Legionista

Był taki krótki okres w karierze Jean-Claude’a Van Damme’a, gdy ten próbował wyjść z szufladki twardziela i speca od kopniaków oraz serwowania uderzeń. Problem w tym, że jego fani woleliby zobaczyć dzieła ze sporą ilością akcji z piruetami. Niemniej zdarzały się całkiem przyzwoite rzeczy, nawet jeśli przeznaczone do węższego grona. I taki jest powstały pod koniec lat 90. „Legionista”.

Tym razem Belg gra Alaina Levafre’a – francuskiego boksera z Marsylii roku 1925. Mężczyzna ma ustawić walkę dla lokalnego gangstera Galganiego (Jim Carter), inaczej pozostanie niejako bez pracy. Pięściarz kiedyś był związany z obecną żoną mafioza, ale planuje razem z nią uciec, zaś walkę wygrać. Cóż, nie wszystko idzie zgodnie z planem. Kobieta zostaje zabrana ze stacji, a Alain zabija brata gangstera. Chcąc się wymknąć z rąk mafii zapisuje się do Legii Cudzoziemskiej – bardzo surowej jednostki wojskowej, stacjonującej w afrykańskich koloniach. Tam zbierają się ludzie z całego świata, czy to zbiegowie, czy ludzie nie mający życiowego celu. Jednostka wyrusza na misję, gdzie ma obronić jeden z posterunków przed wojskami przywódcy plemienia Berberów, Abda el-Krima.

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo znany i ceniony II reżyser, czyli facet odpowiedzialny głównie za kręcenie scen akcji. „Legionista” próbuje być bardziej kinem przygodowym w starym stylu oraz skromnym budżetem. Musze jednak przyznać, że początek w Marsylii jest zaskakująco wystawny. Od knajpy aż po salę bokserską. Do tego mamy drobne retrospekcje, próbujące pokazać przeszłość (nadal szczątkową) Levafre’a, lecz w zasadzie mogłoby ich nie być. A kiedy trafiamy do Legii, to widzimy głównie dwie rzeczy: piaski pustyni oraz maszerujących rekrutów. Po drodze poznajemy jeszcze kilka postaci, które stworzą z naszym protagonistą paczkę i nawet jeśli nie są zbyt głębokie, to są ciekawe: zakochany w dziewczynie Włoch Guido, były brytyjski oficer-hazardzista i czarnoskóry Amerykanin marzący o poznaniu Afryki.

Ale wszystko rekompensuje bardzo imponujące sceny akcji związane z oblężeniem twierdzy. Tutaj reżyser może sobie zaszaleć: od szybkich cięć montażowych przez popisy pirotechniczne i kaskaderkę. O sporej ilości statystów nawet nie wspominam. Nawet jeśli tempo nie zawsze jest równe (szczególnie w drugim akcie), to sytuację ratują całkiem niezłe dialogi oraz wyraziste postacie. A sam Van Damme wypada całkiem przyzwoicie w roli zbiega, stającego się wojownikiem. Jednak dla mnie całość skradł świetny Nicholas Farrell w roli Mackintosha. Niby elegancki i elokwentny dżentelmen, jednak przebija się z niego lekki cynizm oraz wojskowe doświadczenie. Tak samo swoje pięć minut ma Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Luther czy jak zawsze solidny Steven Berkoff w roli szorstkiego sierżanta.

Może „Legionista” nie jest najbardziej imponującym filmem w dorobku Van Damme’a, to nadal pozostaje przyzwoitą opowieścią o honorze, odwadze i poświęceniu. Czasem widać niedoróbki budżetowe, niemniej przez większość czasu są sprytnie maskowane.

6/10

Radosław Ostrowski

Detektyw Marlowe

Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy czarny kryminał był popularny? Eleganccy detektywi w prochowcach i kapeluszach, którzy odkrywali brudne tajemnice pięknych ludzi z wyższych sfer. Ci panowie swój czas triumfu już mają dawno za sobą, choć przeżywali pewien renesans w latach 70. czy 90. Ale to już nie jest to, nie mniej reżyserzy nie rezygnują z konwencji kina (neo)noir, jak choćby „Osierocony Brooklyn” Edwarda Nortona. Teraz po tą konwencję postanowił sięgnąć irlandzki weteran Neil Jordan, niejako wskrzeszając postać słynnego detektywa, Philipa Marlowe’a.

