Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Grzeczny grzesznik

Anders jest zwykłym, szarym gościem w wieku średnim. Mieszka w małym miasteczku, gdzie ma dość duży dom, spłaca hipotekę, ma żonę oraz dorosłego syna. Jednak pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia decyduje się przejść na emeryturę, zostawia żonę oraz dom, próbując zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy w ten sposób uda się odnaleźć szczęście?

grzeczny grzesznik1

Reżyserka Nicole Holofcener znana jest z tworzenia komediodramatów opisujących szarych ludzi oraz ich problemów. Nie inaczej jest z „Grzesznym grzesznikiem”, który pokazuje historię człowieka tak naprawdę zagubionego. Człowieka żyjącego w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich (choć nikt ich o to nie prosił), ukrywają swoje tajemnice i udają, że wszystko jest ok. Zdrady, samotność, nałogi, frustracje, pustka – to wszystko widzimy w samym Andersie oraz ich bliskich. Taki jest grający w pokera syn Andersa, który nie chce pracować w firmie mamy, tak jak uzależniony od narkotyków Charlie, zbuntowany chłopak z talentem plastycznym. Sama narracja czy realizacja wydaje się bardzo przezroczysta, w zasadzie skupiona na rozmowach. Miejscami wydaje się chaotyczna i początkowo zmierza donikąd, a humor pojawia się w ilościach śladowych (Andres z dzieciakami ćpa czy lekko podchmielony wraca do dawnego domu). Więcej jest tutaj bolesnych momentów jak znalezienie martwego Charliego czy wigilijny obiad zakończony awanturą.

grzeczny grzesznik2

Dla wielu jednak ten film może znużyć, bo ciężko wejść w tą historię i zaangażować się w tak poszatkowanej opowieści. Także samo przesłanie nie do końca wydaje mi się jasne oraz czytelne. Film sobie płynie, płynie i płynie, choć parę razy potrafi czymś zaskoczyć. A i samo zakończenie wydaje się bardzo otwarte, co jest pewnym małym plusem.

Jeśli jest coś, co przyciągnęło moją uwagę na dłużej to świetny Ben Mendelsohn. Tutaj jest on bardzo wycofany, czasami się zacina i nie potrafi wypowiedzieć swoich myśli wprost, jest nieporadny, ale nie wywołuje ta postać poczucia zażenowania czy kpiny z niej. Aktor bardzo przekonująco pokazuje jego zagubienie, bezradność w poszukiwaniu swojego własnego szczęścia, nawet w sposób nieudolny. Oprócz niego najbardziej wybija się Charlie Tahan w roli narkomana Charliego, który traktuje Andersa troszkę jako wzór do naśladowania. I ta interakcja potrafi zaciekawić swoją dynamiką.

grzeczny grzesznik3

Średnio-niezły film Netflixa, który próbuje tutaj być bardziej przyziemny i przyjrzeć się nam samym. Miewa ciekawe momenty, ale nie zawsze daje satysfakcję.

6/10

Radosław Ostrowski

Super Dark Times

Ile można opowiadać o okresie dojrzewania nastolatków? Czasami mam wrażenie, że filmów na ten temat jest ostatnio coraz więcej. Zwłaszcza dziejących się w latach 80., ale tym razem będzie troszkę inaczej. Tym razem są lata 90., przedmieścia podobne do innych przedmieść. Rodzice są zajęci oraz pochłonięci pracą, a dzieciaki robią różne typowe rzeczy jak jaranie zioła, spotykania się z kumplami czy próby umówienia się z dziewczynami. Tak jest z Zachem oraz Joshem – dość pokręconym nerdowskim duetem. Chodzą razem z Darylem oraz Charliem, czyli innymi kumplami. Standarcik, prawda? Ale nic tak nie przyspiesza dojrzewania jak przypadkowe morderstwo – Daryl nadziewa się na katanę, a reszta decyduje się schować ciało i pozbyć się broni.

super_dark_times1

Nadal myślicie, że „Super Dark Times” to typowy coming-of-age? Reżyser Kevin Philips postanowił połączyć dwie rzeczy pozornie nie pasujące do siebie: film młodzieżowy z thrillerem w lekko noirowym stylu. Pozornie mamy typowe motywy dla tego filmu dylematy, czyli przyjaźń, pierwsze miłostki, bieda, bogactwo i lekko nerdowskie odniesienia do gier czy filmów. Ale klimat miesza się tutaj non-stop, dodając pewnego smaczku. Z drugiej strony są bardziej thrillerowe, wręcz oniryczne sceny. Sam las wygląda dość niepokojąco, a początek z jeleniem w klasie bardzo zaskakuje. Napięcie potęguje jeszcze bardzo nieprzyjemna muzyka, ocierająca się o ambient. Reżyser często wchodzi w głowę Zacha, który musi się zmierzyć ze zbrodnią, którą widział – coraz bardziej zaczyna popadać w paranoję, zdarza się przysypiać, by w finale zaatakować ostrą i niepozbawioną krwi starcie. Problem jednak w tym, że te nastolatkowe momenty wydają się dla mnie dość… schematyczne i wręcz usypiające (choć wątek relacji Zacha z Allison jest zgrabnie poprowadzony), zaś napięcie najmocniej czuć w ostatnich 30 minutach. Do tego jeszcze jest tutaj mocno zachwiane tempo, przez co środek miejscami nie angażuje i wręcz można o nim zapomnieć.

super_dark_times2

Sytuację próbuje ratować niezła reżyseria oraz dobre aktorstwo młodych, nieznanych twarzy (poza Charliem Tahanem z „Miasteczka Wayward Pines”). Zarówno lekko rozedrgany Owen Campbell, jak i śliczna niczym z obrazka Elizabeth Cappuccino (Allison) wypadają bardzo wiarygodnie, naturalnie, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna (chociaż wspólnych scen jest bardzo niewiele). Także drugi plan z dość drobnymi postaciami też wypada bardzo solidnie, bez poczucia wstydu czy żenady, ale bez jakiegoś blasku.

Film bywa dark, chociaż nie jest aż tak super jak się wydaje. Niby kolejny film młodzieżowy, ale troszkę inny od reszty, bo mieszanka filmu młodzieżowego z dreszczowcem nie zdarza się zbyt często. Całkiem niezła rozrywka, chociaż można było bardziej podkręcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski