęki Benek z Leną piszą sprajem w ciemnym domu albo próbują wykrzyczeć swój ból czy chodzenie od lekarza do lekarza bez nadziei na cokolwiek.

chemia3

„Chemia” także pod względem aktorskim rozczarowuje. I nie jest to wina aktorów, tylko bardzo, BARDZO miałkiego scenariusza. Agnieszka Żulewska z Tomaszem Schuhardtem miotają się na ekranie i próbują wykrzesać emocje z papierowych, niewiarygodnych bohaterów. Tak naprawdę z całej obsady broni się ironiczna Danuta Stenka (dr Sowa) oraz niezawodny Eryk Lubos (ks. Panda, brat Benka), którzy ubarwiają ten film.

chemia4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego, ale „Chemia” jest tak słaba i interesująca niczym obrady Sejmu. Wiele krzyku, treść skąpa, a satysfakcja znikoma. Niech pan Prokopowicz zostanie przy zdjęciach, gdyż to mu lepiej wychodzi.

3/10

Radosław Ostrowski

Body/Ciało

Janusz Koprowicz jest zapracowanym, cynicznym prokuratorem, mieszkającym z córką Olgą. Dziewczyna jest anorektyczką, która po kolejnej próbie samobójczej trafia do szpitala. Tam Olga poznaje terapeutkę Annę – niemłodo wyglądającą kobietę, stosującą dość nietypowe metody. Jakby tego było, kobieta uważa się za medium, nawiązujące kontakt ze zmarłymi.

body_cialo1

Z Małgorzatą Szumowską jakoś niespecjalnie jest mi po drodze. Sięga po trudne tematy, jednak w jej filmach brakuje czegoś, co by mnie poruszyło, przygniotło lub doprowadziło do rozbicia. Nie inaczej jest w przypadku nagradzanego filmu „Body/Ciało”, aczkolwiek widzę tu pewien progres. Świat, w którym się znajdujemy, to niby współczesność, ale nie można odnieść wrażenia obecności w latach 90. (telefony komórkowe, stare przenośne radio, niedzisiejsze stroje i fryzury, ale też wyglądy budynków), co wydaje się być celowym zabiegiem twórców. Sam film to zbiór pozornie niepołączonych scen, skupiający się na trójce bohaterów – prokuratorze, jego córce oraz terapeutce. Widzimy ich w pracy (prokurator zajmuje się różnymi morderstwami, inspirowanymi sprawami z mediów jak śmierć Madzi czy zabójstwo malarza Zdzisława Beksińskiego), jednak one są tylko tłem do próby naprawy relacji ojca z córką, w czym pośredniczy terapeutka-medium. Dość wolne tempo i próba wplecenia wątków metafizycznych („nawiedzenie” domu prokuratora) może wywołać dezorientację oraz znużenie, zwłaszcza w środkowej części filmu. Ale jest kilka scen rewelacyjnych (taniec przyjaciółki prokuratora do „Śmierci w bikini” – czegoś takiego nie widziałem i nie zobaczę prędko na naszym podwórku czy sceny terapii – wyciszone i stonowane formalnie, ale pełne głęboko tłumionych emocji, powoli wychodzących na wierzch), które potrafią przykuć uwagę na dłużej, doprowadzając do ciekawego finału. Formalnie jest to proste kino, gdzie nie zabrakło zabaw montażem (jedzenie posiłku), zbliżeń na detale (pierwsza scena z wisielcem) oraz niemal kompletnego braku muzyki. Chłodna reżyseria Szumowskiej jest tutaj bardzo nierówna i jak na tak krótki film pojawia się znużenie.

body_cialo2

Częściowo sytuację próbują ratować aktorzy i troszkę podnoszą film na wyższy poziom. Nie będę ukrywał – uwielbiam Janusza Gajosa i dla niego chciałem obejrzeć ten film. Powiem tyle, że aktor nie zawiódł, pokazując klasę w roli cynicznego i zgorzkniałego prokuratora, oddalającego się od swojej córki (świetna, troszkę wyglądająca jak zombie Justyna Suwała – uwierzycie, że to debiutantka?), czującej do niego tylko nienawiść i wrogość. Jednak dla mnie objawieniem była fantastyczna Maja Ostaszewska, której nie jestem wielkim fanem. Tutaj kompletnie mnie zaskoczyła w roli Anny, grając w bardziej oszczędny sposób niż zwykle. Spokojnie wypowiadane słowa, ubrania zdecydowanie postarzające ją , a sceny jej „transu” potrafią wywołać ciarki na plecach. I do samego końca nie jest jasne, czy naprawdę jest medium czy tylko próbującą przetrawić swoją traumę nieszczęśliwą kobietą. Sprytnie to poprowadzono.

body_cialo3

„Body/Ciało” to – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo przyzwoity film, jednak zastanawia mnie to ile w tym czasie zdążył „wykosić” nagród na różnych prestiżowych imprezach filmowych. Także jest to lepszy z filmów Szumowskiej, chociaż daleko mu do „33 scen z życia”, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły. Ale jest to krok w dobrym kierunku i zacznę baczniej obserwować tą reżyserkę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pani z przedszkola

Głównym bohaterem jest Krzysztof Myśliwski – pisarz, który ma jeden bardzo, bardzo poważny problem, a mianowicie nie staje mu wiadomy organ. Dlatego idzie do psychiatry, z którym cofa się do źródeł przyczyny zastanej sytuacji. Trafiamy do lat 60., gdy mały Krzyś bał się ludzi i nie chciał iść do przedszkola. Dlatego szedł razem z mamą i wtedy pojawiła się pani Karolina – młoda i atrakcyjna pani przedszkolanka, który wywróci ich życie do góry nogami.

pani_z_przedszkola1

Marcin Krzyształowicz sławę osiągnął znakomitej „Obławie”, ale tym razem postanowił zrobić lżejszy i przyjemniejszy film. „Komedię jakiej nie było” – jak zapowiada dystrybutor. I rzeczywiście, czegoś takiego nie widziałem. Zamiast śmiechu byłem smutny i przygnębiony jak główny bohater, a punkt wyjścia jest żenujący. Dalej jest po prostu nierówno, nie śmiesznie (z dwoma wyjątkami) i po prostu idiotycznie. Miesza się tutaj wszystko – epoki, miejsca, rzeczywistości (pojawia się nawet komiksowa wstawka – pozbawiona sensu), wywołując całkowity mętlik, że tak naprawdę nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, co się dzieje na ekranie. I nic, nie robiło na mnie wrażenia, poza tym jak można spieprzyć tak – wydawałoby się – prostą historię. Nie pomaga tutaj ani dobrze zrobiona scenografia oraz kostiumy, oddająca ducha czasów PRL-u, ani przyzwoite zdjęcia. Jak na komedię jest to zbyt poważne kino, które tak naprawdę pada ofiarą dystrybutora.

pani_z_przedszkola2

Reżysera nie jest w stanie uratować znana i gwiazdorska obsada, ale nie dlatego, ze zadanie ich przerosło, tylko z powodu jakości materiału. Zarówno Agata Kulesza, jak i Adam Woronowicz w rolach rodziców, którzy nadają na różnych falach nie do końca są przekonujący. Drugim irytującym elementem jest narracja z offu – nadęta, intelektualna i sprawiająca wrażenie na siłę lekkiej (głos Cezarego Morawskiego tez robi swoje in minus). Łukasz Simlat ograniczony jest do roli „ciała” swojego bohatera. Częściowo sytuację ratuje brawurowa Krystyna Janda w roli twardej babci, która życie dobrze zna i ma kilka scen. To samo można powiedzieć o Marianie Dziędzielu jako terapeucie, ale na tym plusy się kończą.

„Pani z przedszkola” to niestety, nieudolna i mało zabawny film komediowopodobny. Pewnie wielu widzów zobaczy troszkę więcej niż ja, ale na mnie to nie działa. Kompletna żenada i strata czasu. Oj, nie mam ostatnio dobrej ręki do polskich filmów. I będę musiał coś z tym zrobić, choć na pewno nie będzie to wizyta u terapeuty.

pani_z_przedszkola5

3/10

Radosław Ostrowski

Fotograf

Moskwa – tam właśnie mieszka Natasza Sinkina, niepokorna i uparta oficer rosyjskiej milicji. Po incydencie (pobiła ważną personę w Rosji za śmiertelne potrącenie) staje przed komisją dyscyplinarną i za kare odbywa badania u psychiatry, docenta Dmitriewa. Parę godzin później zostaje zabrana przez agentów FSB pod wodza majora Lebiadkina. Docent został zamordowany przez ściganego od 9 lat seryjnego mordercy „Fotografa”. Trop prowadzi do Legnicy lat 70., gdzie żył chłopiec o imieniu Kola, który nie potrafił mówić swoim głosem, tylko imitował innych.

