Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Żegnaj Christopher Robin

Każdy, kto był dzieckiem prędzej czy później musiał się spotkać z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandra Milne’a przyniosła ogromny rozgłos oraz popularność, jakiej nikt nie jest w stanie opisać. A wiecie jak ta postać została stworzona? O tym postanowił opowiedzieć reżyser Simon Curtis. Punktem wyjścia jest wyjazd pisarza, który brał udział podczas I wojny światowej z Londynu na prowincję. Wojenna przeszłość mocno odbija się na jego psychice, zaś narodziny syna (a miała być dziewczynka) też miała na niego wszystko. Wszystko zaczęło się jednak zmieniać, odkąd Alan razem z synem poszli na spacer do lasu. Coraz bardziej zaczyna się tworzyć więź między panami, w czym pomagają też znalezione zabawki.

zegnaj_chr1

Pozornie „Żegnaj Christopher Robin” to w zasadzie dramat obyczajowy i biografia w jednym. Akcja toczy się tutaj spokojnie, bez jakiś efekciarskich sztuczek (może poza scenami „ożywiania” rysunków) czy przeładowania sceny. Curtis bardzo delikatnie prowadzi całą opowieść, gdzie najważniejsze są tutaj dwa wątki. Pierwszy, czyli relację ojca z synem, pokazywana jest tutaj w sposób subtelny, bez poczucia fałszu, troszkę przypominając klasyczny film familijny. Sam las wygląda wręcz bajkowo, jakby rysowany pastelowymi kolorami, ale jednocześnie wydaje się realistyczny. Czuć tutaj silną chemię między postaciami, zaś wiele ze scen zapada w pamięć.

zegnaj_chr2

Drugi wątek dotyczy życia w cieniu literackiej sławy, gdzie wykorzystane zostają elementy z życia chłopczyka. Czytelnicy nie są w stanie rozdzielić prawdę od fikcji literackiej, przez co dojrzewanie Christophera Robina staje się mocno utrudnione. I nie chodzi tylko o naukę w szkole (tutaj akurat pokazano bardzo skrótowo), lecz bardzo wielki szum wokół chłopca (zwanego też Billym Moonem): odpisywanie na listy, zdjęcia, rozmowy z rówieśnikami. Ten cały szum zaczyna się coraz mocniej ciążyć na chłopcu, ale czy rodzice będą w stanie dostrzec to? Te dwa wątki zazębiają się ze sobą, przez co powstaje całkiem angażujące kino, mimo troszkę uproszczonej narracji.

zegnaj_chr3

To by nie zadziałało, gdyby nie dwie bardzo wyraziste role. Po pierwsze, Domhnall Gleason w roli Alana Milne’a znowu błyszczy. Z jednej strony jest to inteligentny, dowcipny literat, niemal zawsze potrafiący każdą sytuację skwitować żartem. Ale z drugiej to człowiek naznaczony przez wojnę, próbujący uciec od swoich demonów (scena, gdzie oślepionym reflektorem zacina się czy moment z przekłuty balonem) i odnaleźć się w nowym świecie. Po drugie, równie świetny Will Tilston jako 8-letni Christopher Robin (dorosłego na chwilę gra solidny Alex Lawther), pokazując, że naprawdę dobrych aktorów dziecięcych nie brakuje. Każda emocja (gniew, radość, zagubienie i samotność) pokazuje w sposób naturalny. Na drugim planie rządzi i dzieli Kelly Macdonald (niania Olive) – pełna ciepła, ale nie przesłodzona opiekunka, a także pokazująca troszkę inne oblicze Margot Robbie (Daphne Milne, żona Alana).

