Mustang z Dzikiej Doliny

Mustang – dziki koń, będący symbolem nieskrępowanej wolności oraz Dzikiego Zachodu. To niemy bohater XIX-wiecznych przemian w USA, o którym postanowili opowiedzieć animatorzy z DreamWorks. Kiedy poznajemy naszego bohatera dopiero przychodzi na świat, który jest dla niego kompletnie nieznany i tajemniczy. Powoli zaczyna dojrzewać, aż staje się dorosłym koniem oraz wodzem swojego stada, hasającego po nieokiełznanych jeszcze przez człowieka terenach. Jednak nasz koń popełnia błąd i zbliża się do śpiących ludzi, który go schwytali i próbowali go złamać. Tak zaczyna się odyseja naszego bohatera.

mustang1

W dniu premiery „Mustang” robił bardzo duże wrażenie swoich technicznym wykonaniem, zgrabnie łącząc klasyczną animację z trójwymiarowymi wstawkami, co było mocno obecne na początku XXI wieku. Ale dzisiaj takie detale już kłują po oczach jak w scenie ucieczki podczas przewożenia lokomotywy, gdzie nawet eksplozje wyglądają bardzo sztucznie. Z drugiej strony sama animacja nadal wygląda ładnie (nawet bardzo), ze szczególnym uwzględnieniem krajobrazów godnych westernów – od kanionów, pustyni, lasów aż po jesienne błoto. Owszem, jest jedna lekko kiczowata scenka w lesie podczas „pływania” (wygląda wręcz prześlicznie), ale nigdy nie udaje się twórcom przekroczyć granicy przesłodzenia. A perspektywa zwierzęcia na wydarzenia związane z Dzikim Zachodem (próba złamania i ujarzmienia go przez kawalerzystów, pomoc przy budowie kolei) dodaje sporo świeżości do tej prostej opowieści o osiągnięciu wolności. Dialogów jest tu niewiele (zwierzaki odzywają się „swoim” językiem, a ludzie swoim), co jest dość nieoczywistym zabiegiem jak na animację, jednak dodaje to realizmu, zaś wiele scen akcji (w tym finałowa z przeskokiem przez przepaść) nadal imponuje tempem oraz wykonaniem.

mustang2

Jedynym mocnym zgrzytem całości jest muzyka Hansa Zimmera. Nie zrozumcie mnie źle, swoje zadanie na ekranie wykonuje solidnie, jednak mocno kłuje w uszy swoją prostotą, a nawet prostackim brzmieniem, bardziej nadającym się do radia. Za to przygrywane piosenki w tle (w oryginale śpiewane przez Bryana Adamsa) brzmią całkiem nieźle i dobrze komentują stan emocjonalny naszego bohatera.

mustang3

A jak sobie radzi polski dubbing? Tutaj postacie pełnią rolę tła dla naszego Mustanga nazwanego Duchem, ale słucha się ich z niemałą frajdę. Na tym polu najbardziej wybija się Wojciech Machnicki (bardzo twardy pułkownik) oraz Jacek Kopczyński (Wartki Potok), tworząc bardzo wyrazistych bohaterów. Jednak najważniejszy jest Mustang, tutaj mówiący głosem Macieja Balcara, bardziej znanego jako wokalista Dżemu. I daje radę swoim bardzo spokojnym głosem jako nasz bohater, mówiący cały czas z offu, zaś w partiach wokalnych wypada bardzo solidnie.

Z dzisiejszej perspektywy „Mustang” prezentuje się dobrze, a klimat Dzikiego Zachodu jest dobrze zachowany. A i sama historia potrafi wciągnąć, bo o wolności oraz życiu według własnych zasad dla wielu jest wartością identyfikowaną przez masę ludzi. Wiec dajcie się ponieść tej historii, nie będziecie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Get Up!

Get_Up_2015

Sympatyczny Kanadyjczyk w zeszłym roku przypomniał o sobie nagrywając składający się z coverów „Tracks of My Life”. Jednak fani cały czas czekali na płytę z nowym materiałem, autorskim. Wreszcie po upływie roku pojawia się nowy materiał Adamsa, za którego produkcję odpowiada Jeff Lynne – frontman legendarnego zespołu Electric Light Orchestra.

Brzmienie Lynne’a jest bardzo łatwe do rozpoznania, dzięki charakterystycznym uderzeniom perkusji oraz delikatnej, choć nie pozbawionej przebojowości gitarze, przypominającej czasy świetności rock’n’rolla (lata 50. i 60.). Słychać to już w szybkim, singlowym „You Belong To Me”. Nie brakuje jednak bardziej garażowej gitary („Go Down Rockin'” czy spokojniejszy „We Did It All”), klaskania („That’s Rock And Roll”), delikatnego smęcenia („Don’t Even Try”), a nawet pojawia się sitar („Do What You Gotta Do”). Co najważniejsze, mimo spójne stylistyki, nie czuć znudzenia, a było o to bardzo łatwo. Jest nostalgicznie, bardzo radiowo (nie jest to wada) i zdecydowania dla fanek Adamsa.

Głos Kanadyjczyka idealnie sprawdza się w tej estetyce. Chociaż słychać wiek, to nadal zachował wigor i energię, która go nie zawodziła. Na sam koniec dostajemy jeszcze 4 utwory w wersja akustycznych, gdzie jest tylko Adams i gitara. Nowych fanów Bryan raczej nie zdobędzie, chyba ze lubią takie nostalgiczne granie. Cała reszta powinna wyjść zachwycona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Diana Krall – Wallflower

Wallflower

Tą kanadyjską wokalistkę poznałem podczas przesłuchania płyty “Glad Rag Doll”, gdzie grała utwory z lat 20. oraz 30. Tym razem ta jazzmanka postanowiła nagrać kolejny album, gdzie na swoją modłę przerabia utwory znanych wykonawców.

„Wallflowers” miało wyjść już jesienią zeszłego roku, ale problemy zdrowotne zmusiły do przesunięcia premiery. Więc na jazzową modłę przerobiła Krall utwory m.in. The Mamas & The Papas, The Eagles, Boba Dylana czy Eltona Johna. Dominującym instrumentem jest fortepian („Alone Again”), jednak aranżacje są tutaj bardzo pomysłowe i budujące poszczególny, melancholijno-nostalgiczny nastrój, potęgowany przez snujące się skrzypce (przepiękne w „Superstar”) czy mały zespół z kontrabasem i perkusją. Zdarzają się tutaj bardzo oszczędne aranżacje (tytułowy utwór niemal w całości zagrany przez fortepian oraz stonowaną gitarę elektryczna z pasażami smyczkowymi) i brakuje tutaj jakiegoś popisywania się czy dynamicznej petardy (za taką można uznać „Yeh Yeh” – pod warunkiem, ze macie wersję deluxe). Środek powoli zaczyna przynudzać, jednak Krall próbuje przełamać nudę chórkami, wejściem gitary („Opeator”) czy harfą („Don’t Dream It’s Over”), jednak nigdy nie wywołuje ziewnięcia czy zasypiania (może poza średnim duetem „Feels Like Home” z Bryanem Adamsem).

Diana ma równie czarujący głos, który sprawdza się bez zarzutu. A równie świetnie brzmi na żywo (w wersji deluxe jest koncertowa wersja „Wallflower” oraz „Sorry Seems To Be The Hardest World”). Sam album bardzo pozytywnie zaskakuje, choć wydaje się bardziej jesienny niż zimowy. Niemniej na długie wieczory, będzie pasował jak ulał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Tracks of My Life

Tracks_of_My_Life

W ostatnim czasie bardzo modne stało się nagrywanie przez muzyków płyt z utworami pochodzącymi z czasów swojej młodości. Zazwyczaj jest podejrzenie, że jest to robione z czystej kalkulacji, by powiększyć stan swojego portfela, inni z braku pomysłów, a jeszcze inny, by przypomnieć o sobie. Do tych ostatnich zalicza się próbujący wrócić do czasów swojej świetności Bryan Adams. Po sześciu latach przerwy postanowił nagrać cover album. Czy udało się wrócić do dobrej dyspozycji?

Adamsa przy produkcji wspierali Bob Rock oraz David Foster, którzy na tego typu produkcjach znają się jak mało kto. A Adams na “warsztat” wziął utwory takich wykonawców jak The Beatles, Creadence Clearwater Revival, Bob Dylan czy Chuck Berry. I od razu muszę przyznać, że wybrano niekoniecznie te największe hity. W dodatku aranżacje są całkiem przyzwoite. Owszem, pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna (“Any Time At All”), czarujący fortepian ze smyczkami (“I Can’t Stop Loving You”), skręty w rejony folkowe (“Lay Lady Lay”), a nawet dynamiczna zadyma w starym stylu (“Rock and Roll Music”). Ale I tak najlepiej sprawdza się Adams w nastrojowych balladach (jedyny nowy utwór, czyli dobre “She Knows Me” czy choćby utwór tytułowy).

Nie jest to nic zaskakującego, a charakterystyczny wokal Adams sprawia niezłą frajdę. A wersja rozszerzona zawiera cztery dodatkowe covery  oraz jeden niepublikowany utwór Adams (skoczne “You’ve Been a Friend To Me”). Nie ma tutaj odkrywania Ameryki na nowo, ale też nie ma mowy o jakiejś kompromitacji czy wstydzie. Mam nadzieję, że Adams znów nagra własne utwory. I że będą fajne.

7/10

Radosław Ostrowski