Street Fighter. Uliczny wojownik

Filmowe adaptacje gier komputerowych nie należą do łatwych zadań i – w najlepszym wypadku – są oceniane jako niezłe. Chyba, że mówimy o serialowych adaptacjach. Są pewne wyjątki jak animowany „Super Mario Bros. Movie”, ale jest ich bardzo mało. Czy do tego wąskiego grona dołączy najnowsza adaptacja „Street Fightera”?

Nie jest to pierwsze podejście do tej serii bijatyk od japońskiego studia Capcom, jednak nie należały one do zbyt udanych. Film z 1994 roku z Jean-Claudem van Damme’m miał skróconą pre-produkcję, a gwiazdor był w toksycznej relacji z kokainą, zaś „Legenda Chun-Li” od Andrzeja Bartkowiaka… im mniej o niej, tym lepiej. Teraz pojawia się nowa inkarnacja „Ulicznego wojownika”, przy której palce maczał reżyser współpracujący z kontrowersyjnym komikiem Erikiem Andre. Sam nie miałem styczności z serią, która jednoznacznie kojarzy się z konsolami, nie będącymi (przynajmniej w peaku cyklu) zbyt popularnymi w kraju zdominowanym przez PC-ty. Więc nie powiem wam jak blisko się trzyma gier nowy film.

Sama historia skupia się na dwóch „braciach” – Ryu (Andrew Koji) oraz Kena (Noeh Centineo). Obaj byli uczniami mistrza Goukena (Don Lee), będącego takim odpowiednikiem mistrza Yody, co dbał o to, by nie przeszli obaj na ciemną stronę (Hado). Bo wtedy pojawi się demoniczna bestia zwana Akumą, której moc jest niepowstrzymana, a została obudzona podczas Wielkiego Turnieju w 1987. Od tamtej pory drogi obydwu wojowników się rozeszły – Ken stał się celebrytą, zaś Ryu zniknął z życia. Po sześciu latach dyktator M. Bison (David Dastmalchian) organizuje drugi turniej w swojej ojczyźnie i obaj panowie stają do walki. Jednak jest to tylko zasłona dymna.

Nowy „Street Fighter” to pomieszanie z poplątaniem, zarówno pod względem tonalnym, jak i gatunkowym. Z jednej strony jest mamy w centrum turniej, gdzie walczy ze sobą zbieranina ekscentrycznych i nieprzeciętnych osobowości jak bokser Balrog (raper 50 Cent), giętki i gibki mistrz Dhalsim (Vidyut Jammwal), przypakowany Zangief (Olivier Richters) czy posiadający dziwaczną fryzurę żołdak Guile (Cody Rhodes). Z drugiej jednak największe skupienie jest na Ryu oraz Kenie – pierwszy to siła spokoju, skrywająca mrok a drugi to wątpiący w swojej umiejętności facet z parciem na szkło. A jeszcze w tle mamy żądnego władzy i mocy Bisona, ustawiającego całą rozgrywkę. Dzieje się sporo, wszystko polane mocno absurdalnym sosem oraz klimatem lat 90., z dialogami mieszającymi poważne i „głębokie” refleksje znanego z filmów boksersko-sportowych oraz żartami. Najbardziej jednak wybijają się retrospekcje, pełniące funkcję ekspozycyjnego worka i zrobione w formie… anime, niemal żywcem zrobionego z lat 80 i 90. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie same walki, które są absolutnie szalone oraz naginające prawa fizyki. Efekciarskie to jest jak diabli, wściekle zmontowane, slow-motion, wystrzeliwane kule mocy (Hadouken) i inne cuda wianki.

Aczkolwiek mam dwa poważniejsze zarzuty. Po pierwsze, humor jest nierówny i obok perełek (pierwsze spotkanie Kena i Ryu w hotelowym pokoju, zakończone pokraczną bójka) są momenty żenady (niemal wszystko z udziałem Erica Andre jako prezentera wiadomości, który zostaje sędzią i ma fetysz na punkcie stóp). A także czasem bywa zbyt poważnie, co jest kwestią stylu. Po drugie, zakończenie, a tak naprawdę jego brak. Bo całość urywa się w najciekawszym momencie, nęcąc i licząc na sequel. Czy powstanie? Ciężko mi powiedzieć.

Sama obsada to pokręcona i dziwaczna mieszanka komików, zawodowych wrestlerów i fighterów oraz aktorów charakterystycznych. Najbardziej wybijają się fantastyczni Noah Centineo oraz Andrew Koji, czyli będący sercem Ken i Ryu. Pierwszy jest bardzo niepewnym siebie zawodnikiem z wielkim ego, jeszcze większym parciem na szkło oraz potrzebą udowodnienia swojej wartości; drugi jest wyciszonym, przesiąkniętym mrokiem człowiekiem z tajemnicą. Obaj się świetnie uzupełniają, tworząc jeden z ciekawszych duetów. Warto też wyróżnić absolutnie świetną Caillanę Lang (Chun-Li) oraz nietypowo obsadzonego Davida Dastmalchiana (dyktator M. Bison – mniej przerysowany i karykaturalny, za to odpowiednio budzący grozę), a także wyrazistego epizodu Jasona Momoę (zielonkawa bestia Blanka). Widać, że tu wszyscy mieli masę frajdę i nie ma tutaj w zasadzie słabego czy nietrafionego występu.

Nie sądziłem, że to powiem, ale nowy „Street Fighter” jest o wiele lepszą egranizacją niż dwie ostatnie części „Mortal Kombat” razem wzięte. Nie wszystkim spodoba się ta mieszanka powagi, zgrywy i kompletnie przegiętego mordobicia, jednak potrzebowałem takiego miksu. Jestem pewny, że za kilka to będzie film o statusie kultowym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Boy Kills World

Trzeba się naprawdę dzisiaj postarać, żeby zrobić beznadziejny czy słaby film akcji. Choć z drugiej strony zawieszono wysoko poprzeczkę dzięki pewnemu zabijace o imieniu John i nazwisku Wick, a także krwawej rzeźni z Indonezji. Niemniej ciągle pojawia się kolejna armia śmiałków chcących robi filmy akcji ze względnie umiarkowanym budżetem. Jak niemiecki debiutant Moritz Mohr, który w 2023 wystrzelił z „Boy Kills World”.

Akcja filmu dzieje w wielkomiejskiej dystopii, gdzie od kilkunastu lat rządzi rodzina Van Der Koy (sądząc po zapisie, to są chyba Holendrzy). Ci rządzą za pomocą terroru i od lat umieszczają co roku swoich wrogów do Uboju – programu telewizyjnego, gdzie 12 uczestników jest zabijanych przez bandę przebierańców. Czyli takie porąbane „Igrzyska śmierci”. Reszta jest rozstrzeliwana lub wieszana. Jednym z tych, co mieli zginąć jest chłopak, który był świadkiem śmierci swojej rodziny. Pozbawiono go języka i słuchu, a miał zostać powieszony, niemniej został uratowany przez ukrywającego się Szamana (Yayan Ruhian) – raczej nie tego z hitu Palucha. Ten go trenuje i szkoli, by mógł się zemścić. Aż w końcu przychodzi dzień zapłaty.

Sama historia brzmi niczym kolejne kino zemsty, których widziało się setki albo i nawet tysiące razy. Ten na pierwszy rzut oka czerpie z dystopijnych opowieści o brutalnych, opresyjnych dyktaturach. Bliżej jednak tutaj jest do pulpowego komiksu albo gry komputerowej, gdzie nasz bohater staje w kolejnej arenie/lokacji i mierzy się z kolejnym członkiem rodziny/bossem. Wszystko z bardzo szybko pędzącą kamerą na złamanie karku (niczym choćby w koreańskim „Carterze” czy serii „Kingsman”) z krótkimi momentami slow-motion, odrobiną bardzo smolistego poczucia humoru oraz… komputerowo wygenerowaną krwią, która wygląda bardzo sztucznie. Do tego jeszcze dostajemy wmieszane do tego retrospekcje z życia niemego Chłopaka (świetny Bill Skarsgard), którego nawiedza… zjawa jego młodszej siostry, która jeszcze komplikuje sprawę. Sama choreografia jest imponująca, kreatywna oraz dzika.

„Boy Kills World” ma w sobie także sporą dawkę humoru, który dają dwa elementy. Pierwszym jest nasz protagonista, który – choć nie mówi – posiada wewnętrzny głos samego H. Jona Benjamina, czyli agenta Archera z kultowego serialu animowanego dla dorosłych. Ten świetnie pokazuje jego zagubienie i dezorientację (bo i czytanie z ruchu ust nie zawsze mu się udaje), mimo ciągłego powtarzania jakim on jest instrumentem do siania mordu. Drugim jest bardzo wyrazista galeria głównych złoli, którzy są tak przerysowani, przegięci i groteskowi: szołmeński cykor Glen (niezawodny Sharlto Copley), zimna specjalistka od reklamy Melanie (wręcz przerażająca Michelle Dockery), niespełniony artysta-pisarz Gideon (najlepszy z obsady Brett Gelman) oraz paranoiczno-psychopatyczna Hilda (solidna Famke Janssen). Jeszcze mamy tu pokręconą dwójkę bojowników ruchu oporu w postaci dziwnie gadającego Benny’ego (Isaiah Mustafa) oraz cwanego Basho (Andrew Koji), którzy parę razy kradną ekran. A jak radzi sobie sam Skarsgard? To zdecydowanie bardzo fizyczna rola, gdzie jest dużo biegania, skakania oraz walenia wszystkimi kończynami. Jednocześnie wiele pokazują jego bardzo wyłupiaste oczy, zaś w scenach walki wypada bardzo przekonująco.

Chyba nadal jestem ciągle spragniony takiej bezpretensjonalnej rozwałki, pełnej groteskowej i krwawej przemocy. Debiutant Mohr odpowiednio balansuje między technicznym efekciarstwem, przerysowaniem, ostrym humorem a zadziwiającą głębią psychologiczną. To nie powinno działać, a jednak efekt zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski