Osobliwy dom pani Peregrine

Poznajcie Jake’a – chłopca wycofanego i nie mającego żadnych przyjaciół, znajomych, nikogo. Jedyną osobą, z która ma silną więź jest dziadek, opowiadający niezwykłe, choć bardzo mroczne opowieści. Chłopak uważał je kiedyś za prawdę, ale to zostało zachwiane. Aż do momentu śmierci Abe’a, która go coraz bardziej zamyka. W końcu decyduje się dojść do wspomnianego przed odejściem dziadka miejscowości w Walii, gdzie miał być sierociniec, do którego kiedyś trafił Abe. Przypadkowo przez jaskinię wchodzi do tego miasteczka… 3 września 1943, a sierociniec prowadzi pani Peregrine i ma dość nietypową grupkę podopiecznych.

pani_peregrine2

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to ten film mógł zrobić tylko Tim Burton. Powieść Ransona Riggsa wydawała się być niemal skrojona pod wyobraźnię oraz talent tego reżysera-plastyka, potrafiącego czarować swoją magią i posiadającego bardzo charakterystyczny styl. Główny bohater to wycofany outsider, nie potrafiący nawiązać kontaktu z otoczeniem? Jest. Granica między fikcją a rzeczywistością zacierają się jak w „Dużej rybie”? Tak. Piękny wizualnie, ale bardzo mroczny świat? Zgadza się. Sam budynek sierocińca, jak i nietypowi mieszkańcy troszkę kojarzą się z „X-Menami”, jednak to bardzo luźna inspiracja. „Osobliwy dom…” to mieszanka kina przygodowego z horrorem oraz pewną tajemnicą, potrafiącą skupić uwagę.

pani_peregrine1

Muszę przyznać, że początek i cała ekspozycja jest dość wolna, wręcz poprowadzona żółwim tempem. Dopiero po mniej więcej 1/3 filmu trafiamy do domu pani Peregrine i dość szybko poznajemy jej mieszkańców, czyli dzieci mieszkające w czasowej pętli pozwalającej przeżyć jeden, ten sam dzień. Same dzieciaki to zgraja ekscentryków, posiadających pewne nadprzyrodzone umiejętności (ożywianie, oko działające jak projektor filmowy, zęby z tyłu głowy, lekkość jak piórko) i czuć, że są to bardzo zgrane, zżyte z sobą postacie. Potem dość szybko poznajemy historię związaną z panią Peregrine oraz jej wrogami, co zjadają oczy (to wygląda strasznie), przez co zmienia się kompletnie ton, w zamian proponując dynamiczne tempo, pomysłowo zrealizowane potyczki (niewidzialne złe monstra vs ożywione kościotrupy na molo przy lunaparku). Pościgi, akcja i mrok, ale antagoniści pod wodzą tajemniczego Barrona wyglądają zbyt groteskowo, by budzić strach. Na ile wina aktorstwa, a ile charakteryzacji – nie mam pojęcia, bo to zwyczajnie nie zgrywa.

pani_peregrine4

Należy jednak pochwalić reżysera za stronę wizualną, która zawsze była mocną stroną filmów Burtona. Zarówno scenografia odnosząca się do epoki (lata 40.), jak i bardzo wykwintne kostiumy wyglądają bardzo przyjemnie dla oka. Nawet efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie, a muzyka delikatnie buduje klimat całości, tworząc odrobinę magii.

Aktorsko jest za to bardzo nierówno. Dzieciaki wypadają całkiem przyzwoicie, chociaż sporo z nich nie zostało zbyt mocno zarysowanych (może w następnej części będzie lepiej), a z tego grona najbardziej zapada w pamięć prześliczna Elle Pernelle (Emma chodząca w stalowych butach) oraz ironizujący Enoch (Finlay MacMillan). Asa Butterfeld jako typowo burtonowski bohater jest całkiem przyzwoity – wycofany, niepewny i odpowiednio blady, a jego przemiana jest dość wiarygodna, bez cienia fałszu. Jednak film kradnie Eva Green jako tytułowa pani Peregrine, czyli opiekunka domu. Wygląda zjawiskowo (ten kostium robi 50% roboty), mówi z uroczym brytyjskim akcentem, sprawia wrażenie kulturalnej, a jednocześnie bardzo szorstkiej. Jednak pod tą warstwą skrywa się osoba, której zależy na innych i niepozbawiona empatii. Kontrastem dla niej jest Samuel L. Jackson jako Barron. Osobnik ten w zamierzeniu miał budzić lęk i grozę, ale aktor prawdopodobnie został spuszczony ze smyczy i niebezpiecznie orbituje w stronę szarży, groteski, wręcz parodii. Brakowało tylko, by Barron zaczął rzucać na prawo i lewo słowem „motherfucker”. Pozostali aktorzy jak Chris O’Dowd (ojciec jake’a), Allison Janney (terapeutka), Rupert Everett (ornitolog) czy Judi Dench (panna Avocet) są ograniczeni do roli statystów i nie mają zbyt wiele do pokazania. Wyjątkiem jest Terence Stamp jako ciepły dziadek Abe.

