Gran Turismo

Znowu adaptacja gry komputerowej, ale czy jest w stanie osiągnąć taki sukces (przynajmniej komercyjny) jak „Super Mario Bros.”? Tym razem jednak mamy do czynienia nie z grą platformową, ale symulatorem wyścigów, z pełnym wsparciem Sony oraz Playstation. Do tego jest to historia oparta na faktach. ŻE CO??? Brzmi jak coś szalonego, ale uporządkujmy wszystko.

Jesteśmy w Glasgow, gdzie mieszka Jann Mardenborough (Archie Madekwe) – młody chłopak, który nadal mieszka z rodzicami i całymi dniami… gra w gry. Ale nie w Tomb Rajdera, tylko w serię Gran Turismo. Bo marzy o karierze zawodowego kierowcy wyścigowego, czego nikt nie traktuje poważnie. Wszystko zmienia pewien PR-owiec firmy Nissan, Danny Moore (Orlando Bloom). Mężczyzna wpada na szalony pomysł stworzenia Akademii Gran Turismo, gdzie najlepsi gracze z całego świata dostaną szansę jedną na milion – wykorzystania swoich doświadczeń  z grania na prawdziwym torze i wyłonieniu potencjalnego rajdowca. Po przejściu treningu oraz specjalnym wyścigu najlepszy dołączy do teamu Nissana oraz startu w wyścigach, rywalizując z zawodowcami. By osiągnąć ten cel Moore sięga po byłego kierowcę, obecnie mechanika Jacka Saltera (David Harbour), który traktuje swoich podopiecznych bardzo ostro.

gran turismo4

Najdziwniejsze w tym wszystkim, że za kamerą stanął Neill Blomkamp – uzdolniony reżyser, którego debiutancki „Dystrykt 9” był prawdziwą petardą. Od tamtego czasu żaden kolejny film nie zbliżył się do tego poziomu – czy dlatego, że poprzeczka była zbyt wysoko zawieszona i nie do przeskoczenia, czy reżyserowi zabrakło ambicji/talentu/umiejętności (niepotrzebne skreślić). Wydawało się, że twórca z RPA zostanie reżyserem jednego, wartego uwagi tytułu. Aż do teraz.

gran turismo3

Sama historia jest taka jaką w wielu sportowych filmach widzieliście – młody, zdolny zawodnik z szansą równie dużą jak wygrana w totolotka; zgryźliwy i zgorzkniały mentor; ostry i wyczerpujący trening; wreszcie chrzest bojowy oraz zderzenie z rzeczywistością. Oczywiście, że po drodze dojdzie do dramatycznego wypadku, przez który poczuje ciężar odpowiedzialności oraz pęknięte poczucie pewności siebie, by w finałowej konfrontacji pokazać pełnię swojego potencjału. Jakby ten film powstał w latach 80., to główną rolę dostałby Tom Cruise (pewnie dlatego „Gran Turismo” tak przypominał mi… „Top Gun”). Skoro znany drogę jaką ma Jann do przejścia, to co miałoby mnie zaangażować w tą opowiastkę?

gran turismo1

Przede wszystkim z powodu absolutnie świetnej realizacji. Blomkamp przy pomocy zdjęć oraz montażu tworzy tak pulsujące, dynamiczne sceny rajdowe jakby żywcem wzięte z gry. A nawet z transmisji telewizyjnych, ale jednocześnie wykorzystuje pewne elementy wizualne gry. Najbardziej widocznym jest (poza oznaczeniem miejsca akcji) podczas wyścigów oznaczenie naszego bohatera i jego lokaty, obecna w rogu lista zawodników czy sceny jak Jann jadąc w swoim pokoju materializuje to, co widzi na ekranie monitora. Albo jak widzimy cały wyścig z jego perspektywy. Takiej dawki adrenaliny podczas jazdy nie miałem od czasu „Le Mans 66”.

gran turismo2

Wszystko wyreżyserowane bardzo pewną ręką oraz świetnie zagrane. Archie Madekwe w roli Janna wypada na tyle dobrze, że chce się iść za nim. Równie solidny jest Orlando Bloom jako złotousty marketingowiec i pasjonata. Ale powiedzmy sobie to wprost – sercem tego filmu dla mnie był David Harbour. Jack Salter to postać raczej znajoma z tego typu kina, czyli szorstki mentor z dużym doświadczeniem i złamaną karierą, który wydaje się bardzo daleki od entuzjazmu w kwestii akademii GT. Z czasem jednak zaczyna nabierać wigoru i dostrzega potencjał w Jannie, tworząc więź niemal ojcowsko-synowską. Ta dynamika oraz interakcje dają ten ludzki pierwiastek, jaki w tego typu kinie jest potrzebny.

gran turismo5

Czy są jakieś wady? Ano są, choć dla mnie nie przeszkadzały aż tak, jednak muszę o nich wspomnieć. Po pierwsze, początek filmu to spory product placement Plajstacji, Sony oraz samej gry. Ze względu na temat jest to uzasadnione, lecz parę razy wymyka się to spod kontroli. Po drugie, kompletnie zbędny jest wątek romantyczny między chłopakiem a poznaną dziewczyną Audrey. Jest to poprowadzone bardzo nagle, dość skokowo, zaś sama jej obecność nie ma w zasadzie żadnego wpływu na wydarzenia. Wycięcie jej nie zaszkodziłoby.

„Gran Turismo” – niczym główny bohater – nie miał prawa się udać i nie brzmiał jak coś potencjalnie ekscytującego. Jednak kino to nie nauki ścisłe, co pozwala doprowadzić do rzeczy teoretycznie niewykonalnych i zaskakujących. To zaś czyni nasz świat o wiele bardziej zadziwiającym oraz kolorowym niż nasza codzienność. I właśnie dla takich zaskoczeń chodzę do kina.

8/10

Radosław Ostrowski

King’s Man: Pierwsza misja

Pierwsi „Kingsmani” byli bardzo odświeżającym filmem szpiegowskim, jednocześnie parodiując ten gatunek. Wszystko polane bardzo absurdalnym humorem, wariackimi scenami akcji oraz świetnym aktorstwem z zaskakującym Colinem Firthem na czele. Później powstała jeszcze kontynuacja, lecz nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem. Niemniej jednak powstała kolejna część, która jest… prequelem i opowiada o początkach organizacji.

Wszystko zaczęło się w roku 1914, gdy widmo wojny nie było jeszcze aż tak namacalne. Bohaterem jest książę Oksfordu, który w 1902 roku stracił swoją żonę (przywożąc zapasy z Czerwonego Krzyża do obozu w zachodniej Afryce) i niemal samotnie wychowuje syna. Mężczyzna jest zatwardziałym pacyfistą, nie chcącym angażować się w jakąkolwiek wojnę czy spór. Sytuacja go jednak zmusza, gdy rozpętuje się piekło. Najpierw zostaje zamordowany następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand, a następnie przyjaciel oraz mentor księcia, szef wywiadu Kitchener. Wojna doprowadza do chaosu oraz śmierci milionów, co zmusza bohatera do działania. Ze wsparciem niani Polly oraz majordomusa Sholi zaczyna tworzyć siatkę wywiadowczą, gdzie informacje przekazują służący z różnych części świata. Działając w tajemnicy trafia na trop tajemniczego Pasterza, planującego wywrócić świat do góry nogami oraz zniszczyć Anglię.

Matthew Vaughn po raz trzeci zasiada na stołku reżyserskim i znowu zaskakuje. Nadal czuć tutaj spory budżet, ale co jest najbardziej nietypowe, to jest ton. O wiele bardziej poważny i mroczny, gdzie humor pojawia się bardzo rzadko. W końcu jest to czas wojny, pełen brutalnych scen oraz momentów bardzo dramatycznych. Fikcja miesza się tutaj z faktami historycznymi, a stawka – powstrzymanie Pasterza i jego agentów oraz zakończenie wojny – jest wręcz bardzo namacalna. Choć scen akcji jest tu mniej niż w poprzednich odsłonach, nadal czuć ten wariacki, efekciarski styl reżysera. Najdobitniej pokazuje to scena, gdzie bohaterowie próbują zabić Rasputina – zdjęcia i montaż to wręcz czyste szaleństwo (by jeszcze bardziej odlecieć w tle zostaje wpleciony fragment „Rok 1812” Czajkowskiego).

