Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Świnia

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Nicolas Cage był nie tylko gwiazdą kina, ale też cholernie dobrym aktorem. Dzisiaj bardziej kojarzy się z memami, nadekspresją graniczącą z przerysowniem oraz filmami głównie trafiającymi na VOD. Ostatnimi czasy aktor jednak coraz częściej dobiera interesujące produkcje. Nie inaczej jest w przypadku debiutu Michaela Sarnoskiego o wdzięcznym tytule „Świnia”.

Cage nie gra jednak ani świni, ani policjanta, tylko Roba. Facet mieszka z dala od cywilizacji, w lesie razem ze świnią. Zbiera dzięki niej trufle, które sprzedaje swojemu jedynemu łącznikowi ze światem, Amirowi. Bardzo nudne, powolne i spokojne życie w zwykłej chatce. Wszystko się jednak zmienia, kiedy nocą przychodzi para delikwentów, spuszczają mu łomot i zabierają świnkę. Takiej zniewagi nie można przyjąć do wiadomości, więc Rob z Amirem ruszają do miasta. Do Portland, by odnaleźć świnię oraz znowu zbierać trufle.

Jeśli spodziewacie się, że w mieście postać grana przez Cage’a to twardy skurwiel z przeszłością naznaczoną krwią i zabijaniem (jak kogoś o imieniu John i nazwisku Wick)… cóż, wydaje się to pozornie oczywistym tropem. Sama obecność Roba potrafi otworzyć wiele drzwi, a sam wydaje się znaną, szanowaną personą. Przynajmniej kiedyś był. Jednak Rob nie jest zabijaką z krwawą przeszłością, ale człowiekiem połamanym, wycofanym, zniszczonym. I tu jest cała tajemnica – kim jest Rob, dlaczego został pustelnikiem, co się wydarzyło? Odkrywanie przeszłości tego bohatera to jedno, jego relacja z handlarzem (Alex Wolff) to jest drugie. Obydwa te elementy działają fantastycznie, pokazując bardzo skomplikowany portret człowieka.

Zadziwiająco spokojne jest to kino, gdzie Cage gra absolutnie wbrew swojemu typowemu emploi. Aktor jest tu bardzo wycofany, stonowany, wiele pokazując samymi oczami, co jest wielkim wyzwaniem. Dawno nie widziałem Cage’a, potrafiącego tak niewielkimi środkami pokazać taką masę emocji. A finał to już prawdziwa bomba, jakiej nie spodziewałem się. Bardzo zaskakujące, kontemplacyjne kino, zrobione z serca. Jak najlepsza potrawa z ręki mistrz kuchni.

8/10

Radosław Ostrowski