Snajper

Wojna zawsze kręciła filmowców niemal od zawsze. Potrafili stworzyć wielkie dzieła („Czas Apokalipsy”, „Szeregowiec Ryan”), ale też czasami ja spłycali pokazując ją jako wielką przygodę, z czego już wyrosłem. Więc co jeszcze można opowiedzieć o wojnie, zwłaszcza o wojnie w Iraku? Zadania tego podjął się największy patriota USA, Clint Eastwood.

snajper1

Prawie 85-letni Amerykanin postanowił opowiedzieć o wojnie z perspektywy jednego faceta – Chrisa Kyle’a. kim był ten człowiek? Najlepszym amerykańskim snajperem, który podczas wojny w Iraku zabił setki osób. Spodziewałem się amerykańskiej flagi, sporej dawki patosu oraz pokazania amerykańskich chłopaków jako fajnych oraz prawych kolesi, będących szeryfami świata. Eastwood troszkę bawi się w propagandzistę, ale nie do końca. Pojawia się patos w scenach pogrzebów czy podczas powrotu do domu, jednak nie jest to ciężkostrawna mieszanka, podszyta miejscami zgorzknieniem. Problem jednak w tym, ze jest to dość jednostronnie przedstawione, tylko z perspektywy Jankesów. Sami Irakijczycy są przedstawieni albo jako prymitywne dzikusy, zajmujące się mordem albo podstępnymi zdrajcami współpracującymi z Al-Kaidą. Ta jednowymiarowość wywołuje dość negatywne odczucia, bo Eastwood znany był z bardziej złożonych obserwacji. Przeszkadza może też lekko chaotyczny początek, gdzie mamy przeskoki chronologiczne, jednak potem wszystko wraca na swoje tory.

snajper2

Plusem na pewno są sceny akcji, w których atmosfera jest nerwowa i napięcie miejscami mocno sięga zenitu. Wystarczy wspomnieć finał z burzą piaskową, przez którą kompletnie nic nie widać. Eastwood znany był z prostych środków do pokazywania emocji, nawet odrobinę humoru (szkolenia w Navy Seals). Sam Eastwood nie schodzi poniżej solidnego poziomu, ale problem miałem taki, że widziałem już podobny film, opowiadający o tym samym. Czyli o człowieku, który chce walczyć za kraj i nie potrafi żyć bez wojny. Tak, to „Hurt Locker”, który mocniej podziałał niż film Eastwooda.

snajper3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest to więcej niż dobry poziom. Bradley Cooper miał zagrać rolę Kyle’a jeszcze, gdy film miał nakręcić David O. Russell i muszę przyznać – dał radę. To rola zagrana w sposób bardzo oszczędny, wyciszony i skupiony, ale w oczach widać wszystko: od uporu i determinacji po strachu i zagubienie. Poza nim jest jeszcze równie dobra Sienna Miller jako żona Taya, nie do końca radząca sobie z mężem wojakiem, co rzadko pojawia się w domu, a jak jest to tak jakby był nieobecny.

„Snajper” to pierwszy od 7 lat film Eastwooda, który trafia do polskich kin. Jedno jest pewne – Brudny Harry nadal trzyma formę i na razie nie planuje emerytury. W dodatku rozbił bank, zarabiając kupę szmalu. To naprawdę dobre i miejscami trzymające w napięciu kino wojenne, ale lepszy był „Hurt Locker”.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

 

Strażnicy Galaktyki

Poznajcie Petera Quilla – mieszkaniec bardzo znanej planety Ziemia, który w 1988 roku przeżył dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, stracił matkę. Po drugie, został porwany przez Ravagarsów, którzy zajmują się kradzieżą wszystkiego co ma wartość. Quill, zwany też Star Lordem podczas jednej akcji zabiera Kulę. Jak się okazuje zainteresowanych Kulą jest wielu, z czego najbardziej niejaki Ronan, który potrzebuje jej do jednej rzeczy – rozwalenia Wszechświata. Poza Quillem wplatani w to zostają zielona (dosłownie) Gamora, łowca nagród szop Rocket i jego bodyguard drewniany Groot oraz Drex Niszczyciel. I ta banda miałaby powstrzymać Ronana?

straznicy_galaktyki3

Marvel to marka znana każdemu fanowi komiksu, a że one ostatnio są coraz lepsze („Iron Man 2”, „Avengers”) nie można być rozczarowanym. Do tego grona aspirują „Strażnicy Galaktyki” sfilmowani przez niejakiego Jamesa Gunna. Czerpie ona garściami z Kina Nowej Przygody, gdzie strach miesza się z ironicznymi złośliwościami, a powaga ustępuje czasem luzowi. Sama intryga i opowieść mogą wydawać się dość proste i komiksowe (ale w żaden sposób prostackie czy prymitywne), ale przynajmniej nikt nie udaje, że chodzi tu o coś więcej. Humor jednak pozwala odświeżyć schemat hartowania stali oraz tworzenia zgranej grupy przez osoby o kompletnie sprzecznych interesach. Uniwersum jest trochę uboższe niż w takich „Gwiezdnych wojnach”, efekty specjalnie prezentują bardzo solidny poziom, a scenografia i strona plastyczna naprawdę imponuje (zarówno więzienie, siedziba Kolekcjonera czy statek Ronana – budzą głęboki szacunek). Także wplecione w tło piosenki z lat 70. (awesome mix Star Lorda is awesome) dodaje smaczku i luzu. Od czasu „Avengersów” nie bawiłem się tak przednio i nie śmiałem się tak często.

straznicy_galaktyki4

W tą cała konwencję świetni wpisują się główni bohaterowie i w ogóle prawie cała obsada. Chris Pratt w roli Star Lorda (kogo?) jest zarówno łobuzerskim awanturnikiem pokroju Hana Solo jak i herosem, kiedy tylko pozwalają okoliczności. To, że Zoe Saldana potrafi zagrać twarde i charakterne babki wiem nie od dzisiaj. Tutaj tylko to potwierdza i świetnie walczy. I nie tylko walczy, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale największe szoł robi tutaj szop Rocket (z głosem Bradleya Coopera) – arogancki, chciwy, serwuje najlepsze teksty i jako jedyny sprawia wrażenie twardo stojącego po ziemi. A jego kumpel Groot (małomówny Vin Diesel) to swój kawał drewna i lepiej go mieć po swojej stronie.

straznicy_galaktyki2

Żeby jednak nie było tak słodko, to główny zły, czyli Ronan jest najsłabszym ogniwem fabuły. Bardziej przypomina on rozkapryszone dziecko niż potężnego arcywroga do pokonania. Innymi słowy, temu kolesiowi brakuje jaj, ikry i poweru. A poza nimi na drugim planie jest niezawodny Michael Rooker (Yondu Udunta – szef Ravagarsów), solidny John C. Reilly (gliniarz Dev) oraz wyborny Benicio Del Toro (Kolekcjoner).

straznicy_galaktyki2

Nie skłamię mówiąc, że to najlepszy blockbuster tego roku. Świetna rozrywka z dość prostą opowieścią, ale za to z wielką mocą, emocjami oraz wszystkimi podobnymi bajerami. Możecie mi mówić Star Lord, ewentualnie Groot. Ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

American Hustle

Jest rok 1979. Irving Rosenfeld jest facetem, który odziedziczył mała firmę po ojcu (naprawa szyb i pralnia). Ale w końcu, zdecydował się zając kantowaniem innych oraz wyłudzaniem pieniędzy od innych, w czym pomaga mu kochanka Sydney. Jednak zrobili o jeden kant za daleko, gdyż ich ofiarą jest agent FBI DiMaso, który zmusza ich do współpracy. Chce wykorzystać ich do schwytania skorumpowanego polityka, burmistrza Carmine’a Polito. Tylko, ze to nie jest takie łatwe.

hustle1

Ile to było filmów o kantach i przekrętach, gdzie obowiązuje zasada „dymu i luster”? David O. Russell nie jest na tym polu nikim oryginalnym czy zaskakującym, bo mamy tutaj łapówki, polityków, a nawet mafię. I tutaj nie ma żadnych niespodzianek i ten wątek (kryminalny) wydaje się najmniej zaskakujący, więc co jest siła tej historii? Reżyser skupia się na postaciach, które kantują nie tylko naiwnych desperatów szukających szybkiej forsy (czy tylko mi się to skojarzyło – na chwilkę – z „Wilkiem z Wall Street”?), ale też oszukują samych siebie. O tym tak naprawdę jest „American Hustle” – o sztuce kłamania i oszukiwania, bo tylko w ten sposób jesteś w stanie osiągnąć sukces społeczny, polityczny i zawodowy. Brzmi ostro i poważnie? To nie jest ostra satyra, choć nie jest pozbawiona ironicznego i ostrego humoru, ale jednocześnie czuć sympatię do bohaterów, którzy nie są tacy jednowymiarowi i oczywiści. Każdy kogoś udaje, tylko kto tu kogo tak naprawdę kantuje? Oto jest pytanie.

hustle2

A wszystko jeszcze osadzone w realiach lat 70-tych (te stroje, te fryzuje, ta muzyka), w dodatku naprawdę ładne wizualnie i z paroma dialogami do przemyślenia. Może przeszkadzać skupienie się na bohaterach niż na sensacyjnej intrydze (z paroma niespodziankami, choć trochę też przekombinowanej i miejscami mocno ocierającej się o granice prawdopodobieństwa), jednak film ogląda się naprawdę dobrze i z niemałą przyjemnością.

hustle3

Russell potwierdza też, że potrafi prowadzić aktorów i robi to w świetny sposób (znowu zgarnięto nominacje do Oscara we wszystkich kategoriach aktorskich – i to drugi raz z rzędu!), że naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić. Bo tak jest, ale skupię się na najważniejszych dramatae personas. Kolejny raz mocno zaskakuje Christian Bale w roli głównego machera – Irvinga. Łysawy, z brzuszkiem, słabym sercem i sporą dawką uroku osobistego plus spieprzone życie osobiste. Facet wzbudza sympatię, potrafi zachować spokój i wyczuć, gdy robi się niebezpiecznie. To samo można powiedzieć o Amy Adams, która wygląda fantastycznie i jest równie sprytna (a nawet sprytniejsza) niż Irving – niby się kochają, ale czy można im wierzyć na słowo, skoro oboje oszukują, także siebie nawzajem? No właśnie.

hustle4

I w tym momencie pojawia się dwoje, z braku lepszego słowa, popaprańców. On, agent DiMaso (fenomenalny Bradley Cooper) sprawia wrażenie kompletnie nieodpowiedzialnego kolesia, zachowującego się jak dziecko pozbawione zabawek. Megaloman, zapatrzony w siebie, wstydzący się swojej matki i narzeczonej, mocno znerwicowany i przez to niebezpieczny. To samo można powiedzieć o Roselyn (mocna Jennifer Lawrence) – passive-agressive, manipulatorka i strasznie działająca na nerwy kobieta, która nie znosi bycia ignorowaną. Nienawidziłem tą kobietę przez cały seans, a to mi się zdarza rzadko. Wisienką na torcie za to jest Jeremy Renner, czyli burmistrz Polito – może i bierze w łapę, ale mocno wierzy w to, że w ten sposób może zrobić coś dobrego dla miasta oraz kompletnie zaskakujący Robert De Niro.

hustle5

David O. Russell trzyma poziom i tworzy naprawdę dobrze skrojone kino rozrywkowe z dość wiarygodną psychologią bohaterów. Może i nie wszystko jest dopięte do ostatniego guzika, ale jest to zbyt dobre by zignorować. A może po prostu wciskam wam kit? Sami osądźcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Między wierszami

Rory Jensen jest młodym facetem, który bardzo chce być pisarzem, ale wydawcy nie są nim zbytnio zainteresowani, bo nie jest znany. I kiedy już zamiera się wycofać, wpada mu w ręce anonimowy rękopis który sobie przywłaszcza. Sława, popularność, kasa, respekt – wszystko stoi przed nim otworem. Punkt zwrotny następuje, gdy Rory poznaje autora skradzionego tekstu.

slowa1

I teoretycznie wiemy, co się stanie. Jednak nie chodzi tu o szantaż, a twórcy pokazują jakie konsekwencje może mieć kradzież nie tyle tekstu, ile życia tak naprawdę. Nie ma tu na siłę moralizowania, zaś sama konstrukcja (opowieść w opowieści w opowieści – pisarz czyta książkę o pisarzu, który ukradł książkę, literacka „Incepcja”) jest nieźle zrobiona. Problem polega na tym, że sama ta historia jest letnia, choć zarówno temat jak i forma jest interesująca. Zdjęcia lekko pastelowe (zwłaszcza w historii starca), ładna muzyka, wszystko to prosto i delikatnie opowiedziane, ale czegoś tu brakuje.