Z drugiej strony są o wiele bardziej dramatyczne momenty jak choćby sekwencje batalistyczne, pokazujące walkę w okopach czy momenty próby odnalezienia nocą szpiega przez żołnierzy zakończona walką z przeciwnikiem przy użyciu broni białej. Ten dysonans powinien wywoływać poważny zgrzyt, jednak jakimś dziwnym cudem wszedłem w ten świat. Chociaż nie do końca tego oczekiwałem po tym filmie. Reżyser igra z oczekiwaniami widza, co wielu się bardzo NIE SPODOBA i zagra na nerwach.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy to przede wszystkim aktorstwo. Tym razem w roli głównej mamy Ralpha Fiennesa jako księcia Oxfordu, a on jak zawsze jest znakomity. Zarówno w tych rzadkich momentach akcji, jak w bardziej dramatycznych scenach. Czuć zarówno determinację i silną wolę, jak też cierpienie oraz momenty załamania. Równie dobrze sprawdza się ekipa otaczająca protagonistę, czyli Gemma Arterton (Polly) i Djimon Hounsou (Shola), a także Harris Dickinson jako syn księcia, Conrad. Relacja między tą dwójką, pełna kontrastu dwóch spojrzeń na kwestie wojennego zaangażowania dla mnie była silnym paliwem emocjonalnym. Ale całe szoł kradnie Rhys Ifans w roli mnicha Rasputina, który jest kompletnie przerysowany, lecz nadal stanowi poważne zagrożenie. Aktor jest nie do poznania zarówno fizycznie, jak i głosowo (cudny ten akcent oraz make-up), choć nie jest on głównym przeciwnikiem. Ten jest solidnie napisany oraz zagrany, choć do ostatniej konfrontacji nie widzimy jego twarzy.

Moja pierwsza kinowa wizyta w roku 2022 i nie mogę powiedzieć, że byłem… bardzo zmieszany, a momentami wstrząśnięty. To o wiele poważniejsza inkarnacja cyklu, gdzie jest mniej podśmiewywania się oraz robienia jaj, a dramatyczne sceny potrafią naprawdę uderzyć z pełnej siły. I na pewno ta część spolaryzuje fanów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce 2

Muszę się do czegoś przyznać: nie jestem fanem pierwszego „Cichego miejsca”. Punkt wyjścia można uznać za interesujący (narodziny dziecka w świecie zdominowanym przez kosmiczne monstra, co są wyczulone na słuch), ale wszelkie napięcie zabiło wiele głupot i bzdur. Dlatego niespecjalnie czekałem na sequel od twórcy oryginału, Johna Krasinskiego. W końcu obejrzałem drugą część i… jestem zaskoczony.

Akcja zaczyna się po wydarzeniach z sequela, gdzie rodzina Abbottów (skład: matka, niesłysząca córka, syn oraz noworodek) zmuszona zostaje do ucieczki ze swojej farmy. Nadal po okolicy szaleją potwory, więc ucieczka nie jest zbyt łatwa. Familia trafia do kryjówki dawnego znajomego, Emmetta, który stracił żonę oraz synów, z wyczerpującymi się zasobami. Sytuacja staje się o wiele poważniejsza, gdy córka (Reagan) odkrywa sygnał radiowy i chce tam dotrzeć. Choćby po to, aby wykorzystać swój aparat słuchowy oraz jakby musiała zrobić to wbrew woli rodziny.

Krasinski na samym początku potrafi uderzyć, bo dostajemy początek. Czyli pierwszy dzień pojawienia się potworów i ten wstęp robi piorunujące wrażenie z wieloma mastershotami oraz zabawą perspektywą. Nadal w scenach z perspektywy Reagan panuje cisza, co buduje napięcie. Opowieść nadal pozostaje kameralna, jednocześnie rozszerzając cały ten świat. Nie oznacza to jednak, że „Ciche miejsce” nagle skręca w stronę „Wojny światów”, jednak druga połowa filmu zaczyna iść w stronę… „The Last of Us”. Powoli budząca się relacja między Emmettem a Regan zaczyna procentować ze sceny na scenę, pokazując więź przypominającą ojca i córkę. Dochodzi do pewnego bardzo ważnego twistu (nie zdradzę wam), zmieniającego wiele w tym świecie. Problem jednak w tym, że to wydarzenie sprawia, iż „dwójka” jest środkową częścią trylogii. Czyli daje odpowiedzi oraz serwuje kolejne pytania.

Natomiast realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, a najbardziej wybija się udźwiękowienie. Zarówno, kiedy widzimy zdarzenia z perspektywy Regan (znakomita Millicent Simmonds) – dziewczyna tu wyrasta na główną bohaterkę filmu – jak i sygnalizowana jest obecność potworów. Świetne są zdjęcia oraz dwie rewelacyjne sceny z użyciem montażu równoległego, gdzie suspens oraz poczucie niepokoju potrafi podskoczyć do granicy. Każdy z obsady ma swoje momenty błysku, choć wybija się Simmonds oraz bardzo stonowany Cillian Murphy jako połamany, wycofany Emmett. Ta dynamika trzyma całość w ryzach, chociaż Emily Blunt i Noah Jupe także mają wiele do zaoferowania.

„Ciche miejsce 2” to przykład sequela, który wszystko robi lepiej od poprzednika: jest więcej napięcia, aury tajemnicy i wiele zasygnalizowanych momentów (zdziczali, niemi ludzi), które mogą zaprocentować w finale. Czekam bardzo na sequel, choć tym razem będzie robił ją inny reżyser (jeszcze nie wybrany). To samo w sobie powinno być rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Constantine

Był taki czas, że popularność kina superbohaterskiego nie była aż tak wysoka jak obecnie. Na nowo ta fala po słabej drugiej połowie lat 90. Podniosła się po sukcesie „X-Men” oraz pierwszego „Spider-Mana” od Sama Raimiego. Potem – tak jak dzisiaj – bywało różnie, szukając innych materiałów niż komiksy Marvela czy DC. Ale poza „Hellboyem” oraz „Watchmenami” nic nie zrobiło dużego zamieszania. A czy mówi wam coś Constantine? John Constantine.

Postać stworzona przez brytyjskiego autora komiksów Alana Moore’a to blondwłosy, brytyjski gość, który widzi anioły i demony. Kiedyś próbował odebrać sobie życie, co doprowadziło do faktu, że jego życie zostało skazane na potępienie. Chcąc troszkę odzyskać łaskę od Boga, pełni rolę takiego egzorcysty. A nasza planeta pełni coś w rodzaju miejsca gry między piekłem a niebem, gdzie tzw. mieszańcy dbają o równowagę. I nasz bohater dostaje sprawę. zgłasza się do niego policjantka, której siostra bliźniaczka popełniła samobójstwo w szpitalu psychiatrycznym. Policjantka nie wierzy w samobójstwo, ponieważ była ona osobą wierzącą.

„Constantine” to reżyserski debiut Francisa Lawrence’a, wówczas reżysera teledysków, dzisiaj znany jako twórca serii „Igrzyska śmierci” (oprócz części I). I jest to bardzo luźna adaptacja materiału źródłowego. Akcja z Londynu przeniesiono do Nowego Jorku, zaś nasz bohater to brunet z amerykańskim akcentem oraz ciemnym garniturem. Sama historia wydaje się prosta, ale nie jest opowiedziana w sposób prostacki. Reżyser próbuje zbudować wokół wiary mitologię, choć czasami logika potrafi zrobić sobie wolne. Wolne oraz spokojne jest także tempo, rzadko sięgające po sceny akcji, dając czas na wejście w klimat lekko noirowy. Świetny wizualnie, utrzymany głównie w ciemnych kolorach oraz dziejący się w nocy. Tylko, że ta historia – choć ma parę zakrętów – nie wciąga, a nawet troszkę nudzi. Dialogi czasami są przeładowane ekspozycją, świat wydaje się bardzo niewielki oraz ledwie zarysowany, zaś ustalenie kto stoi za wszystkim nie jest wcale trudne. No i czasami twórcy za bardzo chcą być cool (spluwa w kształcie połączenia Thompsona z… krzyżem), choć sceny egzorcyzmów czy drobnej akcji dobrze się trzymają. Tak jak niezłe efekty specjalne oraz wizje piekła przypominające pst-apokaliptyczną rzeczywistość.

Jeśli chodzi o aktorstwo to jest więcej niż OK. Tytułową rolę zagrał Keanu „Neo” Reeves, który do ról niezbyt rozmownych, wycofanych stoików pasuje idealnie. A że nie ma nic wspólnego z komiksowym pierwowzorem? Cóż, to akurat drobiazg, chociaż ta postać wydaje się zbyt wycofana oraz obojętna na to, co się dzieje dookoła. Znacznie ciekawiej prezentuje się Rachel Weisz w ról bliźniaczek: „psychicznej” Isabel oraz detektyw Angeli, chociaż między nią a Reevesem nie ma żadnej silnej chemii. A szkoda. Film za to kradną drobne epizody Petera Stormare’a (Lucyfier) oraz Tildy Swinton (archanioł Gabriel), dodając odrobinę charakteru do całości.

Solidna adaptacja oraz debiut, chociaż troszkę za bardzo skupiony na wizualiach. Bo sama historia nie robi aż tak wielkiego wrażenia, zupełnie jakby to był wstęp do większej całości, sequela? Ale szkoda, że nic z tego nie wyszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Shazam!

Billy Batson pozornie jest zwykłym nastolatkiem mieszkającym w Filadelfii. 14-latek, który trafia do rodzin zastępczych, ale ciągle z nich ucieka. Ciągle szuka swojej matki, która zniknęła. Postawiony przed ścianą trafia do nowej rodziny zastępczej, co jest bardzo patchworkowa. Kilkoro adoptowanych dzieci, bardzo otwarci rodzice, jednak nasz Billy pozostaje nieufny. Uciekając przed szkolnymi rozrabiakami, trafia do metra, gdzie trafia – na chwilę – do miejsca, gdzie przebywa Czarodziej. Przekazuje chłopakowi swoją moc, w zamian musi pokonać nawiedzonego naukowca, opętanego przez Siedem Grzechów Głównych. Stwory są okrutne, a ich nosiciel niebezpieczny. Tylko, czy Billy rzucający słowo „Shazam” da sobie radę?

shazam3

DC i Warner nie decydują się ma budowanie uniwersum, lecz konsekwentnie tworzą osobne filmy, mające stan na własnych nogach. I znowu przed kamerą reżyser z horrorowym CV, czyli David Sanberg. Shazam (w pierwszy komiksach postać nazywała się… Kapitan Marvel) to w zasadzie troszkę parodia superbohatera, opierająca się na prostym pomyśle. Mamy dzieciaka w ciele dorosłego, który musi dorosnąć i dojrzeć do opanowania swoich umiejętności. Czyli w sumie jakich? Latanie, używanie piorunów, duża siła w rękach i takie tam. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotny, zagubiony i niepewny siebie chłopiec. Czy taki osobnik jest w stanie pokonać dorosłego, potężnego mężczyznę z obsesją na punkcie magii? W teorii wynik wydaje się dość oczywisty.

shazam1

Może i historia jest znajoma, ale reżyser bardzo bawi się konwencją, tworząc bardziej ugrzecznioną wersję… „Deadpoola”. Jest wiele meta-żartów oraz odniesień do kina superbohaterskiego (ze światem DC), które dla naszego bohatera jest kompletnie nieznane. Odkrywanie swoich mocy, wsparcie od strony brata-nerda z fiołem na punkcie superherosów, powolne dołączanie do rodziny. Chyba to ostatnie wydaje się najważniejszym motywem dla tego filmu. Czym jest rodzina? Grupą ludźmi połączone więzami krwi czy ludzie, którzy cię wspierają i są dla ciebie ważni?

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyczepić: finałowa konfrontacja jest dość nudna, a i jakość efektów specjalnych jest średnia. To drugie można wyjaśnić niezbyt dużym budżetem, ale to drugie wynikało z braku pomysłu. Nawet w tych słabszych momentach jest to rozładowywane żartem i humorem, przez co te wady nie denerwują tak bardzo.

shazam2

I to by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie fantastyczny Zachary Levi jako Shazam. Czułem oglądając go, że w tym ciele znajduje się ten dzieciak zafiksowany na punkcie swoich mocy. A jego przemiana w odpowiedzialnego herosa jest przekonująca do samego końca. Równie świetni są Asher Angel (Billy) oraz kradnący szoł Jack Dylan Grazer (Freddy), tworząc bardzo dynamiczny duet. Nie chodzi tylko o komediowe momenty, ale bardziej poważne momenty. Nieźle radzi sobie Mark Strong w roli antagonisty, choć sama postać nie jest zbyt ciekawa (może oprócz momentu, gdy na początku poznajemy jego dzieciństwo).

shazam4

„Shazam” to zdecydowanie najlżejszy film DC ostatnich lat. Być może bardziej dla młodego widza, ale dorośli widzowie nie będą się nudzić. Tylko i/aż fajna zabawa z obietnicą czegoś więcej na przyszłość.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Marvel

Jak to możliwe, że dopiero Marvel nakręcił film z superbohaterką w roli głównej? Zostając wyprzedzonym przez DC? Tego się nie spodziewałem, ale czy „Kapitan Marvel” jest w stanie chodzić na własnych nogach? Czy jest bardziej mocno powiązany z poprzednimi częściami serialu zwanego Kinowym Uniwersum Marvela? Po kolei.