fotograf1

Waldemara Krzystka znam z jego ostatnich dokonań (nagrodzona Złotymi Lwami „Mała Moskwa” oraz ubrane w konwencję kina sensacyjnego „80 milionów”), czyli solidnego i dobrego kina. Tym razem postanowił się zmierzyć z kryminałem oraz kolejny raz zaprasza nas do swojej małej ojczyzny – Legnicy. Pojawiamy się tam dopiero w drugiej połowie filmu, wcześniej będąc w Moskwie.

fotograf3

Dochodzenie, wzajemna nieufność, kłamstwa, karierowiczostwo, nierozliczone sprawy polsko-rosyjskie – reżyser próbuje w swoim filmie zarówno pobawić się kino gatunkowe, jak i przedstawić stosunki między Polską a Rosją. I na tym drugim polu radzi sobie całkiem przyzwoicie – realia systemu budowanego na kłamstwie, gdzie nie można było mówić na głos wszystkiego, a robienie kariery było celem samym w sobie odtworzono dokładnie, a oszczędna scenografia dobrze oddaje wizualną stronę tego okresu (retrospekcje przeplatające się z dochodzeniem). I działania FSB są pewnym ciekawym – choć niewykorzystanym –  wątkiem. Praktycznie nieograniczeni, mający wszędzie swoich informatorów, nawet jeśli deklarują współpracę z polską policja, to nie mówią wszystkiego, działając na własną rękę. Jakby czuli się w swoim domu. Czyżby to była jakaś sugestia reżysera?

 

fotograf2

Jednak jako kino gatunkowe, „Fotograf” zwyczajnie kuleje. Po pierwsze, dość szybko odkrywamy kto zabija. Samo w sobie to nie jest żadnym błędem, a twarzy naszego mordercy nie poznajemy nigdy. Ale pojawia się drugi błąd: brak napięcia, a to jest w tym gatunku niewybaczalna zbrodnia. Dodatkowo jeszcze reżyser niepotrzebnie miesza i komplikuje cała historię, miesza wątki (problem z wychowaniem syna, który staje się przeszkodą w drodze do kariery, praca FSB, odkrywanie kart z przeszłości Koli – jego mimikra może niejako posłużyć za symbol postawy Polaków i obywatel ZSRR wobec siebie nawzajem), przez co można poczuć się kompletnie zagubionym. Dodatkowo jeszcze całość psuje zakończenie – niejasne i mętne, które niczego nie wyjaśnia, zostawiając w stanie kompletnego oszołomienia.

fotograf4

Krzystek ma ambicje niemal kręcić kino międzynarodowe, co było już widać w „Małej Moskwie”, gdzie niemal dominowali aktorzy rosyjscy. Tu jest podobnie i o dziwno, mimo że nie są to doskonałe postacie, bo zbudowane na klasycznych kryminalnych kliszach, prezentują się najlepiej. Nieźle radzi sobie Tatiana Arntgolis jako twarda i buńczuczna Natasza, jednak jej umiejętności łączenia elementów układanki budzi zastanowienie. Jak to możliwe, że milicjantka z drogówki jest w stanie posklejać elementy, których od 9 lat nie może doświadczony major FSB? Coś mi tutaj nie klei się. Lepszy jest Aleksandr Bałujew jako zmęczony i doświadczony major Lebiadkin, dociekliwie prowadzący dochodzenie oraz Elena Babenko jako wszechwładna i bezwzględna prokurator Sokołow – oschła kobieta, traktująca swojego syna jak „przeklętego”. Polscy aktorzy ograniczeni są do epizodów, jednak nie zapadają za mocno w pamięć (wyjątkiem jest Tomasz Kot jako były wojskowy Bauman). Najbardziej irytował mnie Adam Woronowicz, którego – wydawałoby się prosta – rola policjanta Kwiatkowskiego staje się dla niego zadaniem ponad ludzkie siły, zwłaszcza intonacja wypowiadanych przez niego słów brzmi sztucznie, podobnie z „podstarzałą” Sonią Bohosiewicz.

fotograf5

„Fotograf” to film, który przełamuje dobrą passę Waldemara Krzystka. Nudny, chaotyczny, ze sporym potencjałem, który zostaje brutalnie zniszczony i zaprzepaszczony. Reżyseria najbardziej zawodzi, intryga jest przekombinowana i nawet aktorzy nie są w stanie tego wybronić. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że był to tylko wypadek przy pracy.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość. Film Sławomira Fabickiego

Maria i Tomek są młodym małżeństwem, które spodziewa się dziecka. Pozornie nie brakuje im niczego, żyją dobrze, sporo zarabiają i wydają się szczęśliwi. Jednak kiedy podczas ciąży kobieta zostanie zgwałcona przez swojego szefa – prezydenta miasta, wywołuje to oddalenie się małżonków.

