Hannie Caulder

Bywał taki czas, że na Dzikim Zachodzie także kobiety sięgały po swoje colty oraz inne rewolwery. Kimś takim, niejako wbrew swojej woli, stała się Hannie Caulder. Niby zwykła kura domowa, która mieszka z mężem na ranczu. Ale wszystko zmienia się w momencie, kiedy pojawia się trzech braci Clemens. Ścigani przez prawo panowie najpierw zabijają jej męża, potem ją gwałcą, a następnie puszczają z dymem jej domostwo. Po czymś takim ciężko się pozbierać, zaś żądza zemsty staje się jedynym celem w jej życiu. Na szczęście kobieta spotyka łowcę głów, który staje się jej mentorem.

hannie caulder1

Dla wielu z nas western z kobietą w roli głównej wydaje się czymś, co powstało w latach 90-tych czy obecnie. To jest jednak błąd, bo już w latach 60-tych były próby przełamania tego stereotypowego spojrzenia na świat. Ale reżyser Burt Kennedy mocno tutaj inspiruje się kowbojskimi opowieściami z Włoch, gdzie świat jest brudny, podły oraz nieprzyjazny. Chyba, że umiesz korzystać z broni i jesteś na tyle szybki/szybka, by uniknąć kuli. Jest krwawo i brutalnie, ale jednocześnie mam pewien problem. O ile sama historia płynie sprawnie i jest nieźle opowiedziana, o tyle rozbicie całości na dwa wątki wydaje się chybione. Wątek Hannie oraz jej przemiany z naznaczonej traumą kobiety w twardą mścicielkę (troszkę za szybkiej, ale niech tam), jednak wątek jej antagonistów wydaje się wzięty z innego porządku. Panowie powinni się nazywać Dalton, bo są tak samo pierdołowaci, wrzeszczą na siebie (głównie wyzwiskami) i bardziej pasowaliby do komedii. Nie oznacza to jednak, że można ich zlekceważyć. Tylko ten komediowy ton wokół nich troszkę pasuje tu jak pięść do oka, co wybijało mnie z opowieści.

hannie caulder3

Sytuację ratuje za to realizacja, choć dziś wydaje się bardzo skromnym dziełem. Krajobrazy są odpowiednio ładne, strzelaniny dynamiczne (tutaj wybija się atak Meksykanów na rusznikarza), a w tle jest troszkę podniosła muzyka. Najwięcej frajdy miałem jednak w scenach, gdy Hannie uczyła się strzelać oraz jej konfrontacji z braćmi. Jest to wygrane i może się podobać.

Aktorsko w sumie szału nie ma, ale nie można powiedzieć, że jest ono złe. Raquel Welch początkowo wydaje się osobą, która ma zwracać uwagę swoim wyglądem (jest kusząca, ale bez golizny), ale ta postać ewoluuje. Budzi współczucie, lecz z każdą chwilą staje się coraz silniejsza. Nawet jeśli przemiana wydaje się dość szybka, brzmi wiarygodnie (w czym pomaga montaż), stając się żeńskim odpowiednikiem Clinta Eastwooda – to ponczo nie jest przypadkowe. Zaś trio Ernest Borgnine/Jack Elam/Strother Martin za bardzo pajacuje w rolach antagonistów, przypominając bardziej postacie z kreskówek. Jednak w momentach konfrontacji są groźni oraz niebezpieczni. Ale najmocniejszym punktem jest świetny Robert Culp w roli Thomasa Price’a – doświadczonego łowcy głów, który staje się mentorem dla Hannie. Bardzo charyzmatyczny bohater, pełen profesjonalizmu, a jednocześnie ma w sobie coś więcej niż surowe spojrzenie.

hannie caulder2

Niby nie jest to wielkie dzieło, ale to bardzo sprawnie poprowadzony western, próbujący przeszczepić klimat oraz sposób spaghetti westernów. Miejscami krwawy, miejscami zabawny (choć niepotrzebnie) oraz pełen uroku.

7/10

Radosław Ostrowski

Circus of Fear

Wyobraźcie sobie, że organizujecie wielki skok, zgarniacie kupę forsy i trzeba ją gdzieś ukryć. Jakie może być ostatnie miejsce do ukrycia forsy, gdzie na bank nie będzie jej szukać policja? Oczywiście, że jest to cyrk. Policja prowadzi śledztwo, lecz sprawa utyka w martwym punkcie. Dochodzi jednak do przełomu, kiedy w cyrku Berberiniego dochodzi do morderstwa.

cyrk_strachu1

Dziwaczny to kryminał z Wysp, któremu troszkę bliżej do włoskich giallo czy niemieckich produkcji niż stricte kryminału. Muszę jednak przyznać, że początek (scena napadu) wygląda nadal dobrze. Jest wyczuwalnie napięcie, dobry montaż, kompletny brak muzyki oraz gwałtowna przemoc. Przez dłuższy czas jest aura tajemnicy, bo nie wiemy kto jest szefem grupy oraz mózgiem całej operacji. I po pierwszych 30 minutach akcja toczy się dwutorowo: mamy inspektora Elliotta, a także środowisko cyrkowców. Tam mamy pewne konflikty, spięcia oraz tajemnice. Tylko problem w tym, że historia kompletnie nie angażuje. Niby są próby mylenia tropów, wiele poszlak, jednak kompletnie brakuje napięcia, wątki kompletnie nieciekawe (zemsta za śmierć członka rodziny, tajemniczy Gregor, co zawsze nosi maskę oraz jego córka, pewien szantaż), zaś postacie – może poza Gregorem – są zwyczajnymi szablonami, pozbawionymi ducha oraz charakteru. Wizualnie też wydaje się taki sobie, zaś klimat kompletnie znika, a nawet muzyka wydaje się zwyczajnie sztampowa.

cyrk_strachu2

I nawet te bardziej cyrkowe fragmenty (tresowanie lwów, rzucanie nożem do tarczy – dwa razy) wydają się bardzo mechanicznie sfilmowane. A sam cyrk sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Żeby było mało, to i aktorstwo wydaje się dość sztuczne, teatralne (sceny umierania), zaś bardzo znane twarze (Christopher Lee, Klaus Kinski) nie mają tutaj zbyt wiele pola manewru, bo albo pojawiają się bardzo krótko (Kinski) albo są „pozbawieni” twarzy (Lee). Pozostali członkowie ekipy z Leo Gennem w roli inspektora policji jest zwyczajnie przeciętna, nie zapadająca w pamięć.

Niby jest cyrk, niby jest strach w tytule, ale kompletnie tego nie czuć strachu, napięcia, niepokoju. Zamiast tego jest nuda, poczucie senności oraz brak czegokolwiek ciekawego. Za takie marnotrawstwo, twórców nie powinno się dopuszczać do pracy w jakimkolwiek charakterze.

4/10

Radosław Ostrowski

Herkules we wnętrzu ziemi

Herkules to wdzięczna postać dla filmowców, o czym przekonywali się widzowie wielokrotnie. Nic dziwnego, bo wiele przygód można było zaserwować z bogatego źródła, jakim jest mitologia. Swoje też postanowił zrobić Mario Bava na początku swojej kariery. W tej wersji Herkules razem z przyjacielem Tezeuszem wyruszają do domu. Na miejscu okazuje się, że wybranka naszego herosa wpadła w obłęd, zaś władzę przejął jej wuj. By jednak przywrócić swojej ukochanej władzę na umyśle, Hercules musi wyruszyć do Hadesu i zdobyć Kamień Życia.

herkules_19611

Jak widać sama fabuła przypomina przygodową grę: dotrzeć z punktu A do punktu B, znaleźć przedmiot i po drodze pokonać różne przeszkody. Klasyka gatunku, a całość ubrana w konwencję fantasy. Całość balansuje między akcją, przygodą a komedią (postać Telemacha), bardzo swobodnie czerpiąc z opowieści mitologicznych. Trzeba pokonać nieprzyjemne tereny, paskudne monstra czy posłużyć się podstępem. Tylko, że intryga jest bardziej skomplikowana, chociaż od samego początku wiemy kto jest złym, zaś akcenty komediowe już nie bawią tak mocno. Pochwalić za to trzeba – jak to u Bavy – stronę plastyczną, chociaż niektóre trickowe zdjęcia (przeskok do palącego morza) wydają się mocno przestarzałe. Niemniej sam Hades, pełen mgły oraz jaskiń, ma swój klimat. Scenografia i kostiumy też prezentują się całkiem nieźle (pałac, siedziba wyroczni). Sceny akcji (walka z kamiennym stworem) bardziej śmieszą niż angażują, niemniej ogląda się to bezboleśnie, ale też bez żadnego zaangażowania.

herkules_19612

Sytuację próbują ratować aktorzy, chociaż najbardziej wybija się tutaj Christopher Lee jako król Liko. Typowy czarny charakter, pragnący władzy, jednak posiada najwięcej charyzmy. Złego słowa też nie powiem o Regu Parku, który jest odpowiednio przypakowany, prostolinijny oraz całkiem przekonujący w roli Herkulesa. I czuć też chemię miedzy nim a bardziej wyluzowanym George’m Ardissonem (Tezeusz), będącym mieszanką lojalnego przyjaciela i bawidamka. Jeśli chodzi o panie, najbardziej wybija się George Ruffo (Dejanira), zgrabnie pokazując swój obłęd.

herkules_19613

„Herkules” od Mario Bavy to z dzisiejszej perspektywy bardzo pachnące naftaliną kino przygodowe, mocno zdradzające wiek. Niezbyt angażujące, z kilkoma niezłymi pomysłami operatorskimi, lekkim humorem oraz pewną skromnością budżetową.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Bicz i ciało

Do zamku hrabiego Menhoffa powraca marnotrawny syn, Kurt. Mężczyzna ten rozkochał służącą i zostawił ją, przez co kobieta popełniła samobójstwo, zaś Kurt zostaje wygnany oraz pozbawiony własnego majątku, a także narzeczonej. Jednak dziedzic wraca niby pogodzić się, ale tak naprawdę odzyskać swoje. Cały jego plan zostaje wywrócony do góry nogami, gdy wieczorem zostaje zamordowany.

bicz_i_cialo1

Kolejny wygrzebany film Mario Bavy, który tym razem wraca do gotyckiego horroru. Jest obowiązkowy zamek, pełen ciemnych korytarzy, rodzinną tajemnicę i niepokojącą przeszłość, powoli odkrywając relacje między członkami rodziny oraz ich służbą. I kiedy dochodzi do pierwszej wolty, atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, pojawia się duch (ale czy na pewno?) oraz kluczowe pytanie: kto zabił? Wiele osób miało motyw, a tajemnica coraz bardziej zaczyna przykuwać uwagę aż do przewrotnego finału. Mimo ponad 45 lat, „Bicz i ciało” nadal wygląda bardzo plastycznie, z nasyconymi kolorami oraz wręcz zbliżeniami na detale (niemal mocno obecny bicz – czy to jako klamka w drzwiach czy konar podczas burzy) czy szybkimi zbliżeniami na twarze. Do tego bardzo niepokojąca muzyka, okraszona ciepłym tematem lirycznym.

bicz_i_cialo2

Jednak najbardziej intrygującym wątkiem jest niejednoznaczna relacja między Kurtem a byłą narzeczoną Nevetką: od nienawiści aż po mroczną, wręcz perwersyjną miłość okraszoną masochizmem (uderzenia biczem). Dawne, głęboko stłumione emocje, wybuchają ze zdwojoną siłą, doprowadzając wręcz na skraj obłędu. I to staje się podwaliną całego suspensu, tylko pozornie korzystając z ogranych możliwości straszenia (dźwięk, brud na podłodze). Ale nadal skutecznie potrafi przerazić, konsekwentnie budującym klimatem.

bicz_i_cialo3

Równie mocne są dwie kreacje, wnoszące film na wyższy poziom. Po pierwsze, charyzmatyczny Christopher Lee, budujący niepokojącą postać Kurta – tajemniczego mężczyznę, pełnego magnetyzmu. Po drugie, Dalila Levi, pociągająca i posągowo piękna kobieta, skrywająca coś więcej niż tylko piękną twarz. I czuć tutaj silną chemię między tą parą, wywyższając całość na wyższy poziom.

„Bicz i ciało” to bardzo klasyczny, gotycki horror, stawiający przede wszystkim na klimat. Będziecie czuć ciarki na plecach, a niektóre wysmakowane ujęcia zostaną w pamięci na długo. Bava kolejny raz potwierdza klasę.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Hollywood Vampires – Hollywood Vampires

Hollywood_Vampires_album_cover

Termin supergrupa jest troszkę ostatnio nadużywany. W skrócie chodzi o to, ze doświadczeni muzycy znani z dokonań w innych grupach i/lub solo, tym razem łączą siły, by razem coś nagrać. W zeszłym roku pojawiła się taka nowa grupa. Jej członkami są niemal starzy znajomi i współpracownicy: Alice Cooper, gitarzyści oraz klawiszowcy Tommy Henriksen i Bruce Witkin oraz perkusista Glen Sobel. Do nich dołączył kompletnie nieznany gitarzysta Johnny Depp (nazywa się tak jak ten sławny aktor, prawda?) i tak powstało Hollywood Vampires, którzy wydali debiut.

Album w sumie zawiera trzy premierowe kawałki oraz 11 coverów, a od strony produkcji wsparł ich sam Bob Ezrin (współpraca m.in. z Pink Floyd czy Deep Purple). Sam opener zapowiada, że będzie mrocznie, tajemniczo. „The Lest Vampire” zaczyna się podmuchami wiatru, dzwonami, thereminem oraz ciężkim głosem Christophera Lee, czyli legendarnemu odtwórcy hrabiego Draculi, kończąc: „Listen too them, the children of the Wight. What music they make”. No i dostajemy czad z ogniem w postaci „Raise The Dead”, gdzie gitara z sekcją rytmiczną mocno walą, a obydwaj wokaliści drą się aż miło. Dalej za to są nieśmiertelne numery jak „My Generation”, „Whole Lotta Love” czy szalona zbitka „School’s Out/Another Brick In the Wall Pt. 2” oraz druga sklejka „Five To One/Break On Through”. Kapela czuje rocka, gra po swojemu, chociaż linia melodyjna oryginałów zostaje zachowana. Nawet nastrojowy i popowy Harry Nilsson został poddany rockowej obróbce (zbitka „One/Jump Into The Fire”)

Widać to choćby w przypadku „Whole Lotta Love”, gdzie słyszymy najpierw bas i harmonijkę, a dopiero potem odzywają się gitary (jedna z nich należy do Joego Perry’ego), a śpiewa sam Brian Johnson z AC/DC. A propos gości, muzycy zaprosili całą armię i to samych znakomitości. Wokalnie – poza wspomnianym Johnsonem – udziela się Perry Farrell z Jane’s Addiction i Paul McCartney, który poczuł w sobie syna nocy (w „Come and Get It” daje do pieca), a instrumentalnie jest tutaj m.in. sam Ezrin, Dave Grohl, Robby Krieger (The Doors) czy Slash. To się nie mogło nie udać.

Chociaż są utwory tak znanych wykonawców jak T.Rex, Jimi Hendrix czy Plastic Ono Band, muzycy naznaczają te kawałki swoim piętnem, co czuć choćby w przepełnionej elektronicznymi zabawami „Itchycoo Park” (końcówka, gdy Alice jest zdumiony i pyta – perła) czy „Cold Turkey”.

Jak słychać wampiry kochają rock’n’rolla i to takiego z ogniem. Czy ten projekt czy przetrwa czy to tylko jednorazowa akcja, czas pokaże, ale jedno jest pewne. Mam ochotę na więcej – krwi, zadymy, imprezy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski

1941

Jest 13 września 1941. Minęło sześć dni od zdradzieckiego ataku Japończyków na Pearl Harbor. Jednak dla skośnookich to za mało, gdyż w okolicach USA pojawia się japoński okręt podwodny pod dowództwem komandora Mitamury, który miał pecha i nie mógł uczestniczyć w ataku 7 grudnia. By zmyć tą plamę na honorze, postanawia zaatakować… Hollywood. W tym samym czasie, życie w USA płynie pod znakiem strachu i paranoi, ale nie dla wszystkich. W LA mają odbyć się tańce, w domu jednej z rodzin zostaje przysłane działko przeciwlotnicze, a na niebie leci kapitan Kerso – psychol, który wszędzie widzi Japońców.

1941_1

Nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie przewidzieć, co tym razem wymyśli Steven Spielberg. Kiedy dostał do ręki scenariusz dwóch studentów – Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a – nie spodziewano się takiego szaleństwa. Choć akcja toczyła się podczas wojny, film był komedią i to tą z rodzaju szalonych i naładowanych absurdem jak kasza skwarkami. Wszystko tu jest przerysowane do granicy możliwości – narwani i szaleni wojskowi jak pułkownik Maddox czy kapitan Kerso, honorowi Japończycy jak ich dowódca, choć reszta załogi nie była zbyt rozgarnięta (nie umieli obsługiwać kompas, choć 10-latek z Hitlerjudeng umie!!!), a jedyny opanowany generał Stilwell wzrusza się oglądając „Dumbo”. Słowo „normalność” nie jest tu znane, zastąpione stanem obłędu, obsesjami, nawet miłość musi przejść ciężka próbę w postaci mordobicia między marynarzami i żołnierzami. Poczucie humoru jest tutaj naprawdę mocne: od prostych, slapstickowych gagów (wspomniana bójka czy strzelanie do Japońców z działka) po seksualne podteksty (próba poderwania sekretarki generała przez jego adiutanta w samolocie co spowodowało… potoczenie się bomby na lotnisko) aż do docinków japońsko-niemieckich (obserwator kapitan von Kleinschmidt). Nie wszystkim musi odpowiadać takie poczucie humoru, co spowodowało kasową porażkę w kinach. Jak widać nie wszyscy byli gotowi na pokazanie fajtłapowatych Amerykanów i Japońców, a pastisz w stylu tria Zucker-Abrahams-Zucker jeszcze nie był wtedy znany. „1941” zapowiadał ten parodystyczny styl i trafił do krainy zapomnienia, niesłusznie.

1941_2

Cała obsada jest tutaj kapitalna, koncertowo wcielając się w swoje postacie. Tutaj zdecydowanie się wyróżnia brawurowy John Belushi (kapitan Kerso – scena otwarcia puszki Coca-Coli w samolocie śmieszy za każdym razem) i Dan Aycroyd (sierżant Tree – dowódca czołgu, z brawurowym monologiem uciszającym zamieszki), choć nie mają żadnej wspólnej sceny, to działają jak hekatomba. Nie można też nie wspomnieć Toshiro Mifune z kamienną twarzą i krzyczącego w swoim ojczystym języku, krzykliwego Christophera Lee (kapitan von Kleinschmidt – jedyny rozsądny facet na okręcie podwodnym), Neda Beatty’ego (Ward Douglas) strzelającego z działka czy Slima Pickersa (drwal Holly P. Wood). A to i tak nie wszyscy wymienieni w tym szalonym świecie, gdzie słowo „Japoniec” wywołuje strach.

1941_3

Obłęd – tak można określić film „1941”, jedyną wariacką komedię w dorobku Spielberga, który nigdy później nie poszedł tak mocno po bandzie. Nie wszystkim się spodoba to poczucie humoru, niemniej warto porwać się na tą karuzelę. Jedyny taki film w dorobku Stefana.

1941_4

7,5/10