Undone – seria 2

Jak ostatnio widzieliśmy Almę, czekała przed wejściem do jaskini na swojego ojca. Zmarłego ojca, który ją uczył kontrolowania czasu i przestrzeni. Miał się tam pojawić, ale dziewczyna weszła do środka i… trafiła do innej linii czasowej. Gdzie żyje jej ojciec, ona pracuje jako wykładowca akademicki i pracuje nad doktoratem. Wszystko niby wydaje się iść dobrze, ALE… matka coś ukrywa. Rodzice się kłócą, siostra nie może dogadać się ze swoim facetem, zaś nasza Alma próbuje rozgryźć całą tajemnicę. I to jeszcze bardziej komplikuje rodzinne relacje.

undone2-1

Czy my właściwie potrzebowaliśmy drugiej serii „Undone” – lub jak podaje polska strona Prime Video – „Poplątanej”? Tutaj kontynuujemy historię obyczajową z twistem SF, gdzie jedno z ważnych pytań szybko dostaje odpowiedź. Czyli dziewczyna nie miała żadnych urojeń i wszystko na temat linii czasowych oraz „mocy” było prawdą. Ale pozorna rutyna oraz skrywane tajemnice nawarstwiają się, co zaczyna odbijać się na relacjach między rodzinami. Wszystko jednak zmienia determinacja Almy, by pomóc uszczęśliwić całą rodzinę. I choć nie jest to aż tak odjechane oraz surrealistyczne jak pierwsza seria, to nadal jest masa niesamowitych momentów, głównie w drugiej połowie. Ta pojawiająca się mgła, symbolizująca użycie mocy; nie chcące się otworzyć drzwi; pewien namalowany obraz podpisany Alejandro; wreszcie wizje Becci z urodzonym dzieckiem. Ale prawdziwy mindfuck związany jest z tajemnicą babci, która wiele ze swojego życia spędziła w szpitalu psychiatrycznym. Więcej nie zdradzę, to trzeba zobaczyć samemu.

undone2-2

Tak jak pierwsza seria, nadal jest to animacja zrealizowana techniką rotoskopową, która przypomina formą filmy Linklatera z początku lat 2000. jak „Życie świadome” i „Przez ciemne zwierciadło”. Nadal wygląda to niesamowicie, pozwalając jeszcze bardziej wejść w ten tajemniczy świat. Ciągle jednak padają w tym serialu pytania o to, co w życiu najważniejsze: miłości, akceptacji, wybaczeniu i konfrontowaniu się z przeszłością. Ale przede wszystkim chodzi o poznanie i zaakceptowanie samego siebie oraz faktu, że nie wszystko da się naprawić. Trzeba z pewnymi rzeczy oraz wydarzeniami pogodzić, co jest bardzo zgrabnie poprowadzone.

undone2-3

I jeszcze to jest świetnie zagrane. Świetnie wypadają Rosa Salazar (Alma) i Bob Odenkirk (Jacob, ojciec), na których dynamice opierała się poprzednia seria. Tutaj nadal ona działa, choć on wydaje się bardziej wycofany i unikający korzystania z mocy. O wiele mocniej wybrzmiewa dynamika siostrzana, co jest także zasługą fantastycznej Angelique’i Cabral (Becca). Tutaj więcej czasu daje się na pokazanie tej więzi oraz radzenia sobie z nowymi talentami. Tak samo zostaje pogłębiona matka Camille (Constance Maria) – bardzo wycofana, skryta i z masą tajemnic, naznaczona wydarzeniami z przeszłości.

undone2-4

Drugi sezon „Poplątanej” nie jest – na szczęście – tylko odcinaniem kuponów i skokiem na kasę. Pogłębia wątki z pierwszej serii, dając bardzo satysfakcjonujący finał, wiele poruszających momentów i kawał fantastycznego aktorstwa. Kolejny z mocnych tytułów biblioteki Prime Video jaki wypada znać.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojownicze Żółnie Ninja: Zmutowany chaos

Leonardo, Raphaelo, Donatello i Michelangelo – to imię najsłynniejszych i najwybitniejszych artystów epoki renesansu. Takie też imiona noszą słynne Wojownicze (Nastoletnie) Żólwie Ninja, czyli komiksowi bohaterowie stworzeni przez Kevina Eastmana oraz Petera Lairda. Marka ta mimo prawie 40 lat trzyma się dobrze z masą komiksów, seriali animowanych, gier komputerowych czy filmów. Teraz Nickelodeon przygotowało animację, przy której palce (jako producent i scenarzysta) maczał Seth Rogen z Evanem Goldbergiem.

„Zmutowany chaos” jest niejako origin story (w dość szybkim tempie) oraz pierwszą poważna akcją naszych bohaterów. Jak pamiętamy, nasze żółwiki jak były w wieku niemowlęcym zostały skażone śluzem. Ciecz ta została stworzona przez ekscentrycznego naukowca, Baxtera Stockmana, który zbiegł przed korporacją TCRI i wychowywał (jak dzieci) zwierzęta. Ale został namierzony przez dawnych szefów oraz zginął w potężnej eksplozji. 15 lat później nasze żółwie wychowywane przez szczura Splintera trzymają się z dala od ludzkich oczu w kanałach. Jednak nastoletnie żółwiki nie bardzo chcą spędzać czas tylko pod ziemią. Bo ciągle te same twarze, nuda oraz rutyna, więc w trakcie wypadów na zakupy pozwalają sobie na różne pierdoły. Podczas jednej z eskapad zostają zauważeni przez nastoletnią uczennicę, April O’Neil. Zdobywają jej sympatię po tym jak obijają oprychów kradnących jej skuter.

I żółwie razem z nią wpadają na prosty (wydawałoby się) plan na zdobycie uznania i akceptacji przez ludzi. Muszą dokonać bohaterskiego czynu i najlepiej by został przez kogoś nagrany, pokazany przez Internet albo inne media. W ten sposób ludzie przekonają się do mutantów, zdobywając respekt i szacun na dzielni. Nadarza się okazja przez działania tajemniczej SuperMuchy. Kradnie jakieś dziwne bajery, nikt nie wie jak wygląda, ani jak go znaleźć. Jednak nasi czterej skorupiaści jeźdźcy apokalipsy nie traktują tego jako problemu, lecz jako wyzwanie.

Musze się do czegoś przyznać: nigdy nie miałem styczności z Żółwiami Ninja. Ani z komiksami, filmowymi inkarnacjami, grami czy kreskówką z lat 80-tych (poza chwytliwym temat z czołówki, ale nie pamiętam okoliczności). Miałem świadomość, że istnieje coś takiego, kojarzyłem imiona, mistrza Splintera oraz Schreddera, ale to w zasadzie cała moja wiedza. Więc na „Zmutowany chaos” szedłem trochę w ciemno i… byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Sama historia może jest oparta na znajomych elementach oraz schematach, czyli grupa outsiderów ratuje świat. Niemniej jest ona pełna uroku, nawet jeśli skręca w oczywiste i obowiązkowe elementy w rodzaju finałowej konfrontacji z rozpierduchą w mieście, złej korporacji mającej za cel stworzenie superżołnierzy z mutantów czy drodze naszej czwórki do działania jako drużyna. Dla mnie najmocniejszym punktem fabularnym była relacja między naszymi ninja a „ojcem”, bo tak można nazwać Splintera oraz z April – pierwszym człowiekiem, który ich nie atakuje ani reaguje agresją. Pierwszy jak wspomniałem jest kimś na kształt ojca, co kocha swoje dzieci i obroni przed niebezpieczeństwem, ale chce je chronić przez izolację od świata zewnętrznego. Nie jest to paranoja czy próba kontrolowania, lecz bardzo nieprzyjemne doświadczenia z przeszłości. Dla April początkowo nowi znajomi są tylko interesującym newsem oraz szansą na karierę dziennikarką, która nie radzi sobie z tremą ani występami przed kamerą. Z czasem staje się sojusznikiem naszych chłopaków i pomaga wydostać się z tarapatów.

To, co najbardziej wyróżnia „Zmutowany chaos” z grona innych animacji to styl wizualny. I nawet nie chodzi o podobieństwo do „Spider-Manów” od Sony, ale nietypową kreskę. Bardzo przypominającą rysunki nastolatka z jego zeszytu, zrobione ołówkiem i potem pomalowane farbą. Niby dość oszczędne, z drobnymi efektami świetlnymi, nawet można odnieść wrażenie jakby to była animacja poklatkowa z użyciem plasteliny. Nie wiem jak to oni zrobili, ale wygląda to absolutnie unikatowo. Szczególnie kapitalnie zmontowana scena akcji, gdy żółwie walczą z szefami czterech gangów (przejścia tak płynne jakby to była jedna walka) czy finałowa konfrontacja z SuperMuchą. Tak samo jak świetnie dobra muzyka, głównie klasyczny rap, ale tak bardzo eksperymentalne wariactwo duetu Trent Reznor/Atticus Ross. Całkiem dobrze się na ekranie sprawdza ten miks.

Na koniec zostawiłem jedną kwestię: w naszym kraju film jest pokazywany TYLKO z polskim dubbingiem. Ja w przypadku animacji jestem bardziej tolerancyjny w przypadku jeśli chodzi o dubbing. I tutaj wyszło naprawdę nieźle, co jest zasługą przyzwoitego tłumaczenia Zuzanny Chojeckiej oraz solidnej reżyserii Katarzyny Ciecierskiej. Same żółwie brzmią naprawdę dobrze i czuć, że są grani przez młodych aktorów (Mateusz Ceran, Kosma Press, Filip Rogowski oraz Jan Szydłowski), wypadają bardzo naturalnie, wierzyłem w ich więź oraz interakcję. Także Julia Chatys, czyli April O’Neil wypada solidnie. Ale najjaśniejszym punktem byli dla mnie świetni Ryszard Olesiński w roli Splintera oraz Marcin Przybylski jako Supermucha. Ten pierwszy jest odpowiednio ciepły, opiekuńczy do przesady, ale jak trzeba skopać zad to skopie; ten drugi potrafi bardzo łatwo przejść z wyluzowanego spoko gościa po groźną bestię.

„Wojownicze Żółwie Ninja: Zmutowany chaos” jest dla mnie kolejną niespodzianką tego letniego sezonu. Unikatowa kreska, dużo dobrego humoru, świetnie zrobiona akcja oraz przesympatyczni protagoniści – to najmocniejsze karty w talii. Do tego krótki czas trwania (ponad 90 minut) nie pozwala na nudę, a dla mnie – osoby nie znającej i nie będącej fanem marki – to może być początek nowej znajomości. Może nawet zapoznam się z poprzednimi adaptacjami, kto wie.

8/10

Radosław Ostrowski

Między nami żywiołami

Pixar, Pixar, Pixar – czasy największej kreatywności i świetności były w czasach, gdy za ich filmy odpowiadali tacy reżyserzy jak Andrew Stanton, John Lasseter, Brad Bird czy Pete Doctor. Teraz ich miejsce zajmuje młodsze pokolenie, które może i technicznie robi lepsze rzeczy niż w/w reżyserzy, lecz scenariuszowo trochę niedomaga (plus minus jeden czy dwa wyjątki). Dlatego do „Elemental” podchodziłem z pewną nieufnością, a jak odkryłem kto kręci ten film nadzieja odeszła ode mnie szybciej niż polityk ze swoimi obietnicami. Bo reżyser Peter Sohn stworzył (zbyt) prostolinijnego i skierowanego do najmłodszych widzów „Dobrego dinozaura”. Więc mnie rozumiecie, prawda?

„Między nami żywiołami” dzieje się w Mieście Żywiołów, gdzie wprowadza się rodzina z Palinezji. Oboje są ogniści, więc wszystko może spłonąć za pomocą dotyku. Dlatego nie bardzo są akceptowani przez resztę mieszkańców. Udaje im się jednak kupić ruderę i zbudować w niej sklep, który z czasem staje się ośrodkiem dla przybywających ognistych. Także w tym okresie wyrosła im córka Iskra, mająca w przyszłości przejąć rodzinny interes. Jest jednak pewien problem – dziewczyna bardzo łatwo wpada w gniew, nie radząc sobie z upierdliwymi klientami. I podczas takiej eksplozji w piwnicy pojawia się (prosto z rury) Wodzimierz Potocki – urzędnik, którego kontrola może doprowadzić do likwidacji sklepu. Chyba, że uda się ustalić tajemnicze źródło przecieku, co atakuje całe miasto.

Punkt wyjścia jest aż nadto znajomy i ma parę oczywistych motywów, które już w innych filmach studia z Emeryville (i nie tylko od nich) widzieliśmy: wielokulturowe miasto uprzedzone wobec nowych („Zwierzogród”), spełnianie oczekiwań rodziców przy tłumieniu swoich potrzeb („To nie wypanda”), dojrzewanie nastolatka („W głowie się nie mieści”). Do tego na pierwszym planie mamy powoli budowaną relację między Iskrą a Wodkiem, idąca w kierunku znanym z… komedii romantycznych. Ale przecież ogień i woda nie łączą się ze sobą (dotyk może zabić ich oboje), więc jaka jest tutaj szansa na jakiekolwiek uczucie? Szczególnie w przypadku tak narwanej i niepewnej siebie Iskry.

Samo miasto oraz animacja robi piorunujące wrażenie, ale to standard w przypadku Pixara. Niemniej szczegółowość, ruch postaci, scenografia czy wygląd postaci. Nie ważne, czy są to wodniści (jak się przyjrzeć uważnie widać na nich odbijające się słońce), ogniści (chodzący płomień), wietrzni w kształcie chmurek. Czuć, że mamy tutaj do czynienia z żywym światem i troszkę szkoda, że nie mamy okazji poznać go troszkę bliżej jak podczas meczu piłki wietrznej (absolutnie cudowny był moment zrobienia fali), wizyty w urzędzie miasta czy – dla mnie najbardziej oszałamiającej – zalanego muzeum przyrody z niezwykłym drzewem. W tle przygrywa zaskakująco orientalna muzyka Thomasa Newmana, choć początkowo wydaje się dziwna.

U nas w kinach film jest pokazywana tylko z polskim dubbingiem, za który odpowiada reżyser Artur Tyszkiewicz oraz tłumacz Kuba Wecsile. Sam przekład jest całkiem niezły, z paroma zgrabnymi żartami językowymi, przez co można się parę razy uśmiechnąć. Dla mnie najmocniejszym punktem są tutaj świetni aktorzy głosowi, szczególnie grający główne role Maria Sobocińska (Iskra) oraz Michał Mikołajczak (Wodek). Czułem między nimi chemię i tworzy bardzo kontrastowy, bardzo wyrazisty duet. Na drugim planie najbardziej wybijał się Zbigniew Waleryś jako ojciec Iskry – pełen ciepła, ale też i sporego ciężaru oraz porywczości. Te sprzeczne emocje pokazane są bezbłędne.

„Między nami żywiołami” to dość dziwne zwierzę. Fabularnie to wtórna, zbyt znajoma historia, choć bywa czasem urocza, zaś technicznie jest to oszałamiające cudeńko. Sam nie żałuję spędzonego czasu, jednak nie mogę odnieść wrażenia niewykorzystanego potencjału. Chciałoby się głębiej poznać ten świat, będący zaledwie tłem do niezłej komedii romantycznej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Królestwo

Ostatnia część serialowej trylogii tym razem toczy się nie na Cybertronie, nie na statkach kosmicznych, lecz na nieznanej planecie. Tutaj rozbijają się statki Megatrona i Optimusa Prime’a w poszukiwaniu Wszechiskry, od której zależą losy Cybertronu. Na miejscu okazuje się, że planetę zamieszkują… Transformersy z przyszłości. Znaczy się z innej linii czasowej, ale zamiast w maszyny zmieniają się w zwierzęta: Maximale i Predacony. Sprawy się jeszcze bardziej komplikują, gdy Megatron otrzymuje od Predaconów Złoty Dysk, gdzie zapisana jest cała przyszłość.

transformers3-1

„Królestwo” podbija stawkę do granicy możliwości, cały czas rozwijając to uniwersum. Tym razem akcja niemal wydaje się skupiona na jednym celu i nie jest aż tak przeładowana wątkami pobocznymi jak poprzednie sezonu. Nowe postacie oraz powrót paru istotnych podbudowuje tą szaloną historię, gdzie czuć ciężar stawki. Cały czas trwa ewolucja liderów, dorastających do swoich ról, ale cały czas skrywa ich pewna mgła tajemnicy. W pewnym momencie teraźniejszość i przyszłość ścierają się ze sobą, co było sugerowane już w jednym odcinku „Wschodu Ziemi”.

transformers3-2

Dynamika między naszymi starymi znajomymi a bardziej zaawansowanymi, nowymi maszynami nie pozbawiona jest zarówno odrobiny docinków, jak też wsparcia i szacunku. Najbardziej zaskoczyła mnie dynamika między Blackarachnią (Predaconem zmieniającym się w pająka) a Starscreemem. Oboje wydają się niejako zbuntowanymi, chodzącymi swoimi drogami intrygantami, nie budzącymi zaufania. Wszystko jednak zmienia poznanie treści Złotego Dysku, co mocno niszczy psychikę prawej ręki lorda Megatrona. Tak samo postać skonfliktowanego Dinobota, który rozdarty jest między lojalnością a obserwowaniem szaleństwa swoich towarzyszy. Jeszcze przebijają się pewne podejrzenia, że cały ten konflikt był niejako od samego początku zaplanowany. Że komuś bardzo jest to na rękę, by doszło do rozpadu i zniszczenia Cybertronu.

transformers3-3

Z odcinka na odcinka wszystko zaczyna rozpędzać się aż do mocarnego i satysfakcjonującego finału. Poszukiwanie Wszechiskry wciąga mocno, bo a) wszelkiego rodzaju kosmiczne GPSy świrują, b) w przestrzeni znikają pewne rzeczy. To wszystko wygląda niesamowicie, tak jak wizje Starscreema po obejrzeniu Złotego Dysku. Z kolei dwa ostatnie odcinki to zderzenie różnych linii czasowych, gdzie pojawiają się alternatywne wersje liderów oraz silna (także emocjonalnie) konfrontacja. Byłem kompletnie oszołomiony, a finał zostawia pewną otwartą furtkę na kontynuację.

transformers3-4

„Królestwo” wieńczy i zamyka „Wojnę o Cybetron” z hukiem oraz pełną satysfakcją. Nie byłem wielkim fanem anime, ale po serialowej „Castlevanii” mój stosunek zaczyna się zmieniać. Rewelacyjne dzieło, które bije na głowę wszystkie filmowe inkarnacje Transformersów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dziwny świat

Coś Disney chyba dostał zadyszki, a produkowane przez nich filmy niespecjalnie znajdują swoją widownię. Czy to za mocna konkurencja, słaby (albo wręcz ledwo istniejący) marketing, zbyt duże budżety albo umieszcza tytułu jednocześnie w kinach oraz na platformie streamingowej – przynajmniej w latach 2020-22. Największą wpadką komercyjną Disneya w zeszłym roku był animowany „Dziwny świat” z ponad 180-milionowym budżetem, który w kinach zwrócił zaledwie połowę tej sumy. Słabiutko. Zwłaszcza, że ten film jest jedną z lepszych rzeczy z fabryki Myszki Miki.

Akcja skupia się na miasteczku Avalonia, otoczonymi przez góry i chyba odizolowane od reszty. Tutaj też mieszka Jaeger Klan, który postawił sobie za cel odkrycie krain za górami. Odkrywca i poszukiwacz przygód tak ostro trenował, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nawet wyszkolił do tego swojego syna Oskarda, choć ten raczej nie ma takiego entuzjazmu. W trakcie jednej z wypraw ekspedycja znajduje tajemniczą zieloną roślinę (pando) i doprowadza do rozłamu. Jaeger rusza dalej, a cała reszta wraca z pando. Po 25 latach Oskard prowadzi farmę z pando, które jest głównym źródłem energii całego miasta. Ale roślina zaczyna tracić siły, jakby była atakowana przez chwasty. Dlatego prezydent Avalonii organizuje ekspedycję do serca pando, by je ocalić i Oskard wyrusza ratować świat.

Od pierwszych scen widać, że „Dziwny świat” zadziwia. Sam początek i poznanie miasteczka w formie kina z lat 50. oraz stylistyce bardziej pulpowych komiksów (wszystko w formie animacji 2D) łapie w swoje sieci. A jeszcze jak poznajemy samo miasteczko już po odkryciu pando wygląda niczym zrobiona przez fana retrofuturyzmu. Design pojazdów, latających maszyn robi wrażenie. Ale najlepsze zaczyna się podczas ekspedycji i trafienia na nowy świat, jakby żywcem wzięty (tylko w bardziej psychodelicznej formie) z „Podróży do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. To wszystko jest tak barwne, z pokręconymi istotami (różowe pterodaktyle!! niebieski, galaretkowaty towarzysz!!) jakich nie widziałem od dawna.

Sama fabuła jest pełna znajomych klisz, bo – oczywiście – mamy tutaj trudną relację ojca z synem, gdzie każdy z nich ma inny plan na przyszłość tego drugiego. Oczywiście, że po drodze trafiamy na uznanego za zmarłego Jaegera, który nadal podąża za swoją obsesją. I, oczywiście, wszystko okaże się zupełnie czymś innym niż się wydaje. Wciąga ta historia strasznie, nawet jeśli na końcu idzie w znajomym kierunku. Jeśli do tego wrzucimy jeszcze świetną, w duchu klasycznej przygody muzykę Henry’ego Jackmana oraz równie udany oryginalny dubbing, gdzie najbardziej błyszczy duet Dennis Quaid/Jake Gyllenhaal (czyli Jaeger i Oskard), powstaje prawdziwa mieszanka wybuchowa.

„Dziwny świat” utrzymuje (tak jak „Raya i ostatni smok„) bardzo wysoki poziom animacji Disneya. Studio Myszki Miki przypomina, że może stanowić konkurencję dla Pixara, czy DreamWorks w tworzeniu niezwykłych światów oraz tworzeniu zabawy dla dzieci i dorosłych. Podchodziłem sceptycznie, a dostałem najlepszy film przygodowy od lat.

8/10

PS. Tak, jest w tym filmie bohater LGBTQ, czyli syn Oskarda, Florian. Jeśli kogoś boli pewna tylna część ciała, to jego relacja z partnerem jest bardzo delikatnie poprowadzona, więc wszelkie kontrowersje były nieuzasadnione.

Radosław Ostrowski

Trolle 2

Jak każde studio DreamWorks ma swoje wielkie hity oraz tytuły bardziej rozczarowujące. Do tego drugiego grona wpisują się „Trolle” z fajnym pomysłem na świat oraz stylową animacją, ale kompletnie nijaką historią. Po prostu obejrzałem i zapomniałem, nawet ignorując sequel w chwili premiery. Czyli trzy lata po oryginale, więc co można było dodać do historii?

trolle2-2

A więc wracamy do naszych pozytywnie zakręconych trolli, co lubią popową muzykę i prowadzi ich królowa Poppy. Jak się dowiadujemy razem z nią jej lud NIE JEST jedynymi trollami na tym świecie. Bo dawno, dawno temu żyło kilka różnych królestw Trolli, co grały różną muzykę (country, pop, hard rock, funk, techno i klasyka), której źródłem była harfa ze strunami. Każda struna przynależała do konkretnego gatunku, jednak doszło do rozłamu. Harmonię zastąpiła izolacja i przekonanie o wyższości swojej muzyki. Albo życie w swojej bańce, które pewnie każdemu byłoby na rękę. Do czasu, gdy królowa rocka Barb chce zebrać wszystkie struny i zamienić trolle w jednorodną grupę rockowych zombie.

trolle2-1

Dwójka niejako podbija stawkę całej eskapady i rozszerza cały świat Trolli, co zdecydowanie jest ogromną zaletą. Nadal napędzane jest to przez muzykę zawierającą znajome hity (popowe numery nawet w formie sklejek po parę w jednym) w wykonaniu obsady, ale to tylko jeden element. Każdy z królestw ma swój własny styl – w sensie wyglądu miejsca, jak i samych Trolli, ich strojów – czyniąc historię o wiele atrakcyjniejszą wizualnie. Bo o czym są „Trolle 2”? O braniu odpowiedzialności za swoje decyzje, akceptowaniu inności, liczeniu się z głosem innych oraz sile muzyki. Bez względu na to czy dany gatunek (lub podgatunek) lubi czy niekoniecznie. Po drodze jeszcze będzie parę pobocznych kwestii jak zderzenie charakterów królowej Poppy i Mruka (ona bardzo pozytywnie nastawiona i pogodna, on bardziej zdystansowany i nieufny) czy poszukującego swoich żyrafowaty Kufer. Nic tu nie sprawia poczucia zbędnego dodatku, serwując parę niespodzianek jak łowcy nagród czy poznacie prawdziwej przyczyny rozłamu, prowadząc do niesamowitego – także wizualnie – finału.

trolle2-3

Wizualnie „Trolle 2” trzymają poziom do jakiego przyzwyczaił DreamWorks, tutaj nawet idąc jeszcze dalej. Bo miejscami klimat robi się westernowy (Królestwo Country Trolli – a jakże by inaczej), przy paru ujęciach zmniejszono klatkaż, a miejscami (Królestwo Funku) jest wręcz psychodelicznie. To zdecydowanie jedna z ładniejszych produkcji tego studia. Równie dobra jest zróżnicowana muzyka, gdzie wszystkie style: od popu i rocka aż po smooth jazz, reggaeton do techno oraz… jodłowania. Tak, jest jodłowanie a’la Focus. A to wszystko zasługa producenckiego duetu Justin Tmberlake/Ludwig Goransson.

trolle2-4

Do tego jeszcze cudownie dobrane role głosowe. Film oglądałem z oryginalną ścieżką dźwiękową, więc było parę niespodzianek w postaci cameo artystów muzyki jak Anderson .Paak, George Clinton czy sam… Ozzy Osbourne (a jak!!). Timberlake więcej niż dobrze odnajduje się w roli nieufnego Mruka – szorstki, wycofany, bardziej stąpający po ziemi. A jednocześnie strasznie zabujany w Poppy. Ale czy można się nie zakochać w głosie Anny Kendrick? Świetnie pokazuje jej ewolucję od przesadnie optymistycznej i zbyt ufnej w swoje siły władczyni do dojrzalszej, uważnej oraz otwartej. Z nowych postaci wybija się zdecydowanie kowbojski Orzech z cudnym głosem Sama Rockwella oraz zadziorna Rachel Broom jako punkowa królowa Barb.

Drugie „Trolle” okazały się dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, które zostanie w głowie dłużej niż poprzednik. O wiele ciekawsza historia, zróżnicowana muzyka, kolorowa animacja oraz świetny dubbing, do tego z mądrym przesłaniem – jak tu się nie bawić dobrze?

7/10

Radosław Ostrowski

Biały Kieł

Było wiele adaptacji powieści Jacka Londona o mieszańcu psa i wilka, który żył w dzikich lasach. W 2018 roku sprawę postanowili ugryźć Francuzi, co samo w sobie nie jest dziwne. Ale że postanowili to zrobić w formie animacji – ŻE CO? Ci goście zawsze muszą wszystko komplikować, prawda?

W dużym skrócie twórcy zastosowali technikę motion capture do pokazania ludzi, a sama historia została złagodzona. Chyba po to, by móc pokazać ją młodszym widzom. Dlatego bardziej brutalne sceny są albo nie pokazywane wprost (starcie matki wilka z rysiem czy tresura za pomocą laski i bicia), albo nie pokazuje się krwi. Czy to osłabia ładunek emocjonalny? Tutaj mam pewien problem, bo powieści nie czytałem (nigdy nie miałem z nią styczności). Z drugiej jednak strony film powinien stać na własnych nogach, bez znajomości materiału źródłowego.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, bierze udział w nielegalnych walkach psów. Tym razem zamiast jednego walczy z dwoma naraz, co kończy się dla niego poważnymi obrażeniami. Walka zostaje przerwana przez pojawienie się szeryfa Wheedona Scotta. A potem poznajemy historię naszego mieszańca. Poniekąd to pokazana z perspektywy zwierzęta historia inicjacyjna. Widzimy naszego zwierzaczka, gdy jeszcze razem z matką odkrywa uroki puszczy i początkowo trafia do Indian. Ich wódz poznaje w matce jednego ze swoich, przez co oboje trafiają jako psy zaprzęgowe. To jednak tylko kolejny etap jego wędrówki.

Opowieść o Białym Kle mogła być szansą na pokazanie zarówno okrucieństwa i piękna natury zderzonego z równie nieprzyjaznym światem ludzi. Ludzi napędzanych przez chciwość spowodowaną gorączką złota, ale także potrafiących traktować tą nieznaną stronę z szacunkiem. ALE ponieważ jest to animacja skierowana dla dzieci wiele mrocznych kwestii zostało ledwo zasugerowanych, liźniętych albo kompletnie porzucono. Nie chcę używać słowa zinfantylizowano, ale miałem wrażenie jakby czegoś tu brakowało.

Zdecydowanie wyróżnia się animacja, bardziej wyglądająca ręczną kreskę, przez co może początkowo wydawać się dziwna. Postacie ludzkie (zwłaszcza te złe) są pokazane w sposób groteskowy, wręcz przejaskrawiony, próbujący (być może na wyrost) imitować styl Ghibli na europejski styl. Same ujęcia przyrody wyglądają najlepiej i mają momenty zapierające dech. Gdy jeszcze dodamy do tego etniczną muzykę, całość może być bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Więc czy warto polecić francuskiego „Białego Kła”? Oto jest zagwozdka, bo sam jestem bardzo zmieszany. Skierowanie i zaadaptowanie tak trudnego materiału dla dzieci było zadaniem karkołomnym, a jednak tego się podjęto. Wygląda to nieźle, choć czuć podjęte kompromisy i uproszczenia, które dzieciom raczej nie powinny przeszkadzać. Fani książki mogą jednak czuć się rozczarowani, więc tutaj decyzję każdy podejmuje sam.

6/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Wschód Ziemi

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące pierwszej serii – „Oblężenia”

Akcja „Wschodu Ziemi”, czyli drugiego sezonu „Wojny o Cybertron” kontynuuje historię konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Optimusowi udaje się wysłać Wszechiskrę przez Kosmiczny Most poza macierzystą planetę. W konsekwencji Cybertron traci swoją energię, doprowadzając to miejsce na skraj zagłady. Arka z załogą pod wodzą Prime’a wskutek eksplozji mostu gubi źródło życia i rusza w poszukiwaniu Wszechiskry. W tym samym czasie niedobitki Autobotów pod wodzą Elity-1 odbijają uwięzionych towarzyszy i odkrywają, że Megatron coś kombinuje.

Twórcy idą dalej ścieżką wyznaczoną przez „Oblężenie”, czyli dodaje głębi bohaterom (także drugoplanowym) i utrzymuje w odcieniach szarości. Nadal jest to sześć odcinków po około 25 minut oraz utrzymane w stylistyce anime, a czas mija jak z bicza strzelił. Jednocześnie dzięki wyjściu poza Cybertron coraz bardziej poznajemy ten świat. Bo jest zarówno grupa najemników, rasa panów z wieloma głowami, pojawiają się retrospekcje (Megatron jako wojownik na arenie) i nowe postacie.

Znowu można odnieść wrażenie, że dzieje się tu bardzo dużo w tak krótkim czasie. Niemniej „Wschód Ziemi” cały czas trzyma w napięciu, zaś dwutorowość narracji działa tu na korzyść. Jest parę absolutnie świetnych scen akcji, z których najbardziej imponująca jest próba wysadzenia stacji kosmicznej uwięzionej w Kosmicznym Moście. I jeszcze próba zabicia znajdujące się robota o kształcie… skorpiona, na którego pociski nie robią żadnego wrażenia. Ale najważniejszy jest tutaj odcinek piąty, gdzie ekipa Prime’a oraz ścigających ich Megatron trafiają do Martwego Wszechświata. Nie tylko sama pustka robi piorunujące wrażenie, ale to przełomowy moment dla obu liderów. Obaj trafiają na przebywających tu mentorów, którzy pozwalają wyzwolić najlepsze z nich (lub w przypadku Megatrona najgorsze), przez co brutalny finał działa jeszcze mocniej. I oczywiście, że kończy się to mocnym cliffhangerem, zapowiadając mocne zwieńczenie trylogii.

Już się przyzwyczaiłem do nowych głosów i tego animowanego stylu, zaś dialogi (nadal miejscami ociekające patosem) pasują do tego świata. „Wschód Ziemi” rozwija i utrzymuje poziom poprzednika, co tylko mój apetyt na część trzecią – „Królestwo”. A podobno Netflix marnuje znane franczyzy i rozmienia na drobne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Oblężenie

Netflix uderzał tyloma serialami oraz zdobytymi markami, że ciężko wręcz za tym nadążyć. „Seria niefortunnych zdarzeń”, „Ciemny kryształ”, „Castlevania”, „League of Legends” – żeby wymienić tylko kilka z nich. Ale trzy lata temu pojawiła się serialowa trylogia oparta na… Transformersach. A dokładniej na wojnie na Cybertronie, czyli gdzie żadne filmy live action nie skupiały pełnej uwagi.

Pierwszy sezon – „Oblężenie” niejako rzuca nas w sam środek konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Walka już trwa, zaś planeta przypomina coraz bardziej zgliszcza. Drogi Optimusa Prime’a i Megatrona, którzy wiele lat temu wspólnie walczyli z tyranią rozeszły się. Teraz ten drugi wydaje się dominującą siłą, zaś Prime desperacko próbuje znaleźć sposób na wygraną. Jego siły są coraz słabsze, ale wszystko się zmienia przez jeden cenny przedmiot – Wszechiskra (Allspark). To źródło energii Cybertronu, bez którego cała planeta wyginie. Megatron chce użyć jej mocy do wyczyszczenia Autobotów, Optimus Prime – wystrzelić poza planetę, co może doprowadzić do niemal zagłady planety i wszystkiego, co się znajduje.

Pozornie to tylko sześć odcinków po nieco ponad 20 minut, więc raczej nie ma zbyt wiele czasu na poznanie całego świata, bohaterów itp. A jednak twórcy tego anime w krótkich zdaniach budują podwaliny pod ten świat. Jak doszło do rozłamu, jak bardzo różnią się (i są jednocześnie podobni) przywódcy i gdzie wielu wojowników czuje zmęczenie, inni mają to wszystko gdzieś (Bumblebee), a inni zmieniają strony. Niemniej wszystko jest jasno poprowadzone, mimo natłoku wątków i postaci oraz ograniczonego budżetu. Sama planeta wydaje się się opustoszała, pozbawiona życia i wyniszczona przez wojnę, co buduje depresyjny klimat oraz poczucie ciągłego zagrożenia.

Zaskoczyło mnie jak cała ta historia wciąga od samego początku. Nawet jak pojawiają się chwile przestoju, nie trwają zbyt długo, pomagając w zarysowaniu charakterów i dodając o wiele większej głębi niż się można było spodziewać. Choćby sami liderzy obu stron, którzy nie są jednowymiarowymi jednostkami z góry podzielonymi na tego dobrego (Optimus Prime) i złego (Megadron). Obaj wierzą w swoje racje, są uparci wręcz do granicy szaleństwa i do pewnego stopnia zaślepieni swoimi racjami, bez jakiejkolwiek szansy na porozumienie. Tak, Prime’a też to dotyczy, gdzie nawet jego towarzysze (Elita) powątpiewają w jego zdrowy rozsądek, a nawet jak Ultra Magnus poddają się.

Sama animacja jest więcej niż przyzwoita, gdzie tło jest dwuwymiarowe, zaś nasze roboty to trójwymiarowe postacie. Poruszają się trochę wolniej niczym mechy z „Pacific Rim”, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do irytującego dźwięku, gdy roboty zamieniały się w maszyny. Jeszcze bardziej zaskakujący jest brak znanych aktorów głosowych, którzy kojarzeni są z serią Transformers. Niemniej ich zmiennicy poradzili sobie naprawdę dobrze, czego chyba nikt się nie spodziewał. Trudno mi wskazać jednak faworyta w tym składzie, bo każdy dźwiga swoją postać i jest łatwy do rozróżnienia.

Pierwsza część serialowej „Wojny o Cybertron” jest świetnym wprowadzeniem w świat mechów zmieniających się w pojazdy. I to zarówno dla fanów serii, jak też dla osób nie mających styczności z zabawkami, poprzednimi filmami czy komiksami. Ja już nie mogę się doczekać kolejnych części tego cyklu.

8/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 2

Przy drugiej serii odcinkowych przygód Kajka i Kokosza twórcy chyba się bardziej postarali. I nie chodzi tylko o lepszą jakość animacji czy większą ilość odcinków (tym razem 9 zamiast 5), ale też same opowieści są o wiele różnorodniejsze.

Bo problemem już nie są tylko zbójcerze Hegemona, choć ten ma parę niezłych pomysłów w rodzaju infiltracji Mirmiłowa. Twórcy rozszerzają ten świat, co jest dużą zaletą. Trafiamy na urlop do leczniczej wyspy, gdzie pewien wielki kapłan planuje stworzyć własną armię, a to pewna nastoletnia księżniczka chce na urodziny smoka i próbuje wykraść Milusia, Mirmił chce opanować sztukę latania, wreszcie nasi wojowie zostaną oskarżeni przez Dziada Borowego o ścięcie drzew. Jedna historia związana z wypoczynkiem na wyspie jest rozbita na dwie części, ale reszta pozostaje luźno powiązanymi epizodami.

Sama animacja wydaje się jakby trochę lepsza i bardziej płynna, zaś same historie mniej nudzą. Już pierwsza, gdzie nasi wojowie w ramach kary za niezapłacenie posiłku muszą sprawdzić gród, gdzie straszy jest bardzo zgrabnie poprowadzony. I jeszcze ta mgła w samym grodzie buduje klimacik. Nawet powtarzalne gagi (rozrabiający Miluś, przez którego nasi wojowie pakują się w poważne tarapaty) potrafią rozbawić. Czy to kiedy podczas Dnia Śmiechały wszyscy robią sobie kawały – ten odcinek to czyste złoto; czy jak Kajko, Kokosz i Miluś zostają wygnani, próbując sobie radzić w dziczy (co kończy się częstym suszeniem gaci przez równie częste wpadanie do wody). Albo metody lecznicze w wypoczynkowym ośrodku. O tym jak ludzie Hegemona dostają łupnia nawet nie wspomnę. Aczkolwiek to nadal jest produkcja raczej dla młodszego widza.

Dubbing znowu błyszczy, zaś nowe głosy (m. in. Andrzej Seweryn, Krystyna Janda czy Jerzy Stuhr) dopełniają tej niezwykłej przygodzie. Dźwiękowo też wszystko gra i trąbi, bez problemów rozumiałem każdy wypowiadany dialog. I nawet jest parę odniesień do współczesności oraz popkultury (ze słynnym rumakowaniem), co też jest miłym urozmaiceniem.

Dla mnie drugi sezon „Kajka i Kokosza” rozwija ten świat, przez co jest o wiele bardziej urozmaicony. Jest o wiele zabawniej, zgrabniej napisane i ogląda się z wielką przyjemnością. Wielka szkoda, że więcej odcinków nie dostaniemy.

7,5/10

Radosław Ostrowski