Bohaterką filmu jest niejaka Vers – osoba reprezentującą rasę Kree, która jest potężnymi wojownikami w galaktyce. Prowadzą ciągłą wojnę ze zmiennokształtnymi Skrullami, dokonującymi rozpierduchy oraz ataków terrorystycznych. Podczas kolejnej akcji, jakiej celem jest znalezienie swojego człowieka, namierzonego przez Skrulli. Cała operacja okazuje się być zasadzką na Vers, która zostaje schwytana przez zmiennokształtne istoty. Podczas próby wyrwania się im, dziewczyna trafia na C-35. Czyli na Ziemię. A to oznacza dużo komplikacji.

kapitan marvel1

Tym razem ściągnięto do realizacji filmowców z kina niezależnego (reżyser Ryan Fleck oraz scenarzystka Anna Boden), by wrzucić pierwszą superwoman. Do tego sama historia jest niejako prequelem wszystkich wydarzeń z całej serii (oprócz pierwszego Kapitana Ameryka). Ale tak naprawdę jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przeszłości, bo nasza protagonistka ma przebłyski pewnych zdarzeń. Zdarzeń wymazanych z pamięci oraz świadomości. To jednak podbudowa pod kolejny film z naparzanką, pościgami oraz gonitwą za MacGuffinem. Czy to oznacza, że jest nudno? Twórcy serwują kilka wolt i niespodzianek (kluczowe retrospekcje), więc nie mogę powiedzieć za dużo, ale dojdzie do konfrontacji ze swoją przeszłością, kłamstwami oraz manipulacjami.

kapitan marvel2

Sam początek oraz akcja Kree może budzić pewien stan senny, ale w momencie trafienia Vers na Ziemię, wszystko staje się intensywniejsze. Twórcy serwują buddy movie (relacja między naszą „kosmitką” a Nickiem Fury), zaś humor kompletnie nie pozbawia całości powagi ani dramaturgii. Odkrywanie kolejnych elementów układanki oraz dojrzewanie naszej protagonistki do wykorzystywania swoich megamocy potrafi zaangażować i wciągnąć, a osadzenie fabuły w realiach lat 90. jest pewnym odświeżeniem. Sceny akcji są solidne, tak jak efekty specjalne, więc brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, by zapaść w pamięć. Do tego wjeżdża patos, psując dobre wrażenie.

kapitan marvel3

Ale najmocniejszą kartą w talii jest absolutnie fantastyczna Brie Larson. Jej Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) to kobitka, która nie potrzebuje mężczyzny. Zarówno jako wsparcia, jak i obiektu uczuciowego (to jest pewne novum), stanowiąca niejako samowystarczalną siłę. Początkowo sprawia wrażenie sztywnej, ale ma ona nie okazywać emocji. A jednocześnie jest to pełna sprzeczności osoba: twarda i zdeterminowana, lecz jednocześnie zagubiona, niepewna. Nie zachowuje się jak idiotka, gdy trafia na Ziemię (a tego się troszkę obawiałem), zaczynając pokazywać troszkę cieplejsze oblicze. Takiej kobity w tym świecie brakowało. I udaje się jej stworzyć silny duet z Samuel L. Jacksonem (fantastycznie odmłodzonym) jako Nickiem Fury, który zaczyna dostrzegać zagrożenie nie z tego świata. Co z tego wyniknie, wszyscy fani wiedzą. Pozytywnie za to zaskakuje antagonista grany przez Bena Mendelsohna, ale więcej nie mogę zdradzić.

„Kapitan Marvel” jest tylko (albo aż) solidnym odcinkiem marvelowej franczyzy, który – o dziwo! – można oglądać bez znajomości poprzednich filmów z tego cyklu. Może nie wybija się tak bardzo z tłumu jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, jednak potrafi dostarczyć masę zabawy i frajdy. O taką superbohaterkę nic nie robiłem.

7/10

Radosław Ostrowski

Król Artur: Legenda miecza

Któż nie słyszał o królu Arturze – legendarnym władcy średniowiecznej Anglii? Na ekranie ten władca pojawiał się setki razy, ale tym razem postanowiono kompletnie zmodyfikować historię. U niego Artur jest synem króla Uthera Pendragona (co jest zgodne z materiałem źródłowym), który zostaje zamordowany przez żądnego władzy brata, Vortigena sprzymierzonego z potężnym magiem Mordredem. Chłopiec jako niemowlę niczym Mojżesz trafia do Londinium, gdzie wychowują go dziewczyny z zamtuza. Nie znając swoje przeznaczenia, Artur staje się opiekunem burdelu i dba o swoje interesy. Ale dopuszcza się napaści na Wikingów, którzy byli gośćmi króla Vortigena, a ten nie lubi takich sytuacji. Artur dokonuje niemożliwego i wyciąga miecz wbity w kamień – Excalibura. Wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty, w które wciąga go potężna Czarnoksiężniczka stojąca na czele ruchu oporu.

krl_artur_11

Nowe dzieło Guya Ritchiego zebrało bardzo ostre baty i poległo w amerykańskich kinach (jak zwykle dystrybutor spieprzył sprawę), gdyż widzowie zamiast dostać typowy film fantasy otrzymali film w stylu Brytyjczyka: szybki, niemal teledyskowy montaż, pędzącą na złamanie karku kamerę, zbliżenia na detale (nawet podczas wielkich potyczek) oraz miejscami złośliwe poczucie humoru. I jeśli myśleliście, że Angol zrezygnuje z tej stylistyki, to jesteście w błędzie. I powiem więcej, te elementy nadają świeżości całemu przedsięwzięciu, wyróżniając go z grona tysięcy innych opowieści. Gdyby jednak było tego stylu jeszcze więcej, mielibyśmy wielkie kino, a tak jest tylko bardzo dobrze.

krl_artur_12

Reżyser konsekwentnie trzyma się konwencji kina fantasy, w którym nasz główny bohater nie chce, ale musi (jak kiedyś pewien elektryk z wąsami) stać się bohaterem, królem, superhero (niepotrzebne skreślić) i tutaj pomaga w tym silnie zaakcentowany watek magii związany z tajemniczą Czarnoksiężniczką (imię jej nie pada ani razu). I wtedy całość potrafi być bardzo mroczna: wizje śmierci Uthera nawiedzające bohatera, moment odrzucenia Excalibura (oraz ponowne przyjęcie za sprawą Pani Jeziora) czy wykorzystywanie nadprzyrodzonych mocy przez Vortigera (i ceny jaką za to płaci). Te elementy, choć przewidywalne, zrealizowane są znakomicie i forma powoduje, że zwyczajnie chce się to oglądać.

krl_artur_13

Realizacja jest przednia. Imponuje skupienie na detalach i mimo czasami ostrej jazdy kamery połączonej z montażem a’la Ritchie, całość jest bardzo czytelna oraz przejrzysta. Nawet slow motion jest celem do budowania napięcia, a nie efekciarską sztuczką i jest świetnie wykorzystana. Widać, że film miał duży budżet, efekty specjalne wyglądają bardzo przyzwoicie (zwłaszcza stwory w postaci węży) czy dzikie oczy Maga (Maginię – nie wiem jak to powiedzieć). Imponuje też scenografia, pełna bogactwa i szczegółów, podobnie jak efektownie wyglądające stroje (zwłaszcza zbroje rycerzy i samego króla – szpaner jeden), nie zawsze wyglądające jak z epoki. Do tego jeszcze mamy kapitalnie podkręcającą adrenalinę muzykę Daniela Pembertona, mieszająca etniczno-średniowieczny entourage ze współczesną perkusją, krzykami i sapaniem.

krl_artur_14

Aktorsko tak naprawdę liczy się tylko dwóch bohaterów, bo reszta robi albo za dowcipne tło, albo po prostu realizują swoje zadanie na tyle dobrze, że nie zwracamy na nich uwagi (przynajmniej od razu). Mówię tu o Charliem Hunnamie (Artur) oraz Judzie Law (Vortigen). Pierwszy zgrabnie ogrywa postać cwaniaka z tajemnicą, dojrzewający do odpowiedzialności, drugi za pomocą drobnych spojrzeń i gestów kreuje postać opętanego żądzą władzy króla-tyrana. I to działa, choć drugi plan też zapada w pamięć. Szczególnie tajemnicza pani Mag (Astrid Berges-Frisbey), oddany i szlachetny rycerz Bedivere (Djimon Hounsou) oraz szelmowski Bill Gęsi Smalec (Aidan Gillen).

Słuchając opinii krytyków oraz wyników frekwencyjnych, „Król Artur” powinien być totalnym paździerzem i kompromitacją. A wyszedł z tego niemal ocierający się o wielkość znakomity film przygodowy w świecie fantasy. Gdyby nie finał i parę drobnych potknięć, postawiłbym ten tytuł na jednej półce z „Porachunkami” i „Przekrętem”. A że w tej chwili w kinach nie ma lepszych propozycji, to walcie śmiało, tylko miejcie otwarte głowy i nie spodziewajcie się klasycznej opowieści fantasy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amistad

Tytułowy Amistad to hiszpański okręt przewożący niewolników. W 1839 roku doszło do buntu niewolników, którzy zabili członków załogi i próbowali dopłynąć do Afryki, jednak zostają zatrzymani przez amerykańską straż graniczną. I właśnie w Ameryce maja być sądzeni, a pozornie prosta sprawa o własność (niewolnicy) staje się sprawą wręcz polityczną.

