Troszkę minęło czasu odkąd widzieliśmy po raz ostatni Tony’ego. Ból jednak i żal po stracie żony nie zostaje, a śmierć ojca jeszcze bardziej na niego działa. Wydaje się, że poznana w domu opieki pielęgniarka może być nową partnerką naszego dziennikarza. Pozory jednak mylą, bo pewnych osób zastąpić się nie da. Niby wydaje się on pogodzony ze stratą, ale pozostaje jedno pytanie: co dalej? Jak znaleźć sens życia?

Trzeci (i ostatni) sezon serialu Ricky’ego Gervaisa nadal utrzymuje ton poprzednich części. Czyli jest bardziej refleksyjny, choć nie pozbawiony czasami ostrego humoru. Czy dostajemy tą samą konstrukcję odcinka, czyli skupiamy się na Tony i jego zachowaniu w ciągu jednej doby? Nie do końca, bo te rutynowe elementy (wizyta dziennikarska, odwiedzenie grobu oraz ławki, wizyta w redakcji) potrafią zmienić kolejność, a nawet w ogóle się nie pojawić. Były też momenty, gdy twórca pozwala także poznać osoby z otoczenia naszego bohatera. Wierzącą w horoskopy Kate, przyjaciela Lenny’ego i próbującego się spełnić artystycznie syna czy nową stażystkę Coleen, zmuszoną wskutek okoliczności do pracy w gazecie. Wiele jest tu ciepła, melancholii oraz galerii dość ekscentrycznych postaci jak listonosz o imieniu Pat czy opowiadający „żarty” nieporadny Brian. Ale żaden z nich nie jest pokazany w karykaturalny, groteskowy sposób.

Choć nie wraca wiele postaci (seksworkerka Roxy, stażystka Sandy) i humoru jest mniej (choć jest parę perełek jak rywalizacja Tony’ego z Mattem w ping-pongu, tenisie oraz squashu czy randki Kate), jednak nie czułem się rozczarowany. Gervais potrafi zachować balans między humorem a dramatem, ze sporadycznym rzucaniem mięsem (słowo pizda tutaj dominuje). Sceny sfilmowane z żoną nadal wzruszają, a prawdziwą bombę serwuje ostatni odcinek. Te półgodziny wydają się idealnym podsumowaniem drogi Tony’ego (od wizyty w hospicjum przez festyn, gdzie przewija się masa postaci aż po ostatnią scenę) – ten odcinek mocno podniósł ten sezon w moich oczach.

Jak można podsumować ten serial? „After Life” to nie jest chamski Gervais znany choćby z przemówień podczas prowadzenia Złotych Globów. Słodko-gorzki, melancholijny ton oraz powtarzalny szablon odcinków może wywołać konsternację, lecz pokazuje twórcę jako osobę uważnie obserwującą ludzi, ich problemy, lęki i demony. Żadnego wydumania, pretensjonalności, chociaż wnioski wyciągane mogą wydawać się banalne oraz oczywiste. Czy to przeszkadza przy oglądaniu? Nie.

To jaki bardziej „jesienny” tytuł, pozwalający się na chwilę zatrzymać i zadać egzystencjalne pytania o sens życia, zaświaty i życie w żałobie.
8/10
Radosław Ostrowski







