Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Kursk

Kursk – rosyjski atomowy okręt podwodny, który był niewykrywalny i miał pokazać, że Rosja nadal potrafi być potęgą marynistyczną. Ale w roku 200 na Morzu Barentsa podczas manewrów doszło do katastrofy. Najpierw eksplodowały torpedy, okręt poszedł na dno, zaś cała załoga zginęła. Nie tylko z powodu eksplozji, ale także poparzeń oraz brak tlenu. Rosjanie sami chcieli uratować załogę Kurska, bo nie chcieli, by świat poznał ich tajemnice. W końcu tą historię postanowili opowiedzieć filmowcy, pod wodzą reżysera Thomasa Vinterberga.

kursk1

Sama historia skupia się na kilku wątkach. Z jednej strony mamy załogę Kurska kierowana przez Michaiła Averina (najlepszy z obsady Matthias Schoenaerts), która próbuje przetrwać. Z drugiej strony mamy żony próbujące poznać jakiekolwiek informacje na temat mężów. I jest jeszcze trzecia strona, reprezentowana przez brytyjskiego admirała Davida Russella. Ten szybko orientuje się, co się wydarzyło na morzu i od razu proponuje pomoc. Ale w Rosji nadal panuje mentalność homo sovieticusa oraz ciągle śnią o potędze. Duma nadal nie pozwala przyznać się do słabości oraz posiadania chujowego sprzętu. Reżyser tasuje oraz przeskakuje z tych wątków, by pokazać to wszystko z jak najszerszej perspektywy. Jak ognia unika patosu, zaś sceny w okręcie tworzą klaustrofobiczny klimat. Każda decyzja może doprowadzić do śmierci, a poczucie bezsilności jest wręcz namacalne.

kursk2

Problem dla mnie jest jednak w tym, że te przeskoki osłabiają całość. Sceny w okręcie, gdy załoga walczy o przetrwanie potrafią chwycić za gardło. Ale wszystko inne dookoła (może poza sytuacjami z żonami) nie potrafi zaangażować i wydaje się takie nieciekawe. Sceny z Russellem – jak zawsze dobry Colin Firth – czy reakcje oficerów rosyjskiej marynarki nie jako są potrzebne. Mają one pokazać całe tło oraz poczucie, że zostało bardzo niewiele czasu. A także pokazać zakłamanie rosyjskiej marynarki, symbolizowanej przez admirała Petrenkę (Max von Sydow). Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak sytuacja załogi okrętu. Drugim poważnym problemem jest w zasadzie brak wyraźnie napisach postaci. Wszystko jest tu szablonowe: wyrazisty lider w postaci Michaiła, oślepiony dumą rosyjski admirał, brytyjski admirał pełen szczerych intencji, wojownicza i uparta żona. Gdyby nie charyzma aktorów, te postacie nie były w stanie być czymś więcej niż tylko świstkiem papieru.

kursk3

„Kursk” wydaje się pewnym kompromisem między ambicjami reżysera a pomysłami producentów. I jak każdy kompromis nie jest w pełni satysfakcjonujący dla nikogo. Mimo paru wad, reżyserowi udało się pokazać dramat marynarzy skazanych na śmierć jeszcze przed wypłynięciem.

6,5/10

Radosław Ostrowski