Creepshow – seria 1

Wydawałoby się, że już ze światem „Creepshow” nigdy się nie spotkamy. Trzy pełnometrażowe filmy (ostatni z 2006 roku), z czego dwa pierwsze osiągnęły status kultowego, jednak duży sukces serialu „Opowieści z krypty” doprowadził do pewnego zapomnienia tej marki. Jednak pewien szaleniec nazwiskiem Greg Nicotero, współzałożyciel firmy KNB zajmującej się praktycznymi efektami specjalnymi, postanowił reaktywować tą markę w formie serialu. 12 historyjek, balansujących między komedią a horrorem w komiksowej estetyce i konwencji przypominającej filmowy pierwowzór z lat 80.

I realizowane przez różnych reżyserów: od Grega Nicotero przez Johna Harrisona aż po samego Toma Savini. Co bardzo mnie zaskoczyło to fakt, jak bardzo te historie wydają się być osadzone bardziej w przeszłości niż w czasach bliższych nam (poza historią dotyczącą szefowej korporacji czy pewnej cudownej terapii odchudzającej). Żadnych komputerów czy telefonów komórkowych, co mocno rzuca się w oczy, ale nie należy tego traktować jako wady. I tak jak w oryginale opowieści są mieszanką komedii i horroru, zdominowaną przez praktyczne efekty specjalne oraz trzymają różny poziom.

Od razu powiem, że najsłabsze były dwie historie: ta osadzona w realiach II wojny światowej, gdzie amerykańscy żołnierze trafiają na wilkołaka oraz osadzona w świecie post-apokaliptycznym historia osądu na władzach miasteczka. Obie te opowieści wydawały mi się jakoś tak na szybko zrobione, bardzo przewidywalne oraz nudziły. Za to największe wrażenie zrobiła historia nr 2 o dziewczynce i „nawiedzonym” domku dla lalek, gdzie pojawia się znikąd głowa oraz opowieść o spełniającej trzy życzenia ręce i jej właścicielu, będącym szefem domu pogrzebowego.

Twórcy idą po różnorakie pomysły oraz tropy: od przemiany człowieka w nienasyconą bestię, pragnących zemsty na swoich oprawcach duchach, stworzeniu żywego stracha na wróble, mężczyźnie uwięzionym w walizce czy poszukiwaniach potwora z jeziora (coś a’la potwór z Loch Ness). Wszystko utrzymane w estetyce pierwowzoru, czyli nie brakuje zarówno komiksowych kadrów, kiczowatej stylistyki lat 80. (mocne kolory, zbliżenia z komiksowym tłem, elektroniczna muzyka), a efekty praktyczne wyglądają bardzo imponująco. A mimo sporej ilości historyjek nie czułem się za bardzo znużony, zaś wnioski z nich wyciągane potrafią zaskoczyć.

Równie dobre wrażenie – poza świetną realizacją – zrobiło na mnie aktorstwo, choć zdarzało się kilka niewykorzystanych szans (m.in. za drobne role Jeffreya Combsa czy Davida Arquette’a). Ale jest kilka bardzo pozytywnych zaskoczeń i objawień jak fenomenalni Ravi Naidu, Cailey Fleming oraz Bruce Davison, zaskakujący DJ Quails czy trzymający poziom Tobin Bell i Giancarlo Esposito. Jest tego o wiele więcej, więc polecam samemu poodkrywać.

Zaś sam serial to jedna z większych niespodzianek tego roku, godnie wskrzeszająca kultową markę. A z tego, co słyszałem zamówiono dwie serie. Nie wiem jak wy, ale ja się nie mogę doczekać kolejnych opowieści z dreszczykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Creepshow

Niedawno powstał telewizyjny serial inspirowany pewnym – mam wrażenie – troszkę zapomnianym horrorem z lat 80. „Creepshow” w zasadzie jest horrorową antologią, gdzie mamy kilka opowieści z dreszczykiem w stylu kampowych horrorów z lat 50. i 60. oraz komiksów z tej epoki. Na pewno po serial sięgnę, ale uznałem za słusznie zapoznać się z oryginałem. A za nim odpowiadają nie byle goście, bo reżyser George Romero oraz odpowiedzialny za scenariusz Stephen King.

Punktem wyjścia całej historii jest pewne spięcie między ojcem a synem o komiksy z gatunku horror und groza. Głowa rodziny nie przepada za tym śmieciem i decyduje się wyrzucić zbiór do kosza. Od tej pory obserwujemy pięć historii z tego komiksu zaczynające się animowaną wstawką (bardzo elegancką). I to już niejako narzuca ton: niby straszny i przerażający, ale jednocześnie z dużym przymrużeniem oka. Każdy z segmentów przedstawia krótką, ale treściwą opowieść, idąc w różnorodną tematykę: od powstałego z grobu członka rodziny, który przybywa na uroczystość przez zdradzonego męża planującego zemstę na żonie oraz kochanku po tajemnicze monstrum w skrzyni i naukowca mającego obsesję na punkcie zabicia robactwa. Co najbardziej zaskoczyło mnie to fakt, że każda z tych produkcji miała odrobinę humoru (czasami czarnego i makabrycznego, ale też sporo slapsticku) oraz była sensownie poprowadzona od początku do końca.

Balans między grozą i humorem tutaj jest zachowany wręcz bardzo dobrze, a co jeszcze ciekawsze trudno tutaj wskazać jaką historię, która byłaby słaba. Jeśli jednak miałbym wskazać najlepszą to byłby to dwie historie: nr 3 i 4. Czyli historia mężczyzny (zaskakujący, lecz świetny Leslie Nielsen) dokonującego dość przewrotnej zemsty na swojej żonie i kochanku (tutaj niezawodny Ted Danson). Jest odpowiednio, pozbawiona krwi, lecz bardzo makabryczna oraz przewrotnym finałem. W podobnym tonie idzie opowieść o odkryciu pewnej tajemniczej skrzyni przez profesora akademickiego. Ale bohaterem jest naukowiec żyjący w związku z bardzo narzucającą swoją wolę imprezującą żonę (w tych rolach Hal Holbrook oraz Adrienne Barbeau). Jest odpowiednio strasznie, w czym pomaga lejąca się posoka oraz maszkara, ale też nie brakuje smolistego humoru co pokazują sceny, gdy mąż wyobraża sobie jak zabija swoją żonę. Rozbawić potrafi historia druga o rolniku (zaskakujący Stephen King), w którego ziemię uderza meteoryt, zmieniając jego oraz całą okolicę.

Każda z części wygląda bardzo w latach 80. z bardzo wyrazistą kolorystyką w niebezpiecznych scenach, co budzi skojarzenia z komiksową estetyką (także obecną w formie kadrów jak w paskach z komiksu czy rysowanym tłem przy kilku ujęciach). Równie dobrze trzyma się świetna charakteryzacja od mistrza Toma Saviniego, zdjęcia oraz muzyka mieszająca orkiestrę z elektroniką. Na ekranie nie brakuje też kilku znanych twarzy jak będącego na początku kariery Eda Harrisa, weterana E.G. Marshalla czy wspomnianego wcześniej Leslie Nielsena.

I powiem, że po kooperacji Romero/King nie spodziewałem się takiej fajnej mieszanki, której o wiele lepsza niż zrobiona później „Mroczna połowa”. Perełeczka, która podkręciła mi apetyt na serial.

7,5/10

Radosław Ostrowski