slowa2

Aktorzy próbują jak mogą, by nadać życia swoim bohaterom i wychodzi to całkiem przyzwoicie. Nieźle wypada Bradley Cooper, który próbuje zerwać z komediowym wizerunkiem. Jednak to Jeremy Irons ukradł ten film jako starzec, który opowiada historię swojego życia, co spowodowało stworzenie tej książki – jego ciepły głos jako narratora był bezbłędny. Pozostali wypadli też nieźle (Dennis Quaid, Zoe Saldana, Olivia Wilde), jednak tak naprawdę robili za tło.

slowa3

Debiutujący reżyserzy Brian Klugman i Lee Sternthal stworzyli kawał niezłego kina. Może nie powala, ale dobrze się ogląda. Obejrzeć nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poradnik pozytywnego myślenia

Patrick Solitano Jr. był zastępcą nauczyciela historii w szkole w Filadelfii. Ale kiedy zastał żonę po powrocie z kochankiem, coś w nim pęka. Bije go, zostaje aresztowany i trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie zdiagnozowana zostaje choroba dwubiegunowa. Po 8 miesiącach leczenia zabiera go matka do domu. Tam rodzice próbują go wesprzeć i pomóc mu. Patrick planuje pozbierać się i odzyskać swoją żonę. Jednak jego plan może wziąć w łeb, gdy poznaje pewną kobietę – Tiffany Maxwell.

poradnik_400x400

Sama historia wydaje się dość prosta, ale niezbyt oczywista historia. Reżyser David O. Russell, który pewnie czuje się w obyczajowych filmach (m. in. „Fighter”) tym razem opowiada opowieść o próbie ponownego powrotu do społeczeństwa, nie łatwego, gdyż przeszkodą jest choroba, wywołująca obsesje i lęki oraz niezabliźnione jeszcze rany. Choć temat wydaje się dość mocno poważny, udaje się to opowiedzieć w dość lekki i niepozbawiony humoru sposób, a jednocześnie wszystko to jest opowiedziane bardzo przekonująco, humor nie osłabia siły tego filmu i nie jest on wrzucony na siłę, a to potrafi naprawdę niewielu reżyserów. Technicznie jest na solidnym poziomie – umówmy się, to jest skromne kino, jednak w paru miejscach wybija się montaż (m. in. w scenie ataku furii Pata, przeplatającymi się ze sceną zdrady i jej konsekwencjami czy pojawienie się oficera Brady’ego). A wszystko to zrobione w ciepły i subtelny sposób.

poradnik2_400x400

Jeśli zaś chodzi o obsadę, to tutaj mamy bardzo mocną ekipę. Brawurową główną role zagrał Bradley Cooper. Gwiazdor „Kac Vegas” tym razem wcielił się w Pata, świetnie oddając jego lęki oraz paranoję (nocna dyskusja wywołana „Pożegnaniem z bronią” czy furia spowodowana niemożnością znalezienia kasety z wesela), zaś jego determinacja do osiągnięcia nierealnego celu i wiara w pozytywną energię jest godna uznania. Na zbliżonym poziomie grana partnerująca mu Jennifer Lawrence, grająca dość zbliżoną charakterem postać. Tiffany nie może pogodzić się ze stratą męża i stopniowo próbuje wrócić do normalności. A między nimi powoli zaczyna iskrzyć i kibicujemy im aż do końca. Na drugim planie najbardziej wybija się wracający do formy Robert De Niro jako ojciec Pata, który również ma swoje obsesje, zaś w scenie, gdy wyznaje synowi, że chciałby z nim spędzić więcej czasu jest rozczulająca. Ale poza nim warto zwrócić uwagę na Jacki Weaver (matka Pata), Anupama Khera (dr Patel, terapeuta), Chrisa Tuckera (Danny, kolega Pata z terapii) czy Johna Ortiza (Ramon).

poradnik3_400x400

Ciepłe, słodko-gorzkie kino, które coraz bardziej zaczynam doceniam. Czy film powalczy o Oscary – zobaczymy, ale to kolejny warty uwagi tytuł. Dający dużą dawkę pozytywnej energii.

8/10

Radosław Ostrowski