„Żegnaj Christopher Robin” miało być tzw. Oscar baitem, lecz członkowie Akademii nie dali się na to nabrać. Czy to jest zły film? Nie, to kolejna solidna robota z bardzo dobrym aktorstwem, pokazujący sławną postać z zupełnie innej perspektywy i pokazując dość ciemną stronę sławy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Wielki Mike. The Blind Side

Wiele już filmów opartych na faktach, bo – jak powszechnie wiadomo – życie jest w stanie napisać najbardziej pokręcone scenariusze. Nie inaczej jest tutaj, bo mamy historię młodego chłopaka z tzw. dzielnicy nędzy i rozpaczy Memphis. Nazywa się Michael Oher i wygląda niczym wielki taran, jest czarny, ale ma duży problem z nauką. W końcu trafia do liceum, gdzie trener decyduje się go przyjąć, na co wpływ mają jego umiejętności, ale wtedy na drodze naszego wielkoluda pojawia się niejaka Leigh Anne Touly – architektki wnętrz, która podejmuje się opieki nad nim.

blind_side1

Historia brzmi jak amerykański sen i może wydawać się nieprawdopodobna. Ale o dziwo reżyser John Lee Hancock nie boi się korzystać z klasycznych klisz, gdzie widzimy powolną przemianę naszego troszkę nie kontaktowego Wielkiego Mike’a nie tyle w dobrego zawodnika, ale i powoli odnajdującego swoje miejsce człowieka. Wszystko tu jest poprowadzone po sznureczku, przebieg fabuły jest bardzo przewidywalny, przez co nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować.  Także i postacie są dość schematyczne: empatyczni nauczyciele (poza jednym bucem z języka angielskiego), wspierająca go nowa rodzina (zwłaszcza młodszy brat S.J., który szybko nawiązuje z nim kontakt), uproszczony portret dawnego domu, gdzie przebywa zagubiona matka oraz dawni kumple, upaprani w gangsterkę. No i jeszcze trener, który nie potrafi się dogadać z nowym zawodnikiem. Wszystko wydaje się takie miłe, delikatne, może nawet troszkę cukierkowe.

blind_side3

Owszem, pojawia się nawet odrobinka humoru (nie pozbawiona złośliwości), zaś sceny meczy futbolu amerykańskiego wygląda naprawdę porządnie, lecz cały ten obyczajowy wątek specjalnie nie angażuje. Może zbyt wiele opowieści o ludziach znikąd, którzy dostają szansę na lepsze życie i (nie bez problemów) ją wykorzystują, przez co było mi to znane aż za dobrze. Takich inspirujących filmów było już setki i tysiące, ale tutaj niewiele rzeczy na mnie podziałało. A wszystko jeszcze takie uproszczone i skrótowe.

blind_side2

Jedyną wybijającą się rzeczą (troszkę) jest Sandra Bullock w roli Leigh Anne. Jest to pozornie normalna kobitka, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać, uparcie dąży do celu i twardo stąpa po ziemi. A jednocześnie budzi sympatię, powoli przełamując kolejne problemy Mike’a. Sam Oher w wykonaniu debiutującego Quintona Aarona wypada dobrze, choć początkowo może drażnić swoją smutną miną zbitego psa. Jeszcze bardziej mnie zaskoczył drugi plan, gdzie mamy m.in. Raya McKinnona (trener Cotton), Kim Dickens (nauczycielka biologii) czy w epizodzie Kathy Bates (korepetytorka, panna Sue), choć nie mieli zbyt wiele do roboty. Ale zawsze dobrze na nich popatrzeć.

„Wielki Mike” zrobił spore zamieszanie w USA, co wynika ze względu na specyficzny sport oraz ich wiarę w dokonywanie niemożliwych rzeczy. Tylko, że to wszystko jest tak schematyczne i zwyczajnie nudne, iż nie byłem w stanie w to uwierzyć.  

5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć prezydenta

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam kurwa pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudski (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

Moja kolacja z Hervem

Jest rok 1993, czyli czas wielkiej popularności „Jurassic Park”, ale dla dziennikarza Danny’ego Tate’a to czas ciężkiej pokuty. Kiedyś był dobrym dziennikarzem, miał żonę i dziecko. Jednak wszystko zmieniło się z jednego powodu: gorzała. Teraz jest już czysty i dostaje szansę powrotu: wywiad z Gorem Vidalem oraz notka na temat Herve’a Villechaize’a – aktora-karła, grającego w jednym z filmów o Bondzie. Jednak ta noc kompletnie zmieni życie dziennikarza.

herve1

„Moja kolacja z Hervem” to oparta na faktach opowieść, którą przedstawił reżyser Sacha Gervaise (pierwowzór dziennikarza Tate’a). Wszystko toczy się w jednej nocy, ale bardzo szybko zostaje przedstawiona historia człowieka niskiego wzrostu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to klasyczną historią wzlotu i upadku celebryty, któremu uderzyła woda sodowa i życie prywatne mocno się rozsypało. Ale wszystko zostało zrobione w bardzo powściągliwy sposób, poznając głównie perspektywę naszego Herve’a. Może wydaje się niepozorny, ale z bardzo bogatym życiem oraz ambicjami artystycznymi, by wybić się. Jednak sława ma swoje ciemniejsze strony: brak pracy, hedonistyczny styl życia, pieniądze i przekonanie o swojej wyższości. Woda sodowa każdego jest w stanie sięgnąć, a powoli odkrywane zostają kwestie przemilczane, przekłamane.

herve2

Reżyser powoli odkrywa kolejne karty z życia Herve’a: od prób „wyleczenia” z karłowatości przez początki malarskie, krótką karierę aktorską aż do stabilnego okresu z dala od sławy. Wiernie prezentuje okres od lat 60. do 80. (tasiemcowy serial „Fantasy Island”, praca na planie „Człowieka ze złotym pistoletem”), z imponującą scenografią oraz kostiumów z epoki. Ta przeplatanka działa w sposób uatrakcyjniający fabuły, mimo dość znanego finału. Wszystko polane jest takim lekko nostalgiczno-smutnym klimatem, pokazując jak bardzo łatwo można swoją karierę zniszczyć bezpowrotnie.

herve3

Swoją robotę wykonują też aktorzy. Absolutnie rewelacyjny jest Peter Dinklage w roli Herve’a – pewnego siebie twórcy, marzącego o spełnieniu swojego snu o sławie i potędze. Jednocześnie bywa bardzo porywczy, impulsywny, aż garściami próbujący czerpać z życia, a na twarzy dość często przewija się smutek, rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Równie dobry jest Jamie Dorman jako dziennikarz znajdujący się na rozstaju drogi. Zagubiony, bezradny, próbujący podejść fachowo do swojej roboty, prześladowany przez własne demony. Choć początkowo wydaje się, że dwóch tak różnych facetów nie może się zaprzyjaźnić. Ale powoli zaczyna się tworzyć więź między tymi bohaterami, czyniąc z nich troszkę krótką przyjaźń. Drugi plan też jest wyrazisty (David Strathairn jako agent, Andy Garcia w roli Ricardo Montalbano czy Michelle Enos – Kathy), dodając odrobinę smaczku.

HBO po raz kolejny pokazuje, że swoje produkcje telewizyjne zawsze trzymają poziom. „Moja kolacja z Hervem” to solidne biograficzne kino o dość krótkiej karierze może niskiego, ale pamiętnego człowieka.

7/10 

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Dawno, dawno temu Spike Lee był traktowany przez czarnoskórą widownię niczym poważny, wściekły prorok. Młody gniewny twórca, bardzo uważnie przygląda się swojemu społeczeństwu pod względem rasizmu i nietolerancji. Ostatnie lata były bardzo chude, chociaż pewien renesans wskazywał zrobiony dla Netflixa serial „Ona się doigra” (telewizyjny remake reżyserskiego debiutu – ciągle do nadrobienia). Ale tym razem reżyser postanowił wrócić do pełnego metrażu z historią tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa.

Jest początek lat 70., czyli czas, kiedy jeszcze była wojna w Wietnamie, działały Czarne Pantery, a czarnoskórzy obywatele zaczynali coraz bardziej zdobywać takie same prawa obywatelskie jak biali mieszkańcy. Do Colorado Springs trafia Ron Stallworth – czarnoskóry policjant, który zostaje przyjęty do zaszcza…, ehh, zaszczytnej funkcji… archiwisty. Podła robota, ale od czegoś trzeba zacząć. Ale nasz Ron jest uparty i zostaje przeniesiony jako tajniak, mający infiltrować środowisko młodych, czarnoskórych studentów. Ale całą jego prace zmienia jeden telefon. Telefon z ogłoszenia od Ku Klux Klanu. Przepraszam, od Organizacji, że chciałby ich bliżej poznać. I… bardzo szybko pojawia się odpowiedź. Ale przecież jest Murzynem, więc jak miałby zinfiltrować Ku Klux Klan? Powiedzmy, że zamiast niego będzie biały glina – Philip Zimmerman.

blackkklansman1

Lee wraca do swoich tematów, ale ubiera to w bardziej przystępnej, rozrywkowej formie. Historia oparta na wspomnieniach Stallwortha jest bardzo szalona. Mamy klasyczną infiltrację wrogiego środowiska za pomocą dwóch gliniarzy, którzy muszą stać się niejako jednym organizmem. Flip musi naśladować sposób mówienia Rona, z kolei Ron zwyczaje oraz pewne nawyki. Sama intryga jest dla reżysera pretekstem do pokazania realiów epoki, gdzie po jednej i drugiej strony widać silną nienawiść. Z jednej strony mamy ten Ku Klux Klan, który wszędzie widzi spisek Żydów, nienawidzi innych ras niż biała. Z drugiej strony są czarnoskórzy aktywiści związany z Czarnymi Panterami, którzy chcą siłą zdobyć swoje (należne) prawa i przywileje. Czy w ogóle jest możliwa inna droga niż konfrontacji, bezkompromisowej walki? Wydaje mi się, że Lee piętnuje obydwie postawy, stawiając na dialog oraz porozumienie. Nie brakuje tu śmiechu (świetne rozmowy telefoniczne, zwłaszcza z szefem KKK – puenta wali po łbie), odrobiny publicystycznych tekstów (bo wtedy młodzi rozmawiali o polityce, a nie o duperelach; chyba?), ale nie brakuje też bardziej poważnych tonów. Mocne wrażenie robi montażowa przeplatanka, gdzie mamy obok siebie inicjację nowych członków Organizacji + seans „Narodzin narodu” oraz wspomnienia starszego człowieka dotyczące śmierci jego znajomego podczas zamieszek.

blackkklansman2

Jednocześnie reżyser bardzo dobrze rekonstruuje klimat lat 70. Kapitalne są tutaj stroje i charakteryzacja (główne czarnoskórych bohaterów), ale też scenografia, samochody. Jednocześnie Lee bawi się formą, bo nie brakuje zarówno montażu równoległego, szybko wplecionych fotografii, plakatów (rozmowa Rona z dziewczyną na moście), komiksowy „podział” ekranu, a nawet jest jeden zabieg żywcem wzięty z kina tego okresu (bohaterowie „przesuwają się” przez korytarz). I to czyni seans „BlacKkKlansmana” jeszcze przyjemniejszym.

blackkklansman3

Ale dla mnie są dwie dość drobne, lecz istotne kwestie. Po pierwsze, więcej tutaj uwagi jest poświęcone Klanowi, który czuje się coraz bardziej przerażony obecnością Murzynów na świecie i nie potrafi się dostosować do obecnych czasów. Co troszkę powoduje, że środowisko czarnoskórych studentów, którzy są gotowi na konfrontacje jest ledwo zaznaczone. Przydałby się tutaj balans, chociaż rozumiem intencje twórcy.  Po drugie, na koniec dostajemy dokumentalne wstawki z obecnej Ameryki, gdzie dochodzi do spięć na tle rasowym. To przesłanie, że jest to problem nierozwiązany jest zbyt łopatologiczny, czego Lee unikał przez cały film.

I jak ten film jest cudownie zagrany. Choć rzadko pojawiają się razem John David Washington (Ron Stallworth) i Adam Driver (Flip Zimmerman), obydwaj są rewelacyjni, jednak ten drugi ma więcej czasu ekranowego. Niemniej jednak czuć chemię między panami, zaś Washington ma świetną nawijkę (głos w końcu odziedziczył po ojcu), a Driver znakomicie sprawdza się jako tajniak udający rasistę i ksenofoba. Choć na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, to na tym polu najbardziej wybija się Topher Grace jako David Duke, czyli szef KKK. To jest odpowiednia mieszanka rasizmu, pewności siebie oraz tępoty, że aż nieprawdopodobne.

Muszę przyznać, że Spike Lee wrócił. „Czarne bractwo” to z jednej strony świetne poprowadzone kino sensacyjne, ale też ostrzeżenie, iż sprawy rasizmu nie zostały do końca rozwiązane. I oby się to nie skończyło wojną, co może sugerować bardzo gorzki finał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chwała bohaterom

Wojna nigdy nie się zmienia, ale zmienia wszystkich biorących w niej udział. Nieważne czy mówimy o II wojnie światowej, Wietnamie, Afganistanie czy Iraku. Wszyscy, którzy idą w zgodzie z własnymi przekonaniami, bo chcą służyć krajowi, po powrocie nie potrafią się odnaleźć w czasie pokoju. Taki los spotkał trzech wojaków: sierżanta Adama Shumanna, szeregowego Solo oraz Billy’ego Wallera. Dręczeni przez wyrzuty sumienia, dramatyczne wydarzenia oraz poległych towarzyszy próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

chwala_bohaterom1

Oparta na prawdziwych wydarzeniach „Chwała bohaterów” to reżyserski debiut Jasona Halla, który wcześniej napisał „Snajpera” Clinta Eastwooda. Ale co innego jest pisać scenariusz, a co innego jest prowadzić aktorów oraz nadzorować kwestie techniczne filmu. Do tego sam temat, czyli powrót weteranów z syndromem stresu pourazowego, wydaje się być dość ogranym. Chłopaki są tak naprawdę zdani na siebie, bo państwo kompletnie nie wie, co z nimi zrobić. Nie dlatego, że nie ma ośrodków czy terapii, tylko że takich jak oni są tysiące i brakuje miejsc. Do tego masa papierków oraz bardzo długi czas oczekiwania powoduje, że są oni zdani tylko na siebie. Tłumione emocje, poczucie bezradności, niekontrolowane wybuchy agresji, próby samobójcze, uzależnienie od narkotyków – wyjścia są tylko dwa: pójście na kolejną turę albo śmierć.

chwala_bohaterom2

Reżyser konsekwentnie buduje ciężki, wręcz depresyjny klimat, pełen mrocznych demonów z jakimi muszą pokonać nasi bohaterowie. Jak się odnaleźć w takim piekle? Czy jest szansa na przełamanie? Tłumienie oraz wypieranie, próba rozmowy – tylko jak opowiedzieć o czymś tak przerażającym jak śmierć czy poczucie odpowiedzialności za czyjś stan zdrowia? Są takie momenty, gdy nasi bohaterowie nagle eksplodują czy są  w stanie „zawieszenia” i wtedy chwytają za gardło. Tak samo jak wojenne retrospekcje. Nawet jeśli ten temat był już wykorzystywany o wiele lepiej i sugestywniej (choćby w „Hurt Locker”), to nadal potrafi poruszyć opowieściami o walce z tym klinczem.

chwala_bohaterom3

Udało się zebrać zdolnych aktorów, którzy w sporej części byli mi nieznani. Wyjątkiem od tej reguły jest Miles Teller w roli sierżanta Shumanna, który potwierdza swoją świetną dyspozycję. Pozornie sprawia wrażenie zwykłego, normalnego faceta, jednak drobne gesty oraz spojrzenia pokazują pewne tłumione emocje. W podobnym tonie swoją postać prowadzi Beulah Koale, czyli cierpiący na zaniki pamięci Solo (scena wybuchu gniewu jest niesamowicie sugestywna) oraz Haley Bennett (żona sierżanta), próbująca dotrzeć do swojego męża i pomóc mu.

Bardzo przyzwoity dramat psychologiczny z wojną w tle – bardzo gorzki, z ciężkim klimatem oraz mocnym aktorstwem. Nawet jeśli nie opowiada niczego nowego w kwestii powrotu wojaków do domu, ma kilka trzymających za gardło scen.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski