Władcy Wszechświata

Ileż razy myślano o powrocie najbardziej męskiego mężczyzny od czasów Conana, czyli He-Mana. Stworzony jako zabawka Mattela (taka męska wersja Barbie), a żeby ją lepiej sprzedać zrobiono serial animowany, a potem pełnometrażowe dzieło z bardzo młodym Dolphem Lundgrenem (straszna bida z nędzą), które nie zestarzało się zbyt dobrze. Teraz największy paker z Ethernii powraca w nowej wersji od reżysera Travisa Knighta. Z większym budżetem, większą skalą i… czy to wystarczy?

Bohaterem jest książę Adam (Nicholas Galitzine) – następca tronu wspomnianej Ethernii, gdzie miesza się ze sobą magia i technologia. W centrum znajduje się zamek Posępny Czerep, gdzie przebywa dbająca o porządek Czarodziejka (Morena Baccarin), zaś chłopak mimo treningów pod czujnym okiem Zbrojmistrza Duncana (Idris Elba) nie jest zbyt silny ani twardy. Ale nie to jest najgorsze, lecz atak pragnącego władzy absolutnej Szkieletora (sylwetka CGI, głos Jared Leto) oraz jego prawej ręki, Złoliny (Alison Brie). Na szczęście, udaje się przenieść młodzieńca na Ziemię, ale po drodze gubi Miecz Mocy, przez co nie może wrócić do siebie. 15 lat później Adam (ciągle pamiętając swoje pochodzenie) w końcu odnajduje artefakt, a za nim podążają zarówno sługusy Szkieletora, jak i Teela (Camila Mendes), próbująca mu pomóc.

Jak widać nowi „Władcy wszechświata” mocno inspirują się zarówno „Thorem” (szczególnie częścią pierwszą i trzecią) oraz „Strażnikami Galaktyki”. Z pierwszego bierze otoczkę fabularną – heros trafia do nowego otoczenia, próbując się odnaleźć i wrócić do siebie; z drugiego wizualną estetykę oraz humor. W efekcie dostałem mocno dziwaczne, nierówne pełne paradoksów. Samego animowanego He-Mana pamiętam jak przez mgłę (czyli bardzo słabo), więc nie mogę za bardzo odnieść się do tego jak blisko reżyser i scenarzyści trzymają się pierwowzoru. Za to bez wahania mogę powiedzieć, że jest to kino o wiele bardziej kolorowe, pełne świadomego kiczu oraz kampu. W końcu antagonistą jest chodzący szkielet, mamy nawet płochliwego tygrysa bojowego, bestie czy człowieka z szyją niczym z gumy. O czarodziejce zmieniającej się w ptaka nawet nie wspominam. Chłonie się tą przestrzeń i świat, nawet jeśli wydaje się on miejscami (zbyt) znajomy. Akcja też jest płynna, poprawnie nakręcona, mimo ekranowego chaosu (szczególnie w finale), zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Do tego w tle gra świetna muzyka Daniela Pembertona mieszająca orkiestrę, chór, syntezatory i gitarowe riffy Briana Maya – super mieszanka.

Jednak jest tu parę potknięć. Po pierwsze, całość jest za długa, przez co zdarza się gubić tempo. Szczególnie początek (historia Eternii opowiadana na… randce, która nie kończy się za dobrze) na Ziemi potrafi się wlec. Po drugie, humor bywa nie zawsze trafiony. Najbardziej tutaj błyszczy bardzo teatralny Szkieletor i rzucane przez niego wyzwiska (plus jedna kapitalna scena podczas konfrontacji), za to najsłabiej wypadały „ziemskie” losy Adama (rozmowa z szefową w biurze czy sublokator, co pozuje na cool twardziela, a gdy nikt nie patrzy ogląda „Pamiętnik”) – zamiast śmiechu było zażenowanie, tak jak było zderzenie mentalności Adama ze światem Ethernii. A też i dialogi wydają się czasem napisane bez finezji, jakby zbyt znajomo brzmiące. Szkoda, bo widać było spory potencjał.

Dlatego sytuację muszą ratować aktorzy, a ci są więcej niż dobrzy. Mało mi znany Galitzine wygląda jak nastoletnia wersja Chrisa Hemswortha i wypada cholernie dobrze w roli Adama/He-Mana. Początkowo jest zagubiony czy wręcz pierdołowaty, jednak powoli zaczyna dojrzewać do roli mocarnego wojownika. Jak wywija Mieczem, to nie ma zmiłuj, tak samo jak przy użyciu pięści. Bardzo dobrze radzą sobie wspierający go Camila Mendes (zadziorna i waleczna Teela) oraz Idris Elba (zbrojmistrz Duncan, który z twardego wojownika staje się obdartym pijusem). Jednak największą niespodzianką był dla mnie Jared Leto, który kradnie ekran w roli Szkieletora. Ma kompletnie niepodobny do siebie głos, jest bardzo teatralnym szołmenem, pozostając jednak groźnym przeciwnikiem (finałowa potyczka to majstersztyk i popis umiejętności aktora). Nie sądziłem, że to powiem, ale to najlepsza rola Leto od bardzo dawna.

Nie chce brzmieć jak zgorzkniały tetryk czy stary dziad narzekający, że kiedyś to były filmy, a teraz nie ma. Niemniej muszę przyznać, że „Władcy wszechświata” byli dla mnie lekkim rozczarowaniem. O wiele lepiej wizualnie i technicznie się prezentuje od filmu z 1987 roku, ale ma problemy z tonem oraz tempem, co nie pozwoli pozostać na długo w pamięci. Niemniej Knightowi udaje się dostarczyć całkiem niezłej rozrywki, zaś fani He-Mana mogą dać punkt więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny szok

Wszyscy wiemy jakie są reguły tzw. kina świątecznego. Muszą grać w tle dzwoneczki, dekoracje na choince i prezenty, a ludzie w ten dzień pozwalają sobie na szczerość i dzięki temu rozwiązują swoje życiowe problemy, co trwają miesiące albo lata. Czasami może to wyjść dobrze, mimo pozornego fałszu na papierze. Czy tak jest w przypadku filmu „Świąteczny szok”?

Punkt wyjścia wydaje się niezbyt skomplikowany. Mamy dwie dziewczyny – Abby i Harper – żyją ze sobą od dłuższego czasu. I przychodzi ten moment, że nasze panie chcą wspólnie spędzić święta Bożego Narodzenia. W domu rodzinnym Harper, gdzie ojciec jest politykiem i stara się o urząd burmistrza, zaś matka wszystkie wydarzenia z życia rodziny umieszcza na Instagramie. Do tego jeszcze przyjeżdżają siostry dziewczyny, co troszkę komplikuje sytuację. Ale jest jeszcze jeden poważny problem: Harper nie wyznała swoim rodzicom, że jest lesbijką. Decydują, że będą udawać współlokatorki. Co może pójść nie tak podczas tych paru dni?

Tu się zaczyna cała heca, którą postanowiła pokazać reżyserka Clea DuVall. „Świąteczny szok” miejscami bardzo przypomina farsę, gdzie humor oparty jest na prostych gagach i pomyłkach. Reżyserka wykorzystuje zbliżającą rodzinną uroczystość do przestawienia (bardzo grubą kreską) spojrzenia na rodzinę. Bardzo konserwatywną familię, gdzie liczy się wizerunek. Z powodu tematyki całość mogła iść w stronę depresyjnego, bardzo poważnego dramatu. Bo strach przed „wyjściem z szafy” przed rodzicami w obawie przed brakiem akceptacji to jest sprawa dla wielu bardzo ważna. I czuję, że ten film nie unika tej kwestii, ale jednocześnie nie jest śmiertelnie poważny. Kolejne komplikacje (przybycie najinteligentniejszej córki z dwójką dzieci, była dziewczyna i były chłopak) nie są niczym zaskakującym, ale – co zabrzmi paradoksalnie – jest na tyle sprawnie zrealizowane oraz wyegzekwowane, że nie było miejsca na nudę. Przy wielu miejscach szczerze się zaśmiałem (zwłaszcza przy każdym wejściu przyjaciela Abby oraz najbardziej ignorowanej siostry Harper), nie zabrakło paru poruszających chwil i nad wszystkim wisiała ta atmosfera znana z tego typu filmów.

Nie brakuje tutaj barwnych postaci, które są absolutnie wyraziście zagrane. Kradnący szoł Daniel Levy jako Jack (przyjaciel-gej, jednak nie będący karykaturą) oraz Mary Holland wcielająca się w Jane (neurotyczka z obsesją na punkcie fantasy) są absolutnie cudowni i dodają wiele lekkości. Swoje robi zaskakująca Aubrey Plaza, czyli była dziewczyna Harper, Riley, potrafiąca zelektryzować samą obecnością. To wszystko trzymają jednak na swoich barkach Kristen Stewart oraz Mackenzie Davis, które są przeurocze i ładnie się uzupełnią. Zwłaszcza Davis, tworząca bardzo skonfliktowaną postać, chcącą zarówno akceptacji rodziców, jak i swojej partnerki.

Czy to będzie wielki świąteczny klasyk? Nie sądzę, bo jest bardzo schematyczny oraz przewidywalny, a jednocześnie przeuroczy i pełen frajdy. Wiem, że jest to paradoks, lecz tak właśnie to czuję. I nawet zakończenie nie było w stanie tego zepsuć. Prawdziwy szok.

7/10

Radosław Ostrowski