Nieoszlifowane diamenty

Howard Ratner jest nowojorskim jubilerem, który jeszcze jakoś funkcjonuje. Jakoś tam ciągnie, ma żonę, dzieci i kochankę, a takie życie musi sporo kosztować. Dlatego Howard ma długi, sporo długów, a by spłacić bardzo mocno lawiruje. Pożyczki, ryzykowne zakłady, zastawianie się – jeszcze jakoś jest na powierzchni, tylko na jak długo. W końcu trafia mu się okazji, czyli bardzo cenny czarny opal, wystawiony na aukcję. Kamieniem bardzo zainteresowany jest koszykarz Kevin Garnett, który bardzo chciałby go mieć u siebie.

uncut gems1

Bracia Safdie wracają z nowym thrillerem. I tak jak „Good Time” jest to bardzo energetyczny, dynamiczny film skupiony na jednej postaci. Uwierzcie mi, będziecie chcieli od niego trzymać się z daleka, bo gość śmierdzi. Oszukuje, kluczy, kombinuje, kłamie, ucieka – wszystko by jakoś wyplątać się z finansowych tarapatów. Chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego los już dawno został przesądzony. A kiedy już zbiera kasę, by wyjść na prostą, podejmuje szalone decyzje, zakładając się i licząc na większą sumkę. Wielokrotnie łapałem się za głowę, myśląc, co jeszcze ten gość wymyśli. Przecież zachowuje się jak totalny idiota, pozbawiony instynktu samozachowawczego jakby adrenalina była dla niego jedynym paliwem. Żyłka ryzykanta połączona z pewnością siebie oraz arogancją – to nie jest zbyt dobra kompilacja. Ale mimo to bardzo zależało mi na tej postaci, mimo swojej antypatyczności oraz wręcz szybko podejmowanych decyzjach.

uncut gems2

Wszystko jest podporządkowane Howardowi, więc kamera niemal otacza go, jest przyklejona do jego sylwetki. Najbardziej uderza tutaj udźwiękowienie, pokazujące cały miejski gwar. Tutaj niemal wszyscy do wszystkich krzyczą, bo są na ulicy, wiec muszą jakoś zwrócić na siebie uwagę. Ten miejski puls jest zaprezentowany świetnie, a sama intryga trzyma w napięciu. I jest tutaj bardzo intensywnych momentów jak ucieczka przed wierzycielami ze szkoły, licytacja opalu czy finał z bardzo wysokim zakładem w tle. To wszystko potęguje bardzo oniryczna muzyka Daniela Lopatina oraz szorstkie zdjęcia Dariusa Khondji.

uncut gems3

Jednak największą niespodziankę rodzeństwo zostawiło w kwestii castingu. Bo kto by się spodziewał, że naszego śliskiego Howarda zagra Adam Sandler. By było jeszcze śmieszniej, panowie Safdie napisali tą postać specjalnie dla tego aktora. Ten odpłacił się z nawiązką, tworząc najlepszą swoją rolę w karierze – antypatycznego desperata, mającego kompletnego fioła na punkcie diamentów oraz koszykówki. Najlepiej Sandler radzi sobie w momentach, gdy jest wyszczekany, puszczają mu nerwy albo podczas oglądania meczu. Reszta postaci jest zepchnięta na dalszy plan, chociaż najbardziej z tego grona wybija się jeszcze bardziej cwana kochanka w wykonaniu debiutującej Julii Fox oraz grający samego siebie koszykarz Kevin Garnett.

Warto uważniej przyglądać się braciom Safdie, którzy kolejny raz udowadniają jak bardzo się rozwijają. „Nieoszlifowane diamenty” biją na głowę ich poprzednie filmy, gdzie nawet w spokojnych momentach czuć namacalne napięcie oraz poczucie zagrożenia. Bardzo mocne, drapieżne kino z życiówką Sandlera.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Good Time

Początek tego filmu to rozmowa u psychiatry, gdzie odbywa się jakaś forma terapii. Tu tutaj znajduje się Nick – upośledzony umysłowo mężczyzna, którego wyrywa stamtąd jego brat Connie. Po co? By razem mogli napaść na bank. Wszystko idzie zaskakująco szybko i sprawnie, ale zaczyna się sypać po wyjściu z banku. Najpierw wybucha granat z farbą, a potem Nick zostaje schwytany przez policję. Connie by wpłacić za niego kaucję, potrzebuje jeszcze 10 tysięcy dolarów. Tylko skąd zdobyć pieniądze?

good_time1

Bracia Safdie początkowo wprawiają w konsternację, bo wstęp zapowiada bardziej kino społecznie zaangażowane. Ale potem to idzie w stronę rasowego kryminału, gdzie mamy napad (bardzo szybko zrobiony), ucieczkę oraz próbę odzyskania brata. By to zrobić, zanurzymy się w nocną podróż, pełną ludzi z niższych sfer, które próbują własnymi siłami spełnić amerykański sen. Droga ta jest wyboista, miejscami bardzo mroczna i pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na szczęśliwy finał. Bo jeśli sam swojemu szczęściu nie pomożesz, nikt inny tego nie zrobi. Realizacyjnie film przypomina transowe produkcje Nicolasa Windinga Refna, gdzie z jednej strony mamy silne nasycenie kolorami oraz hipnotyzującą muzykę elektroniczną. Z drugiej zaś jest wiele ujęć z ręki, która sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali dokument. I to zderzenie nie wywołuje zgryzów. Reżyserzy potrafią zbudować napięcie (sceny w lunaparku), doprowadzając do dość zaskakującego finału.

good_time2

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do zmiennego tempa oraz masy zbiegów okoliczności, które pomagają bohaterowi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niemniej byłem w stanie wejść w tą historię oraz jej klimat. A największą zaletą filmu jest fantastyczna rola Roberta Pattinsona, który ostatecznie odcina się od pamiętnej kreacji świecącego wampira. Tutaj widać jego zdenerwowanie, działanie instynktowne, a jednocześnie bardzo przemyślane aż do końca. To jak działa intuicyjnie, budzi wrażenie. Poza nim wybija się (szkoda, że tak krótko) Ben Safdie jako upośledzony umysłowo Nick z bardzo charakterystycznym, ospałym głosem oraz Buddy Duress jako narwany oraz klnący Ray, spotkany na drodze przez bohatera.

good_time3

„Good Time” to dziwny, transowy kryminał, stawiający na klimat. Gdy złapiecie ten rytm, to będzie bardzo dobrze spędzony czas.

7/10

Radosław Ostrowski