Priscilla

Nie znam obecnie reżyserki, która ma tak silny zmysł estetyczny jak Sofia Coppola. Większość jej filmów można określić jako wizualną ucztę dla oka, jednak nie zawsze mnie angażowały emocjonalnie. W zasadzie wyjątkiem od tej reguły było „Między słowami”. Czy „Priscilla” zmieni ten stan rzeczy?

Film jest oparty na pamiętniku Priscilli Presley (nagrodzona na MFF w Wenecji Cailee Spaeny) z domu Beaulieu oraz jej związku z gościem o pospolitym imieniu Elvis. Wszystko zaczęło się w połowie lat 50., gdy muzyk pełnił służbę wojskową w Niemczech. Ona miała niecałe 15 lat, kiedy się poznali w Wiesbaden. Wszystko dzięki przyjacielowi Króla oraz rozmowie z jej ojczymem. Od tej pory zahukana dziewczyna jest kompletnie zauroczona, nie jest w stanie o niczym innym myśleć. Początkowo rodzice są bardzo sceptyczni wobec tej znajomości. Dziwicie się? W końcu to Elvis (Jacob Elordi) – facet, za którym laski podążają wzrokiem niczym opętane i mógł mieć praktycznie każdą. Jednak to ONA zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zabiera ją (za zgodą rodziców i pod presją Priscilli) do Graceland. Tam też ma ukończyć naukę w szkole katolickiej, a potem… dzieją się rzeczy.

Brzmi jak bajka o księżniczce, co trafiła na swojego rycerza na białym koniu i trafiła do zamku. Tam niby wszyscy traktują ją z życzliwością (szczególnie babcia Elvisa), pomagają jej się zaadaptować, ALE… Pod tą całą fasadą pięknych obrazków, niemal pastelowych kolorów, pojawia się mniej sympatyczny obrazek. To wszystko tak naprawdę złota klatka, gdzie młoda i wchodząca w dorosłość kobieta nie ma dla siebie miejsca. Niemal cały czas reżyserka pokazuje nudną monotonię tego życia. Nawet w szkole wydaje się bardzo wycofana i znudzona. Tak samo jak kiedy Elvis wyrusza w trasę koncertową (dosłownie pokazane są migawki) czy kręci filmy, a same wiadomości docierały tylko z gazet. Nawet jeśli pojawiają się wspólne chwile naszej parki, daleko jest do sielanki. W tych momentach „Priscilla” potrafi uderzyć, ale reżyserka nie bawi się w osądzanie.

Niemniej to powolne tempo i pokazywanie nudy dnia codziennego jest bronią obosieczną. Bo w którymś momencie cała ta historia zaczyna nużyć, co może być dość zadziwiające. Coppola między słowami próbuje pokazać całą tą dziwną, niemal toksyczną relację dwojga ludzi, którzy – przynajmniej takie odniosłem wrażenie – nie byli na to przygotowani. Ona o wiele za młoda i niezbyt dobrze znająca życie, on ciągle w trasie, otoczony swoją ekipą, bardzo zdystansowany. Niby uduchowiony, ale cały czas nieobecny. Dlatego zakończenie nie jest żadną niespodzianką.

To, co mnie najmocniej trzymało to świetne główne role. Absolutnie cudowna jest Cailen Spaeny jako nastoletnia Priscilla – odpowiednio miesza niewinność, naiwność z samotnością oraz coraz większym poczuciem bezsilności. Im dalej w las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że coraz bardziej zaczyna się czuć przytłoczona i zmęczona. Wszystko jednak pokazane w bardzo stonowany, subtelny sposób. Jacob Elordi pokazuje zupełnie innego Elvisa niż znanego ze sceny. Jest czarujący i przystojny, ALE jednocześnie bywa egoistyczny, faszeruje się lekami. Ale podczas rozmów telefonicznych z Priscillą wydaje się najbardziej niejednoznaczny. Czy naprawdę chce ją chronić przed medialnym tajfunem wokół niego, czy może jednak coś ukrywa? Ta niejasność pozostaje do samego końca.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nowe dzieło Sofii Coppoli. „Priscilla” bardzo urzeka warstwą audio-wizualną (o dziwo, nie ma żadnych piosenek Elvisa) oraz aktorstwem. Jednak próba pokazania całej tej dziwnej relacji idola z fanką może wywołać znużenie swoim monotonnym rytmem. Muszę jednak przyznać, że mnie ten film frapował i ma parę mocnych scen, by dać mu szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżne bractwo

Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.

Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rustin

Amerykańscy filmowcy (głównie czarnoskórzy) bardzo chętnie opowiadają nie tylko o ciężkich czasach, kiedy byli szykanowani i traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Przypominają też zapomniane postacie z historii walki o prawa obywatelskie. Taką osobą bez wątpienia jest Bayard Rustin – współorganizator marszu na Waszyngton z 1963 roku, w którym brało udział 250 tysięcy Afro-Amerykanów z całego USA. O przygotowaniach do tego wydarzenia opowiada film Netflixa „Rustin”.

Jak wspomniałem bohaterem filmu jest Bayard Rustin (Colman Domingo) – zapomniany dziś aktywista społeczny i przyjaciel Martina Luthera Kinga (Ami Ameen). Kiedy go poznajemy, próbuje z Kingiem zorganizować wielką, pokojową manifestację. Nie jest to na rękę ani władzom Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Popierania Ludności Kolorowej, ze szczególnym wskazaniem Roya Wilkinsa (Chris Rock z siwymi włosami), ani kongresmena Adama Powella Jra (Jeffrey Wright). To powoduje, że Rustin odchodzi z organizacji (choć tak naprawdę to był blef) i działa na własną rękę. Trzy lata później razem z grupą młodych ludzi decyduje się przygotować marsz na Waszyngton. Do tego jednak potrzebuje wsparcia wszystkich grup, a szczególnie Kinga.

Za film odpowiada reżyser George C. Wolfe – uznany dramaturg oraz reżyser, głównie teatralny. Czasem jednak stworzy coś dla kina czy telewizji. Zawsze jednak dotyka spraw ważnych i poważnych, tak jak w tym przypadku. Historia Rustina służy jako pretekst do pokazania zarówno trudności do przygotowań marszu, jak też podzielenia samego środowiska aktywistów. Młodszych, gotowych do konfrontacji siłowej pod wpływem Malcolma X, weteranów z dużym doświadczeniem oraz bardziej umiarkowanych. Dla nich ostatnich postać Rustina jest problematyczna z dwóch powodów – twardych, wręcz radykalnych postulatów oraz… jego homoseksualizmu. Że jest on zbyt wyrazistą postacią, stanowiącą łatwy cel dla władzy.

Reżyser wszystko to prowadzi dość spokojnie, powoli i bardzo zachowawczo. Wątek homoseksualizmu służy jako podwalina romansu między Rustinem, wspierającym ruch białym Tomem Kahnem (Gus Halper) oraz przyszłym pastorem Eliasem Taylorem (Johnny Ramey). Dla mnie ta relacja była mało angażująca. O wiele bardziej łapały mnie zarówno krótkie (kręcone czarno-białą taśmą) retrospekcje, jak i sceny przygotowań. Pozwalało to wejść za kulisy całej operacji, zaś pasja oraz energia głównego bohatera była bardzo zaraźliwa. Niemniej wyczuwam pewne uproszczenia tej historii, po drodze jeszcze wkrada się lekko nieznośny patos. Muszę jednak przyznać, że kilka scen (przygotowania czarnoskórych policjantów do pilnowania marszu, dzwoniące telefony po rozpoczęciu medialnej nagonki) potrafi mocno uderzyć.

Wszystko jest też dobrze zagrane, ale tak naprawdę „Rustin” to popis jednego aktora – Colmana Domingo. Jego Rustin z jednej strony jest bardzo charyzmatycznym mówcą, pełnym pasji, nonszalancji i brawury, z drugiej pada ofiarą szykan oraz złośliwości. Ta mieszanka sprzeczności (podparta jeszcze drobnymi ruchami ust, które gotowe są coś powiedzieć, lecz… jakby się zatrzymują) czyni go fascynującą postacią, choć twórcy nie robią z niego męczennika, ani ofiary. Magnetyczna i najbardziej wyrazista kreacja tego filmu.

Zaledwie przyzwoitego i zdecydowanie edukacyjnego w przekazie. „Rustin” pozwala wyciągnąć z zapomnienia ważną postać dla amerykańskiej historii XX wieku, jednak nie ma jego energii ani brawury.

6/10

Radosław Ostrowski

Nyad

Nyad z greckiego oznacza nimfę wodną. Nie dziwi więc, że Diane Nyad była przez bardzo długi czas pływaczką. I w wieku 28 lat próbowała dokonać niemożliwego – przepłynąć z Kuby na Florydę. Jednak z powodu niesprzyjającej pogody musiała zrezygnować. Nyad porzuciła maratony pływackie i została dziennikarką sportową, jednak w wieku 60 lat decyduje się podjąć szalonego wysiłku. Popłynąć z Kuby na Florydę wpław, co wydaje się w tym wieku szaleństwem.

Za ten film odpowiada para Jimmy Chin/Elizabeth Chai Vasarhelyi, do tej pory specjalizujący się w filmach dokumentalnych („Free Solo”, „Dziki świat”, „Powrót w kosmos”). „Nyad” to ich debiut fabularny oparty na książce Diane Nyad (Annette Bening), skupiając się na próbach i przygotowaniach. Film z jednej strony podąża znanym schematom kojarzonymi z kinem sportowym. Czyli treningi, zbieranie ekipy pomagającej (kapitan statku, nawigator, lekarz) oraz kolejne podejścia. Bo na jednej próbie się nie skończy, to mogę powiedzieć. Z drugiej twórcy skupiają się na dość niełatwej relacji Diane z przyjaciółką Bonnie (Jodie Foster). Problem wynika przede wszystkim z samej postawy Nyad – jej uporu, skupieniu na sobie, lekceważeniu innych oraz dążeniu do celu mimo wszystko. No, nie jest łatwą osobą do polubienia i bywa prawdziwym wrzodem na dupie. Ten aspekt dodaje więcej kolorytu do tej prostej opowieści. Prostej, ale bardzo angażującej i trzymającej w napięciu. Przy okazji, twórcy poruszają tutaj kwestię starości i ograniczeń z niej związanej. Czy są pewne rzeczy, których nie należy robić w pewnym wieku? Czy wejście w wiek dojrzały oznacza nudę, monotonię oraz totalną szarość? Nie padają te pytania wprost, lecz odpowiedź wydaje się być jasna jak światło wschodzącego słońca.

Muszę wspomnieć także o tym, jak twórcy wplatają do całej historii materiały archiwalne i krótkie retrospekcje. One nie tylko pozwalają lepiej poznać samą bohaterkę oraz jej przeszłość (nie brakuje tam mrocznych wspomnień), ale stanowią bardzo zgrabną paralelę do wydarzeń dziejących się na ekranie. Złączenie telewizyjnych nagrań i filmów video czy samego nagrania audio (w większości dotyczącej nieudanej pierwszej próby przepłynięcia) były bardzo odświeżającym zabiegiem. Same sceny wodne wyglądają świetnie, a kiedy bohaterka zaczyna mieć halucynacje (z powodu zmęczenia i wysiłku) można dostać oczopląsu.

To wszystko by nie działało, gdyby nie świetnie dobrany duet Annette Bening/Jodie Foster. Pierwsza w roli tytułowej bywa czasami nadekspresyjna, ale wierzy się w jej upór i determinację. Bywa szorstka, upierdliwa i irytująca, ale pod tym wszystkim skrywa się osoba połamana oraz zahartowana przez doświadczenia. Z kolei Foster wydaje się być bardziej wyciszona, niejako bardziej rozsądna i przyziemna z tej pary. Niemniej potrafi zarazić się entuzjazmem Nyad, ale potrafi wyrazić swoją frustrację z bycia niedocenioną. Chodzące dwie sprzeczności, ale tak idealnie się uzupełniają. Z drugiego planu najbardziej wybija się Rhys Ifans w roli nawigatora Johna Bartletta, wnoszącego odrobinę sarkazmu (pierwsza rozmowa z Dianą o swoim statku), ale i dodatkowego ciężaru dramatycznego.

„Nyad” jest kolejną inspirującą opowieścią o tym, że na spełnianie swoich marzeń nigdy nie jest za późno. Jednak lepiej robić to z grupą wspierających cię ludzi, bo to daje więcej satysfakcji i siły. Ja wiem, że to brzmi jak ze zbioru złotych myśli Paolo Coehlo, ale to cały czas działa.

7/10

Radosław Ostrowski

Maestro

Filmy biograficzne mają to do siebie, że są pisane na dwa sposoby: albo obejmuje spory fragment życiorysu (najczęściej od narodzin aż do śmierci), albo skupiamy się na konkretnym wydarzeniu w życiu danej osoby. Jednocześnie próbując zachować (lub nie) równowagę między karierą zawodową a życiem prywatnym, co stało się wręcz kompletną sztancą oraz szablonem wykorzystywanym do tej pory. To z kolei sprawiło, że historie ludzi interesujących, ciekawych czy ważnych dla historii nie oddawały w pełni tego kim byli i dlaczego warto o nich opowiadać.

„Maestro” od Bradleya Coopera próbuje opowiedzieć o kompozytorze oraz dyrygencie Leonardzie Bernsteinie (Cooper mocno ucharakteryzowany). Mamy tu (bardzo pobieżnie) potraktowaną karierę: od pierwszego dyrygowania orkiestrą przez pisanie musicali czy utworów orkiestrowych aż do popularyzowania muzyki klasycznej oraz nauki młodych ludzi dyrygowania. Jednocześnie Lenny poznaje aspirującą aktorkę Felicię Montealegre Cohn (Carey Mulligan), z którą bierze ślub. Problem jednak w tym, że nasz maestro lubi też młodych chłopaków, co mocno ukrywa przed swoją połowicą. Chyba.

Oglądając „Maestro” nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Cooper nie do końca wiedział na czym się skupić. O samej muzyce ledwo i sporadycznie się wspomina, choć często gra w tle. Samo dyrygowanie pokazane jest raptem z kilka razy (z czego za pierwszym razem jest to urwane przed rozpoczęciem koncertu), zaś kwestia orientacji seksualnej – jak 90% całego filmu – jest ledwo liźnięta. Niby on tu ukrywa, ale robi to tak nieudolnie, że niemal wszyscy wiedzą. Reżyser próbuje zbudować historię Bernsteina poprzez jego relację z żoną i tu stworzyć emocjonalną więź. Co udaje się tylko częściowo. Dlaczego? W pewnym momencie to właśnie Felicia zawłaszcza i dominuje ekran. Jakby jej historia oraz tego, ile poświęca dla niego i rodziny okazuje się o wiele ciekawsza niż kariera Bernsteina. Niby faceta unikającego zaszufladkowania, ale tutaj kompletnie nie jest to pokazane.

By jeszcze bardziej namącić nam w głowach (albo nadać walorów artystycznych) narracja jest bardzo skokowa i ciężko się w tym wszystkim połapać. Stosowanie elips (przejścia montażowe) potrafi przesunąć całą akcję o nawet dekadę, nie dając żadnych poszlak gdzie jesteśmy. Trochę pomagają zdjęcia, gdzie początki (do lat 50.) są czarno-białe, by później przejść w kolor. W ogóle technicznie „Maestro” sprawia wrażenie przemyślanego, z kilkoma kapitalnymi ujęciami. Pierwsze wejście Bernsteina jako dyrygenta, kłótnia małżeńska na szerokim planie ze… Snoopym w tle czy dyrygowanie w kościele – to robi piorunujące wrażenie. Szkoda tylko, że to są tak naprawdę tylko drobne przebłyski czegoś większego.

Cooper-reżyser daje Cooperowi-aktorowi odrobinę pola do zagrania Bernsteina, a ten wydaje się wtapiać do postaci. Charakteryzacja nie przeszkadza mu, ALE… to wszystko wydawało mi się pozą. Jakbym obserwował robota próbującego naśladować człowieka, lecz nie potrafiącego wyrazić emocji. Albo robi to w sposób mocno przerysowany. W kontrze do niego stoi absolutnie cudowna Carey Mulligan, która dla mnie była prawdziwym sercem „Maestro”. Felicia ma w sobie więcej uroku i energii, pokazując ją w bardzo oszczędny sposób. Ale na tyle, by zaangażować, szczególnie bliżej końca, gdy mierzy się z chorobą. Bez niej prawdopodobnie bym zasnął w trakcie seansu.

Nie mam cienia wątpliwości, że „Maestro” to klasyczny Oscar bait, na który akademicy prawdopodobnie się nabiorą i nominacje się posypią. Biografia sławnego człowieka z aktorem schowanym w charakteryzacji i tak próbującym zdobyć Złotą Statuetkę, że aż trudno w cokolwiek uwierzyć. Męczący, nudny, na siłę próbujący być „artystyczny”, zaś o samym Bernsteinie nie dowiedziałem się kompletnie niczego.

5/10

Radosław Ostrowski

Ferrari

Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać nazwę Ferrari. Szybkie, sportowe fury w mocnej czerwieni, jednoznacznie kojarzone z wyścigami. Szybkość, adrenalina i ekscytacja. A kim był ich konstruktor, czyli Enzo Ferrari? O nim postanowił stworzyć swój najnowszy film weteran kina – Michael Mann.

Akcja toczy się w roku 1957 – dziesięć lat po tym jak Enzo (Adam Driver) skonstruował swoje pierwsze auto. Potem były różne wyścigi, rajdy, na których zwycięstwa pomagały w sprzedaży samochodów. Jednak w tym roku wszystko się komplikuje. Finanse się wykruszają, auta psują się, a kierowcy giną w wypadkach. Wszyscy z otoczenia (poza pilnującej pieniędzy żony) radzą mu szukania inwestorów lub sprzedania większej ilości aut. Jedyną szansą dla niego jest wygranie wyścigu Milla Miglia, czyli rajdu z Bresci do Rzymu i z powrotem. Wygranie, nie zajęcie przez jego kierowcę miejsca drugiego czy trzeciego. Zwłaszcza, że równie zdeterminowany jest Maserati, które ma podobne problemy.

Ale to nie jedyny problem z jakim musi się zmierzyć Enzo, bo życie prywatne „Dowódcy” jest skomplikowane. Delikatnie mówiąc. Mężczyzna ma żonę Laurę (Penelope Cruz), jednak ich relacje posypały się po śmierci starszego syna Dino. Poza tym jeszcze jest ta trzecia – Lina Lardi (Shailene Woodley), z którą ma syna. Oboje mieszkają w kupionej przez Enzo posiadłości w tajemnicy przed żoną. I to jest poważny dylemat.

Mann miał bardzo pod górkę przy pracy nad tym filmem, przygotowując się 20 lat. Po drodze zmieniali się odtwórcy głównej roli (Robert De Niro, Christian Bale, Hugh Jackman), zmarł autor scenariusza (Troy Kennedy Martin), wybuchła pandemia. Dopiero w 2021 roku udało się zebrać odpowiednie fundusze, znaleźć aktorów i ruszyć z tym. To świadczy o determinacji i uporze reżysera, tak jak Ferrariego idącego ku wyznaczonej drodze. Jednak w przypadku włoskiego konstruktora i byłego rajdowca droga była bardziej wyboista, w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Reżyser lawiruje między życiem prywatnym a zawodowym Włocha, zachowując równowagę.

Ale jeśli spodziewacie się sporych ilości wyścigów czy samochodów, będziecie srodze zawiedzeni. Tego jest za mało, jednak jak już się pojawiają, potrafią dać satysfakcję. Mimo tego, że są zrobione w bardziej staroszkolny sposób. Nie ma tu aż takiej dynamiki i intensywności jak w „Wyścigu” czy „Ford vs Ferrari”, jednak finałowy wyścig Milla Miglia trzyma za gardło. Co jest zasługą szybkiego montażu oraz paru nietypowych kadrów jakby żywcem wziętych z lat 80., a także zgrabnie wplecionych efektów specjalnych. Czuć to ryzyko w czasach, kiedy wyścigi odbywały się na publicznych drogach i bez obecnych zabezpieczeń.

A jak sobie poradził Adam Driver w roli tytułowej? Moim skromnym zdaniem, radzi sobie bardzo dobrze tworząc portret człowieka upartego, bezkompromisowego i przekonanego o swoich racjach. Nie bez powodu nazywany jest Dowódcą, pokazując charyzmę mówcy jak podczas rozmowy z kierowcami po przegranym rajdzie. Bardziej przypomina wycofaną, kalkulującą maszynę niż człowieka przez co trudno go polubić. Zwłaszcza, że nie prywatnie sprawia wrażenie wycofanego, niepewnego i nie odnajdującego się poza torem i wyścigami. Kontrastem dla niego jest Penelope Cruz jako żona Laura – mająca więcej energii, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. W jej oczach maluje pojawia się poczucie odrzucenia, ból, szczególnie po odkryciu kochanki i dziecka. Bardzo mocna, intensywna kreacja. Wspólne sceny tej dwójki to jedne z lepszych momentów tego filmu. Trochę w cieniu wydaje się być Woodley, której postać wydaje się bardzo stonowana, nie awanturująca się, niejako pogodzona z byciem tą drugą.

Czy „Ferrari” jest powrotem Michaela Manna po 8 latach niebytu do dobrej formy? Zdecydowanie tak, z paroma mocnymi dialogami i scenami oraz bardzo porządnymi scenami wyścigów. Na pewno fani motoryzacji chcieliby większego skupienia na samochodach i wyścigach niż dramacie obyczajowych. Niemniej to kawał solidnie przygotowanej biografii.

7/10

Radosław Ostrowski

Kochanica króla Jeanne du Barry

Kino kostiumowe ostatnio dzięki „Faworycie” zaczęło nabierać nowego blasku i witalności. A teraz pojawił się kolejny film z tego gatunku, tym razem z Francji. A jak wskazuje sam tytuł to historia królewskiej faworyty. Ostatniej kochanki króla Ludwika XV.

Więc jesteśmy w XVIII-wiecznej Francji, gdzie towarzyszymy Jeanne Becu – nieślubna córka mnicha i krawcowej. Czyli dziewczyny z nizin społecznych, która nie ma zbyt wielkich perspektyw. Zwłaszcza w przypadku osoby niewykształconej, więc najpierw trafia do klasztoru, potem do kilku różnych możnych. Nigdzie nie jest jednak w stanie pozostać na dłużej, a wszystko z powodu dość szybko odkrytej seksualności i poznanej literaturze. Aż poznaje bardzo bogatego faceta, czyli hrabia du Berry. I dzięki temu zostaje zauważona przez samego króla. Mężczyzna czyni Jeanne swoją faworytą i umieszcza na swoim dworze, co bardzo wielu osobom się nie podoba.

jeanne du barry2

Za film odpowiada aktorka, reżyserka i współscenarzystka Maiwenn, która także obsadziła się w tytułowej roli. Sama historia poprowadzona jest klasyczne, z offowym narratorem, dopowiadającym wiele rzeczy nie pokazywanych na ekranie. Zaskakuje dość spokojny rytm i tempo, gdzie po dość rwanym pierwszym akcie trafiamy na sam dwór. W tym momencie „Kochanica króla…” dla mnie zaczęła nabierać barw, pokazując jej żywot w Wersalu. Gdzie zmuszona jest do zachowania reguł panującej etykiety. ALE ona zaczyna trochę wywracać znany porządek. I nie chodzi tylko o modę (ubierała się jak mężczyzna, nie nosiła peruki, makijażu), lecz także niektóre konwenanse. Te zderzenia iskrzyły, zaś reakcje oburzenia intrygowały, a ja czekałem na rozwój wypadków.

jeanne du barry1

Tylko, że z chwilą pojawienia się Marii Antoniny nagle tempo wyraźnie zwalnia i bardzo rzadko podnosi się na wyższy poziom. Nie do końca kupiłem też związku Jeanne z królem, gdzie więcej się mówi o tej miłości niż ją się widzi. Tej chemii nie było widać. Także lekko rozczarowujące było zakończenie, opowiedziane przez narratora o wydarzeniach po opuszczeniu Wersalu. Wydawało mi się zbyt dużą drogą na łatwiznę.

jeanne du barry3

Za to wielkie wrażenie zrobiła na mnie warstwa wizualna. Scenografia i kostiumy są bardzo barwne oraz wystawne. Kompozycja kadrów też wydaje się przemyślana, krajobrazy wyglądają imponująco, zaś w tle gra bardzo stylizowana muzyka na epokę. Jeśli jednak chodzi o zdjęcia, muszę wspomnieć o bardzo istotnej kwestii. Mianowicie sceny nocne są – albo przynajmniej wyglądają – na kręcone przy naturalnym oświetleniu, czyli na świecach. To budziło we mnie skojarzenia z „Barrym Lyndonem” czy „Faworytą” i być może stanie się nowym trendem w tego typu produkcjach.

jeanne du barry4

Aktorsko jest dość nierówno. Sama Maiwenn w roli tytułowej ma w sobie masę iskry i temperamentu, przez co ogląda się ją z zainteresowaniem. Muszę jednak przyznać, że na początku miałem pewne wątpliwości, lecz z czasem ta postać zaczynała nabierać barw. A jak Johnny Depp, dla którego – przynajmniej według marketingowców – miał zaliczyć wielki powrót? Całkiem nieźle, choć jest mocno wycofany i stonowany. Co trzeba pochwalić, że aktor całą rolę zagrał po francusku i mówi nim dość biegle. Dla mnie najlepszym punktem obsady był Benjamin Lavernhe w roli majordomusa La Borde – zaufanego człowieka króla oraz osobę będącą dla naszej bohaterki przewodnikiem po Wersalu. Nie można było od niego oderwać wzroku.

Trudno mi jednoznacznie polecić ten film. Z jednej strony Maiwenn potrafi ciekawie pokazać dworskie życie, ale gdzieś po drodze zgubiono emocje, zaangażowanie oraz postacie. Wizualia są jednak na tyle interesujące, by dać szansę, lecz nie należy oczekiwać zbyt wiele.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Patton

Żaden inny konflikt niż II wojna światowa nie stworzył tak wyrazistych bohaterów i dowódców. Taką postacią bez wątpienia był generał George Patton – dowódca jakby wzięty z innej epoki. I to o nim opowiada nakręcony w 1970 roku (czyli bardzo dawno temu) film „Patton”.

Za reżyserię odpowiada opromieniony sukcesem „Planety małp” Franklin J. Schaffner, scenariusz oparty na biografii generała autorstwa Ladislasa Farago i wspomnieniach generała Omara Bradleya stworzyli weteran Edmund H. North oraz trochę mniej doświadczony Francis Ford Coppola, zaś tytułową rolę zagrał George C. Scott. Sama historia (długa) skupia się na karierze wojskowej od przejęcia dowództwa w Tunezji w 1943 roku aż do pozostania w Europie w 1945 roku. Czyli to niewielki wycinek historii wojennej, ale efekt robi mocne wrażenie.

patton1

„Patton” to dość nietypowy film zważywszy na czas powstania. To był rok 1970, kiedy powstały zarówno awanturniczo-przygodowe „Złoto dla zuchwałych” oraz przesiąknięty czarnym humorem antywojenny „MASH”. Tutaj jest to poniekąd film biograficzny, gdzie mamy bohatera większego niż życie, dla którego wojna jest w zasadzie sensem życia. Przeskakujemy z pól bitwy (nadal wyglądają imponująco) przez sztaby i pobojowiska aż do siedziby dowództwa wojska III Rzeszy generała Jodla. Gdzie oczywiście Patton traktowany jest jako główne zagrożenie oraz postrach armii. Bo któż inny miałby nim być – Montgomery, Eisenhower czy Bradley? Ale jeśli spodziewaliście się laurki dla Pattona czy kina antywojennego, to trafiliście na zły adres.

patton2

Schaffner tworzy epicki, bo niemal trzygodzinny fresk pokazujący Pattona w pewien sposób, który mi się skojarzył z… „Lawrencem z Arabii”. Już otwierająca scena przemowy z amerykańską flagą w tle mówi o tym bohaterze dużo – mówi prostymi słowami, bez pieprzenia i nie boi się kląć (ale żadnego fucka tu nie usłyszymy). Jest pełny przekonania w zwycięstwo, nie uznaje tchórzostwa, a słuszną taktyką jest parcie do przodu. Za wszelką cenę, zaś swoich nieporadnych podwładnych jest w takie tak opierdolić, że ci dostają skrzydeł i dokonują rzeczy niewykonalnych. Absolutne szaleństwo, które genialnie pokazuje na ekranie Scott. Poza takim teatralnym sposobem wysławiania się, ta postać wydaje się pochodzić z innej planety – ma mentalność dawnych herosów, bardzo chętnie korzysta z doświadczeń historii, pisał wiersze i odwiedzał swoich rannych żołnierzy. Ale miał też bardzo niewyparzoną gębę i nerwowy charakter, co potrafi wpakować go w poważne tarapaty, wielkie ego i przekonanie, że jest przeznaczony do wielkich rzeczy. W kontrze do niego jest Bradley w wykonaniu Karla Maldena, który bardziej trzyma się ziemi, jest o wiele skromniejszy i posłuszniejszy rozkazom. Na ile jednak jest to podparte wspomnieniami Bradleya, który delikatnie mówiąc nie przepadał za Pattonem, a na ile faktografii – ciężko stwierdzić.

patton3

Niemniej „Patton” imponuje zarówno soczystymi dialogami, świetnymi zdjęciami oraz imponującymi scenami batalistycznymi. Choćby atak na wojska Rommla na pustyni, zastrzelenie mułów blokujących drogę, atak powietrzny na bazę Amerykanów (i Patton wyskakujący z okna, by z pistoletem strzelać do samolotów – jak na kozaka przystało). Oglądałem z zapartym tchem i nie mogłem wyjść z wrażenia, skali i przepychu. Niesamowite dzieło, mimo lat.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Gran Turismo

Znowu adaptacja gry komputerowej, ale czy jest w stanie osiągnąć taki sukces (przynajmniej komercyjny) jak „Super Mario Bros.”? Tym razem jednak mamy do czynienia nie z grą platformową, ale symulatorem wyścigów, z pełnym wsparciem Sony oraz Playstation. Do tego jest to historia oparta na faktach. ŻE CO??? Brzmi jak coś szalonego, ale uporządkujmy wszystko.

Jesteśmy w Glasgow, gdzie mieszka Jann Mardenborough (Archie Madekwe) – młody chłopak, który nadal mieszka z rodzicami i całymi dniami… gra w gry. Ale nie w Tomb Rajdera, tylko w serię Gran Turismo. Bo marzy o karierze zawodowego kierowcy wyścigowego, czego nikt nie traktuje poważnie. Wszystko zmienia pewien PR-owiec firmy Nissan, Danny Moore (Orlando Bloom). Mężczyzna wpada na szalony pomysł stworzenia Akademii Gran Turismo, gdzie najlepsi gracze z całego świata dostaną szansę jedną na milion – wykorzystania swoich doświadczeń  z grania na prawdziwym torze i wyłonieniu potencjalnego rajdowca. Po przejściu treningu oraz specjalnym wyścigu najlepszy dołączy do teamu Nissana oraz startu w wyścigach, rywalizując z zawodowcami. By osiągnąć ten cel Moore sięga po byłego kierowcę, obecnie mechanika Jacka Saltera (David Harbour), który traktuje swoich podopiecznych bardzo ostro.

gran turismo4

Najdziwniejsze w tym wszystkim, że za kamerą stanął Neill Blomkamp – uzdolniony reżyser, którego debiutancki „Dystrykt 9” był prawdziwą petardą. Od tamtego czasu żaden kolejny film nie zbliżył się do tego poziomu – czy dlatego, że poprzeczka była zbyt wysoko zawieszona i nie do przeskoczenia, czy reżyserowi zabrakło ambicji/talentu/umiejętności (niepotrzebne skreślić). Wydawało się, że twórca z RPA zostanie reżyserem jednego, wartego uwagi tytułu. Aż do teraz.

gran turismo3

Sama historia jest taka jaką w wielu sportowych filmach widzieliście – młody, zdolny zawodnik z szansą równie dużą jak wygrana w totolotka; zgryźliwy i zgorzkniały mentor; ostry i wyczerpujący trening; wreszcie chrzest bojowy oraz zderzenie z rzeczywistością. Oczywiście, że po drodze dojdzie do dramatycznego wypadku, przez który poczuje ciężar odpowiedzialności oraz pęknięte poczucie pewności siebie, by w finałowej konfrontacji pokazać pełnię swojego potencjału. Jakby ten film powstał w latach 80., to główną rolę dostałby Tom Cruise (pewnie dlatego „Gran Turismo” tak przypominał mi… „Top Gun”). Skoro znany drogę jaką ma Jann do przejścia, to co miałoby mnie zaangażować w tą opowiastkę?

gran turismo1

Przede wszystkim z powodu absolutnie świetnej realizacji. Blomkamp przy pomocy zdjęć oraz montażu tworzy tak pulsujące, dynamiczne sceny rajdowe jakby żywcem wzięte z gry. A nawet z transmisji telewizyjnych, ale jednocześnie wykorzystuje pewne elementy wizualne gry. Najbardziej widocznym jest (poza oznaczeniem miejsca akcji) podczas wyścigów oznaczenie naszego bohatera i jego lokaty, obecna w rogu lista zawodników czy sceny jak Jann jadąc w swoim pokoju materializuje to, co widzi na ekranie monitora. Albo jak widzimy cały wyścig z jego perspektywy. Takiej dawki adrenaliny podczas jazdy nie miałem od czasu „Le Mans 66”.

gran turismo2

Wszystko wyreżyserowane bardzo pewną ręką oraz świetnie zagrane. Archie Madekwe w roli Janna wypada na tyle dobrze, że chce się iść za nim. Równie solidny jest Orlando Bloom jako złotousty marketingowiec i pasjonata. Ale powiedzmy sobie to wprost – sercem tego filmu dla mnie był David Harbour. Jack Salter to postać raczej znajoma z tego typu kina, czyli szorstki mentor z dużym doświadczeniem i złamaną karierą, który wydaje się bardzo daleki od entuzjazmu w kwestii akademii GT. Z czasem jednak zaczyna nabierać wigoru i dostrzega potencjał w Jannie, tworząc więź niemal ojcowsko-synowską. Ta dynamika oraz interakcje dają ten ludzki pierwiastek, jaki w tego typu kinie jest potrzebny.

gran turismo5

Czy są jakieś wady? Ano są, choć dla mnie nie przeszkadzały aż tak, jednak muszę o nich wspomnieć. Po pierwsze, początek filmu to spory product placement Plajstacji, Sony oraz samej gry. Ze względu na temat jest to uzasadnione, lecz parę razy wymyka się to spod kontroli. Po drugie, kompletnie zbędny jest wątek romantyczny między chłopakiem a poznaną dziewczyną Audrey. Jest to poprowadzone bardzo nagle, dość skokowo, zaś sama jej obecność nie ma w zasadzie żadnego wpływu na wydarzenia. Wycięcie jej nie zaszkodziłoby.

„Gran Turismo” – niczym główny bohater – nie miał prawa się udać i nie brzmiał jak coś potencjalnie ekscytującego. Jednak kino to nie nauki ścisłe, co pozwala doprowadzić do rzeczy teoretycznie niewykonalnych i zaskakujących. To zaś czyni nasz świat o wiele bardziej zadziwiającym oraz kolorowym niż nasza codzienność. I właśnie dla takich zaskoczeń chodzę do kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Oppenheimer

Jestem śmiercią. Niszczycielem światów. – te słowa powiedział amerykański fizyk Robert Oppenheimer w 1949 roku. Naukowiec i przede wszystkim teoretyk przeszedł do historii jako szef Projektu Manhattan, gdzie skonstruowano bombę atomową. I to właśnie o nim zdecydował się opowiedzieć w swoim najnowszym filmie Christopher Nolan, tworząc swoją pierwszy film biograficzny. Ale to też pierwszy od dawna film, gdzie nie pojawia się (ani fizycznie, ani głosowo) Michael Caine.

Brytyjski reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby historię tego naukowca opowiedział chronologicznie. To byłoby za łatwe i zbyt banalne, więc skupiamy się na trzech wydarzeniach: młodości Oppenheimera z czasów studenckich, prowadzenie Projektu Manhattan i wyścig z nazistami o budowę bomby atomowej oraz reperkusje tych wydarzeń. Klamrą filmu jest przesłuchanie przez senacką komisję Lewisa Straussa (Robert Downey Jr.) na stanowisko sekretarza handlu w 1959 roku, gdzie padają pytania dotyczące trudnej relacji polityka (wówczas szefa Amerykańskiej Komisji Atomowej) z Oppenheimerem oraz – by jeszcze bardziej zamotać obraz – przesłuchania naukowca w sprawie jego sympatyzowania z komunistami. To ostatnie ma doprowadzić do zdyskredytowania fizyka, który coraz bardziej jest przeciw użyciu broni jądrowej i nuklearnej.

Nolan jak zwykle tworzy misterną układankę, gdzie już na początku miesza ze sobą linie czasowe i od samego początku wymaga skupienia oraz – co najistotniejsze – wiedzy o historii XX wieku, ze wskazaniem na osiągnięcia fizyki kwantowej. Inaczej od razu można odbić się w gąszczu nazwisk oraz postaci jak Niels Bohr, Werner Heisenberg, Albert Einstein czy Enrico Fermi. Ale im dalej w las, wszystko zaczyna się coraz bardziej krystalizować, by pokazać portret bardzo skomplikowanego człowieka. Outsidera żyjącego niejako we własnym świecie, skupionego na teorii (jako laborant był nie aż tak dobry jak myśliciel) oraz bardzo pewnego siebie.

Dla mnie najlepszymi momentami w „Oppenheimerze” są prace przy Projekcie Manhattan, gdzie Amerykanin zostaje zwerbowany przez pułkownika Grovesa (Matt Damon). Werbunek naukowców, zbudowanie miasteczka w Los Alamos, by uniknąć przecieku – to wszystko oglądałem z dużą fascynacją. Mimo że – tak jak cały film – skupiony jest na dialogach, rozmowach i dyskusjach, co tworzy bardzo kameralną atmosferę. A jednocześnie Nolan cały czas buduje napięcie związanie z tworzeniem „gadżetu”, gdzie dochodzi do pęknięć oraz sporów między naukowcami. Tutaj pojawiają się także poważne pytania o odpowiedzialność naukowców za swoje dzieło, etykę i konsekwencję stworzenia tak niebezpiecznej broni. Czy naukowcy mogą odpowiadać za użycie takiej rzeczy przez wojsko, polityków? Czy ich roli tylko ogranicza się do wykonania zadania jak w wojsku? Te pytania frapują i pozostają niebezpiecznie aktualne nawet teraz. A cały ten segment wieńczą dwie wręcz monumentalne sceny – próbne odpalenie (Trinity) oraz przemówienie Oppenheimera po zrzuceniu bomby na Hiroszimę. Te obrazy zostaną w mojej głowie na długo i pokazują techniczną maestrię Brytyjczyka.

Jednak mam pewne ALE. Nolan ma pewien problem z selekcją materiału, jaki miał do dyspozycji i pewne rzeczy wydają się tutaj zbędne, niepogłębione oraz pozbawione emocjonalnej reakcji. Dotyczy to głównie życia prywatnego Oppenheimera, ledwo liźnięte i dotknięte. Dotyczy to głównie jego relacji z bratem Frankiem oraz kochanki, Jean Tatlock (zmarnowana Florence Pugh). I nawet nie mam problemu z tym, że w większości scen pojawia się ona nago, ale one niczego do tej historii nie wnoszą. Jakby tego było mało, parę razy reżyser stosuje podstawowe narzędzie reżysera – łopatę, powtarzając pewne kwestie oraz sceny. Dla mnie to nie było aż tak potrzebne, co troszkę osłabia trzeci akt.

Mocno się broni strona techniczna, ale w przypadku Nolana to standard. Zdjęcia Van Hoytemy (także te czarno-białe) wyglądają niesamowicie, atmosferę buduje bardzo eklektyczna muzyka Ludwiga Goranssona, która miesza minimalizm, awangardę, orkiestrę oraz retro elektronikę; jednak najmocniej uderza operowanie dźwiękiem i praktyczne efekty specjalne. Te ostatnie pokazują mikroświat atomów w krótkich przebitkach, ale także nasilające się wizje zagłady świata.

Jednak najmocniejszą kartą w talii Brytyjczyka jest imponująca obsada. Wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie wspaniały Cillian Murphy. Jego Oppenheimer to pokręcona mieszanka pewności siebie, wręcz arogancji ze społecznym wycofaniem i pozornym spokojem. Nawet jak nie mówi słowem, to na jego twarzy oraz oczach widać bardzo dużo. Jak choćby z czasem zostaje przytłoczony ciężarem swojego dzieła oraz poczuciem winy. Za to niespodziankę zrobił Robert Downey Jr. w roli Lewisa Straussa. Bardzo wycofany, mówiący ciepłym i wolnym głosem sprawia wrażenie budzącego sympatię, ale pod tą fasadą skrywa się mściwy, śliski manipulator oraz polityk. Kradnie on każdą scenę, tworząc bardzo magnetyzującą postać. A na drugim planie mamy masę rozpoznawalnych twarzy, którzy potrafią pojawić się na kilka minut. Jeśli miałby wyróżnić kogoś, ewidentnie wskazałbym Matta Damona (generał Groves), Benny’ego Safdiego (Edward Teller), Josha Hartnetta (Ernest Lawrence) oraz Emily Blunt (Kitty Oppenheimer). Jednak odkrywanie kolejnych nazwisk było dla mnie pewną dodatkową atrakcją.

Czy „Oppenheimer” to jak wskazuje spore grono recenzentów opus magnum Christophera Nolana? To zdecydowanie najambitniejszy film w dorobku Brytyjczyka pokazujący człowieka zderzonego z brutalnymi konsekwencjami swoich działań, z polityką oraz opinią publiczną. Imponujący technicznie, wciągający emocjonalnie (poza finałową 1/3 filmu), z masą mocnych scen i gorzkim finałem. Niezapomniane doświadczenie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski