Biały Kieł

Było wiele adaptacji powieści Jacka Londona o mieszańcu psa i wilka, który żył w dzikich lasach. W 2018 roku sprawę postanowili ugryźć Francuzi, co samo w sobie nie jest dziwne. Ale że postanowili to zrobić w formie animacji – ŻE CO? Ci goście zawsze muszą wszystko komplikować, prawda?

W dużym skrócie twórcy zastosowali technikę motion capture do pokazania ludzi, a sama historia została złagodzona. Chyba po to, by móc pokazać ją młodszym widzom. Dlatego bardziej brutalne sceny są albo nie pokazywane wprost (starcie matki wilka z rysiem czy tresura za pomocą laski i bicia), albo nie pokazuje się krwi. Czy to osłabia ładunek emocjonalny? Tutaj mam pewien problem, bo powieści nie czytałem (nigdy nie miałem z nią styczności). Z drugiej jednak strony film powinien stać na własnych nogach, bez znajomości materiału źródłowego.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, bierze udział w nielegalnych walkach psów. Tym razem zamiast jednego walczy z dwoma naraz, co kończy się dla niego poważnymi obrażeniami. Walka zostaje przerwana przez pojawienie się szeryfa Wheedona Scotta. A potem poznajemy historię naszego mieszańca. Poniekąd to pokazana z perspektywy zwierzęta historia inicjacyjna. Widzimy naszego zwierzaczka, gdy jeszcze razem z matką odkrywa uroki puszczy i początkowo trafia do Indian. Ich wódz poznaje w matce jednego ze swoich, przez co oboje trafiają jako psy zaprzęgowe. To jednak tylko kolejny etap jego wędrówki.

Opowieść o Białym Kle mogła być szansą na pokazanie zarówno okrucieństwa i piękna natury zderzonego z równie nieprzyjaznym światem ludzi. Ludzi napędzanych przez chciwość spowodowaną gorączką złota, ale także potrafiących traktować tą nieznaną stronę z szacunkiem. ALE ponieważ jest to animacja skierowana dla dzieci wiele mrocznych kwestii zostało ledwo zasugerowanych, liźniętych albo kompletnie porzucono. Nie chcę używać słowa zinfantylizowano, ale miałem wrażenie jakby czegoś tu brakowało.

Zdecydowanie wyróżnia się animacja, bardziej wyglądająca ręczną kreskę, przez co może początkowo wydawać się dziwna. Postacie ludzkie (zwłaszcza te złe) są pokazane w sposób groteskowy, wręcz przejaskrawiony, próbujący (być może na wyrost) imitować styl Ghibli na europejski styl. Same ujęcia przyrody wyglądają najlepiej i mają momenty zapierające dech. Gdy jeszcze dodamy do tego etniczną muzykę, całość może być bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Więc czy warto polecić francuskiego „Białego Kła”? Oto jest zagwozdka, bo sam jestem bardzo zmieszany. Skierowanie i zaadaptowanie tak trudnego materiału dla dzieci było zadaniem karkołomnym, a jednak tego się podjęto. Wygląda to nieźle, choć czuć podjęte kompromisy i uproszczenia, które dzieciom raczej nie powinny przeszkadzać. Fani książki mogą jednak czuć się rozczarowani, więc tutaj decyzję każdy podejmuje sam.

6/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Wschód Ziemi

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące pierwszej serii – „Oblężenia”

Akcja „Wschodu Ziemi”, czyli drugiego sezonu „Wojny o Cybertron” kontynuuje historię konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Optimusowi udaje się wysłać Wszechiskrę przez Kosmiczny Most poza macierzystą planetę. W konsekwencji Cybertron traci swoją energię, doprowadzając to miejsce na skraj zagłady. Arka z załogą pod wodzą Prime’a wskutek eksplozji mostu gubi źródło życia i rusza w poszukiwaniu Wszechiskry. W tym samym czasie niedobitki Autobotów pod wodzą Elity-1 odbijają uwięzionych towarzyszy i odkrywają, że Megatron coś kombinuje.

Twórcy idą dalej ścieżką wyznaczoną przez „Oblężenie”, czyli dodaje głębi bohaterom (także drugoplanowym) i utrzymuje w odcieniach szarości. Nadal jest to sześć odcinków po około 25 minut oraz utrzymane w stylistyce anime, a czas mija jak z bicza strzelił. Jednocześnie dzięki wyjściu poza Cybertron coraz bardziej poznajemy ten świat. Bo jest zarówno grupa najemników, rasa panów z wieloma głowami, pojawiają się retrospekcje (Megatron jako wojownik na arenie) i nowe postacie.

Znowu można odnieść wrażenie, że dzieje się tu bardzo dużo w tak krótkim czasie. Niemniej „Wschód Ziemi” cały czas trzyma w napięciu, zaś dwutorowość narracji działa tu na korzyść. Jest parę absolutnie świetnych scen akcji, z których najbardziej imponująca jest próba wysadzenia stacji kosmicznej uwięzionej w Kosmicznym Moście. I jeszcze próba zabicia znajdujące się robota o kształcie… skorpiona, na którego pociski nie robią żadnego wrażenia. Ale najważniejszy jest tutaj odcinek piąty, gdzie ekipa Prime’a oraz ścigających ich Megatron trafiają do Martwego Wszechświata. Nie tylko sama pustka robi piorunujące wrażenie, ale to przełomowy moment dla obu liderów. Obaj trafiają na przebywających tu mentorów, którzy pozwalają wyzwolić najlepsze z nich (lub w przypadku Megatrona najgorsze), przez co brutalny finał działa jeszcze mocniej. I oczywiście, że kończy się to mocnym cliffhangerem, zapowiadając mocne zwieńczenie trylogii.

Już się przyzwyczaiłem do nowych głosów i tego animowanego stylu, zaś dialogi (nadal miejscami ociekające patosem) pasują do tego świata. „Wschód Ziemi” rozwija i utrzymuje poziom poprzednika, co tylko mój apetyt na część trzecią – „Królestwo”. A podobno Netflix marnuje znane franczyzy i rozmienia na drobne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Oblężenie

Netflix uderzał tyloma serialami oraz zdobytymi markami, że ciężko wręcz za tym nadążyć. „Seria niefortunnych zdarzeń”, „Ciemny kryształ”, „Castlevania”, „League of Legends” – żeby wymienić tylko kilka z nich. Ale trzy lata temu pojawiła się serialowa trylogia oparta na… Transformersach. A dokładniej na wojnie na Cybertronie, czyli gdzie żadne filmy live action nie skupiały pełnej uwagi.

Pierwszy sezon – „Oblężenie” niejako rzuca nas w sam środek konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Walka już trwa, zaś planeta przypomina coraz bardziej zgliszcza. Drogi Optimusa Prime’a i Megatrona, którzy wiele lat temu wspólnie walczyli z tyranią rozeszły się. Teraz ten drugi wydaje się dominującą siłą, zaś Prime desperacko próbuje znaleźć sposób na wygraną. Jego siły są coraz słabsze, ale wszystko się zmienia przez jeden cenny przedmiot – Wszechiskra (Allspark). To źródło energii Cybertronu, bez którego cała planeta wyginie. Megatron chce użyć jej mocy do wyczyszczenia Autobotów, Optimus Prime – wystrzelić poza planetę, co może doprowadzić do niemal zagłady planety i wszystkiego, co się znajduje.

Pozornie to tylko sześć odcinków po nieco ponad 20 minut, więc raczej nie ma zbyt wiele czasu na poznanie całego świata, bohaterów itp. A jednak twórcy tego anime w krótkich zdaniach budują podwaliny pod ten świat. Jak doszło do rozłamu, jak bardzo różnią się (i są jednocześnie podobni) przywódcy i gdzie wielu wojowników czuje zmęczenie, inni mają to wszystko gdzieś (Bumblebee), a inni zmieniają strony. Niemniej wszystko jest jasno poprowadzone, mimo natłoku wątków i postaci oraz ograniczonego budżetu. Sama planeta wydaje się się opustoszała, pozbawiona życia i wyniszczona przez wojnę, co buduje depresyjny klimat oraz poczucie ciągłego zagrożenia.

Zaskoczyło mnie jak cała ta historia wciąga od samego początku. Nawet jak pojawiają się chwile przestoju, nie trwają zbyt długo, pomagając w zarysowaniu charakterów i dodając o wiele większej głębi niż się można było spodziewać. Choćby sami liderzy obu stron, którzy nie są jednowymiarowymi jednostkami z góry podzielonymi na tego dobrego (Optimus Prime) i złego (Megadron). Obaj wierzą w swoje racje, są uparci wręcz do granicy szaleństwa i do pewnego stopnia zaślepieni swoimi racjami, bez jakiejkolwiek szansy na porozumienie. Tak, Prime’a też to dotyczy, gdzie nawet jego towarzysze (Elita) powątpiewają w jego zdrowy rozsądek, a nawet jak Ultra Magnus poddają się.

Sama animacja jest więcej niż przyzwoita, gdzie tło jest dwuwymiarowe, zaś nasze roboty to trójwymiarowe postacie. Poruszają się trochę wolniej niczym mechy z „Pacific Rim”, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do irytującego dźwięku, gdy roboty zamieniały się w maszyny. Jeszcze bardziej zaskakujący jest brak znanych aktorów głosowych, którzy kojarzeni są z serią Transformers. Niemniej ich zmiennicy poradzili sobie naprawdę dobrze, czego chyba nikt się nie spodziewał. Trudno mi wskazać jednak faworyta w tym składzie, bo każdy dźwiga swoją postać i jest łatwy do rozróżnienia.

Pierwsza część serialowej „Wojny o Cybertron” jest świetnym wprowadzeniem w świat mechów zmieniających się w pojazdy. I to zarówno dla fanów serii, jak też dla osób nie mających styczności z zabawkami, poprzednimi filmami czy komiksami. Ja już nie mogę się doczekać kolejnych części tego cyklu.

8/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 2

Przy drugiej serii odcinkowych przygód Kajka i Kokosza twórcy chyba się bardziej postarali. I nie chodzi tylko o lepszą jakość animacji czy większą ilość odcinków (tym razem 9 zamiast 5), ale też same opowieści są o wiele różnorodniejsze.

Bo problemem już nie są tylko zbójcerze Hegemona, choć ten ma parę niezłych pomysłów w rodzaju infiltracji Mirmiłowa. Twórcy rozszerzają ten świat, co jest dużą zaletą. Trafiamy na urlop do leczniczej wyspy, gdzie pewien wielki kapłan planuje stworzyć własną armię, a to pewna nastoletnia księżniczka chce na urodziny smoka i próbuje wykraść Milusia, Mirmił chce opanować sztukę latania, wreszcie nasi wojowie zostaną oskarżeni przez Dziada Borowego o ścięcie drzew. Jedna historia związana z wypoczynkiem na wyspie jest rozbita na dwie części, ale reszta pozostaje luźno powiązanymi epizodami.

Sama animacja wydaje się jakby trochę lepsza i bardziej płynna, zaś same historie mniej nudzą. Już pierwsza, gdzie nasi wojowie w ramach kary za niezapłacenie posiłku muszą sprawdzić gród, gdzie straszy jest bardzo zgrabnie poprowadzony. I jeszcze ta mgła w samym grodzie buduje klimacik. Nawet powtarzalne gagi (rozrabiający Miluś, przez którego nasi wojowie pakują się w poważne tarapaty) potrafią rozbawić. Czy to kiedy podczas Dnia Śmiechały wszyscy robią sobie kawały – ten odcinek to czyste złoto; czy jak Kajko, Kokosz i Miluś zostają wygnani, próbując sobie radzić w dziczy (co kończy się częstym suszeniem gaci przez równie częste wpadanie do wody). Albo metody lecznicze w wypoczynkowym ośrodku. O tym jak ludzie Hegemona dostają łupnia nawet nie wspomnę. Aczkolwiek to nadal jest produkcja raczej dla młodszego widza.

Dubbing znowu błyszczy, zaś nowe głosy (m. in. Andrzej Seweryn, Krystyna Janda czy Jerzy Stuhr) dopełniają tej niezwykłej przygodzie. Dźwiękowo też wszystko gra i trąbi, bez problemów rozumiałem każdy wypowiadany dialog. I nawet jest parę odniesień do współczesności oraz popkultury (ze słynnym rumakowaniem), co też jest miłym urozmaiceniem.

Dla mnie drugi sezon „Kajka i Kokosza” rozwija ten świat, przez co jest o wiele bardziej urozmaicony. Jest o wiele zabawniej, zgrabniej napisane i ogląda się z wielką przyjemnością. Wielka szkoda, że więcej odcinków nie dostaniemy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 1

Powiem jedną rzecz, by nie było wątpliwości: nigdy nie czytałem komiksów Janusza Christy. Moja styczność z „Kajkiem i Kokoszem” ograniczyła się do gry komputerowej, jeszcze z czasów Amigi. Czyli bardzo dawno temu. W 2021 premierę miał pierwszy sezon animowanego serialu od Netflixa oparty na komiksach. Na papierze brzmiało to dobrze: za scenariusz odpowiadali twórcy komiksowi Rafał Skarżycki („Jeż Jerzy”) i Maciej Kur („Kajko i Kokosz – Nowe przygody”), wśród reżyserów był m. in. Michał „Śledziu” Śledziński (autor komiksu „Osiedle Swoboda”), zaś za projekty postaci odpowiada Sławomir Kiełbus, naznaczony przez samego Christę na swojego następcę. Co mogło pójść nie tak?

Sama historia jest bardzo prościutka i przypomina losy pewnych dwóch dzielnych Galów. Jest sobie gród Mirmiłowo, kierowany przez kasztelana Mirmiła. Broni go dwóch przyjaciół oraz dzielnych wojów, czyli Kajko i Kokosz. Jak w cyklu duetu Gościnny/Uderzo pierwszy jest niskim spryciarzem, drugi potężnym osiłkiem. A kto atakuje Mirmiłowo – zbójcerze z pobliskiej warowni pod wodzą Hegemona. Ten szuka wszelkich sposób na wykurzenie mieszkańców grodu.

Pierwsza seria ma raptem pięć odcinków po niecałe 15 minut, więc są bardzo króciutkie. W zasadzie to są miniaturki, w zasadzie nie powiązane ze sobą fabularnie. Niemniej schemat jest podobny: Hegemon chce zdobyć gród, ma plan (lub podrzuca mu go Kapral) i kiedy robi się nerwowo, dochodzi do przewrotki, a zbójcerze dostają łupnia. Postacie w zasadzie są zarysowane bardzo prostą kreską (dosłownie), która może i podobna do komiksów, jednak jest bardzo uproszczona. Nie jest to może poziom czegoś, co by wyglądało jak przeglądarka, ale nieco tylko lepiej. Sam tytuł ewidentnie skierowany jest do młodego widza, co widać w humorze (lekko slapstickowym), postaci smoka Milusia czy przekomarzaniach naszych wojów. Nie wspominając o niektórych tekstach zbójcerzy, z których najbardziej błyszczy Kapral i Oferma. Bo Hegemon jest poza kategorią.

Dźwięk też wypada tu bardzo dobrze, zwłaszcza skoczna muzyka w „słowiańskim” duchu. Dubbing też wypada naprawdę dobrze, co jest zasługą reżyserki Anny Apostolakis, która także użyczyła głosu Lubawie. I udało się zebrać wybornych aktorów, ze zgrabnym duetem Artur Pontek/Michał Piela na czele w rolach tytułowych. Jak zawsze poziom trzymają weterani, czyli Jarosław Boberek (kasztelan Mirmił), Grzegorz Pawlak (Hegemon) czy Jacek Kopczyński (Kapral). Ale dla mnie niespodzianką była Agata Kulesza (wiedźma Jaga), którą bardzo trudno rozpoznać oraz przeuroczy Jan Aleksandrowicz-Krasko (zbój Łamignat).

Jednak czy osoba nie mająca kontaktu z materiałem źródłowym jest w stanie dobrze się tu bawić? Jeśli spodziewacie się czegoś na poziomie Asterixa (także tych ostatnich animacji), „Kajko i Kokosz” nie ma startu. Ale to w sumie bardzo sympatyczna produkcja, zrobiona z pasją i sercem. Niemniej technikalia i użyte oprogramowanie ciągną ten tytuł w dół. To jednak tylko pięć odcinków, więc czas nie będzie raczej stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morska bestia

Netflix ostatnimi czasy coraz bardziej próbuje tworzyć jakościowe filmy. Częściej jednak udaje się osiągnąć sukcesy przy filmach dokumentalnych oraz animacjach. Nie inaczej jest w przypadku „Morskiej bestii”, choć całość może wydawać się zbyt znajoma.

Bohaterką jest Maisie – młoda dziewczyna, której rodzice zginęli na morzu jako łowcy bestii. Obecnie przebywa w sierocińcu, uciekając z niego wielokrotnie. Jedyne o czym marzy to o dołączeniu do załogi Niezwyciężonego pod wodzą kapitana Crowa. Załoga od dawien dawna poluje na morskie potwory, które atakują i niszczą ludzkie domostwa na wyspach. Za swoje działa łowcy nie tylko otrzymują nagrody od władców, lecz stają się żywymi legendami. Ale dla kapitana pozostał jeden niewyrównany rachunek – Czerwony Szalej. Wielki stwór, co pozbawił dowódcę oka 30 lat wcześniej. Co może pójść nie tak? Poza naszą pasażerką na gapę, której bezczelność imponuje Crowowi.

Za „Morską bestię” odpowiada Chris Williams, który jako reżyser i/lub scenarzysta tworzył dla Disneya takie tytuły jak „Piorun”, „Wielka Szóstka” czy „Vaiana”. Sama historia jest prosta, gdzie wszystko wydaje się na znajomym schemacie. Mamy wielkie i paskudne monstra, żądnego zemsty kapitana, gotowy do poświęcenia wszystkiego oraz lojalnej załogi, młodą dziewczynkę-idealistkę. Dorzućmy jeszcze niewygodną tajemnicę, a poczujemy jakieś deja vu. Bo tradycja okazuje się kłamstwem, potwory nie są aż tak okrutne (Czerwona jest cudowna!!!!), zmuszona do walki przez człowieka. Jeśli chodzi wam po głowie „Jak wytresować smoka”, to jest to skojarzenie bardzo na miejscu. Tylko zamiast Wikingów i smoków są łowcy oraz bestie.

Sama animacja jest bardzo solidna, choć nie imponuje jak dzieła Pixara. Jest jednak kilka wizualnych perełek, związanych ze scenami morskimi. Pierwsze starcie z bestią w obronie drugiego okrętu zapiera dech w piersiach i trzyma się w napięciu niczym w klasycznym kinie przygodowym. Drugi akt na wyspie, gdzie relacja między dziewczynką a Czerwoną (pyszczek niemal jeden do jeden to Szczerbatek, choć nos inny) ma jeden cudny patent w postaci jajek w ziemi. Takich szczegółów jednak jest trochę, ale polecam samemu się przekonać. Do tego w tle gra cudowna muzyka w marynistycznym klimacie, choć sam finał nie dał mi pełnej satysfakcji.

Za to bardzo dobrze wypada dubbing i mówię tu o oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Najjaśniejszym punktem jest dla mnie fantastyczny Jared Harris jako kapitan Crow. Jest charyzmatycznym liderem, pełnym energii, mimo sporego wieku. Z czasem jednak obsesja i żądza zemsty zaczyna brać nad nim górę, co powoduje złamanie niepisanego kodeksu honorowego. O tym drugim przypomina Jacob, któremu głosu użyczył sam Karl Urban. Honorowy i uczciwy, lecz tak samo jak kapitan ma nienawiść do morskich bestii. Wszystko zmienia się przy Maisie oraz Czerwonej, co zmusza go do weryfikacji swoich przekonań. Sama dziewczynka, czyli Zaris-Angor Hator wypada bardzo solidnie. Nie drażni, wydaje się przedwcześnie dojrzała, lecz nie przemądrzała i trudno jej nie kibicować.

„Morska bestia” nie porządnym dziełem Netflixa, któremu jednak do oryginalnych animacji troszkę brakuje. Miejscami aż za bardzo przypomina „Jak wytresować smoka” w przesłaniu czy narracji, ale jako film przygodowy ma w sobie wiele uroku. Na tyle dużo, by dać szansę wyruszyć w rejs.

7/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Bros. Film

Mario – posiadacz najsłynniejszych wąsów i jeden z pierwszych ikonicznych bohaterów gier komputerowych. Hydraulik włoskiego pochodzenia stworzony przez Nintendo doczekał się masy tytułów (głównie platformówek), gdzie krążył po Grzybowym Królestwie (i nie tylko) w jednym celu: odbiciu księżniczki Peach z ręki króla Bowsera. Ale czego innego można się było spodziewać w grze z lat 80. i początku lat 90. To właśnie Super Mario Bros było pierwsza filmową egranizacją, która spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Tak chłodnym, że na kolejny film oparty na grze Nintendo trzeba było czekać do teraz. I nową przygodę wąsacza znanego w Polsce jako Marian przygotowało Illumination. Efektem jest najbardziej kasowa adaptacja gry komputerowej z ponad miliardem dolarów przychodu.

super mario1

Sama historia jest prościutka jak konstrukcja cepa: w Nowym Jorku żyją bracia Mario i Luigi, co prowadza własny biznes jako hydraulicy. Problem w tym, że telefon nie dzwoni, klientów brak, zaś pierwsze zlecenie kończy się katastrofą. Jednak dochodzi do poważnego zalania miasta. Próbując ustalić źródło docierają do kanałów, gdzie… zostają wessani przez rurę i rozdzieleni. Mario trafia do Grzybowego Królestwa, zaś Luigi wpada w ręce Bowsera. Ten ostatni chce podbić wspomniane królestwo i ożenić się z rządzącą nim księżniczką Peach. Władczyni razem z Mario próbują powstrzymać wielkiego żółwia, ale potrzebują armii od Kongów.

super mario2

Za tą animację odpowiadają reżyserzy znani z serialowego „Młodzi Tytani: Akcja!” oraz scenarzysta „LEGO Przygody 2”. Do tego twórcy byli trzymani na smyczy przez Nintendo, by broń Boże nie stworzyli abominacji jak 30 lat temu. W efekcie powstał film skierowany do dwóch grup: dla dzieci oraz graczy znających WSZYSTKIE tytuły z wąsatym hydraulikiem. Bo tyle odniesień i nawiązań do gier, że nie-gracze mogą czuć się zdziwieni paroma rzeczami. Np. skąd pojawiają się monety, znajdźki czy czemu Kongi (goryle) poruszają się… autami, motorami albo dlaczego Mario wygląda jak koteł itp. Ja nie byłem jakimś zapalonym graczem w Mario – jak byłem młodszy miałem kolegę, co posiadał Pegasusa i wśród gier był Mario więc część rzeczy pamiętałem i mi nie przeszkadzały. Twórcy wiernie trzymają się materiału źródłowego i traktują go z szacunkiem, choć pozwalają sobie na drobne zmiany.

super mario3

Niemniej ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia jest prościutka. Za prosta i mało skomplikowana, gdzie niemal wszystko prowadzone jest dzięki akcji. Ta po jakiś 20 minutach (z drobnymi chwilami przestoju) wręcz pędzi na złamanie karku. Żeby nie było, te sceny są zrobione świetnie jak walka Mario z Donkey Kongiem na arenie, test szkoleniowy Mario z przeszkodami czy przejazd armii tęczową drogą niczym bardziej kolorowa wersja „Mad Max: Fury Road”. Tylko, że poza akcją nie znajdziemy tu zbyt wiele, bo postacie w zasadzie są bardzo jednowymiarowe. Zanim się na mnie rzucicie mówiąc: „przecież te gry też nie miały fabuły, więc czego ty chcesz, idioto?”, gry były tak wciągające ze względu na grywalność i mechaniki. A nie z powodu fabuły czy postaci, czyli najważniejszych elementów filmu. A że da się zrobić dobrą adaptację gry, pogłębiając postacie bez osobowości, pokazały choćby dwie części filmowego „Angry Birds”.

super mario4

Owszem, jak wszystkie produkcje Illumination „Super Mario Bros.” jest bardzo ładne wizualnie i ma odrobinkę żartów, które spodobają się także dorosłym (duszek pragnący śmierci i uwięziony w lochu!!!). Ale jest parę strzałów w stopę. Po pierwsze, czemu pojawiają się jako tło hity z lat 80., które są ograne do bólu (już drugi raz w tym miesiącu słyszę „No Sleep Till Brooklyn”) i wydają się nie pasować do tego świata. Po drugie, za mało jest wspólnych scen między Mario a Luigi, bo chemia między nimi jest cudowna. Chciałoby się mieć więcej interakcji i wspólnej przygody, która byłaby sercem tego filmu.

super mario5

Sam dubbing (oglądałem w oryginale) wypada bardzo porządnie. Największa obawa, czyli Chris Pratt jako Mario radzi sobie naprawdę dobrze. Zgrabnie tutaj rozwiązano kwestię przerysowanego włoskiego akcentu (jest użyty w… reklamie filmy braci) i jego rzadka obecność nie wywołuje rozdrażnienia. Tak samo w przypadku Charliego Daya, czyli Luigi. Ale prawdziwym skarbem i złodziejem scen jest Jack Black w roli Bowsera. Ciężko rozpoznać jego głos, który jest odpowiednio władczy oraz demoniczny, ale jest też rozbrajająco śmieszny. Słychać, że ten aktor bawi się tą rolą, zaś piosenka o jego miłości do Peach to perełka. Tak samo zaskakujący jest Seth Rogen w roli Donkey Konga, który tworzy zgrabny duet z Mario. Reszta ról głosowych w zasadzie jest i nie przeszkadza, co trochę dziwi w przypadku Anyi Taylor-Joy (księżniczka Peech).

Więc czy warto wybrać się na nowe dzieło Illumination? To zależy, kim jesteście i czego oczekujecie. Jeśli jesteście fanami/wyznawcami gier z wąsaczem, idźcie bez wahania. Jeśli jesteście rodzicami i chcecie pójść z dziećmi, to one się będą bawić świetnie. Reszta powinna poważnie przemyśleć ten wybór.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 3

Wszystko kiedyś musi się skończyć. Nie sądziłem, że w dwa miesiące połknę tak cudowny serial jak „Central Park” – mieszanka musicalu i komedii z humorem bardziej dla dorosłych. I nadal mamy naszą znajomą paczkę, czyli Owena Tillermana, jego rodzinę, narratora-barda czy demoniczną Bitsy Brandenham oraz mającą chrapkę na jej kasę służącą Helen. Sprawy kupna Central Parku się komplikują po ustąpieniu burmistrza.

A poza tym co w naszej rodzince? Paige dostała zlecenie na napisanie powieści kryminalnej, Molly nadal tworzy komiksy o Pięściarze i przechodzi okres dojrzewania, Owen nadal ma na głowie mnóstwo rzeczy. Cole nadal ma fiksację na punkcie przyrody. Ale do Nowego Jorku przybywa siostra Paige – Abby. Wynajmuje mieszkanie z innymi lokatorami i próbuje spełnić się jako aktorka, próbując też znaleźć pracę. No i ją znajduje… u Bitsy Brandenham jako kelnerka. Nie muszę mówić, ze reszta rodziny bardzo się z tego powodu cieszy. Innymi słowy: dzień jak co dzień w Central Parku.

Odcinków tym razem mamy 13, ale nadal krążą w okolicy 25 minut. Wielowątkowa narracja i przeskoki między postaciami nadal działają. Twórcy cały czas potrafią zaskoczyć, piosenki pojawiają się znikąd i są o wszystkim, nawet o… praniu. (Jeszcze nie przyzwyczailiście się do takich numerów?) I w zasadzie każdy odcinek stanowi osobną opowieść, gdzie twórcy bawią się formą, eksperymentują, zaś do śpiewu może dołączyć każdy w najmniej oczekiwanym momencie. Zabawa dla mnie była przednia. Do tego nie brakuje odniesień do popkultury – sprawa kradzieży bardzo cennej wołowiny przypomina powieść Agathy Christie (albo film „Na noże”)), próba napisania rozdziałów przed deadlinem w obskurnym fotelu może skojarzyć się z „Bartonem Finkiem”, zaś segmenty z Pięściarą to parodia superbohaterszczyzny. A nawet jest odniesienie do… „Czarnego łabędzia”. Przy okazji twórcy dotykają kwestii rasizmu, przywiązania do ważnych postaci dla parku (odcinek poświęcony sprzedawcy hot-dogów i zastąpieniu go w bardzo ważnym dniu), poszukiwaniu pracy, poszukiwaniu członków k-popowego bandu, strajku pracowników Betsy czy… próbie sklonowania psa.

Jak i tak nie zdradzam nawet połowy tego, co w „Central Parku” się dzieje. Nadal wszystko jest kapitalnie zaśpiewane oraz zagrane, a do obsady wróciła Kristen Bell – teraz jako Abby. Ta pozytywnie nastawiona do życia dziewczyna jest przeurocza, znosząc dość cierpliwie ostre słowa Bitsy (Stanley Tucci nadal błyszczy). Ale jej finałowa frustracja i rzucenie pracy w diabły to jeden z najjaśniejszych punktów serialu. Nie ma tu spadku formy, każdy dając od siebie masę pasji, energii i zaangażowania. Nawet w drobnych epizodach jest parę perełek (optymistycznie nastawiony Elwood, naczelny Marvin czy bibliotekarka Karen), które nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Jak to była cudna przygoda i kolejna perła w bibliotece Apple Tv+. Prosta kreska ma w sobie masę uroku, różne stylistycznie piosenki brzmią fantastycznie (teksty też niczego sobie), zaś obsada daje z siebie wszystko. Jeśli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie koniecznie, bo tak eleganckiej komedii dla dorosłych nigdzie nie znajdziecie. CUDOWNE!!!!

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Buzz Astral

Pixar i prequel wydaje się teoretycznie dobrym połączeniem, ale w praktyce („Uniwersytet Potworny”) raczej to nie działa. Przynajmniej dla mnie. Dlatego nie specjalnie liczyłem na samodzielny film o Strażniku Kosmosu, który stał się potem zabawką. Tak, chodzi o Buzza Astrala, którego kupił niejaki Andy. Dlaczego? Bo obejrzał pewien film, który został pokazany także i nam.

buzz astral1

Poznajemy naszego bohatera, gdy wyrusza razem z ekspedycją na nieznaną planetę. Zbadać ją, czy się nadaje do zamieszkania, czy może jednak uciec i odlecieć w siną dal. Okazuje się, że planetę zamieszkują paskudne pnącza, zgarniające wszystko i wszystkich na swojej drodze. Podczas próby ucieczki prowadzony przez Astrala statek uderza o skałkę i zostaje uziemiony. Chcąc nie chcąc cała wyprawa stawia bazę, pracując nad stworzeniem kryształu, by móc osiągnąć hiperprędkość. I w ten sposób wyrwać się z planety. Pierwszy próbny lot kończy się niepowodzeniem, jednocześnie dochodzi do zaskakującego odkrycia: parę minut w kosmosie na planecie trwa cztery lata. Więc z czasem kolejne podejścia stają się mniej opłacalne, zaś osadnicy przyzwyczajają się do nowego środowiska. Poza Buzzem, którego nic tu nie trzyma. Robi kolejne loty, a po drodze dostaje mechanicznego kota (Kotex), będącego prezentem od starej przyjaciółki.

buzz astral2

Tak wygląda pierwsze 30 minut filmu, gdy w końcu staje się najważniejsze: udaje się skonstruować kryształ i kolejny lot (nielegalny) zakończony zostaje sukcesem. Jednak podczas lądowania dzieją się dziwne rzeczy. Po pierwsze, baza otoczona jest laserową barierą, więc wszelka komunikacja jest niemożliwa. Po drugie, nad planetą orbituje statek kosmiczny, z którego wylatują roboty. Czego chcą? Nie wiadomo. Po trzecie: poza Buzzem znajduje się trójka rekrutów, w tym wnuczka partnerki (zawodowej) naszego herosa. I z tym składem muszą powstrzymać Zurga.

buzz astral3

Od skrętów w SF, czerpiącego z „Interstellar” (zaginanie czasoprzestrzeni) i „2001: Odysei kosmicznej” (wizualne pokazanie zaginania czasoprzestrzeni) po skręt w bardziej przygodowe kino. Ze wszystkich produkcji Pixara „Buzz Astral” wydaje się najbardziej naładowany akcją i sprawia wrażenie animowanego odpowiednika blockbustera. Pościgi, trochę strzelania, wiele humoru oraz świetna technicznie animacja. A jak jeszcze zagra muzyka Michaela Giacchino, może opaść szczęka z wrażenia. Jednak samej historii brakuje mocnego kopa, bo idzie po sznurku (choć wyjaśnienie kim jest Zurg mnie zagięło) i humor trochę nie trafiał do mnie. Chyba za bardzo jest zaadresowany dla młodego widza, co raczej rozczarowuje. Aczkolwiek doceniam zawarte tu przesłanie, a nawet kilka przesłań. Że nie zawsze można wszystko załatwić w pojedynkę, że czasem upór i determinacja bardziej przeszkadza niż pomaga oraz że zaadaptowanie się do nowego otoczenia nie musi oznaczać klęski.

buzz astral4

W ogólnym rozrachunku „Buzz Astral” to tylko (lub aż) solidne kino spod ręki Pixara. Najbardziej dynamiczne i widowiskowe, świetne technicznie oraz głosowo (w końcu Buzz brzmi jak sam Kapitan Ameryka). Fabularnie nie robi aż takiego wrażenia, ale to i tak sympatyczny sposób na spędzenie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski