Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W głębi lasu

Paweł Kopiński jest warszawskim prokuratorem, samotnie wychowującym córkę. Obecnie prowadzi śledztwo w sprawie gwałtu, gdzie podejrzanymi są dwaj chłopcy z bogatych rodzin. Ale mocno go dręczy przeszłość. 25 lat temu był opiekunem obozu letniego w lesie, gdzie doszło do tragedii. Zginęło dwoje jego rówieśników, a jeszcze dwie osoby (w tym młodsza siostra) przepadły bez śladu. Przeszłość jednak potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie, a wszystko z powodu pojawienia się zwłok. Kopiński rozpoznaje w nich Artura – chłopaka, zaginionego podczas lata 1994. Kto go zabił i co się tak naprawdę tam wydarzyło?

w glebi lasu1

„W głębi lasu” to drugie podejście polskich twórców do zrobienia serialu dla Netflixa. Tym razem jednak postanowiono przenieść na ekran powieść Harlena Cobena i dostosować ją do naszego podwórka. Sama akcja prowadzona jest dwutorowo (jak choćby ostatnio w „Żmijowisku”), gdzie przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Intryga jest budowana bardzo powoli jak w klasycznym kryminale przystało. A wszystko – jak w książce Cobena przystało – zbudowane jest na tajemnicach oraz budowanych kłamstwach, coraz bardziej odkrywanych przez bohatera. Everymena, który nie może nikomu zaufać, nawet członkom rodziny, przez co zaczyna tracić grunt pod nogami. Jest to nawet nieźle poprowadzone, a poczucie zaciskanej pętli coraz bardziej się nasila. Kolejne pytania, odkrywane informacje oraz mylne tropy są sprawnie podrzucane przez reżyserski duet Leszek Dawid/Bartek Konopka.

w glebi lasu2

Bardzo, ale to bardzo podobały mi się sceny z roku 1994 oraz przywiązanie do detali. Scenografowie wykonali kawał świetnej roboty, tak samo jak osoby odpowiedzialne za dobór muzyki oraz rekwizytów. I ten wakacyjny klimat jest odczuwalny, skontrastowany ze sterylną, wręcz chłodną współczesnością miasta. Ale dość wolne tempo na początku może zniechęcić, jednak dla mnie problemem było samo rozwiązanie, które mnie nie satysfakcjonowało. Mało tego, wydawało mi się na siłę udziwnione i przekombinowane, przez co zachowanie niektórych postaci było dla mnie irracjonalne. Nie chcę zdradzać wiele, lecz końcówka wywołała we mnie skojarzenia z „Rojstem”, gdzie też ostatni odcinek mocno zawodzi. Jakby tego było mało wiele wątków pozostaje otwartych i niewyjaśnionych, co jeszcze bardziej frustruje.

w glebi lasu5

Aktorsko jest dość nierówno i choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani. Najlepiej wypada tutaj Grzegorz Damięcki w roli prokuratora Kopińskiego. Jest to postać zdeterminowana, naznaczona mrokiem oraz balansująca czasami na granicy prawa. Mimo pewności siebie oraz opanowania, wyczuwa się w nim pewien niepokój, zagubienie, nawet przerażenie w drobnych gestach. To jego kreacja napędza ten serial i podnosi go na wyższy poziom. Równie dobrze wypada Agnieszka Grochowska, czyli obozowa miłość Laura. Kobieta też jest naznaczona przeszłością i staje się niejako partnerką Pawła w celu rozwikłania tajemnicy. Między tą dwójką czuć chemię oraz pewne podskórne napięcie. Ich młodsze wcielenia (Hubert Miłkowski i Wiktoria Filus) są okej, tak jak cała reszta młodych aktorów – ogląda się ich bez bólu.

w glebi lasu4

Jednak drugi plan, gdzie jest parę znajomych twarzy (m.in. Roman Gancarczyk, Przemysław Bluszcz, Ewa Skibińska czy Dorota Kolak) nie do końca zostaje wykorzystany. Z tego grona najbardziej wybijają się kreacje Adama Ferency’ego (Lubelski, który prowadzi śledztwo w 1994), Arkadiusza Jakubika (inspektor Jork ze współczesnych czasów) oraz Cezarego Pazury (dziennikarz Dunaj-Szafrański, ojciec jednego z oskarżonych dzieciaków o gwałt).

w glebi lasu3

Jak ocenić „W głębi lasu”? Nie miałem aż tak wielu oczekiwań i dostałem w sumie solidny tytuł, choć niepozbawiony potknięć oraz niejasności. Podobno pojawiły się plotki o planowanej drugiej serii, ale jakoś tego nie widzę. Typowa europejska produkcja kryminalna bez większych ambicji.

7/10

Radosław Ostrowski

Nielegalni

W naszym pięknym kraju nad Wisłą nie powstaje obecnie zbyt wiele produkcji szpiegowskich. Przynajmniej na taśmie filmowej od czasu „Pogranicza w ogniu”, o którym mało kto pamięta. Sytuację postanowiło zmienić Canal+ i dało zielone światło na ekranie powieści Vincenta V. Severskiego. Bohaterami są członkowie komórki szpiegowskiej zwanej Departamentem Q. Grupą kieruje pułkownik Ewa Dębska oraz jej najskuteczniejszy agent, Konrad Wolski. Ekipa tym razem dostaje dwa bardzo poważne zadania. Po pierwsze, polowanie na handlarza bronią znanego jako Gruz. Po schwytaniu przekazuje informacje o planowanym zamachu terrorystycznym przez islamistów na terenie Europy. Po drugie, znalezienie dokumentów kompromitujących przeszłość obecnego premiera. Wszystkie tropy prowadzą do Białorusi, gdzie działa jeden z najlepszych agentów Travis – wtyczka działająca w KGB. Problem w tym, że agent zostaje zdekonspirowany i trzeba go stamtąd ewakuować.

nielegalni1

„Nielegalni” nakręcili Leszek Dawid oraz Jan P. Matuszyński, czyli obiecujący twórcy głośnych filmów. Panowie podzielili się po połowie, co widać w realizacji, ale do tego dojdę później. Akcja jest tutaj prowadzona wielowątkowo, co samo w sobie nie jest złe. Problemem dla mnie było wejście w tą opowieść, bo jest to bardzo poszatkowane i początkowo przeskakujemy z postaci na postaci. Sztokholm, Warszawa, Mińsk – dzieje się tutaj wiele, zaś wiele scen początkowo wydaje się nieistotnymi zapychaczami. Czego tu nie ma: infiltracja, obserwacja, szantaż, podchody, porwania oraz współpraca z innymi wywiadami. To ostatnie przypomina taniec na bardzo kruchym lodzie, gdzie zaufanie nie jest zbyt częstym towarem. Więc jak możliwe, że wszystkie tajne służby jeszcze funkcjonują? To pytanie na inną dyskusję. Im bliżej końca, wszystko zaczyna się bardziej spinać, doprowadzając do dramatycznego finału. I te szpiegowskie wątki potrafią wciągnąć, doprowadzając do kilku zwrotów oraz zaskoczeń. Jednocześnie zostawiona jest furtka na kolejną część.

nielegalni3

Mniej pociągające były dla mnie momenty z życia prywatnego naszych szpiegów (niektórych). Rozumiem, że chodziło o pokazanie ceny wynikającej z wykonywania tej profesji. Przebolałbym to, że jest takim spowalniaczem, tylko że albo jest niekonsekwentnie (nagłe bóle głowy Wolskiego, które pojawiają się i znikają), albo jest strasznie szablonowe (rozbite małżeństwo Dębskiej). To nie angażuje tak bardzo jak szpiegowskie intrygi, brzmi to sztucznie i zwyczajnie przynudza.

nielegalni2

Realizacyjnie widać dwa różne style realizacji, gdzie zmiana następuje w połowie. Pierwsza część od Leszka Dawida jest pozornie bardziej dynamiczna. Kamera niemal ciągle jest w ruchu, rwany montaż, niemal stonowana paleta barw. W scenach związanych z Travisem ta realizacja czyni ten wątek bardziej intensywnym oraz dodatkowo trzyma w napięciu. Druga połowa wygląda… normalniej, z bardziej płynną kamerą i kilkoma długimi ujęciami, pozornie sugerując spokój. Same sceny akcji też wyglądają bardzo dobrze, nie wywołując dezorientacji.

nielegalni4

Aktorsko w dużej części jest solidne, skupiając się na kilku członkach komórki. Świetnie wypadają Grzegorz Damięcki (Wolski) oraz Agnieszka Grochowska (Dębska), pełniących rolę dowódców, chociaż tylko Wolski działa w terenie. Czuć między nimi zgranie oraz chemię, mimo kilku spięć wynikających z działania Wolskiego na własną rękę. Większość ekipy stanowi raczej wsparcie i nie mają tutaj zbyt wiele do zagrania (Andrzej Konopka, Tomasz Schuhardt, Arkadiusz Detmer, Wojciech Żołądkowicz), ale trzymają fason. Są jednak dwie perły, które podnoszą całość na wyższy poziom. Pierwszym jest Filip Pławiak, czyli agent Travis działający na Białorusi. Wydaje się być opanowany oraz dobrze sobie radzi z presją, jednak coraz bardziej widać wyczerpanie i wypalenie. Jego lawirowanie między swoimi szefami, „narzeczoną” widać bardzo w jego oczach, co czyni jego wątek najbardziej poruszającym. Drugą postacią jest tajemniczy Hans Jorgensson w znakomitej interpretacji Andrzeja Seweryna, choć najbardziej widać to w drugiej połowie. Niby stary i zmęczony agent, ale nadal niepozbawiony sprytu oraz – co najbardziej zaskakujące – empatii oraz szacunku swoich zwierzchników. Ta postać magnetyzuje i emanuje spokojem aż do samego, tragicznego końca.

nielegalni5

„Nielegalni” mają troszkę potknięć i wad, ale wyłania się z tego bardzo sprawny serial sensacyjno-szpiegowski, dziejący się tu i teraz. Można było troszkę lepiej zarysować wątki prywatne bohaterów (albo z nich zrezygnować) i całość wzniosłaby się na wyższy poziom. Mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

7/10

Radosław Ostrowski

Obce niebo

Marek i Basia są młodym małżeństwem mieszkającym w Szwecji razem z córką Ulą. On trenuje dziewczyny w szkole, ona masuje i zajmuje się domem. Przeszli już wiele burz i w miarę dobrze dają sobie radę w obcym kraju. Do czasu, kiedy nauczycielka zwraca uwagę na – jej zdaniem – nerwowe zachowanie dziewczynki. Wtedy do akcji wkracza opieka społeczna, która zabiera Ulę rodzicom i oddaje ją w opiekę rodzinie zastępczej (do czasu procesu).

obce_niebo1

Zrealizowany wspólnie ze Szwedami film Dariusza Gajewskiego inspirowany jest prawdziwą historią i o tym, jak może skończyć się zderzenie dwóch odmiennych kultur, gdzie zachowania jednych są inaczej interpretowane przez drugich. Jedno niewinne kłamstwo wywołuje lawinę dramatycznych zdarzeń, w które zostają wplątani nie tylko rodzice Uli, ale i zastępczy opiekunowie nie znając całej sprawy. Opieka Społeczna nie podaje powodów swojej decyzji, a walka o odzyskanie córki przypomina sytuację bez wyjścia. Czy można przejść obojętnie wobec takiej sytuacji? Rodzice nie wiedzą niczego, trzymani są na dystans i traktowani jak podejrzani.  Aurę strachu i bezsilności potęguje też skandynawski, chłodny krajobraz oraz kamera chodząca za bohaterami, przez co film ogląda się jak rasowy thriller.

obce_niebo2

Opieka społeczna jest pokazana jako bezduszna instytucja, gdzie jakiekolwiek emocje są traktowane jako coś negatywnego. Dlatego mieszkający Szwedzi sprawiają wrażenie zimnych maszyn, chociaż wiele w nich kipi, wiele przeszli i pogodzonych ze swoim losem. Nasi bohaterowie podejmują walkę, niemal desperacko próbując dotrzeć do miejsca pobytu dziecka, a pomoc właściwie nie istnieje. Niby chodzi tu o dobro dziecka, ale miałem wrażenie, iż opieki społecznej to nie interesuje (wiadomo, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą). Można przyczepić się tej zerojedynkowości świata przedstawionego, ale „Obce niebo” chwyciło mnie za gardło.

obce_niebo3

Swoje zrobili też aktorzy. Co do Bartłomieja Topy nie miałem wątpliwości i aktor podołał, ale kompletnie zaskoczyła mnie Agnieszka Grochowska, której nie byłem wielkim fanem. Aktorka świetnie pokazała bezradność Basi, zmieniającej się w gryzącego psa. Oboje kochają swoje dziecko, ale mocno przekonają się, że miłość nie zawsze wystarczy. Za to najmocniejszym atutem są tutaj aktorzy szwedzcy, z Ewą Frohling jako chłodną Anitą z opieki społecznej na czele.

obce_niebo4

„Obce niebo” pokazuje jak trudno jest się zaadaptować w innym świecie i choćbyście nie wiem, jak się starali, zawsze będziecie tymi obcymi. Kawał mocnego kina, trzymającego w napięciu do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Teraz zadam wam pytanie z kategorii głupich: wiecie kto to jest Lech Wałęsa? Taki facet z wąsami, co obalił komunę. Sam. Znaczy z ludźmi. Stworzył „Solidarność”. A jednocześnie był agentem SB. Jak twierdzą co poniektórzy. Jeśli spodziewacie się pełnej prawdy o życiu tego człowieka w nowym filmie Andrzeja Wajdy, możecie się rozczarować.

Punktem wyjścia dla tej historii jest wywiad Lecha z włoską dziennikarką Orianą Fallaci przed wprowadzeniem stanu wojennego. I dalej mamy dość uproszczoną historię Polski od grudnia 1970 aż do dokonania transformacji w 1989, pokazaną już po wywiadzie. Wszystko jest na miejscu: skok przez płot, „nie chcem, ale muszem”, sierpniowe wypadki, stan wojenny, Danuśka odbierająca Nobla. Widzimy jak powstaje mit bohatera i rewolucjonisty, który staje na czele wielkiego ruchu narodowego. Ale jest to bardzo mocno robione pod linijkę, w sposób grzeczny i jednoznacznie mówiąc: Wałęsa był bohaterem narodowym, a że podpisał papierek na współpracę z SB – zrobił to pod presją. Sytuacje ratuje tutaj humor przemycany przez Janusza Głowackiego (w większości są to „niesamowite” refleksje Lecha), dzięki któremu dobrze się ogląda ten film.

walesa1

Mam dziwne wrażenie, że biografia Wałęsy została skierowana dla osób spoza Polski, by mogły poznać (w dość dużym skrócie) współczesną historię Polski i to zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Poza surowymi zdjęciami oraz solidną realizacją (montaż, scenografia i kostiumy) warto zwrócić uwagę na muzykę, gdyż w tle wydarzeń słyszymy przeboje m.in. Tilt, Brygady Kryzys czy KSU, idealnie wpasowane do sytuacji na ekranie.

walesa2

Jeśli chodzi o obsadę, „Wałęsa” to tak naprawdę teatr jednego aktora – Roberta Więckiewicza, który praktycznie skopiował zachowanie i sposób bycia Wałęsy w skali jeden do jednego. Wszystko się tu zgadza: od sposobu mówienia przez wygląd aż do stroju. Nie miałem żadnych wątpliwości, że widzę Lecha. A kim on jest? Nie od razu, ale jednak staje się charyzmatycznym przywódcą z jajami (rozmowa z głodującymi KOR-owcami – bezbłędna), który trochę ryzykuje swoje życie prywatne, bo nie zawsze się udaje to zgrać. A jednocześnie to szczery facet, który podejmuje się bardzo trudne zadanie prowadzenia ludzi, a nie jest to łatwe. Jest w nim coś z superherosa, ale to chyba trochę na wyrost. Cała reszta obsady robi tutaj za tło – nadal nie przekonałem się do Agnieszki Grochowskiej (Danuśka, która jest zredukowana do roli Matki Polki, choć potrafi opieprzyć ubeków i dziennikarzy), Zbigniew Zamachowski i Cezary Kosiński jako ubecy są naprawdę dobrzy, ale pojawiają się bardzo krótko, a pozostali robią tutaj epizody.

walesa3

Cóż, „Wałęsa” z jednej strony to laurka i hołd (wręcz poddańczy), z drugiej to całkiem niezła komedia (każda wypowiedź Wałęsy – chyba przez sposób mówienia – wprawiał mnie w śmiech, nic nie poradzę). Potencjał był na wiele, wiele więcej jednak. I co z tym fantem zrobić? To film, który sami po prostu musicie ocenić i zweryfikować.

Radosław Ostrowski