Tym razem nasz szpicel ma twarz Liama „Napierdalacza” Neesona i żyje w Los Angeles roku 1939. Jak każdy taki cyniczny twardziel prowadzi swoje biuro, czekając na kolejną robotę oraz możliwy zarobek. No i pojawia się kobieta. Zawsze musi być jakaś kobieta w potrzebie, a tym razem jest nią niejaka Clare Cavendish (Diane Kruger). Blondwłosa piękność prosi Marlowe’a o znalezienie jej… kochanka, niejakiego Nico Petersona (Francois Arnaud). Sprawa jest o tyle dziwna, że mężczyzna został… potrącony i przejechany autem przed bramą pewnego elitarnego klubu. Czyli sprawa załatwiona, dając detektywowi najszybciej zarobioną forsę? No niestety, nie. Bo zleceniodawczyni jest absolutnie przekonana, że nieboszczyka widziała. I jak się okaże nie tylko ona będzie chciała go znaleźć.

Dziwny to film, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być na miejscu. Historia jest odpowiednio skomplikowana, pełna zwrotów akcji oraz wszelkich nieprawdopodobieństw. Są nieźle napisane dialogi, niepozbawione ciętego humoru, samochody, kostiumy oraz scenografia adekwatna do epoki. A jednak coś mi tu nie grało. I to nawet nie chodzi o niespieszne tempo, ale reżyser sam zaczyna gubić się w tym labiryncie. Bo mamy tu i skandal, przemyt towarów, narkotyki, będący na widoku dom publiczny, szołbiznes. Oraz walkę o władzę, haki, koneksje, gdzie liczy się ten sprytniejszy albo silniejszy. Ale nie byłem w stanie się całkowicie zaangażować, jakby było tu za dużo składników w tej zupie. No i zakończenie nie satysfakcjonuje za bardzo.

A nie pomaga w tym wszystkim fakt, że „Detektyw Marlowe” wygląda jak produkcja telewizyjna. Niby Jordan próbuje stylizować na kino z epoki (sceny w biurze z cieniami od zasłon czy konfrontacja w klubie podczas trzeciego aktu), pojawiają się nawet ładne krajobrazy czy otwierający całość widok na Los Angeles, ale efekt jest nieprzekonujący oraz strasznie tani. Zupełnie jakby próbowano maskować niezbyt wysoki budżet. Kamera wydaje się przezroczysta i niemal nieobecna, choć prosiło się o odrobinę ognia.

Sytuację próbują ratować aktorzy i efekt jest różny. Sam Neeson dobrze wygląda ze spluwą (choć prawie jej nie używa) oraz w prochowcu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że był troszkę za stary do roli Marlowe’a. O wiele lepsze są Diane Kruger (Clare Cavendish) oraz kradnąca scenę Jessica Lange (jej matka), obie będące femme fatale w tej historii, choć ta druga jest o wiele bardziej złośliwa i cyniczna. Równie świetny jest Alan Cumming jako elegancki i elokwentny gangster Lou Hendricks oraz – niemal skrojony do konwencji – Colm Meaney wcielający się w śledczego Berniego Ohlsa. Za to Danny Huston znowu gra Danny’ego Hustona, czyli szemranego typa stojącego za wieloma tajemnicami.

„Detektyw Marlowe” potwierdza tylko, że Neil Jordan jako reżyser swoje najlepsze lata ma już za sobą. Niby wszystko wydaje się być na miejscu i był tu potencjał na naprawdę dobry kawałek kina, ale wszystko zmarnowane zostało przez bardzo średnią realizację, która bardziej pasowałaby na streaming. Zamiast diamentu drobna błyskotka.

5/10

Radosław Ostrowski