Bugonia

Yorgos Lanthimos – najbardziej porąbany grecki reżyser, który przebił się do amerykańskiego mainstreamu. Mieszanka mroku, bardzo czarnego i absurdalnego humoru zmieszanego ze społecznym komentarzem są tak odjechane, czasami za bardzo, że dzielą widownię. Albo zostawiają ją w stanie konsternacji. Nie inaczej będzie z „Bugonią” – pierwszym w dorobku reżysera… remakiem oraz bardziej poważnym filmem.

Cała historia skupia się na Teddym (Jesse Plemons z najdłuższymi włosami na głowie kiedykolwiek) – pszczelarza, który pracuje w korporacji sklejając paczki. Mieszka razem z autystycznym kuzynem Danem (Aidan Delbis) i jest gościem absolutnie wierzącym w teorie spiskowe. Takie najbardziej szalone, oparte na pseudonaukowym pierdololo. Z powodu swoich przekonań razem z kuzynem decyduje się porwać szefową korporacji, Michelle (Emma Stone). Nasz „heros” jest całkowicie przekonany, że kobieta jest… kosmitką z Andromedy, zaś jej włosy są ichnym odpowiednikiem GPS-a. Wszystko po to, by skontaktować się z przywódcą jej rasy przez zaćmieniem Księżyca i poprosić, by ich rasa odwaliła się od naszej planety oraz poszła w pizdu. Co ma doprowadzić do końca niszczenia planety.

Na pierwszy rzut oka „Bugonia” wydaje się typowym filmem Lanthimosa z mocno niedorzecznym, wręcz absurdalnym punktem wyjścia. Jednak klimatem oraz atmosferą bliżej mu do psychologicznego thrillera w stylu Romana Polańskiego jak „Matnia” czy „Śmierć i dziewczyna”. Przez niemal większość czasu znajdujemy się w piwnicy mocno podupadającego domu Teddy’ego, z rzadkimi wejściami na zewnątrz (biuro Michelle, magazyn, pszczele ule). Cały czas czuć atmosferę paranoi, szalonych teorii spiskowych spod znaku gości w foliowych czapeczkach, których jakiekolwiek racjonalne i podparte nauką umysły nie są w stanie się przebić. Co sprawia, że kompletnie nie byłem w stanie przewidzieć rozwiązania tej sytuacji. Jednocześnie reżyser pokazuje krótkie, czarno-białe przebitki pokazujące retrospekcje z życia Teddy’ego. Dzięki nim ta postać staje się o wiele bardziej złożona i unika przerysowania. Do tego jeszcze serwowane są krwawe twisty (i bardzo brutalna scena tortur z użyciem prądu) oraz parę mocnych niespodzianek, które wywołują szok. Jedynym dla mnie zgrzytem było zakończenie, które wywołuje spory mózgotrzep, a mnie wkurzyło. Dlaczego? Bo poszło w kierunku, którego nie chciałem i wydawał mi się zbyt oczywisty. Za to ostatnie kadry i genialnie użyta piosenka mnie zaskoczyła.

Aktorsko wszystko skupia się wokół trójki cudownych kreacji: Jesse’ego Plemonsa, Emmy Stone oraz debiutującego Aidana Deblisa. Plemons w roli Teddy’ego jest absolutnie rewelacyjny – niby wygląda niepozornie, ale jest bardzo pewny w swoich przekonaniach. Jednocześnie czuć w nim nieprzepracowaną traumę, która mocno go naznaczyła i go wykreowała. Stone pojawiająca się przez większość czasu ekranowego z ogoloną głową niczym Ellen Ripley w „Obcym 3” (i trudno oderwać od niej oczu), ale nadal elektryzuje. Nadal pozostaje silną osobowością, próbującą na wszelkie sposoby dotrzeć do porywacza. Nawet przy użyciu siły czy mocnego monologu o ewolucji gatunku ludzkiego. Kolejna niezapomniana kreacja w dorobku tej aktorki, która u Lanthimosa gra swoje najlepsze role. Przy tym duecie troszkę w cieniu zostaje Deblis jako autystyczny kuzyn Dan, który znajduje się w środku tego chaosu. Niemniej jego wątek kończy się mocnym uderzeniem.

Ze wszystkich anglojęzycznych filmów Lanthimosa „Bugonia” wydaje się najbardziej opowiedziana wprost, choć nadal jest mroczna i przerażająca. Kolejne pesymistyczne spojrzenie na świat, gdzie wszyscy tak naprawdę są przegranymi, zaś przed prymitywnymi instynktami nie da się uciec. I znowu trudno przed tym wszystkim oderwać wzrok.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabicie świętego jelenia

Zdarzają się filmy, które inspirują się czy są współczesnymi wersjami tragedii antycznych, greckich mitów czy biblijnych motywów. Jedni walą nimi prosto w oczy („mother!” Aronofsky’ego), a inni są o wiele, wiele subtelniejsi. Kimś takim próbuje być udający Greka Yorgos Lanthimos w „Zabiciu świętego jelenia”.

Jesteśmy gdzieś we współczesnej Ameryce, gdzie w jednym ze szpitali pracuje dr Steven Murphy. Jest kardiochirurgiem, jego piękna żona jest okulistką w tym szpitalu i mają bardzo uzdolnioną dwójkę dzieci. Szczęście, sielanka, ogólna radość. Ale jest jeden mały szczegół: Steven od pewnego czasu spotyka się z pewnym chłopakiem o imieniu Martin, którego traktuje jak syna. Kim on jest i co go łączy z doktorem? Tajemnica powoli zostaje odkrywana, a chłopak zmusza mężczyznę do podjęcia dramatycznej decyzji, gdzie stawką jest życie członków jego rodziny.

zabicie_swietego_jelenia2

Sama opowieść to mieszanka losów Hioba z Agamemnonem, tylko osadzona we współczesnych realiach. Lanthimos już we wcześniej filmach prezentował rzeczywistość mocno odrealnioną, dość groteskową, jednak tutaj jest zupełnie inaczej. Bohaterowie niby posiadają jakieś tło oraz zarysowane portrety psychologiczne, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, jakbym oglądał dukające roboty. Ich barwy głosu sprawiają, że każdy dialog brzmi sztucznie, bardzo odpychająco. Owszem, ta sztuczność była obecna w „Lobsterze”, ale ona dotyczyła świata przedstawionego, nie zaś bohaterów. Tych kompletnie nie czułem, jakbym oglądał je przez szybę. Dlatego kompletnie mnie nie obchodziły kolejne zaskakujące wydarzenia, jakie przydarzają się rodzinie Murphych. Coraz bardziej pogarszające się zdrowie, odkrywane tajemnice oraz niejednoznaczna postać Martina, który jest dość dziwaczny. Dialogi miejscami są tak dziwaczne (swobodna rozmowa między lekarzami o okresie, o włosach pod pachą), że aż nie wierzyłem swoim uszom.

zabicie_swietego_jelenia3

Sama realizacja jest więcej niż porządna, bo kamera tutaj działa bardzo płynnie. Nie brakuje zarówno perspektywy z „oka Boga”, jak i długich kadrów podczas poruszania się bohaterów na korytarzach. Są też momenty, gdzie obiektyw zaczyna się coraz bardziej przybliżać i/lub oddalać. Do tego jeszcze w tle mamy bardzo świdrującą uszy muzykę, wywołującą wręcz surrealistyczny klimat, pełen sprzecznych emocji. Aktorstwo jest tutaj bardzo trudne w ocenie, bo i bohaterowie są bardzo trudni do polubienia. Niby starają się pokazać głębsze emocje, zwłaszcza w postaciach dzieci pod koniec filmu, gdzie ich los jest w nie swoich rękach (zabawa w „kto jest ulubieńcem tatusia”) czy próbującej doszukać się głębiej żony (nadal pięknie wyglądająca Nicole Kidman). Jednak i tak ekran kradnie Keoghan, rozstawiając wszystkich po kątach.

zabicie_swietego_jelenia1

Trudno mi bardzo jednoznacznie ocenić nowe dzieło Lanthimosa, który nadal robi dość hermetyczne, dziwaczne kino. Od tego tytułu odbiłem się niczym samochód podczas zderzenia z ciężarówką. Albo jestem zwyczajnie za głupi, albo reżyser tak odleciał, że zapomniał zabrać mnie za sobą. Zimny, wydumany, przeładowany nieczytelnym drugim dnem oraz kompletnie nieangażujący.

4/10 

Radosław Ostrowski