Orzeł

ORP Orzeł – jeden z najbardziej znanych polskich okrętów podwodnych II wojny światowej. Niedawno powstał dość nietypowy film fabularny, próbujący odtworzyć ostatnie dni tego okrętu („Orzeł. Ostatni patrol”). Nie był to jednak jedyny film, który próbował opowiedzieć historię „Orła” i jego załogi. W 1958 roku Leonard Buczkowski nakręcił film „Orzeł” według scenariusza napisanego wspólnie z Januszem Meissnerem.

Już na samym początku słyszymy lektora i informację, że film nie jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, tylko luźno opiera się na faktach. Nawet imiona i nazwiska nie są prawdziwe. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że reżyser bardziej trzyma się rzeczywistości niż wiele współczesnych filmów opartych na faktach. Historia skupia się na losach Orła na początku wojny przez internowanie w porcie Tallina aż do brawurowej ucieczki i dotarcie do Wielkiej Brytanii. Sporo jak na trochę ponad półtoragodzinny film. Jednak Buczkowski nigdzie się nie spieszy, zaś większość czasu skupia się na życiu okrętowym. Poza Tallinem nie opuszczamy statku i mimo wielu postaci (oficerów oraz marynarzy) nie czułem się zdezorientowany. Udaje się twórcom każdej z postaci na tyle charakteru, by mieć szansę na wyróżnienie się: od chorującego komandora przez oficerów aż po szarych marynarzy.

Nadal wrażenie robi tutaj scenografia oraz samo wnętrze statku. Jedynym bardziej akcyjnym momentem jest ucieczka z portu w Tallinie, która nawet dziś potrafi trzymać w napięciu. Nie brakuje też scen podwodnych, gdzie Orzeł musi ukrywać się przed okrętami niemieckimi. Problem jednak mam, że sceny okrętu pod wodą są niewyraźne i jakby rozmyte. Niemniej nadal pojawia się napięcie jak choćby w scenie wysadzenia niemieckiego okrętu za pomocą skonstruowanej bomby. A wszystko to opowiedziane bez patosu, propagandowych podtekstów (przynajmniej wprost), co patrząc na rok produkcji jest zaskakujące. Tak samo jak brak muzyki.

Wszystko to podparte świetnym aktorstwem z bardzo znanymi twarzami tego czasu (Wieńczysław Gliński, Aleksander Sewruk), jak i dopiero stawiających poważne kroki (Jan Machulski, Ignacy Machowski czy kradnący film Bronisław Pawlik), tworząc zgrany kolektyw. Trudno się do kogokolwiek przyczepić, tak samo jak do samego filmu. Nie bez wad, jednak mimo wieku nadal wytrzymuje próbę czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Parada oszustów

W polskiej telewizji rzadko pojawiają się seriale będące czymś w rodzaju antologii. Grupa aktorów grająca różne postacie i każdy odcinek stanowi osobną historię. Jak sam tytuł wskazuje, dzieło Grzegorza Lasoty opowiada o oszustach oraz przekrętach przez nich dokonywanych. W większości czasu osadzonych w przedwojennej Europie.

Jak wspomniałem, każdy odcinek ma inną historię i wszystkie są bardzo kreatywne. Bo mamy tutaj prowincjonalnego aptekarza z Francji, grającego korespondencyjnie z rosyjskim arcymistrzem, holenderskiego biznesmena oraz kupionego przez niego Jaguara, krakowskiego jubilera, który pada ofiarą pary oszustów, zaś na finał mamy taksówkarza z długami, złamaną nogą oraz propozycją nie do odrzucenia. Ta ostatnia historia dzieje się w Nowym Jorku lat 70., czyli w czasach współczesnych twórcom. Przewodnikiem po tym świecie jest Piotr Fronczewski, pełniący rolę narratora i w każdym odcinku pojawia się w różnych postaciach (jest genialny, jak zresztą cała obsada).

Najbardziej imponuje w tym filmie scenariusz, pełen błyskotliwych dialogów oraz wyraziście zarysowanych postaci. Każdy odcinek serwuje kolejne niespodzianki i wolty, przez co ogląda się całość z ogromnym zainteresowaniem. Nie będę wam zdradzał, co i jak – sami się przekonajcie. Reżyser nie boi się sięgać po łamanie czwartej ściany, a mimo raczej niewielkiego budżetu, wygląda to imponująco. Scenografia jest pełna szczegółów (plakaty i drobne rekwizyty choćby w postaci obcinarek do cygar), tak samo dobrze dopasowano kostiumy, zaś klimatem całość troszkę przypominała… „Vabank”, który powstał kilka lat później. Nawet muzyka miejscami brzmiała podobnie do filmu Machulskiego.

Jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić to jedna przyspieszona scena pościgu, co wyglądało troszkę dziwnie. Ale poza tym wszystko gra i brzmi fenomenalnie, bo całość została poddana cyfrowej rekonstrukcji. Aczkolwiek jest taki moment, gdzie przez paręnaście sekund pojawiło się kilka czarnych pasków na ekranie. To jednak jedyna rysa w tym przedsięwzięciu.

I jest to fenomenalnie zagrane przez plejadę wielkich aktorów. Poza Fronczewskim mamy tutaj absolutne znakomitości: Wojciecha Pszoniaka, Bronisława Pawlika, Romana Wilhelmiego, Stanisława Igara czy Grażynę Szapołowską. Wszyscy oni błyszczą w swoich rolach, za każdym razem wcielając się w różne postacie, nawet epizodyczne, co wcale im nie przeszkadza kraść ekran.

Czy ja muszę jeszcze kogoś zachęcać do sięgnięcia po ten tytuł? Mam wrażenie, że jest on zapomniany, a nie powinien. Świetnie zrealizowany i napisany, genialnie zagrany, zapowiadający wiele innych kryminałów w stylu retro dla polskiego kina. Szkoda tylko, że jest taki krótki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski