Priscilla

Nie znam obecnie reżyserki, która ma tak silny zmysł estetyczny jak Sofia Coppola. Większość jej filmów można określić jako wizualną ucztę dla oka, jednak nie zawsze mnie angażowały emocjonalnie. W zasadzie wyjątkiem od tej reguły było „Między słowami”. Czy „Priscilla” zmieni ten stan rzeczy?

Film jest oparty na pamiętniku Priscilli Presley (nagrodzona na MFF w Wenecji Cailee Spaeny) z domu Beaulieu oraz jej związku z gościem o pospolitym imieniu Elvis. Wszystko zaczęło się w połowie lat 50., gdy muzyk pełnił służbę wojskową w Niemczech. Ona miała niecałe 15 lat, kiedy się poznali w Wiesbaden. Wszystko dzięki przyjacielowi Króla oraz rozmowie z jej ojczymem. Od tej pory zahukana dziewczyna jest kompletnie zauroczona, nie jest w stanie o niczym innym myśleć. Początkowo rodzice są bardzo sceptyczni wobec tej znajomości. Dziwicie się? W końcu to Elvis (Jacob Elordi) – facet, za którym laski podążają wzrokiem niczym opętane i mógł mieć praktycznie każdą. Jednak to ONA zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zabiera ją (za zgodą rodziców i pod presją Priscilli) do Graceland. Tam też ma ukończyć naukę w szkole katolickiej, a potem… dzieją się rzeczy.

Brzmi jak bajka o księżniczce, co trafiła na swojego rycerza na białym koniu i trafiła do zamku. Tam niby wszyscy traktują ją z życzliwością (szczególnie babcia Elvisa), pomagają jej się zaadaptować, ALE… Pod tą całą fasadą pięknych obrazków, niemal pastelowych kolorów, pojawia się mniej sympatyczny obrazek. To wszystko tak naprawdę złota klatka, gdzie młoda i wchodząca w dorosłość kobieta nie ma dla siebie miejsca. Niemal cały czas reżyserka pokazuje nudną monotonię tego życia. Nawet w szkole wydaje się bardzo wycofana i znudzona. Tak samo jak kiedy Elvis wyrusza w trasę koncertową (dosłownie pokazane są migawki) czy kręci filmy, a same wiadomości docierały tylko z gazet. Nawet jeśli pojawiają się wspólne chwile naszej parki, daleko jest do sielanki. W tych momentach „Priscilla” potrafi uderzyć, ale reżyserka nie bawi się w osądzanie.

Niemniej to powolne tempo i pokazywanie nudy dnia codziennego jest bronią obosieczną. Bo w którymś momencie cała ta historia zaczyna nużyć, co może być dość zadziwiające. Coppola między słowami próbuje pokazać całą tą dziwną, niemal toksyczną relację dwojga ludzi, którzy – przynajmniej takie odniosłem wrażenie – nie byli na to przygotowani. Ona o wiele za młoda i niezbyt dobrze znająca życie, on ciągle w trasie, otoczony swoją ekipą, bardzo zdystansowany. Niby uduchowiony, ale cały czas nieobecny. Dlatego zakończenie nie jest żadną niespodzianką.

To, co mnie najmocniej trzymało to świetne główne role. Absolutnie cudowna jest Cailen Spaeny jako nastoletnia Priscilla – odpowiednio miesza niewinność, naiwność z samotnością oraz coraz większym poczuciem bezsilności. Im dalej w las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że coraz bardziej zaczyna się czuć przytłoczona i zmęczona. Wszystko jednak pokazane w bardzo stonowany, subtelny sposób. Jacob Elordi pokazuje zupełnie innego Elvisa niż znanego ze sceny. Jest czarujący i przystojny, ALE jednocześnie bywa egoistyczny, faszeruje się lekami. Ale podczas rozmów telefonicznych z Priscillą wydaje się najbardziej niejednoznaczny. Czy naprawdę chce ją chronić przed medialnym tajfunem wokół niego, czy może jednak coś ukrywa? Ta niejasność pozostaje do samego końca.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nowe dzieło Sofii Coppoli. „Priscilla” bardzo urzeka warstwą audio-wizualną (o dziwo, nie ma żadnych piosenek Elvisa) oraz aktorstwem. Jednak próba pokazania całej tej dziwnej relacji idola z fanką może wywołać znużenie swoim monotonnym rytmem. Muszę jednak przyznać, że mnie ten film frapował i ma parę mocnych scen, by dać mu szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Córka

Wszystko zaczyna się dość zagadkowo – widzimy kobietę gdzieś krążącą na plaży nocą. Dopiero potem widać, że w okolicy żołądka jest plama krwi, co doprowadza do przewrócenia się oraz utraty przytomności. Kto, co, jak, dlaczego? Brzmi jak zapowiedź dreszczowca, choć – jak się później okaże – ten trop jest dość zwodniczy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo te mogą zaskoczyć.

Bohaterką „Córki” jest Leda (znakomita Olivia Colman) – kobieta zbliżająca się do 50-tki, profesor uniwersytecka, specjalizująca się w literaturze. Przyjechała do Grecji na wakacje, by doładować baterie przed pracą. Wszystko wydaje się zmierzać ku jej myśli, gdy nie pojawia się spora grupa turystów z USA. Właściwie można powiedzieć, że jest to jedna, wielka rodzina pod wodzą Callie. I jak to Amerykanie, przynoszą chaos, hałas, zakłócając spokój Ledy. Ale jedno wydarzenie (zaginięcie córki jednej z turystek, Niny) stanie się zapalnikiem, gdzie bohaterka skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

corka1

Sam film to psychologiczny dramat, w którym cały czas coś wisi w powietrzu, jakieś podskórne napięcie oraz pewien dyskomfort. Fakt, że kamera bardzo blisko trzyma się twarzy głównej bohaterki, nie pomaga. A sama narracja toczy się dwutorowo: współcześnie oraz w retrospekcjach, kiedy poznajemy Ledę jako młodą kobietę i matkę dzieci w wieku kilku lat. Powoli zaczniemy odkrywać kolejne wydarzenia, a wszystko to stawia bardzo ważkie pytania na temat macierzyństwa. Czy każda kobieta ma w sobie instynkt macierzyński? Czy chęć pozostawienia dziecka powinna zasługiwać na potępienie? Czy da się pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci? Czy dzieci przynoszą tylko radość oraz szczęście? Czy matką jest się 24 godziny na dobę? Samo zadawanie takich pytań sugeruje, że odpowiedź nie będzie taka łatwa.

corka2

Reżyserka – debiutująca Maggie Gyllenhaal – dotyka tego tematu tabu, ale nie bawi się w publicystykę i nie opowiada się po żadnej stronie. Ale daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że narodziny dziecka to czerwona linia – punkt, od którego nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej. Nawet jeśli decyzją będzie pójście własną drogą, konsekwencje tego będą odczuwalne do końca życia. Pojawiające się tutaj symbole (zgniłe owoce, martwa cykada, zabrana lalka, z której ust wychodzi jakaś maź, rzucane szyszki) nie wywołują zgrzytu, tylko zapowiadają wiszącą w powietrzu tragedię. Ale obecność reszty wielkiej rodziny zza Wielkiej Wody (Nina, Callie) pozwala pokazać różne odcienie macierzyństwa.

corka3

Wszystko to by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. W roli Ledy mamy dwie aktorki: Olivię Colman oraz Jessie Buckley, które cudownie się uzupełniają, tworząc bardzo spójny portret. Oglądając obie panie czułem, że to jest ta sama postać, co pokazuje mowa ciała oraz sposób mówienia. Niby twarda, niezależna, będąca ponad innymi, ale pod tym wszystkim skrywa się zmęczona, styrana, niepogodzona z pewnymi decyzjami z przeszłości. Bardzo skomplikowany oraz przekonujący portret kobiecy, jakiego dawno nie widziałem. Równie świetna jest Dakota Johnson jako Nina, będąca troszkę lustrzanym odbiciem młodszej inkarnacji Ledy. I dynamika między nimi to jedna z drobnych rzeczy, dodających odrobinę światła. Tak samo wiele pokazują drobne role Eda Harrisa (Lyle, dbający o domy), Petera Saarsgaarda (profesor Hardy) oraz Dagmary Domińczyk (Callie), dodając swoją cegiełkę.

corka4

„Córka” to kolejny przykład świetnego debiutu reżyserskiego, o którym będzie się mówić długie lata. Czy będzie to też nowy początek kariery Maggie Gyllenhaal jako reżyserki? Tego nie wie nikt, ale tutaj widać bardzo pewną, choć bardzo delikatną, rękę w prowadzeniu aktorów oraz opowieści. Na pewno nie jest to film przyjemny w odbiorze, ale prowokujący i stawiający trudne pytania dotyczące macierzyństwa.

8/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski