Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz

Punkt wyjścia wydaje się bardzo prosty: jest Halloween roku 2014. Impreza jak impreza, jest muzyka, przebrania, alkohol, ludzie się poznają i czasami wychodzi z tego coś więcej. Jednym z takich gości jest Noah – niedoszły korposzczurek, pianista grający w knajpie. Właśnie na tej imprezie poznaje Avery, którą uznaje za dziewczynę swoich marzeń i cudownie spędzają noc. Ale trzy lata później dziewczyna zaręcza się z niejakim Ethanem, co u chłopaka – traktowanego jak przyjaciel – wywołuje silny ból. Wydaje się, że tak już zostanie na zawsze, ale czasami los potrafi zaskoczyć. A wszystko dzięki budce do robienia zdjęć, gdzie Noah wrzuca monetę i po dwóch „błyskach” budzi się… trzy lata i dzień wcześniej, czyli przed imprezą. Daje mu to sporą szansę za zmianę wydarzeń, których konsekwencje odczuje za trzy lata.

gdy ja zobaczylem1

Na pierwszy rzut oka to banalna komedia romantyczna z motywem podróży w czasie. Dodatkowo główną rolę gra wywołujący głównie irytację Adam Divine, z którym nie miałem wcześniej do czynienia. Sam punkt wyjścia, czyli wariacja na temat „Dnia świstaka” oraz podróży w czasie sama w sobie jest interesująca. I choć wydaje się to wszystko brzmieć dziwnie znajomo, sam efekt okazuje się całkiem znośny. Wynikać to może z faktu, że reżyser tak kombinuje, by klasyczne motywy z gatunku (frajer zakochany w superlasce, muzyka jazzowa, wehikuł czasu, impreza), ale także próbuje unikać typowych szablonów w rodzaju pogoni za miłością czy wygraną protagonisty. Mimo repetycji paru scen, nie czułem zbyt wielkiego znużenia. Choć jest kilku głupawych scen i banalnych gagów (Noah próbujący grać na fortepianie w jednej z wersji wydarzeń czy wspólny bieg), to udaje jest kilka zabawnych sytuacji oraz miejscami troszkę gorzka refleksja.

gdy ja zobaczylem2

Samo zakończenie filmu przypomniało mi sytuację związaną z postacią Jacka Skeletona z „Miasteczka Halloween”. I tak jak Jack chciał zostać św. Mikołajem, co zakończyło się katastrofalnie, tak samo Noah za wszelką cenę chce zdobyć dziewczynę. Nawet kiedy mu się udaje (przy okazji mając wypasiony dom oraz kupę forsy jako vice prezes), to jednak efekt jest bardzo rozczarowujący. Mając pozornie szczęśliwy związek, sukces okazuje się pozorny. Nie czuć tak naprawdę tej chemii, która wydawała się być na pierwszej randce, zaś ona czuje się nieszczęśliwa w związku z korposzczurem. Wnioski i przesłanie wydają się jasne, że nie wszystko, co wydaje nam się źródłem szczęścia, ma cokolwiek ze szczęściem wspólnego. A szczęście może być bliżej niż nam się to wydaje.

gdy ja zobaczylem3

Zagrane jest to naprawdę nieźle, mimo niezbyt dobrego scenariusza. Pozytywnie zaskoczył mnie Adam Divine jako mocno zafiksowany Noah, który nawet granie mimiką wykonuje bardzo porządnie. Budzi sympatię od początku, nawet kiedy zmienia swój charakter, licząc na zwiększenie szans. Drugi plan ewidentnie kradnie Shelley Henning jako fotografka Carrie, która jest bardziej do rany przyłóż niż się wydaje na pierwszy rzut oka oraz Andrew Bachelor w roli przyjaciela Maxa. Zaś obiekt obsesji naszego bohatera i jej partner (Alexandra Daddario & Robbie Amell) nie mają tu zbyt wiele do roboty, stając się tylko tłem dla wydarzeń.

