Matki równoległe

Są takie filmy, które sobie płyną, płyną, wydaje się, że nic się nie dzieje i raczej nie będzie siedział za długo po seansie. A potem jest jedna mocna scena, potem, kolejna, kolejna i kolejna. Takie miałem odczuci po nowym filmie Pedro Almodovara. Ten reżyser niczym zawodowy bokser usypia czujność, czekając aż opuścić gardę i wtedy zaczyna atakować.

„Matki równoległe” to kolejny film z kobietami na pierwszym planie, o kobietach i macierzyństwie. Matki są tutaj dwie, a dzieli je wiele: wiek, doświadczenie, profesja, pozycja społeczna. Łączy jedno – nieplanowana ciąża oraz sala szpitalna. Janis (Penelope Cruz) jest fotografką, pracującą dla kobiecego magazynu. Ana (zjawiskowa Milena Swit) jest nastolatką  dziewczyną, która mieszka z matką-aktorką. Ta druga jest w zasadzie nieobecna w życiu przyszłej matki. Obie panie się zaprzyjaźniają i nawet wymieniają telefonami. Poród odbywa się bez poważnych problemów, więc po krótkiej chwili matki z dziećmi wracają do siebie. Brzmi jak banalna obyczajowa historia? Wierzcie mi, to dopiero początek, spowodowany jedną szokującą woltą – zamianą noworodków w szpitalu.

Reżyser znowu skupia się na kobietach, które mierzą się z samotnym wychowywaniem dziecka. Losy obu pań przecinają się częściej niż są w stanie to sobie wyobrazić. Zaś gdzieś wisi nad tymi postaciami tajemnica, podskórnie budująca napięcie niczym w rasowym thrillerze. W tym ostatnim aspekcie pomaga utrzymana w stylu Bernarda Herrmanna muzyka Alberto Iglesiasa. Wszystko w barwnej estetyce reżysera, z wyrazistymi kolorami i scenografią. Panie niejako same (bo panowie są tutaj albo nieobecni, albo zepchnięci na dalszy plan) zmuszone są skonfrontować się z życiowymi problemami, ambicjami oraz odnalezieniem siebie w tym całym świecie. Wszystko pozornie stonowane, ale jak się głębiej przyjrzeć, to emocje wręcz kipią, czekając na ujście. W pewnie sensie to niejako rewers „Córki” Maggie Gyllenhall, gdzie pytania podobne pytania.

Wszystko polane w słodko-gorzkim sosie, gdzie humor i tragedia idą ze sobą ręka w rękę. Widać to nie tylko w wątkach obu pań, ale choćby w historii Teresy (Ainita Sanchez-Gijon) – matki Any, która nie była gotowa na bycie matką, chcąc się spełnić jako aktorka. Szansa ta pojawia się w momencie, gdy jej córka rodzi wnuczkę i nie jest w stanie pogodzić tych rzeczy ze sobą. W tle jeszcze pojawia się kwestia ekshumacji zbiorowej mogiły ofiar wojny domowej, w tym pradziadka Janis. Pozornie nie pasuje do reszty, ale – znowu – to tylko pozory, albowiem kwestia przełamania milczenia oraz odkrywania zakopanej przez lata prawdy. Ile jeszcze trzeba wygrzebać i usunąć kłamstw, by móc żyć jak człowiek. Te pytania padają nie wprost, a dialogi dla wielu mogą pachnieć telenowelą (celowo), zaś spokojne tempo może wywołać znużenie u mniej cierpliwych widzów.

Jednak Almodovar ma parę mocnych scen (finał czy ujawnienie tajemnicy) oraz fantastycznie prowadzi aktorki. Przede wszystkim duet Penelope Cruz/Milena Swit, bez którego ta historia straciłaby prawie wszystko. Jak bardzo zmienia się dynamika relacji pań – od nieznajomych spotkanych jednego dnia przez bycie mentorką dla młodszej partnerki (sceny gotowania) po o wiele głębszą więź. Zderzenie doświadczenia z naznaczoną twardą młodością zmieniają ich życie na poważnie. Postać Swit staje się dojrzała, odpowiedzialna i staje się kobietą, a ta przemiana fascynowała do samego końca. Z kolei Cruz łączy w sobie opanowanie z nerwowością, pewność siebie ze strachem oraz wrażliwość z szorstkością. Obie panie się cudownie uzupełniają, a wspólne sceny wręcz elektryzują.

To nie jest najlepszy Almodovar przeze mnie widziany, ale jest zbyt interesujący, by przejść obojętnie. Bardziej refleksyjny, powoli budujący atmosferę oraz świetnie zagrany. Dobitnie pokazuje jaki ciężar czasem noszą kobiety jako matki, które tylko one o nim wiedzą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec z latawcem

Był kiedyś taki czas, że reżyser Marc Forster realizował bardzo kameralne, ale potrafiące uderzyć emocjonalnie opowieści. Nie inaczej jest z adaptacją powieści lekarza Khaleda Hosseiniego, gdzie trafiamy do Afganistanu. Kraju obecnie kojarzonego z wojną, zabijaniem i destrukcją. Może ciężko w to uwierzyć, ale nie zawsze tak było. Kiedyś był to kraj pełen życia, radości, kolorów. Tak było przynajmniej w roku 1978, gdzie żyło sobie dwóch chłopaków.

chlopiec z latawcem1

Amir i Hassan – jeden jest synem pewnego wpływowego człowieka z wyższej kasty, drugi to syn sługi pracującego dla ojca Amira. Mimo tych podziałów relacje między tymi ludźmi bardziej przypominają przyjaciół niż pan-sługa. A jedną z pasji chłopców są przygotowania do zawodów, gdzie „ścina” się obce latawce. Wydaje się, że ta przyjaźń będzie silniejsza niż jakakolwiek sytuacja. Ale rzeczywistość ma to do siebie, iż potrafi zweryfikować rzeczy, które wydają się być oczywiste. Jedno wydarzenie rzuca cieniem na całą relację – jeden chłopiec okazuje się lojalny wobec przyjaciela, ale drugi postępuje jak tchórz. I potem do gry wkracza historia, zmuszając do emigracji.

chlopiec z latawcem2

Sama akcja toczy się dwutorowo: z jednej strony poznajemy przeszłość Amira oraz jego przyjaźni z Hassanem, z drugiej jesteśmy w roku 2000, gdy Amir odnosi swój literacki sukces i wtedy dostaje telefon od dawno nie słyszanego przyjaciela rodziny. „Jest szansa, by znowu być dobrym człowiekiem”, mówi. O co chodzi? Na czym polegać ma ta szansa zmycia hańby? To będziemy próbowali odkryć razem z Amirem.

chlopiec z latawcem3

Najbardziej zaskakujące jest to, że Forster razem ze scenarzystą Davidem Benioffem (tak, to ten sam gość od „Gry o tron”) pokazują tą opowieść z dużym wyczuciem i próbą zrozumienia obcej kultury. Realizmu dodaje fakt, że aktorzy mówią w języku tego regionu. A angielski pojawia się tylko, gdy trafiają do USA i rozmawiają z osobami spoza swojego kręgu kulturowego. Nawet te drastyczne i brutalne momenty działają, choć nie ma tu epatowania przemocą i okrucieństwem. Zwłaszcza, kiedy wracamy z Amirem do Afganistanu za rządów Talibów, gdzie nie chcielibyśmy trafić. Nie mogę też nie wspomnieć o cudownych zdjęciach (szczególnie podczas scen z latawcami) oraz mocno czerpiącej z kultury Wschodu muzyce Alberto Iglesiasa. Bez niej ten film miejscami straciłby wiele ze swojej siły.

chlopiec z latawcem4

I ogląda się znakomicie, dzięki bardzo przekonującemu aktorstwu mniej znanych twarzy. Największe wrażenie zrobił na mnie Homayoun Ershadi jako ojciec Amira, Baba. Jest to człowiek z jednej strony pełny pokory oraz znający reguły życia w kastowym społeczeństwie, z drugiej ma w sobie wiele wewnętrznej siły i zasad. Jest jednak pewna tajemnica, która wychodzi po jego śmierci. Równie przekonujące są dziecięcy odtwórcy Amira oraz Hassana, gdzie nie ma miejsca na fałsz.

Może ten film dla wielu może wydawać się naiwnym i za bardzo wierzącym w człowieka. Jednak „Chłopiec z latawcem” jest zbyt poruszającym i intrygującym filmem, a także bardzo humanistyczną opowieścią o hańbie, przyjaźni i odkupieniu. Etniczny koloryt nie pozbawia go uniwersalności, co jest sporym zaskoczeniem. Prawdopodobnie najlepszy film w karierze Marca Forstera.

8/10

Radosław Ostrowski

Szpieg

Rok 1974. Wiecie, co to jest Cyrk? Tak określano w Wielkiej Brytanii wywiad, który jeszcze walczył z największym zagrożeniem dla świata – komunizmem. Jego reprezentantem jest bardzo niebezpieczny szpieg znany jako Karla – nieuchwytny, nieobliczalny, demoniczny. Tak zakamuflowany, że mało kto wierzy w jego istnienie. Oprócz szefa Cyrku znanego jako Kontroler. Rok wcześniej wysłał do Budapesztu jednego ze swoich ludzi, Jima Prideaux na spotkanie z sowieckim generałem. Cel był prosty: zebrać dowody na obecność kreta w samym szczycie wywiadu brytyjskiego. Cała akcja kończy się wpadką oraz śmiercią agenta, co doprowadza do odejścia Kontrolera i jego prawej ręki, George’a Smileya. Ten drugi zostaje zmuszony wrócić z emerytury, a wszystko przez jeden telefon. Wygląda na to, że paranoiczny Kontroler miał rację i gdzieś na szczycie Cyrku przebywa sowiecki agent.

szpieg1

„Druciarza, krawca, żołnierza, szpieg” już raz przeniesiono na ekran (telewizyjny, ale jednak), choć dzisiaj mało kto pamięta o tym mini-serialu. Ale w 2011 roku na dużym ekranie George Smiley powrócił w czym pomógł mu Tomas Alfredson. Ten utalentowany szwedzki reżyser ostatnio jest troszkę w niełasce (wtopa zwana „Pierwszym śniegiem”), ale w swoim pierwszym anglojęzycznym filmie zaskoczył wszystkich. „Szpieg” – dystrybutor uznał, że krótszy tytuł będzie łatwiejszy do zapamiętania – to film w bardzo starym stylu. Spokojnie, nie jest on niemy, czarno-biały, ale fabuła toczy się w tempie dla wielu bardzo powolnym. Pościgów tu nie ma, strzelanin też nie (choć jest parę brutalnych momentów), a jednak opowieść potrafi wciągnąć. Jak to możliwe? Alfredson bardzo dokładnie i konsekwentnie buduje napięcie, opierając się niemal tylko na rozmowach, analizowaniu dokumentów oraz wyciąganiu wniosków. Kto jest zdrajcą, komu można zaufać, co jest prawdą, kłamstwem, a co podstępem i pułapką? To bardzo gorzkie spojrzenie na szpiegowski świat, gdzie jedyną szansą na wyjście z sytuacji jest zaufanie własnemu instynktowi oraz samotność. Dlaczego? Bo związanie się z kimkolwiek (lub czymkolwiek) może zostać wykorzystane przeciwko nim. Smutne jest życie szpiega.

szpieg2

Realizacyjnie film jest po prostu znakomity. Odtworzenie lat 70. na ekranie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Te stroje, fryzury, samochody i maszyneria są bardzo przyjemne dla oka. A stonowana kolorystyka oraz fenomenalne zdjęcia Hoyte van Hoytemy budują klimat tajemnicy. Sama siedziba Cyrku od środka wygląda wręcz futurystycznie (w czym także pomaga faktura oraz paleta barw), skupienie na detalach budzi podziw (scena spotkania w Budapeszcie – jak tutaj pomaga w budowaniu napięcia – majstersztyk!!!) czy absolutnie bezbłędny montaż. To wszystko czyni bardzo atrakcyjną układankę, gdzie widz nie jest prowadzony za rączkę. Z drugiej strony jest to na tyle czytelne, by się nie pogubić. Niemniej trzeba być skupionym w trakcie oglądania, bo raz odwrócić wzrok czy odpiszesz na SMS-a i przeoczysz coś istotnego.

szpieg3

No i do tego absolutnie rewelacyjna obsada tak brytyjska, że już bardziej się nie dało. Smileya gra sam Gary Oldman, co samo w sobie było sporym zaskoczeniem. Aktor znany głównie z grania czarnych charakterów tutaj tworzy najbardziej wycofaną postać w swojej karierze. Bardzo doświadczony, zmęczony szpieg, dopiero w pracy znajduje sens swojego życia. Niby wydaje się pozbawiony emocji i wygląda jak cyborg, ale samą obecnością sprawia wrażenie silnego i to on nadaje ton całej rozmowy. Fascynująca i niesamowita kreacja. Ale obok niego też mamy zarówno starych wyjadaczy (intrygujący Colin Firth, mocny John Hurt i poruszający Mark Strong) oraz kilku wówczas młodych wilczków (absolutnie kradnący film Tom Hardy i opromieniony sukcesem „Sherlocka” Benedict Cumberbatch). Każdy z tej grupy stworzył bardzo wyrazistą postać, pozwalając błyszczeć i dając każdemu czas na zbudowanie złożonej roli. Nawet jeśli wydaje się pozornie nieistotna dla całej układanki.

szpieg4

„Szpieg” to prawdziwa uczta dla fanów filmowych puzzli, chcących stymulować swoje zwoje mózgowe. Kompletne kino dopracowane do najdrobniejszego detalu i za każdym razem wciągającego do swojego brudnego, okrutnego, bezwzględnego świata. Fani książek le Carre poczują się jak w domu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ból i blask

Salvador kiedyś był bardzo popularnym reżyserem, jednak niczego nie stworzył od lat. Głównie dlatego, że zdrowie mu nie dopisuje: strasznie boli go głównie głowa i operowany kręgosłup. Mieszka sam, jeśli nie liczyć gosposi, a miejscami zaczyna wracać do czasów dzieciństwa. Brak weny, zagubienie oraz zmęczenie zaczynają doskwierać, jednak dochodzi do przełomu. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy filmowiec dostaje zaproszenie na pokaz swojego zrekonstruowanego filmu. Jednocześnie spotyka się z aktorem grającym główną rolę, którego nie widział od momentu premiery.

bol i blask1

Zbyt rzadko znam dorobek Pedro Almodovara, by odnosić się do niego w jakikolwiek sposób. Jego najnowszy film jest czymś w rodzaju spowiedzi. I historią człowieka zderzonego ze swoją przeszłością oraz demonami. Artysty, nie mogącego realizować swojej profesji z powodu fizycznych ograniczeń, bierze leki, cierpi i raczej odcina się od mroków przeszłości. Lecz jedno zdarzenie zaczyna wywoływać lawinę, doprowadzając do konfrontacji oraz kolejnych zmian. Reżyser przeplata retrospekcje z czasów dzieciństwa oraz współczesnymi momentami, gdzie widzimy kolejne ważne wydarzenia z życia Salvadora (fenomenalny, choć stonowany Antonio Banderas): jego relacja z matką, nauka w szkole kierowanej przez Kościół, pierwsze miłości i bóle. Wszystko z czegoś zaczyna wynikać i mówi nam o bohaterze więcej niż wypowiadane przez niego słowa. I zaczynamy dostrzegać jak powoli, bez hollywoodzkich sztuczek filmowiec zaczyna wracać do tego, co kocha najbardziej.

bol i blask2

„Ból i blask” może wydawać się bardzo w stylu zerowym, bez jakichś zabaw formalnych (oprócz retrospekcji oraz zrobionej komputerowo sekwencji nt. wiedzy z geografii i anatomii). Troszkę jakbyśmy podglądali bohatera w momentach, których nie bardzo by tego życzył. I nie chodzi tylko o branie leków czy zażywanie kokainy, choć to widzimy często. Ale reżyser jednocześnie próbuje opowiedzieć o swojej postaci ustami innych (scena wystawionego monodramu w teatrze, gdzie wśród widowni jest dawny znajomy), co uatrakcyjnia całość. Wszelkie emocje wydają się być bardzo oszczędnie pokazane, za pomocą gestów oraz spojrzeń. Dlatego Almodovar wymaga większego skupienia, by wyłuskać tą historię, aby mogła nas poruszyć. Albo może trzeba swoje przeżyć.

bol i blask3

„Ból i blask” oczarował mnie swoim spokojnym rytmem oraz bardziej kontemplacyjnym charakterem. Czy jest to pożegnanie 70-letnie Almodovara z kinem? Trudno powiedzieć, ale na pewno jest to rozliczenie z samym sobą. Film może zachęcić do bliższego znajomości z filmografią tego barwnego twórcy. W moim przypadku na pewno.

8/10

Radosław Ostrowski