Ed Wood

Są filmowcy, którzy przechodzą do historii, chociaż nie zawsze ze względu na wysoki poziom artystyczny swoich dzieł. Kimś takim był Edward D. Wood Jr. – reżyser, producent, aktor i scenarzysta. Co można o nim powiedzieć? Był on filmowcem, który miał wszystko, oprócz i szczęścia. Każdy jego projekt był artystyczną i komercyjna klapą, jednak sama postać była na tyle interesująca, iż postanowiono nakręcić jego biografię.

ed_wood1

Początkowo reżyserem miał być Michael Lehmann, jednak projekt trafił w ręce Tima Burtona. Wydawałoby się, że ten reżyser, nie posiadający doświadczenia przy realizacji filmów biograficznych nie poradzi sobie z tą materią. Jednak Amerykanin nie tylko wszedł w klimat, ale także nakręcił jeden z najlepszych filmów w swojej karierze. Jest to zarówno próba wejścia w psychikę Wooda, pokazania jego metody pracy, ale także jest to swoisty hołd dla tego filmowca. Widać to już w czołówce filmu – na początku widzimy opuszczony dom, kamera wchodzi do środka – z trumny podnosi się mężczyzna pokrótce wprowadzający nas w film, by potem obejrzeć cmentarz, gdzie na grobach widzimy nazwiska aktorów. Całość utrzymana w czarno-białej kolorystyce, co tylko bardziej miało stworzyć klimat starego kina. I to się sprawdza – podobnie „horrorowi” muzyka tym razem napisana przez Howarda Shore’a (zastąpił Danny’ego Elfmana, z którym Burton się pokłócił).

ed_wood2

Z jednej strony jest to film o kręceniu filmów, gdzie twórca niejako jest skazany na kompromisy i uzależniony jest producentów. Oni proponują pieniądze, a w zamian proszą albo o zmiany w scenariuszu czy umieszczenie w obsadzie swoich znajomych, często pozbawionych talentu aktorskiego. Z drugiej to też trafny portret freaków, którzy zrobili karierę w telewizji – fałszywych jasnowidzów, transwestytów oraz producentów-amatorów, szukających przede wszystkim profitów. I to tutaj dochodzi do niezwykłej relacji miedzy Woodem, a zapomniana już gwiazdą horroru, Belą Lugosim. I ta znajomość jest najważniejszym wątkiem tego filmu, gdyż obaj panowie są sobie potrzebni – Wood dzięki jego obecności stara się realizować kino, a Lugosi odzyskuje dawną sławę.

ed_wood3

To, że Burton potrafi prowadzić aktorów, wiadomo od dłuższego czasu. Klasę pokazuje tutaj Johnny Depp – tym razem bez makijażu i charakteryzacji, co w przypadku filmów Burtona jest rzadkością. Wood w interpretacji Deppa to przekonany o swojej wielkości facet, który nie ma talentu za grosz, jednak pasja, pomysłowość i determinacja musi budzić podziw, choć jego dziwactwa (jest transwestytą) nie spotykają się z akceptacją jego dziewczyny (naprawdę dobra rola Sarah Jessiki Parker). Jednak największe wrażenie robi znakomita kreacja Martina Laudau w roli Lugosiego. To stary, zmęczony aktor uzależniony od narkotyków oraz swojej roli Drakuli (pierwszy raz poznajemy go, gdy kupuje… trumnę),nie radzący sobie z nowymi regułami szołbiznesu, budzi on współczucie i sympatię. Ten duet wspaniale się uzupełnia i oglądanie go na ekranie sprawia wielką przyjemność.

Burton nawet w innym gatunku potrafi być równie wspaniały jak kręcąc swoje pokręcone opowieści. Świetna biografia pokazująca człowieka, próbującego odnieść sukces. A że udało mu się go osiągnąć po śmierci, to już inna kwestia.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

The Grand Budapest Hotel

Rok 1968, w uzdrowisku Nebelsbad dawnej republiki Żubrówki znajduje się pewien podupadły hotel – Grand Budapest. Tam przebywa pewien pisarz, który poznaje właściciela, niejakiego Zero Mustafę, który opowiada mu historię swojego życia. Kiedy był małym chłopcem pracował jako boy hotelowy, kiedy ten hotel był kierowany przez konsjerża Gustava H. Był to czarujący dżentelmen przykuwający uwagę do drobiazgów. Całe jego życie ulega rozpadowi, kiedy jedna z jego kochanek madame Desgoffe-und-Taxis, która zapisała mu (Gustavovi) jeden cenny obraz, na co rodzinka zmarłej krzywo patrzy okiem. Tak bardzo, że konsjerż zostaje oskarżony o morderstwo madame.

grand_budapest_hotel1

Kiedy pojawia się film Wesa Andersona, wiadomo czego mniej więcej się spodziewać. To jeden z tych reżyserów, którzy w ostatnim czasie ciągle mnie zaskakuje i poraża z jednej strony nieprawdopodobną precyzją realizacyjną, skupieniem na masę detali (włącznie z kolorystyką), a jednocześnie jest to bardzo lekkie, zabawne i co najważniejsze – bardzo emocjonujące i wciągające, a to potrafi naprawdę niewielu. Jednak „Grand Budapest Hotel” podbija stawkę bardzo wysoko i jest to film, który bardzo trudno opowiedzieć – każdy powinien sam zmierzyć się z tym dziełem i w ogóle dorobkiem Andersona, który tym razem po prostu przebił samego siebie. Bo jak tu opowiedzieć o takich drobiazgach jak zatrzymanie w pociągu, pościgu w śniegu za zakapiorem Joplingiem czy finałowej konfrontacji w hotelu, gdzie próba zgarnięcia obrazu zamienia się w strzelaninę? A jednocześnie jest w tym wycyzelowanym świecie nostalgia za przeszłością i epoką, która już nigdy nie powróci. A może nigdy jej nie było?

grand_budapest_hotel4

Opowieść nabiera bardzo przyjemnego smaku, a reżyser świetnie żongluje konwencjami komedii, kryminału, a nawet horroru (ucieczka mecenasa Kovacsa w ciemnych salach muzeum) i wszystko wygrywa bardzo precyzyjnie. Jak to jest robione, nie mam pojęcia. Tam wszystko: od montażu przez dialogi po muzykę i nie nie jest dziełem przypadku.

grand_budapest_hotel3

A jeśli chodzi o obsadę, to od nadmiaru nazwisk może zaboleć głowa. Andersona chyba postanowił przejrzeć listę portalu IMDB.com i tak powybierał aktorów. Sprawdzonych wcześniej u Andersona  Bill Murray (tutaj epizod jako pan Ivan), Adrien Brody (wyjątkowo antypatyczny Dimitri, który dość groteskowo wygląda w czerni), Edward Norton (inspektor Henckels) czy pojawiający się w epizodzie Harvey Keitel (skazaniec Ludwig organizujący ucieczkę). Jednak tutaj pierwsze skrzypce gra niesamowity Ralph Fiennes, który rzadko miał możliwość pokazania talentu komediowego. Gustave jest po prostu perfekcyjnym kamerdynerem. Tak perfekcyjnym, że recytowane przez niego wiersze potrafią być do bólu nudzące. Poza tym jest czarującym dżentelmenem, który potrafi spełniać zachcianki starszych pań i elegancki do bólu, nawet w więzieniu (choć i mięsem rzucić potrafi). Partnerujący mu młody Toni Devoroli jako Zero jest po prostu czarujący i mocno zafascynowany swoim szefem, tworząc naprawdę wyborny duet. Nie sposób tez nie wspomnieć o wybornie grającym Willemie Dafoe (zakapior Jopling, który samym wyglądem budzi przerażenie) oraz czarującej Saoirse Ronan (Agatha, dziewczyna Zero).

grand_budapest_hotel2

Co ja więcej mogę powiedzieć – odwiedźcie jak najszybciej Grand Budapest Hotel, póki jeszcze jest czynny. Bo tam może zdarzyć się dosłownie wszystko o czym przekonał się pewien jeden osobnik, który wrócił totalnie oszołomiony.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Weekend z królem

Jest lato 1939 roku. Król brytyjski Jerzy V razem z żoną Elżbietą wyruszają do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie matki prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Wizyta odbędzie w jego domu Hyde Park nad rzeką Hudson. Celem wizyty jest prośba o pomoc prezydenta w zbliżającej się wojnie. Jednocześnie prezydent będzie próbował uwieść swoją kuzynkę Daisy.

Nie jest to do końca film o polityce, choć z opisu mogłoby to wynikać, zaś nasi „genialni” dystrybutorzy podciągnęli tytuł filmu pod „Jak zostać królem”, jakby to była kontynuacja tego dzieła, co jest nieprawdą. Film Rogera Michella to tak naprawdę lekka komedia, gdzie dominują przede wszystkim anegdotki i miłość – nie zawsze szczęśliwa, ale no cóż. Liryczne fragmenty przeplatają się z delikatnym humorem, z naprawdę ładnymi zdjęciami, elegancką muzyką i dość sielską atmosferą. Dla mnie trochę ta historia wydawała się zbyt błaha, zaś poziom był bardzo nierówny i miałem wrażenie, że nie do końca wykorzystano potencjał tej opowieści.

weekend_z_krolem1

Jednak ten film się broni od strony aktorskiej. Kapitalny jest Bill Murray w roli prezydenta Roosevelta – kulturalnego, wyluzowanego i dowcipnego faceta, który jest pragmatykiem w każdej kwestii. Ale jednocześnie jest to postać z krwi i kości, nie pozbawiony uroku osobistego (przejażdżki za miasto). Laura Linney jako kuzynka Daisy (jednocześnie narratorka filmu) jest zarówno naiwna, jak i sprytna + czarująca. Chyba jednak najtrudniejsze zadanie stało przed Olivią Coleman i Samuelem Westem jako parą królewską i to nie tylko przez porównania do ról z „Jak zostać królem”. Ale oboje poradzili sobie jako sztywniacy, trzymający się etykiety i zderzeni z amerykańską bezpośredniością oraz luzem. Jednocześnie czują ciężar odpowiedzialności i starają się walczyć ze swoimi lękami i obawami.

weekend_z_krolem2

Jak już mówiłem „Weekend z królem” to lekkie (dla wielu może zbyt lekkie) kino, które jednak dostarcza całkiem niezłej rozrywki i pokazuje politykę z trochę innej strony niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Rok 1965, New Penzacne w Nowej Anglii. Tam mieszka 12-letni harcerz Sam Shakusky oraz jego rówieśniczka, Suzy Bishop. On – wzorowy harcerz, nie lubiany przez kolegów, ona ma rodziców prawników, którzy dawno stracili ze sobą kontakt. Oboje poznali się podczas szkolnego przedstawienia „Powódź Noego”. I od tej pory piszą do siebie listy, aż w końcu planują wspólną ucieczkę. W ślad za nimi rusza pościg pod wodzą kapitana Sharpa i harcmistrza Warda, który ma ich znaleźć i ukarać. Ale że chłopak jest sierotą, karą dla niego będzie odesłanie go do poprawczaka.

kochankowie2

Opowieści o miłości było naprawdę wiele, ale nikt nie opowiedział tego w taki sposób jak Wes Anderson. Reżyser opowiadający o ekscentrycznych ludziach i rodzinach destrukcyjnych tym razem opowiada o miłości dwójki dzieci, które mają zostać rozdzielone. Z jednej strony mocno osadzone w latach 60-tych (świetna scenografia i kostiumy z epoki), z drugiej reżyser trochę bawi się konwencjami. Bo jest tu i dramat nieakceptowanej miłości, trochę komedię romantyczną, a wszystko to w lekko groteskowy, ale jednocześnie szczery sposób. Anderson opowiada wszystko w bardzo nietypowy sposób za pomocą świetnych zdjęć (kamera posuwa się w bok jak w teatrze) i montażu, genialnej muzyki, ale też i specyficznego humoru oraz pewnej magii, której nie potrafię wyrazić słowami. Zaś postacie są ciekawe. Bo mamy narratora ubranego w czerwony płaszcz, który jest kimś w rodzaju przewodnika po okolicy (zawsze pokazany na pierwszym planie), harcerzy, którzy bardziej przypominają wojsko (mają szukać zagubionego chłopaka, którego nie lubią, choć prędzej by go zabili) oraz Opiekę Społeczną, wyglądającą jak czarownica. Dorośli są tutaj albo smutni (harcmistrz oraz kapitan policji), albo dysfunkcyjni (rodzice Suzy, którzy rozmawiają ze sobą jak adwokaci, zaś matka woła dzieci na obiad używając megafonu). Przy nich dzieci sprawiają wrażenie naturalnych, dojrzałych oraz po prostu mądrzejszych. Zaś ich zachowanie (pierwsze pocałunki, dotykanie czy malowanie aktów) jest czymś normalnym. A to potrafi pokazać tylko Anderson.

kochankowie1

Ale poza pomysłowością wizualną i techniczną, reżyser ma dobrą rękę do obsady. Kompletnym objawieniem dla mnie byli Jared Gilman oraz Kyra Hyward w rolach tytułowych kochanków (autor polskiego tłumaczenia tytułu jest skończonym idiotą, gdyż przekład jest z dupy wzięty, a nazw własnych się nie tłumaczy – chyba). Oboje są naturalni i nie zawaham się tego powiedzieć, to jest ich film. Mam małą nadzieję, że ich jeszcze zobaczę na ekranie. Za to dorośli wypadli równie przekonująco. Bill Murray i Frances McDormand jako rodzice prawnicy są jednym ze źródeł humoru. Oboje już przestali się obchodzić nawzajem, choć się kochają i nadal czują coś do siebie. Z kolei Edward Norton jako harcmistrza Warda stanie się symbolem harcerza, który może nie jest idealny, ale ciągle się stara i wzbudza empatię, jest zaangażowany (to widać m.in. w czasie inspekcji czy nagrywanych „Dziennikach harcmistrza”). Tak samo Bruce Willis w roli policjanta, który nie jest szczęśliwy, jednak też próbuje znaleźć pokojowe rozwiązanie sytuacji. Ich przeciwieństwem jest postać Opieki Społecznej, granej przez Tildę Swinton. Bezduszna, kierująca się przepisami kobieta wzbudza niechęć, a nawet wrogość. Należy też wspomnieć o epizodach Jasona Schwartzmana (kuzyn Ben) oraz Harveya Keitela (dowódca Pierce).

Wydawało mi się, że już nie da się opowiedzieć oryginalnej i niezwyklej historii, ale od czego jest Wes Anderson. Takich filmów nie powinno się opowiadać, tylko samemu obejrzeć i przeżyć je. Do czego was gorąco zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandre Desplat – muzyka z filmu: