Nieprzyjaciel

Zdarzyło mi się wiele razy oglądać filmy nie spełniające oczekiwań. Delikatnie powiedziawszy, a spora część pochodzi z Polski. To nie zbyt dużym powodem do domy, niestety. No i pojawił się kolejny niewypał, choć powinienem był się tego domyślić. Ale po kolei.

„Nieprzyjaciel” – niczym rasowy thriller (przynajmniej w teorii) – zaczyna od mocnego uderzenia. A tak naprawdę to od eksplozji samochodu, gdzie znajdowała się młoda kobieta, rozmawiająca przez telefon. Eksplozja jest prezentowana w slow-motion i chyba dlatego wydaje się taka sztuczna. Ale nieważne. Zostaje zatrzymany mężczyzna z długimi włosami oraz twarzą Michała Żurawskiego. Skaczemy o parę lat i jesteśmy gdzieś na Mazurach. Lasy, rzeka, dużo zieleni i w tle Zalia śpiewa (mnie się to podoba). I tak trafiamy do willi do wynajęcia dla bardzo dzianych gości, gdzie o porządek dba Ania (Martyna Byczkowska). A pracuje mocno, gdyż pojawiają się nowi goście: dwaj kumple z dziewczynami. Leon (Michał Żurawski – z krótkimi włosami oraz strojem służbowym w stylu dres) oraz Bruno (Piotr Stramowski) planują zainwestować w krypto waluty 50 milionów zajebanych, eee, to znaczy „pożyczonych” od szefa tego drugiego. Następnego dnia oddadzą zanim dziany bogacz się zorientuje. Co może pójść?

Po pierwsze, nasza opiekunka willi to siostra dziewczyny, co zginęła w wybuchu i to jej zeznania doprowadziły do skazania Leona. Po drugie, po popijawie Ania (poczęstowana drinkiem) budzi się cała zakrwawiona, zaś ciało Leona jest w rzece. Szok, niedowierzanie oraz kolejny wstrząs. Ale spokojnie, będzie tego jeszcze więcej. Bo będą zdrady, bójki, rzucaniem mięsem oraz inne atrakcje.

Reżyser Michał Krzywicki wcześniej stworzył mikrobudżetowe SF „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” (co za krótki i łatwy do zapamiętania tytuł). Tamten film wyglądał dość imponująco i miał ciekawy punkt wyjścia, ale z czasem stawał się nudny oraz pozbawiony skupienia. Tutaj ewidentnie twórca chciał zrobić dreszczowiec w kameralnej przestrzeni z małą obsadą. I muszę przyznać, że początek oraz punkt wyjścia był intrygujący. Jednak zaczynają być serwowane twisty oraz przewrotki z taką gęstością jakiej nie powstydziłby się M. Night Shyamalan. A co jeden, to głupszy i konsternujący. Miała to być w założeniu opowieść o zrywaniu zasłon kłamstw, oszustw oraz fałszywych przyjaźniach. Ale ja po prostu przecierałem oczami, bo od idiotyzmów (ciągłym ganianiem się z miejsca na miejsce, pozbawionym paliwa quadem podczas pościgu czy finałowa ucieczka w lesie nocą) nie dowierzałem. Każdy każdego oszukuje, dyma, zdradza i kończyło się to albo przewracaniem oczami, znudzeniem lub rechotaniem.

Aktorzy robią, co mogą, ale nie są tu w stanie zbyt wiele zadziałać i zaangażować. Coś tam próbuje Żurawski i Byczkowska, Kasia Sawczuk nawet przyjemnie się ogląda, ale nic ponadto. Za to Piotr Stramowski oraz Joanna Opozda są tacy sztuczni i sztywni, że efekt jest strasznie groteskowy. Krzywicki może i ma ambicje na tworzenie kina gatunkowego, ale umiejętności pozostały gdzieś poza planem filmowym. Zabrakło talentu oraz zdolności logicznego myślenia przy pisaniu historii, która kompletnie wypadnie z głowy jeszcze zanim pojawią się napisy końcowe. To o czym ja pisałem?

4/10

Radosław Ostrowski

Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę

Polskie SF to coś tak rzadkiego jak uczciwość polityków. A udane polskie kino SF to święty Graal. Ostatnim takim dziełem był “Człowiek z magicznym pudełkiem”. Teraz do szufladki SF chce wejść Michał Krzywicki, który wyreżyserował, współtworzył scenariusz I zagrał główną rolę w “Dniu, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę”. Powiedzmy sobie to wprost, tytuł nie jest zbyt zachęcający. Ale to jest najmniejszy problem.

Akcja toczy się w przyszłości roku 2028, gdzie skazani na ciężkie przestępstwa więźniowie są poddawani automacji. Goli im się głowy, a następnie wszczepia się im w szyję obrożę z substancją zwaną vaxiną. Otępia im zmysły oraz pozbawia wspomnień, przez co nie stanowią zagrożenia I mogą wykonywać proste prace. Innymi słowy, wprowadzono niewolnictwo, popierane przez niemal całe społeczeństwo. Jednym z tych, co są przeciw jest Szymon Hertz (Krzywicki) – pracownik zajmujący się tworzeniem bazy danych. W social mediach ogłosił, że w ramach protestu w Sylwestra popełni samobójstwo. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować. Dlaczego? Tytuł podsuwa odpowiedź – wyrzucając śmieci trafia na dziewczynę-automatona.

Cała to SF jest tylko tłem do historii znajomości dwójki ludzi z różnych światów. Historii obyczajowej, pozbawionej bajeranckich efektów specjalnych, skupionej na próbie ucieczki z kraju. Ona, Blue (Dagmara Brodziak, także współscenarzystka) – pozbawiona przeszłości, zagubiona, zaczyna się “budzić” bez obroży. On – strasznie wycofany, naznaczony tragedią. Z czasem, dzięki retrospekcjom poznajemy jego przeszłość. Ale to wszystko w żaden sposób nie angażuje. Koncepcja futurystycznego niewolnictwa brzmi ciekawie i jest parę scen z automatonami jak choćby taniec przed kinem. Ten wątek jest tak naprawdę tylko tłem, który w połowie praktycznie nie istnieje.

Większe skupienie jest na relacji między Szymonem a Blue, co mogłoby zadziałać. Problem w tym, że scenariusz nie pozwala wejść głębiej w tą wieź, pozbawioną jakichkolwiek emocji. To zauroczenie i fascynacja na początku nawet interesują, jednak im dalej od Warszawy, tym robi się coraz nudniej, snująco się oraz czuć, że jest to rozciągnięte do granic możliwości. Troszkę więcej daje wizyta u ojca Szymona (solidny jak zawsze Marek Kalita), co jest małym plusikiem. Jednak reszta aktorsko jest co najwyżej poprawna, z urwanym finałem.

“Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” nie jest interesującym dniem. Ani filmem, choć trudno przyczepić się do warstwy technicznej (poza czasem skopanym dźwiękiem), jednak scenariuszowo to niemal klasyczny snuj. Bez emocji, bez zaangażowania, bez wyrazistości. Encyklopedyczna definicja zmarnowanego potencjału.

5/10

Radosław Ostrowski