pani_peregrine3

Dziwny to film i bardzo osobliwy. Z jednej strony czuć mocno rękę Tima Burtona, z drugiej jednak trudno nie zarzucić wtórności oraz pewnego ugrzecznienia, jakby reżyser stępił swoje mroczne pazurki. Na ile jest to wina pierwowzoru, a na ile podejścia do niego – sami musicie odpowiedzieć, bo książki nie czytałem. Nierówne tempo, śmieszni przeciwnicy, nie do końca wykorzystany potencjał, z drugiej niezawodna sfera wizualna, niezłe aktorstwo oraz klimat. Ale poczucie lekkiego niedosytu pozostaje. Może Amerykanin powinien zrobić sobie przerwę na złapanie świeżego spojrzenia? 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ten Thousand Saints

Rok 1986. Gdzieś w małym wygwizdowie mieszka Jude – młody chłopak samotnie wychowywany przez matkę. Ojciec mieszka w Nowym Jorku, zajmując się dilerką i żyje z Dianą, wychowującą swoją córkę Elizę. Dziewczyna w Sylwestra przyjeżdża do przybranego brata, choć początek nie zapowiadał niczego dobrego. Rozmowa się nie kleiła, imprezka, kokaina, seks z kumplem chłopaka, który następnego dnia umiera. Jakby było tego mało, Eliza jest w ciąży (zgadnijcie z kim i kto się w niej podkochuje) i to dopiero komplikuje całą sytuację, a Jude trafia pod opiekę ojca.

ten_thousand_saints2

Duet reżyserski Shari Springer Berman/Robert Pulchini od lat krąży poza głównym nurtem, a mogą uwagę skupił dzięki debiutanckiemu „American Splendor”. Ich najnowsze dzieło to kolejny reprezentant kina niezależnego, opisującego osoby próbujące normalnie funkcjonować w nie do końca normalnych relacjach. Mamy tutaj wiele – wspominana jest aborcja, adopcja (wiele razy), niespełnieni, nieodpowiedzialni ojcowie (powinienem napisać rodzice) i wszystko w czasach, gdy jeszcze pamiętany był duch hipisowski. Gdy bliżej się przyjrzeć, to poza tą otoczką jest to niemal klasyczne kino inicjacyjne, czyli powolne wchodzenie w dorosłość oraz branie odpowiedzialności za siebie i innych. Nie brakuje smutku, trudnych i ważkich wyborów, którymi sobie (czasami niepotrzebnie) komplikujemy sobie życie. Wielką rolę tutaj odgrywa przypadek, a śmierć jednego z bohaterów jest katalizatorem wszelkich działań, kładąc się na naszych bohaterach cieniem. I jak się w tym wszystkim odnaleźć – ze swoimi lękami, niepewnością, obawą przed rozstaniem? Mimo, iż jest to poważny dramat, mocno osadzony w realiach (wspomina się o AIDS, władza próbuje wykurzyć bezdomnych z parku), nie brakuje tutaj odrobiny humoru, lekko łagodzącego całą sytuację.

ten_thousand_saints1

Bo skoro nawet dorośli mają problemy ze zbudowaniem relacji jak Lester, który wydaje się być takim wolnym ptakiem, to jak sobie z tym mają poradzić wchodzący w dorosłość nastolatkowie? Są jeszcze matki, jakoś dające sobie z tym radę. Dziwne to kino oparte na scenkach, powoli i konsekwentnie tkanych w układankę jak radzić sobie z traumą, zagubieniem i byciem dorosłym, jednak nie dające żadnych gotowych recept i odpowiedzi. Do tego jeszcze punkowe koncerty, dziwaczne hinduistyczne ruchy (Straght Edge), choć kilka wątków zostaje potraktowanych trochę po macoszemu. Chodzi tutaj o Johnny’ego, ukrywającego swoją orientację i swój związek z kumplem z zespołu czy bliższe nakreślenie relacji Lestera z Dianą. Z drugiej strony, czy nasze życie nie jest troszkę takim bałaganem bez ładu i składu?

ten_thousand_saints4

Całość jednak zostaje mocno uwiarygodniona dzięki świetnemu aktorstwu. i nie chodzi tylko o niezawodnego Ethana Hawke’a (Lester), troszkę powtarzającego swoją rolę z „Boyhood” (tylko lekko zmodyfikowaną), który w decydującym momencie okazuje się wsparciem dla Jude’a czy przewijający się na dalszym planie Emily Mortimer (Diana) czy Julianne Nicholson (Harriet), ale przede wszystkim na trójkę głównych bohaterów. Jude (bardzo dobry Asa Butterfield) jest bardzo wycofanym, nieśmiałym i lubiącym dragi chłopakiem, mierzącym się ze stratą kolegi oraz skrywającym swoje emocje. Łatwo wejść w skórę chłopaczka z małego miasteczka, próbującego poukładać sobie wszystko. Kontrastem dla niego jest Johnny (dawno nie widziany przeze mnie Emile Hirsch) – sprawiający wrażenie pewnego siebie, poważnego i umiejącego znaleźć rozwiązanie, ale i on ma pewne tajemnice oraz demony do pokonania. Jednak całość zawłaszcza fantastyczna Hailee Steinfeld, czyli Eliza. I nie chodzi tylko o to, że wygląda zjawiskowo (bo wygląda od pierwszej sceny), ale jest równie skomplikowana jak cała reszta z poczuciem winy wobec swojej matki, czując się rozczarowaniem.

ten_thousand_saints3

„Ten Thousand Saints” to pozornie kolejne inicjacyjne kino w stylu indie (ujęcia z ręki, naturalne oświetlenie), ale jest ono szczere, bez nadęcia, zadęcia i wydumania. Zmusza do refleksji i pokazuje okres pełnoletności jako kolejny etap naszej dalszej wędrówki, którą zwykliśmy nazywać życiem. A co wy z tego wyniesiecie? Sami się przekonajcie.

7/10 

Radosław Ostrowski

Chłopiec w pasiastej piżamie

Rok 1940, wojna trwa. Poznajcie Bruno – 8-letniego chłopca, który nie jest świadomy tego, co się dzieje dookoła. Pewnego dnia z Berlina trafia wraz z całą rodziną na wieś, gdzie jego ojciec – oficer – obejmuje nową posadę. Wbrew zakazowi, chłopak opuszcza dom i poznaje ubranego w „pasiastą piżamę” chłopaka – Szmula, którego dzieli drut kolczasty. Między chłopcami zawiązuje się przyjaźń.

pasiasta_pizama1

Wydawało się, ze o Holocauście już powiedziano wszystko i niczego nowego wymyślić się nie da. Mark Herman poszedł w równie popularny sposób opowieści – przyjęcie perspektywy dziecka. Ale to jest dziecko, które jak większość narodu niemieckiego, nie było świadome otaczającej rzeczywistości. Przy okazji reżyser podpatruje jego rodzinę, dzięki czemu poznajemy indoktrynację całego społeczeństwa (siostra ślepo „wchłania” całą ideologię nazistowską, serwowana przez nauczyciela), co najbardziej widać w postawie mężczyzn – niemal wszystkich. My orientujemy się, co znajduje się za płotem i czemu wszyscy noszą pasiaste piżamy”, bo 8-latek nie zna słowa obóz koncentracyjny. Nawet matka wydaje się odwracać wzrok na samo to słowo i reaguje histerią. Problem w tym, że mnie ta historia pozostawiała przez spora część filmu obojętną – może poza rozmowami dzieci (bardzo wiarygodnie zagranych przez Asę Butterfielda oraz Jacka Scanlona). I jeszcze jedną rzeczą – finałem, który mnie naprawdę zmiażdżył.

pasiasta_pizama2

Poza dzieciakami, grającymi główne role, reszta obsady tak naprawdę robi za tło (choć zdecydowanie należy wyróżnić grających rodziców Davida Thewlisa i Verę Farmigę) – solidnie zbudowane i nie odwracające uwagi od głównych bohaterów, gdyż to na nich spoczywa cały ciężar tego przedsięwzięcia.

pasiasta_pizama3

Markowi Hermanowi wyszedł całkiem niezły film, który jest solidnie zrealizowany, ale najmocniejszym i najlepszym momentem pozostaje zakończenie. Choćby dla niego, warto obejrzeć to smutne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Gra Endera

W niedalekiej przyszłości, ludzkość toczy ciężką wojnę z robalami. Po 50 latach, robaczki chcą wrócić i znów spuścić nam łomot. Ale ludzie już są do tego przygotowani i stworzyli ośrodek szkoleniowy, gdzie trenowane do walki są… młodzi nastolatkowie. Jednym z nich jest Andrew „Ender” Wiggin – urodzony jako Trzeci (rodziny mogły mieć tylko dwoje dzieci, zaś o trzecie musiały mieć pozwolenie), w którym dowódca szkolenia pułkownik Graff dostrzegł potencjał na wielkiego stratega. Poznajemy go w momencie, gdy chłopak zostaje… usunięty ze szkoły na Ziemi.

ender1

Przeniesienie na ekran powieści Orsona Scotta Carda wydawało się praktycznie zadaniem nie do zrealizowania. Ale kiedy 30 lat po napisaniu powieści, dochodzi do realizacji niemożliwego, to wiedzcie, że coś się dzieje. Zadania adaptacji podjął się Gavin Hood, który jakoś nie ma ręki do dobrych filmów („X-Men Geneza: Wolverine” najlepszym przykładem), ale jak wiadomo zła passa nie może trwać wiecznie. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice głównego bohatera, który jest kreowany i wsadzany w buty „charyzmatycznego stratega”, od którego zależą losy całej ludzkości. I nie ma w tym cienia przesady, zaś metody szkolenia są naprawdę ostre i twarde. Tu nie ma kolegów, tylko konkurencja, a Ender jest manipulowany przez Graffa i innych wojskowych, żeby tylko pasował do mitu, jaki jest tworzony. Manipulacja, oszustwo i przemoc to jedyne uznane metody i tolerowane, a ponieważ tak jak Ender nie jesteśmy do końca świadomi tej gry, przez to dochodzi do kilku zaskoczeń. I ten wątek całej historii jest najciekawszy w całym filmie. Samo szkolenie i „sukcesy” Endera są mocno uproszczone, ale jednak potrafią zaciekawić.

ender2

Także strona realizacyjna trzyma więcej niż przyzwoity poziom. Efekty specjalne potrafią przykuć uwagę – patrz: sceny „walk” między drużynami w sferze bez grawitacji czy ostateczna walka o obcymi, która jest „symulacją”, zdjęcia i montaż tez są zgrabne, jedynie muzyka jest tutaj słaba i za bardzo zajeżdża „Mass Effectem”. Ale ciągle mam wrażenie, że: po pierwsze – trochę to przypomina Harry’ego Pottera (wiem, że powstał później od Endera – przynajmniej pierwowzór literacki, jednak nie byłem w stanie tego rozerwać), po drugie: zakończenie pozostaje dość dziwaczne i urwane (czyżby miały powstać następne części? Will see.)

ender3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono dość nierówne. Z dzieciaków najlepiej sobie radzi Asa Butterfield jako Ender, który jest zagubiony, samotny i jednocześnie bardzo wnikliwy, inteligentny oraz bardzo podatny na manipulacje. Ale nie daje się do końca podporządkować wszystkim regułom i pozostaje człowiekiem. Za to w wielkiej formie jest Harrison Ford, który w roli pułkownika Graffa po prostu błyszczy. To manipulator, któremu zależy tylko na skuteczności (czytaj: sile), stawia uczniów przeciwko sobie i stara się kreować mit wokół Endera swoimi posunięciami i krętactwami. Przeciwwagą jest dla niego Viola Davis jako major Anderson, która stara się dbać o psychikę. No i jest jeszcze Ben Kingsley, czyli otoczony legendą Mazer Rackham, który jest równie bezwzględny jak Graff.

Mam pewne poczucie niedosytu, a brak znajomości powieści Carda działa mi na niekorzyść. Ale to kawał dość nietypowego SF, gdzie ważniejsze od efektów specjalnych i widowiskowej rozwałki pozostaje człowiek i jego etyczne problemy. I reżyser całkiem zgrabnie to rozwija tworząc kawał dobrej rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski