Wielki Mike. The Blind Side

Wiele już filmów opartych na faktach, bo – jak powszechnie wiadomo – życie jest w stanie napisać najbardziej pokręcone scenariusze. Nie inaczej jest tutaj, bo mamy historię młodego chłopaka z tzw. dzielnicy nędzy i rozpaczy Memphis. Nazywa się Michael Oher i wygląda niczym wielki taran, jest czarny, ale ma duży problem z nauką. W końcu trafia do liceum, gdzie trener decyduje się go przyjąć, na co wpływ mają jego umiejętności, ale wtedy na drodze naszego wielkoluda pojawia się niejaka Leigh Anne Touly – architektki wnętrz, która podejmuje się opieki nad nim.

blind_side1

Historia brzmi jak amerykański sen i może wydawać się nieprawdopodobna. Ale o dziwo reżyser John Lee Hancock nie boi się korzystać z klasycznych klisz, gdzie widzimy powolną przemianę naszego troszkę nie kontaktowego Wielkiego Mike’a nie tyle w dobrego zawodnika, ale i powoli odnajdującego swoje miejsce człowieka. Wszystko tu jest poprowadzone po sznureczku, przebieg fabuły jest bardzo przewidywalny, przez co nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować.  Także i postacie są dość schematyczne: empatyczni nauczyciele (poza jednym bucem z języka angielskiego), wspierająca go nowa rodzina (zwłaszcza młodszy brat S.J., który szybko nawiązuje z nim kontakt), uproszczony portret dawnego domu, gdzie przebywa zagubiona matka oraz dawni kumple, upaprani w gangsterkę. No i jeszcze trener, który nie potrafi się dogadać z nowym zawodnikiem. Wszystko wydaje się takie miłe, delikatne, może nawet troszkę cukierkowe.

blind_side3

Owszem, pojawia się nawet odrobinka humoru (nie pozbawiona złośliwości), zaś sceny meczy futbolu amerykańskiego wygląda naprawdę porządnie, lecz cały ten obyczajowy wątek specjalnie nie angażuje. Może zbyt wiele opowieści o ludziach znikąd, którzy dostają szansę na lepsze życie i (nie bez problemów) ją wykorzystują, przez co było mi to znane aż za dobrze. Takich inspirujących filmów było już setki i tysiące, ale tutaj niewiele rzeczy na mnie podziałało. A wszystko jeszcze takie uproszczone i skrótowe.

blind_side2

Jedyną wybijającą się rzeczą (troszkę) jest Sandra Bullock w roli Leigh Anne. Jest to pozornie normalna kobitka, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać, uparcie dąży do celu i twardo stąpa po ziemi. A jednocześnie budzi sympatię, powoli przełamując kolejne problemy Mike’a. Sam Oher w wykonaniu debiutującego Quintona Aarona wypada dobrze, choć początkowo może drażnić swoją smutną miną zbitego psa. Jeszcze bardziej mnie zaskoczył drugi plan, gdzie mamy m.in. Raya McKinnona (trener Cotton), Kim Dickens (nauczycielka biologii) czy w epizodzie Kathy Bates (korepetytorka, panna Sue), choć nie mieli zbyt wiele do roboty. Ale zawsze dobrze na nich popatrzeć.

„Wielki Mike” zrobił spore zamieszanie w USA, co wynika ze względu na specyficzny sport oraz ich wiarę w dokonywanie niemożliwych rzeczy. Tylko, że to wszystko jest tak schematyczne i zwyczajnie nudne, iż nie byłem w stanie w to uwierzyć.  

5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć prezydenta

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam kurwa pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudski (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

Moja kolacja z Hervem

Jest rok 1993, czyli czas wielkiej popularności „Jurassic Park”, ale dla dziennikarza Danny’ego Tate’a to czas ciężkiej pokuty. Kiedyś był dobrym dziennikarzem, miał żonę i dziecko. Jednak wszystko zmieniło się z jednego powodu: gorzała. Teraz jest już czysty i dostaje szansę powrotu: wywiad z Gorem Vidalem oraz notka na temat Herve’a Villechaize’a – aktora-karła, grającego w jednym z filmów o Bondzie. Jednak ta noc kompletnie zmieni życie dziennikarza.

herve1

„Moja kolacja z Hervem” to oparta na faktach opowieść, którą przedstawił reżyser Sacha Gervaise (pierwowzór dziennikarza Tate’a). Wszystko toczy się w jednej nocy, ale bardzo szybko zostaje przedstawiona historia człowieka niskiego wzrostu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to klasyczną historią wzlotu i upadku celebryty, któremu uderzyła woda sodowa i życie prywatne mocno się rozsypało. Ale wszystko zostało zrobione w bardzo powściągliwy sposób, poznając głównie perspektywę naszego Herve’a. Może wydaje się niepozorny, ale z bardzo bogatym życiem oraz ambicjami artystycznymi, by wybić się. Jednak sława ma swoje ciemniejsze strony: brak pracy, hedonistyczny styl życia, pieniądze i przekonanie o swojej wyższości. Woda sodowa każdego jest w stanie sięgnąć, a powoli odkrywane zostają kwestie przemilczane, przekłamane.

herve2

Reżyser powoli odkrywa kolejne karty z życia Herve’a: od prób „wyleczenia” z karłowatości przez początki malarskie, krótką karierę aktorską aż do stabilnego okresu z dala od sławy. Wiernie prezentuje okres od lat 60. do 80. (tasiemcowy serial „Fantasy Island”, praca na planie „Człowieka ze złotym pistoletem”), z imponującą scenografią oraz kostiumów z epoki. Ta przeplatanka działa w sposób uatrakcyjniający fabuły, mimo dość znanego finału. Wszystko polane jest takim lekko nostalgiczno-smutnym klimatem, pokazując jak bardzo łatwo można swoją karierę zniszczyć bezpowrotnie.

herve3

Swoją robotę wykonują też aktorzy. Absolutnie rewelacyjny jest Peter Dinklage w roli Herve’a – pewnego siebie twórcy, marzącego o spełnieniu swojego snu o sławie i potędze. Jednocześnie bywa bardzo porywczy, impulsywny, aż garściami próbujący czerpać z życia, a na twarzy dość często przewija się smutek, rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Równie dobry jest Jamie Dorman jako dziennikarz znajdujący się na rozstaju drogi. Zagubiony, bezradny, próbujący podejść fachowo do swojej roboty, prześladowany przez własne demony. Choć początkowo wydaje się, że dwóch tak różnych facetów nie może się zaprzyjaźnić. Ale powoli zaczyna się tworzyć więź między tymi bohaterami, czyniąc z nich troszkę krótką przyjaźń. Drugi plan też jest wyrazisty (David Strathairn jako agent, Andy Garcia w roli Ricardo Montalbano czy Michelle Enos – Kathy), dodając odrobinę smaczku.

HBO po raz kolejny pokazuje, że swoje produkcje telewizyjne zawsze trzymają poziom. „Moja kolacja z Hervem” to solidne biograficzne kino o dość krótkiej karierze może niskiego, ale pamiętnego człowieka.

7/10 

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Dawno, dawno temu Spike Lee był traktowany przez czarnoskórą widownię niczym poważny, wściekły prorok. Młody gniewny twórca, bardzo uważnie przygląda się swojemu społeczeństwu pod względem rasizmu i nietolerancji. Ostatnie lata były bardzo chude, chociaż pewien renesans wskazywał zrobiony dla Netflixa serial „Ona się doigra” (telewizyjny remake reżyserskiego debiutu – ciągle do nadrobienia). Ale tym razem reżyser postanowił wrócić do pełnego metrażu z historią tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa.

Jest początek lat 70., czyli czas, kiedy jeszcze była wojna w Wietnamie, działały Czarne Pantery, a czarnoskórzy obywatele zaczynali coraz bardziej zdobywać takie same prawa obywatelskie jak biali mieszkańcy. Do Colorado Springs trafia Ron Stallworth – czarnoskóry policjant, który zostaje przyjęty do zaszcza…, ehh, zaszczytnej funkcji… archiwisty. Podła robota, ale od czegoś trzeba zacząć. Ale nasz Ron jest uparty i zostaje przeniesiony jako tajniak, mający infiltrować środowisko młodych, czarnoskórych studentów. Ale całą jego prace zmienia jeden telefon. Telefon z ogłoszenia od Ku Klux Klanu. Przepraszam, od Organizacji, że chciałby ich bliżej poznać. I… bardzo szybko pojawia się odpowiedź. Ale przecież jest Murzynem, więc jak miałby zinfiltrować Ku Klux Klan? Powiedzmy, że zamiast niego będzie biały glina – Philip Zimmerman.

blackkklansman1

Lee wraca do swoich tematów, ale ubiera to w bardziej przystępnej, rozrywkowej formie. Historia oparta na wspomnieniach Stallwortha jest bardzo szalona. Mamy klasyczną infiltrację wrogiego środowiska za pomocą dwóch gliniarzy, którzy muszą stać się niejako jednym organizmem. Flip musi naśladować sposób mówienia Rona, z kolei Ron zwyczaje oraz pewne nawyki. Sama intryga jest dla reżysera pretekstem do pokazania realiów epoki, gdzie po jednej i drugiej strony widać silną nienawiść. Z jednej strony mamy ten Ku Klux Klan, który wszędzie widzi spisek Żydów, nienawidzi innych ras niż biała. Z drugiej strony są czarnoskórzy aktywiści związany z Czarnymi Panterami, którzy chcą siłą zdobyć swoje (należne) prawa i przywileje. Czy w ogóle jest możliwa inna droga niż konfrontacji, bezkompromisowej walki? Wydaje mi się, że Lee piętnuje obydwie postawy, stawiając na dialog oraz porozumienie. Nie brakuje tu śmiechu (świetne rozmowy telefoniczne, zwłaszcza z szefem KKK – puenta wali po łbie), odrobiny publicystycznych tekstów (bo wtedy młodzi rozmawiali o polityce, a nie o duperelach; chyba?), ale nie brakuje też bardziej poważnych tonów. Mocne wrażenie robi montażowa przeplatanka, gdzie mamy obok siebie inicjację nowych członków Organizacji + seans „Narodzin narodu” oraz wspomnienia starszego człowieka dotyczące śmierci jego znajomego podczas zamieszek.

blackkklansman2

Jednocześnie reżyser bardzo dobrze rekonstruuje klimat lat 70. Kapitalne są tutaj stroje i charakteryzacja (główne czarnoskórych bohaterów), ale też scenografia, samochody. Jednocześnie Lee bawi się formą, bo nie brakuje zarówno montażu równoległego, szybko wplecionych fotografii, plakatów (rozmowa Rona z dziewczyną na moście), komiksowy „podział” ekranu, a nawet jest jeden zabieg żywcem wzięty z kina tego okresu (bohaterowie „przesuwają się” przez korytarz). I to czyni seans „BlacKkKlansmana” jeszcze przyjemniejszym.

blackkklansman3

Ale dla mnie są dwie dość drobne, lecz istotne kwestie. Po pierwsze, więcej tutaj uwagi jest poświęcone Klanowi, który czuje się coraz bardziej przerażony obecnością Murzynów na świecie i nie potrafi się dostosować do obecnych czasów. Co troszkę powoduje, że środowisko czarnoskórych studentów, którzy są gotowi na konfrontacje jest ledwo zaznaczone. Przydałby się tutaj balans, chociaż rozumiem intencje twórcy.  Po drugie, na koniec dostajemy dokumentalne wstawki z obecnej Ameryki, gdzie dochodzi do spięć na tle rasowym. To przesłanie, że jest to problem nierozwiązany jest zbyt łopatologiczny, czego Lee unikał przez cały film.

I jak ten film jest cudownie zagrany. Choć rzadko pojawiają się razem John David Washington (Ron Stallworth) i Adam Driver (Flip Zimmerman), obydwaj są rewelacyjni, jednak ten drugi ma więcej czasu ekranowego. Niemniej jednak czuć chemię między panami, zaś Washington ma świetną nawijkę (głos w końcu odziedziczył po ojcu), a Driver znakomicie sprawdza się jako tajniak udający rasistę i ksenofoba. Choć na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, to na tym polu najbardziej wybija się Topher Grace jako David Duke, czyli szef KKK. To jest odpowiednia mieszanka rasizmu, pewności siebie oraz tępoty, że aż nieprawdopodobne.

Muszę przyznać, że Spike Lee wrócił. „Czarne bractwo” to z jednej strony świetne poprowadzone kino sensacyjne, ale też ostrzeżenie, iż sprawy rasizmu nie zostały do końca rozwiązane. I oby się to nie skończyło wojną, co może sugerować bardzo gorzki finał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chwała bohaterom

Wojna nigdy nie się zmienia, ale zmienia wszystkich biorących w niej udział. Nieważne czy mówimy o II wojnie światowej, Wietnamie, Afganistanie czy Iraku. Wszyscy, którzy idą w zgodzie z własnymi przekonaniami, bo chcą służyć krajowi, po powrocie nie potrafią się odnaleźć w czasie pokoju. Taki los spotkał trzech wojaków: sierżanta Adama Shumanna, szeregowego Solo oraz Billy’ego Wallera. Dręczeni przez wyrzuty sumienia, dramatyczne wydarzenia oraz poległych towarzyszy próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

chwala_bohaterom1

Oparta na prawdziwych wydarzeniach „Chwała bohaterów” to reżyserski debiut Jasona Halla, który wcześniej napisał „Snajpera” Clinta Eastwooda. Ale co innego jest pisać scenariusz, a co innego jest prowadzić aktorów oraz nadzorować kwestie techniczne filmu. Do tego sam temat, czyli powrót weteranów z syndromem stresu pourazowego, wydaje się być dość ogranym. Chłopaki są tak naprawdę zdani na siebie, bo państwo kompletnie nie wie, co z nimi zrobić. Nie dlatego, że nie ma ośrodków czy terapii, tylko że takich jak oni są tysiące i brakuje miejsc. Do tego masa papierków oraz bardzo długi czas oczekiwania powoduje, że są oni zdani tylko na siebie. Tłumione emocje, poczucie bezradności, niekontrolowane wybuchy agresji, próby samobójcze, uzależnienie od narkotyków – wyjścia są tylko dwa: pójście na kolejną turę albo śmierć.

chwala_bohaterom2

Reżyser konsekwentnie buduje ciężki, wręcz depresyjny klimat, pełen mrocznych demonów z jakimi muszą pokonać nasi bohaterowie. Jak się odnaleźć w takim piekle? Czy jest szansa na przełamanie? Tłumienie oraz wypieranie, próba rozmowy – tylko jak opowiedzieć o czymś tak przerażającym jak śmierć czy poczucie odpowiedzialności za czyjś stan zdrowia? Są takie momenty, gdy nasi bohaterowie nagle eksplodują czy są  w stanie „zawieszenia” i wtedy chwytają za gardło. Tak samo jak wojenne retrospekcje. Nawet jeśli ten temat był już wykorzystywany o wiele lepiej i sugestywniej (choćby w „Hurt Locker”), to nadal potrafi poruszyć opowieściami o walce z tym klinczem.

chwala_bohaterom3

Udało się zebrać zdolnych aktorów, którzy w sporej części byli mi nieznani. Wyjątkiem od tej reguły jest Miles Teller w roli sierżanta Shumanna, który potwierdza swoją świetną dyspozycję. Pozornie sprawia wrażenie zwykłego, normalnego faceta, jednak drobne gesty oraz spojrzenia pokazują pewne tłumione emocje. W podobnym tonie swoją postać prowadzi Beulah Koale, czyli cierpiący na zaniki pamięci Solo (scena wybuchu gniewu jest niesamowicie sugestywna) oraz Haley Bennett (żona sierżanta), próbująca dotrzeć do swojego męża i pomóc mu.

Bardzo przyzwoity dramat psychologiczny z wojną w tle – bardzo gorzki, z ciężkim klimatem oraz mocnym aktorstwem. Nawet jeśli nie opowiada niczego nowego w kwestii powrotu wojaków do domu, ma kilka trzymających za gardło scen.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski