Orzełek Iggy

Czy ktoś jeszcze kojarzy Bartka Kędzierskiego? Twórca kultowych (w pewnych kręgach) „Włatców much” był jednym z fenomenów animacji dla dorosłych do czasu wkroczenia Bartosza Walaszka. Jednak teraz reżyser postanowił wrócić z filmem animowanym (oczywiście) skierowanym do młodszego widza. Ale czy „Orzełek Iggy” poleci niczym nasz orzeł? Tak, o Małysza też chodzi.

Wszystko dzieje się w świecie antropomorfizowanych ptaków, które od bardzo dawna – dzięki technologii – nie latają skrzydłami. Po co same mają latać, skoro mają samoloty wszelkiej maści, także poruszają się autami, motocyklami itp. Tak jak my. I właśnie tutaj pojawia się młody, skrzydlaty chłopiec o imieniu Iggy. Jego rodzice są tak sprzeczni jak tylko możliwe – nadopiekuńcza korpo-pracownica, z telefonem niemal cały czas oraz strażak na wymuszonej emeryturze, który jest trochę bardziej wyluzowany. Chłopak ma jedno marzenie, żeby latać. Tylko niemal wszyscy (od nauczycieli po uczniów) uważają to za nierealne. Ale wszystko zmienia się, kiedy poznaje nową koleżankę Ewę.

Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i dla doświadczonych kinomanów (do których ewidentnie ten film nie jest adresowany) nie będzie zbyt wielką niespodzianką. Kędzierski prowadzi wszystko w formie narracji z offu przy udziale starej sowy-bibliotekarki. Tematy dotykane tutaj może nie zaskakują (przełamywanie schematów, przyjaźń, zderzeń fantazji z rzeczywistością, uzależnienie od technologii), ale wszystko jest opowiedziane w elegancki, choć bardzo bezpośredni sposób. Jeszcze mamy tutaj rodziców, którzy są jak magnezy z dwóch kierunków, sprytną i inteligentną koleżankę (z tajemnicą), wymyślonego przyjaciela Feliksa oraz… zombie-kuraki, czyli parodia zombie z „Nocy żywych trupów”. Jest tu troszkę humoru, ale bardziej skierowanego dla młodszych widzów.

Sama animacja to hybryda ręcznie rysowanych postaci z trójwymiarowymi tłami. I byłem bardzo zaskoczony, bo tła (budynki, wnętrza mieszkań) wyglądały bardzo namacalnie. Jakby postacie zostały dorysowane do naszego świata, co dość mnie zaskoczyła. Kreska może nie jest zbyt szczegółowa – poza sekwencjami sennymi, gdzie tła wyglądają imponująco – ale wygląda przyzwoicie. Szczególnie horrorowe wejścia zombie-kurczaków oraz drobne efekty specjalne. Złego słowa także nie powiem o polskim dubbingu, ze wskazaniem na przekonujące role dziecięce w wykonaniu Tymoteusza Gliszczyńskiego (Iggy), Kosmy Pressa (Feliks) oraz Antoniny Baduchowskiej (Ewa). Wspierani przez bardziej doświadczonych aktorów jak Piotr Adamczyk (Leon, ojciec Iggy’ego), Agnieszka Dygant (Julia, matka Iggy’ego), Anna Seniuk (bibliotekarka) czy Danuta Stenka (dyrektorka – nie do poznania) tworzą bardzo zgraną grupę bez słabego ogniwa.

„Orzełek Iggy” może nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny „Smok Diplodok”, ale to kawałek bardzo przyzwoitego kina dla młodego widza. Niedzisiejszy w formie, choć dotyka jak najbardziej współczesnych, jak i bardziej uniwersalnych kwestii. Dorośli mogą poczuć się troszkę znudzeni, ale krótki czas trwania nie pozwala się wiercić w trakcie seansu.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix: Osiedle bogów

Dawno, dawno temu była sobie mała galijska wioska, która stawiała dzielny opór rzymskiemu najeźdźcy. To było w czasach, gdy Rzymem rządził Juliusz Cezar. Genialny wódz próbował wielu sztuczek, ale wszystko kończyło się klęską. I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest już stracona, Cezar wpadł na genialny pomysł – zbudować przy wiosce Galów osiedle dla Rzymian, by za pomocą cywilizacyjnego podstępu „zromanizować” Galów i zniszczyć wioskę.

asterix_i_obelix_1

Ile ja razy oglądałem te stare animacje o Asterixie i Obelixie? Mnóstwo i za każdym razem czułem tą niesamowitą frajdę. Potem powstały filmy o galijskim duecie z Gerardem Depardieu w roli Obelixa, a teraz Galowie wrócili do animacji. Czy Galowie się zmienili? Absolutnie nie, Asterix z Obelixem nadal się przekomarzają i lubią spuszczać łomot Rzymianom, w wiosce nadal się kłócą o świeżość ryb, a druid Panoramix ciągle dzieli się swoją mądrością oraz radami. I tak jak zawsze, Galowie muszą pokonać Rzymian, by na końcu zjeść wielką ucztę. Czyli jakby główne clou całej imprezy pozostało bez zmian. Ale jest jeden drobny myk, czyli interakcję między rzymskimi turystami (w zasadzie nowymi mieszkańcami) a Galami. Powoli zaczyna się budzić w Galach chęć zarobku oraz powolne wykorzenianie. Dochodzi nawet do przyjaźni między Galami a rzymską familią Miniminusa, co jest dodatkowym smaczkiem.

asterix_i_obelix_2

Twórcy pozwalają sobie na żarty oraz aluzje do popkultury (jak to zawsze w tej serii było), ale i tak esencją pozostaje finałowa naparzanka między Galami i Rzymianami (kolejny żelazny gwóźdź repertuaru). Przy okazji panowie szydzą z praw związkowych (strajki legionistów i robotników), obnażają brudną politykę, a walki gladiatorów przypominają zawody wrestlerów. I ta sprawdzona formuła ze zmieszanymi nowymi składnikami nadal smakuje (a może to nostalgia za mną przemawia).

asterix_i_obelix_3

Sama animacja i kreska jest typowo europejska, a jednocześnie wierna komiksowemu pierwowzorowi. Postacie są trójwymiarowe, ale mają swój szorstki urok (Galowie). Przyjemnie się to ogląda i okraszone jest bardzo podniosłą, wręcz epicką muzyką. No i dubbing nie zawodzi, choć łatwo nie było. Bo nie byłem w stanie zapomnieć genialnych interpretacji głównych bohaterów (Asterixa i Obelixa) zarówno w wykonaniu duetu Ryszard Nawrocki/Jan Prochyra, jak i Mieczysław Morański/Wiktor Zborowski. Tym razem w sprytnego Asterixa oraz silnego Obelixa wcielili się Wojciech Mecwaldowski i Arkadiusz Jakubik. Powiem krótko – panowie dali radę. Mocno zaskoczył ten drugi mówiąc bardzo niskim głosem (niższym niż zazwyczaj), ale charakter postaci zachowano. Klasę potwierdzili też Piotr Fronczewski (Julek Cezar) i Miłogost Reczek (wódz Asparanoiks).

asterix_i_obelix_4

Muszę przyznać, że Asterix z Obelixem wrócili do dobrej formy (a czy byli kiedyś w słabszej?) i mimo lat dość zaawansowanego wieku, zachowują młodość i świeżość. A już pojawiły się plany kontynuacji, więc czekam z niecierpliwością. Bo będzie dobrze, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Sklep dla samobójców

Jest pewne miasto we Francji, gdzie ludzie są ciągle przygnębieni i mają dość całego życia. Dlaczego? Tak naprawdę nie wiadomo. Ale jeśli chcesz się zejść z tego świata, gdyż świat stał się nie do przyjęcia, to jest taki sklep, gdzie możesz załatwić sobie samobójstwo. Akcesoria do wyboru i do koloru – trucizny, miecze, naboje. Prowadzi ten interes rodzina Tuvache, czyli Mishima i Lukrecja oraz dwoje dzieci: Marynia oraz Wincek. Interes kwitnie, tylko klienci muszą załatwić swoje potrzeby w bardziej pokątnym miejscu, bez świadków. Ale pojawia się w rodzinie trzeci syn, Alan, który jako jedyny się uśmiecha. A to w ponurej familii z ponurym interesem nie może skończyć się dobrze.

sklep_dla_samobjcw1

Co może się stać, gdy doświadczony filmowiec postanawia spróbować swoich sił w animacji? Efekty mogą być różne: od świetnych („Przygody Tintina” Spielberga czy animacje Tima Burtona), po kompletne rozczarowania i porażki. Do tego grona postanowił dołączyć Patrice Leconte – twórca znakomitej „Dziewczyny na moście”, próbując zrealizować czarną komedię zdecydowanie dla starszego widza. Widać to w bardzo chropowatej i – powiedzmy to wprost – brzydkiej kresce, która podkreśla depresyjny charakter miasta. Nikt z niczego się tu nie cieszy, bo i z czego. Stąd wszelkie próby Alana mające na celu wnieść odrobinę koloru do tego świata. Wiadomo jak to się skończy (dlatego całość jest bardzo krótka – niecałe półtorej godziny), jednak to kompletnie nie przeszkadza. Całość oparta jest na bardzo smolistym humorze, więc mamy masę różnych sposobów na zgon (krótkie wprowadzenie rodziny) i jest on trafiony w punkt, zgrywając się z wizualnym stylem. I nie ważne, czy mówimy o wypiciu trucizny z przyglądającymi się szczurami czy powieszeniu (nieudanym) albo trudnym wyborze metody zejścia.

sklep_dla_samobjcw2

I tu pojawia się pewien mocny zgrzyt – reżyser postanowił okrasić całość musicalowymi wstawkami, gdzie poznajemy motywacje naszych bohaterów (państwa Mishimy i Alana). Niektóre są bardzo zgrabnie pokazane (pierwsze spotkanie z rodziną, dyskusja Alana w autobusie, szukającego motywacji czy przygnębiająca refleksja nad sensem dalszej działalności i wynikających z tego moralnych rozterek, teksty są niezłe, zaśpiewane też bez poczucia żenady. Ale muzyka (mocno – za mocno – inspirowana  Dannym Elfmanem) brzmi po prostu słabo, psując mocno bębenki. No i całość jest mocno przewidywalna, ale już  tym wspominałem.

sklep_dla_samobjcw3

Na plus (poza pomysłem) warto wyróżnić dobry dubbing. Tym razem twórcy z naszego podwórka wpadli na pomysł, by zatrudnić zawodowych kabareciarzy i to był strzał w dziesiątkę, gdyż głosy idealnie oddają charakter każdej z postaci. I nie ważne czy to wiecznie przygnębiony i profesjonalny pan Mishima (Michał Wójcik) oraz oddana mu żona Lukrecja (mocna Joanna Kołaczkowska) czy epizodyczne role „dobrego” człowieka (Robert Górski), kulturalnego dżentelmena (Artur Andrus) lub zdesperowanego samobójcę z pistoletem (Roman Żurek). I to podnosi ocenę.

sklep_dla_samobjcw4

„Sklep” to animacja zdecydowanie dla dorosłych i to nie tylko ze względu na temat i bardzo mroczny, wręcz depresyjny klimat. Dużo czarnego humoru i przewidywalny przebieg fabuły mocno odstraszył kinomanów na całym świecie. Jednak efekt okazał się całkiem strawny, mimo poczucia niewykorzystania potencjału. Nie jest to jednak powód, by zejść z tego świata.

6/10

Radosław Ostrowski