No i mam pewien z tym filmem. „Gdy spotkaliśmy się…” ma obiecujący punkt wyjścia, sympatycznych aktorów oraz troszkę łopatą wrzucony morał. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że był tutaj potencjał na coś bardziej ciekawszego i szalonego. A tak wyszedł średniaczek.

5/10

Radosław Ostrowski

Do wszystkich chłopców, których kochałam

Z Netflixem to bywa różnie, bo ich biblioteka jest niczym pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, na co można trafić. Przynajmniej tak twierdził pewien klasyk. I choć ten streamingowy gigant działa od kilku lat, pojawiło się parę wartych uwagi tytułów (głównie seriale) oraz kilka filmów mający potencjał zapisać się złotymi zgłoskami. Jest też taki młodzieżowy romans, który wśród swoich odbiorców wywołał ogromny ferment.

do wszystkich chlopakow1-1

Sam punkt filmu opartego na powieści Jenny Han wydaje się bardzo prosty. Bohaterką (i narratorką) jest 16-letnia Lara Jean Covey, która – no cóż – to taka klasyczna szara myszka, żyjąca w swoim świecie. Jest średnią siostrą z rodzeństwa, bo starsza wyrusza na studia, a młodsza jeszcze chodzi do podstawówki, zaś całym rodzeństwem zajmuje się ojciec-ginekolog. Nastolatka ma pewien problem z wyrażaniem swoich uczuć i emocji, zwłaszcza dla przedstawicieli płci brzydszej. By sobie z tym poradzić, nasza romantyczka pisze do nich listy, nie wysyłając ich. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, iż ta ukryta korespondencja… znika bez śladu. I to wywołuje poważne komplikacje, doprowadzając do perturbacji w życiu uczuciowym. Żeby uniknąć potencjalnych ataków, dziewczyna decyduje się na oszustwo w postaci udawania bycia w związku. Wspólnikiem w zbrodni staje się bardzo popularny sportowiec Peter Kavinsky, którego rzuciła dziewczyna i w ten sposób widzi szansę na odzyskanie jej. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować.

do wszystkich chlopakow1-2

„Do wszystkich chłopców…” idzie torami oraz schematami bardzo znajomymi. Już sam początek wydaje się kiczowaty jak z jakiegoś romansidła, jednak zostaje to przełamane (okazuje się, że nasza bohaterka czytała książkę i zostało to zwizualizowane). Udaje się reżyserce bardzo balansować między poważnymi „dramatami” wieku nastoletniego i przełamuje to humorystycznym akcentem. Zaskoczeń nie ma, bo i przeszkody są znajome (była dziewczyna o imieniu Gen, trzymanie wszystkiego w tajemnicy, chłopak siostry – jeden z adresatów), jak i przebieg historii jest dość oczywisty.

do wszystkich chlopakow1-3

Więc jak wzbudzić sympatię podczas seansu? Nakreślić bohaterów, których da się polubić i zbudować wiarygodne relacje między nimi. Widać tutaj silną więź Lary z siostrami, choć ta najstarsza znika dość szybko. Taki jest też ojciec, który próbuje sobie radzić z wychowaniem córek i czasem potrafi strzelić gafę (scena rozmowy z Larą w samochodzie przed wyjazdem). Dla mnie jednak film kradła najmłodsza siostra, zdolna do złośliwego komentarza. Także sama relacja między wycofaną Larą a pewnym siebie Peterem ma w sobie wiele uroku, zaś zderzenie tych charakterów daje kilka zabawnych dialogów. I wizualnie wygląda to po prostu ładnie, z ciepłymi, lekko pastelowymi kolorami jest bardzo przyjemne dla oka.

Zagrane jest to porządnie, bez poczucia żenady i irytacji, a mało znani aktorzy mają szansę na wykazanie się. Trudno tu kogokolwiek wyróżnić, a każda z postaci ma swoje pięć minut. A jak sam film? To niezłe kino, które będzie idealnie pasować do swoich adresatów. Choć okres nastolatkiem mam już dawno za sobą, to całkiem przyjemnie spędziłem czas przy tym tytule.

6,5/10

Radosław Ostrowski