Tytuł ma w sobie tak silną moc, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Potrafi zachęcić, zniechęcić, wystraszyć, zaintrygować albo naprowadzać na pewne tropy. Kiedy powiedziałem siostrze, że idę na film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” zapytała mnie: „Czy to horror?”. I trudno się dziwić, skoro mamy duchy nasuwa się pewne oczywiste skojarzenia. Jednak debiut Emi Buchwald jest czymś zupełnie innym.

Historia toczy się w mieście leżącym gdzieś między Pruszkowem a Wołominem i skupia się wokół czwórki rodzeństwa. Jana (Karolina Rzepa) jest najstarsza i próbuje swoich sił jako artystka. Właśnie dostała szansę na stworzenie swojej wystawy. Młodsza siostra Nastka (Izabella Dudziak) oraz brat bliźniak Franek (Tymoteusz Rożynek znany bardziej jako raper Szczyl) są kompletnie różni. Ona studiuje psychologię i spotyka się z niejakim Stachem (Piotr Napierała), zaś on bawi się w muzykę, poznaje dziewczynę oraz… zaczyna dilować. Po drodze jeszcze wyrzucił z domu najmłodszego brata, znerwicowanego Benka (Bartłomiej Deklawa), z którym kiedyś był mocno zżyty.

Reżyserka tworzy bardzo specyficzny film, który jest bardzo kameralny i wyciszony, a konstrukcją przypomina zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Pojawiają się śródtytuły, niejako zapowiadające co się wydarzy. Ale jeśli ktoś spodziewa się pełnego ekspresji czy mocnych scen, granych na wysokim C (z krzykami, retrospekcjami oraz ekspozycją), nie znajdziecie tu zbyt wiele. Fabuła jest skromna i szczątkowa, gdzie wiele rzeczy pozostaje niewytłumaczonych – jak choćby jakie traumy ich naznaczyły – co może dla wielu być frustrujące. Zamiast tego przyglądamy się naszej czwórce młodych dorosłych, próbujących sobie poradzić i odnaleźć w rzeczywistości. Próbując jednocześnie zachować rodzinne więzi i żyć samodzielnie, co próbuje robić Franek („przestać myśleć o sobie w liczbie mnogiej”), jednak reszta przez to cierpi.

Choć ta migawkowo-epizodyczna struktura może wielu odrzucić nadmiarem niejasności, to jednak mnie złapało. Naturalnie napisane i oszczędne dialogi pozwoliły mnie wejść w ten bardzo intymny portret. Niektórzy złośliwcy powiedzieliby, że to portret hipsterskiej „warszawki” albo „cierpienia młodego Warszawiaka”. Ludzi, których – jakimś cudem – stać na duże mieszkanie na Dobrej (czyli na Powiślu), choć raczej nie z wykonywanej pracy. Niemniej jest w „Duchach” coś tak poruszającego, że pozwala zanurzyć się w powolnej atmosferze. Włącznie z bardzo satysfakcjonującym zakończeniem, wręcz ostatnim kadrem.

Buchwald bardzo dobrze sobie radzi w warstwie technicznej. Nawet jeśli stylistycznie bliżej jest filmowi dokumentalnemu (choć nie ma tu ujęć z ręki), to jednak jest tu parę zapadających w pamięć obrazów. Świetny początek w jednym ujęciu, gdzie krążymy po pustym domostwie, ale słyszymy dźwięki opisujące dawne wydarzenia (szepty, bieganina, otwierane drzwi czy przygotowanie posiłku w kuchni), sensacyjny pościg samochodowo-pieszy trójki rodzeństwa za bratem-dilerem z dramatycznym finałem czy Benek szepczący podczas urodzin do „Serca” Syberii TDW. Takich momentów jest więcej, ale te wyżej wspomniane zapadły mi mocno w pamięć. Co też jest zasługa fantastycznego kwartetu pierwszoplanowego, składająca się z mało rozpoznawalnych aktorów: Rzepa (silna i niejako „matkująca” Jana), Dudziak (neurotyczna Nastka), Rożynek (najbardziej pogubiony Franek) oraz – najbardziej angażujący mnie – Deklawa (wycofany, niemal apatyczny Benek). Chemia między nimi jest naturalna, bardzo oszczędne aktorstwo nie wywołuje sztuczności, a każde z nich tworzy bardzo wyraziste postacie.

Nie widziałem tak szczerego portretu młodych ludzi od czasu „Chleba i soli” Damiana Kocura i „Ostatniego komersu” Davida Nickela, ale Emi Buchwald tutaj lawiruje między realizmem a oniryzmem. Wiele osób odrzuci ta epizodyczna narracja, ale jest w tym filmie coś tak nawiedzonego, że nie pozwoli zapomnieć o sobie na długi czas. Aż boję się myśleć, jakie będą kolejne filmy tej obiecującej, młodej reżyserki.
8/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski






















