Annie

Lata 30. w USA to czas wielkiego kryzysu. Zwłaszcza, jeśli jest się dzieckiem w sierocińcu. Tam przebywa rudowłosa Annie, którą zostawili rodzice. Właścicielka domu jest nałogową alkoholiczką, która próbuje za wszelką cenę znaleźć profit z zawodu. Ale dla naszej dziewczynki pojawia się nadzieja. Otóż do swojego domu na tydzień chce zabrać najbogatszy człowiek w mieście – Olivier Warbrucks. Nie robi to jednak z potrzeby serca, ale by poprawić swój wizerunek w mediach. Ale to serducho się zmieni, prawda?

annie1

John Huston i musical? Początkowo ta zbitka wydaje się dość abstrakcyjnym pomysłem, zwłaszcza z dziećmi w rolach głównych. Jednak oparta na popularnym komiksie w USA „Annie” wydaje się wzięta z innej bajki. Bo to taka kolejna wariacja opowieści o Kopciuszku oraz szukaniu szczęścia. Że karta się odwraca, jeśli będzie się wystarczająco upartym, uroczym oraz szczerym. Zło tutaj ma charakter groteskowy (pani Hannigan) albo komediowy (cwaniaczek Rooster), a dobro musi wygrać. Jak na klasyczną bajkę przystało akcja toczy się w dość przewidywalnym kierunku. Ale jednak reżyser wkłada tutaj wiele serducha, by ten seans był przyjemny. Piosenki mocno wpadają w ucho („Tomorrow” znane choćby z drugiego „Deadpoola” czy „It’s the Hard Knock Life”), prosta choreografia ma jednak w sobie sporo energii (scena sprzątania sierocińca). Mimo, że jest to troszkę naiwne i prościutkie jak konstrukcja cepa, ale wykonanie nadal robi wrażenie.

annie4

Bardzo dobrze się trzyma scenografia. Sama rezydencja Warbrucksa wygląda imponująco, pełna służących oraz wielu detali. Podobnie wygląda podniszczony sierociniec oraz pobrudzone ulice miasta. Równie kostiumy pomagają stworzyć klimat lat 30. Pod względem technicznym trudno się do czegokolwiek przyczepić, więc oglądanie dostarcza sporo frajdy.

annie3

Najbardziej zaskoczyły mnie tutaj role dziecięce. Z tej grupy wybija się Aileen Quinn w roli tytułowej, dobrana idealnie. Pełna uroku, energii jest po prostu rozbrajająca, zaś wszystkie śpiewane sceny z nią wypadają bardzo naturalnie. Drugą niespodzianką okazał się dla mnie Albert Finney. Szorstki, łysy, z bardzo mocarnym głosem sprawia wrażenie silnej osobowości. Ale powoli ta postać zaczyna pokazywać się z innej strony, wręcz łagodnieje i nie wywołuje fałszu, o co bardzo łatwo. Troszkę humoru wnosi Carol Burnett (pani Hannigan) oraz Tim Curry (jej brat, Rooster), mimo grania czarnych charakterów.

annie2

„Annie” nie udaje, że jest czymś więcej niż krzepiącą, pozytywną bajką. Może i jest naiwna, ale ma masę uroku, jakiego dzisiaj nie widzi się w musicalach. Czemu by nie spróbować tego dzieła?

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Bonnie i Clyde

Było już wiele par na ekranie kinowym, których połączyła miłość i zbrodnia. Jednak tym razem mamy do czynienia z prawdziwą historią Clyde’a Barrowa i Bonnie Parker opowiedzianą przez Arthura Penna w 1967 roku.

bonnie

Oboje poznali się w momencie, gdy Clyde planował kradzież auta jej matki, następnie on obrobił sklep i zabrał ją ze sobą. Nie jest to może zbyt romantyczny początek, ale nie jest to love story, przynajmniej nie do końca. Zaś sama historia nie do końca pokazuje prawdziwe oblicze tych bohaterów. Penna bardziej interesuje jak powstaje mit wokół postaci, którzy stali się symbolami buntu wobec instytucji państwowych (banki przejmujące ziemie rolnicze i policja), pełen romantyzmu i idealizmu. Ludzi zakochanych, którzy nie do końca poważnie traktują siebie i życie. I jak na porządny film sensacyjny przystało, nie zabrakło strzelanin, napadów, krwi i odrobiny golizny. Całość w dodatku dobrze zmontowana, z ładnymi plenerami i folkową muzyką w tle. Jedyne, co zdradza datę premiery to ujęcia z samochodu, gdzie w tle mamy domontowane tło i może to przeszkadzać, tak jak dość spokojne tempo (poza scenami strzelanin).

clyde

Od strony aktorskiej film prezentuje się więcej niż przyzwoicie. Zdecydowanie należy pochwalić duet Warren Beatty/Faye Dunaway. On – trochę sprytny i cwany, ma swój urok i jest trochę prostakiem, ona – zjawiskowa, atrakcyjna i czasem uparta. Razem tworzą mocną mieszankę wybuchową, a chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi najbardziej wyróżniają się grający ich wspólników Michael J. Pollard (lekko prymitywny C.W. Moss) i debiutujący na ekranie Gene Hackman (Bud, brat Clyde’a), drażni zaś Estelle Parsons (żona Buda – czasami zachowująca się irracjonalnie).

Mimo jednak pewnych wad, film Arthura Penna pozostaje dobrym, sensacyjnym filmem z bardzo mocnym i krwawym finałem, który zostaje w pamięci na długo.

7/10

Radosław Ostrowski