Przekleństwa niewinności

Rok 1999 dla kina był bardzo obfity. Zarówno pod względem popkulturowych fenomenów jak „Matrix” czy „Szósty zmysł”, ale także imponujących oraz oryginalnych dzieł pokroju „Magnolii”, „Informatora” czy „Być jak John Malkovich”. Ale także było parę tytułów, które osiągnęły status kultowych. Taki jest przypadek reżyserskiego debiutu Sofii Coppoli, czyli „Przekleństw niewinności”.

Akcja dzieje się gdzieś na przedmieściach Michigan połowy lat 70. i poznajemy poprzez offową narrację jednego z chłopaków po 25 latach. Mężczyzna należał do paczki, która była kompletnie zauroczona i zafascynowana pięciorgiem sióstr Lisbon lat 13-17. Ich rodzice: ojciec – nauczyciel matematyki (James Woods) i matka (Kathleen Turner) – głęboko religijna pani domu, wychowująca w surowy sposób. Jednak ich spokojne życie zaczyna się rozpadać, kiedy najmłodsza z córek, 13-letnia Cecilia (Hanna R. Hall) próbowała popełnić samobójstwo. Na szczęście udaje się ją uratować, zaś leczący ją lekarz psychiatra (Danny DeVito) zaleca większy kontakt z rówieśnikami poza szkołą. Jednak na przestrzeni jednego roku wszystkie siostry odbiorą sobie życie (nie, to nie spojler – oryginalny tytuł filmu „The Virgin Suicides” już zdradza finał).

Sam film to bardzo specyficzny dramat psychologiczny, który bardziej stawia na atmosferę i nastrój. Czuć to już od pierwszych ujęć, pokazujących przedmieścia w mocnych, jasnych kolorach oraz delikatną muzyką w tle skontrastowane z chłodną łazienką, gdzie znaleziona zostaje Cecilia. Dodana narracja z offu w wykonaniu Giovanniego Ribisi jeszcze bardziej potęguje pewien nie tyle nostalgiczny, co nawiedzającego snu. Coppola buduje tutaj aurę tajemnicy, której wyjaśnienie wydaje się ciągle wymykać i nawet po 25 latach nie daje spokoju. Ponieważ nie przyglądamy się samej rodzinie, tylko niejako widzimy ją oczami innych (sąsiadów, czwórce nastoletnich chłopaków, dziennikarce) i rzadko wchodzimy do ich domu. To jest jednocześnie siła i słabość, bo z jednej buduje klimat oraz atmosferę, ale z drugiej same siostry – poza bardziej zbuntowaną, świadomą swojej seksualności Lux – wydają się bardziej zjawami czy widmami niż postaciami z krwi i kości. Dla mnie to podejście ma sens, gdyż cała opowieść przedstawiona jest w formie wspomnień po wielu latach, a te z czasem ulegają zniekształceniu, stając się fantazją i mitem.

A całość jest świetnie zagrana. Nawet pojawiający się w drobnych epizodach tacy giganci jak Danny DeVito (dr Horniker), Scott Glenn (ksiądz Moody) czy Michael Pare (dorosły Trip), zapadają bardzo mocno w pamięć. Wiele scen kradnie rodzicielski duet James Woods/Kathleen Turner. On bardzo cichy, całkowicie zdominowany przez silnie wierzącą żonę. To ona niejako trzyma spodnie w związku, trzymając wszystkich na twardej smyczy. Jednak w centrum tego wszystko jest rozsadzająca ekran Kirsten Dunst. Jej Lux sprawia wrażenie bardzo pociągającej i seksownej, ale jest w niej też pewna delikatność, która może wydawać się niewidoczna. I jeszcze jest tu Josh Hartnett w roli pociągającego, pełnego uroku Tripa.

O tym też opowiadają „Przekleństwa niewinności” – o sile mitów, nastoletnim niepokoju i powolnej tragedii, która wisi w powietrzu, uderzając w najmniej spodziewanym momencie. Świetnie zagrane, pełne bardzo nieuchwytnej, nieopisywanej atmosfery. A po seansie wiele ujęć zostaje bardzo głęboko w głowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

AIR – Twentyears

Air_-_Twentyears_600_600

Duet AIR to francuscy spece od muzyki elektronicznej, chociaż flirtowali także z muzyką filmową. Ekipę od 1995 roku tworzą: Nicolas Godin i Jean-Benoit Dunckel. Jednak zamiast nowego wydawnictwa (od poprzedniego dzieła, czyli „Music for Museum” minęły 3 lata) w zeszłym roku wydali składankę podsumowującą 20 lat działalności.

I nie jest to tylko jedna płytka, ale dwie zawierające 31 utworów. I to nawet długich. Na początek dostajemy „La femme d’argent”, które zaczyna się od szumu wody, by pójść w stronę popu lat 60. i 70., gdzie wybija się bas, eleganckie klawisze oraz smyczki. Jednocześnie w tle słychać dziwne szumy, dźwiękowe plamy zahaczające o ambient. Podobnie czaruje eteryczny „Cherry Bossom Girl”, gdzie przewodzi wszystkim gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Ale wtedy pojawia się delikatny wokal Dunckela (byłem pewny, że to kobieta śpiewa) oraz flet, budujący niesamowitą atmosferę. „Kelly Watch the Stars” jest pełne pasaży, które pachną latami 80. Oraz tworzą klimat rodem z kina SF. A jak dodamy do tego przerobiony, „mechaniczny” wokal, odlot gwarantowany. Filmowo się czujemy podczas romantycznego „Playground Love” (utwór z filmu „Przekleństwa niewinności”), gdzie gościnnie udziela się niejaki Gordon Tracks oraz saksofon. Tym większym szokiem może być epickie i brudne „Sexy Boy” z nieprzyjemnym przerobionym głosem skontrastowanym z przestrzennymi klawiszami, gitarą elektryczną oraz eterycznym wokalem Dunckela. Im dalej, tym bardziej dźwięki atakują (zwłaszcza w refrenie), by zaskoczyć niemal minimalistyczną „Venus”, by w połowie skręcić troszkę w stronę new romantic. Kosmiczną aurę także można wyczuć w pozornie lirycznym „All I Need” (wersja radiowa), gdzie duet wsparła swoim głosem Beth Hirsch. Zupełnie do góry nogami ostaje wywrócone „Alpha Beta Gaga” z szybko pędzącą elektroniką skontrastowana spokojniejszą grą akustycznej gitary oraz gwizdania. A im dalej, tym bardziej muzyka zostaje ubarwiona smykami, klawiszami itp. „Kosmiczny” odlot wraca w oszczędnym „Moon Fever”, gdzie jest tylko fortepian oraz ambientowe tło. I jeszcze chór na końcu. Wtedy wkracza Beck w pachnącym dawnymi dyskotekami epickim „Don’t Be Light” (te smyki brzmią jakby grała cała orkiestra), gdzie miesza się wszystko: elektronika z „horrorowymi” smyczkami, kosmiczny ambient z gitarą elektryczną. Echa lat 70. czuć mocno w delikatnym „How Does It make You Feel” z przesterowanym głosem czy wręcz liryczny fortepian w „Once Upon a Time”.

Taka mieszanina może wywoływać dezorientację (przynajmniej na początku), ale duet AIR tak bawi się na przestrzeni lat, że potrafi cały czas zaintrygować zderzeniem żywych instrumentów z elektroniką (piękny „Alone in Kyoto”, oszczędny „Talisman”, pełen różnych wokali i eksperymtnwów „Run”).  AIR jeszcze dodało kilka bonusów. Są tutaj aż dwa niepublikowane wcześniej utwory „Roger That” i „Adis Abebah”, a także dwa utwory nagrane w radiu: „J’ai dormi sous l’eau” (nagrane w BBC w 1998 roku) oraz „Trente millions d’amis” (z KCRW 98).

Od tego albumu spokojnie można rozpocząć przygodę z duetem francuskiej elektroniki. Pełne podsumowanie całego dorobku, które zachęca do bliższego poznania.

8,5/10

Radosław Ostrowski