Polskie kino zazwyczaj nie jest zbyt pochlebnie traktowane zarówno na swoim podwórku jak i poza granicami kraju jest ledwo zauważalne. Sławomir Fabicki jednak podjął się próby stworzenia filmu obyczajowego, lekko inspirując się dorobkiem Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak nie ma tutaj ani emocjonalnego szantażu, słodzenia czy popadania w przesadną skrajność, tylko mamy parę w dość trudnej sytuacji. Pytanie czy wyjdą z tego wzmocnieni, a może dojdzie do rozpadu? To już musicie sami ocenić, bo napięcie jest tutaj naprawdę wysokie, realizacja jest na dobrym poziomie (stonowane kadry, solidny montaż, choć zauważalny jest brak muzyki i nie najlepszy miejscami dźwięk). Zaś cała relacja między bohaterami jest zagrana w sposób subtelny i bardzo delikatny, ale bardzo emocjonalny. Jest ponuro i mroczno, ale jednak pozostaje pewna nadzieja pod koniec.

milosc_fabicki1

W dodatku całość jest naprawdę dobrze zagrana. Zarówno Marcin Dorociński jak i Julia Kijowska są świetni w roli pogubionych, próbujących na swój sposób rozwiązać tą sytuację, ze wskazaniem na Kijowską, która początkowo jest „ofiarą” i to ona najbardziej dostaje w d…, zmuszona znosić odtrącenie. Poza nimi warto też wyróżnić śliskiego Adama Woronowicza (prezydent Adam), Agatę Kuleszę (żona prezydenta) oraz pojawiających się w epizodach, m.in. Romana Gancarczyka (ginekolog) i Wojciecha Mecwaldowskiego (kolega Tomka z pracy).

Skromne to kino, ale bez poważniejszych wad. W dodatku bardzo porządnie zrobione, zagrane też bez zarzutu. Iść i oglądać.

7/10

Radosław Ostrowski

Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa

Tytułowi bohaterowie są trójka gimnazjalistów, którzy tworzą mocną ekipę. Felix jest wynalazcą, Net zna się na komputerach, zaś Nika jest telepatką, a wspiera ich sztuczna inteligencja Manfred. Ich ojciec prowadzi badania naukowe nad morzem, gdzie nasi bohaterowie spędzają wakacje. Dzieciaki próbują odkryć tajemnicę tajnej niemieckiej bazy z czasów II wojny światowej oraz działającego tam pierścienia.

felix_net_i_nika1

Powieści Rafała Kosika o trójce nastolatków przeżywający niezwykłe przygody to potencjał na cykl filmów przygodowych dla dzieci i młodzieży, czyli czego, co w ostatnim czasie nie powstawało w dobrej ilości. Film jest adaptacją drugiej części cyklu, zaś zadania realizacji podjął się Wiktor Skrzynecki, który miał doświadczenie w realizacji filmów skierowanych dla młodszych widzów („Wszystko powiem Lilce”), jednak w ostatnim czasie zajmował się filmami dokumentalnymi. Ale problem leży w czymś innym. Ambicje były duże, scenariusz był całkiem niezły, ale mimo to byłem bardzo rozczarowany. Co poszło nie tak? Realizacja, dziury w logice i (dla mnie – osoby nie znającej literackiego pierwowzoru) wprowadzenia postaci oraz naprawdę kiepskie efekty specjalne, które kłują w oczy. Gdyby ten powstałby na tzw. Zachodzie, byłby na pewno bardziej dopracowany od strony technicznej i fabularnej też. I zamiast przyciągnąć odpycha. Owszem, jest kilka niezłych pomysłów, ale to trochę za mało, bo reżyser delikatnie mówiąc nawalił.

felix_net_i_nika2

O aktorstwie nie będę się wypowiadał, bo ograniczyłoby się do jednego słowa – sztuczność. Owszem, debiutujące dzieciaki zostały ciekawie dobrane, ale to tyle dobrego mogę o nich powiedzieć. Nawet pojawiający się Adam Woronowicz („rybak”) irytuje, zamiast przerazić.

Film miał potencjał na niezły film dla najmłodszych, ale to niestety Polska. Zbyt dużo istotnych minusów psuje ten film i niszczy go od środka. Katastrofa spełniona.

4/10

Radosław Ostrowski