amistad1

Niewolnictwo to jedna z czarnych kart w historii USA, z która filmowcy tego kraju rozliczają się do dnia dzisiejszego, co widać na przykładzie „Django” czy „Zniewolonego”. Ale po czterech latach przerwy od swojego poprzedniego filmu, w 1997 roku postanowił opowiedzieć Steven Spielberg, bazując na prawdziwej historii – jest to dramat, film historyczny i sądowy jednocześnie, wpisujący się w dyskusje nt. niewolnictwa. Sprawa wydaje się dość prosta, ale kiedy w sąd wkracza polityka, a dokładnie królowa Hiszpanii (lat 12) i prezydent USA – wtedy może wydarzyć się wszystko. Dlaczego? Pojawiła się obawa, ze wygrana obrońców niewolników doprowadziłaby do rozłamu i wojny domowej w USA. Jednak reżyser, pokazując mataczenie i nie do końca sprawne działanie niezawisłego systemu sądowniczego, wierzy w dobro ludzi u jego steru. Że będą w stanie wynieść się ponad swoje wady i uprzedzenia. Mimo znajomości finału całej sprawy, Spielberg potrafi przykuć uwagę i wciągnąć totalnie do samego końca opowiadając w sposób bardzo przystępny i zrozumiały.

amistad2

Technicznie jest to wysoki poziom, do którego ten reżyser nas przyzwyczaił – znów czarują zdjęcia Janusza Kamińskiego (najbardziej sceny przejęcia Amistadu w deszczu i burzy oraz przy procesie sądowym), fantastycznie sprawdza się muzyka Johna Williamsa bazująca na afrykańskich dźwiękach. Także scenografia oraz kostiumy zasługują na uznanie, nie mówiąc o kilku prostych montażowych sztuczkach. Jedyne co mocno kłuje w oczy to patos – zwłaszcza w końcowych partiach filmu (proces przed Sądem Najwyższym i monologi Johna Adamsa czy epilog z wojną secesyjną w tle) oraz troszkę drażniąca symbolika (czytana Biblia przez niewolników – choć czytana to spore nadużycie).

amistad3

Swoje tez robi gwiazdorska obsada, choć tak naprawdę wybija się kilka postaci. Pierwsza jest zdecydowanie „wódz” niewolników Cinque – fantastycznie poprowadzony przez Djimona Hounsou. Pewny siebie, twardy i dumny człowiek, który nie do końca rozumie otaczające go miejsce, ale jednocześnie bardzo wyciszony i niepewny – sprzeczności te są wygrywane drobnymi spojrzeniami oraz gestami. Drugim mocnym punktem jest bardzo dobrze radzący sobie Matthew McConaughey jako obrońca Roger Baldwin. Widać, że zna się na rzeczy i jest dociekliwym prawnikiem, próbującym znaleźć prawdę, a także bliżej poznać swoich klientów (o czym na początku nie pomyślał), a jego potyczki z prokuratorem Holabirdem (świetny Pete Postlethwaite) maja spore napięcie. I w końcu najważniejszy gracz, czyli John Adams (Anthony Hopkins) – były prezydent i prawnik, który na początku trzyma się z boku całej sprawy, ale w samym finale wykonuje decydujący ruch.

amistad4

Spielberg „Amistadem” podkreśla, że jest naprawdę dobrym fachowcem. Choć nie jest to jedno z jego najlepszych dzieł, pozostaje solidnym kawałkiem historii oraz dobrym i uczciwie podchodzącym do sprawy filmem. Tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Krwawy diament

Lata 90. W Sierra Leone trwa wojna domowa, zaś przedmiotem walk są surowce naturalne. Przypadkowo zostaje w to wplątany rybak Solomon Vandy, który siłą zostaje zmuszony do pracy przy wydobywaniu diamentów, a jego rodzinę rozdzielono. I wtedy pojawia się koło niego przemytnik diamentów Danny Archer, który obiecuje mu pomóc w odnalezieniu rodziny w zamian za diament, który znalazł Vandy i gdzieś ukrył. Razem z nim jest jeszcze dziennikarka Maddy Bowen.

diament1

Kino rozrywkowe, które próbuje przemycić ważnie i poważne treści? To trudne zadanie, wręcz niewykonalne. Jednak Edward Zwick nie boi się ryzykować i w konwencji kina sensacyjnego pokazuje rzeczywistość Afryki, wykorzystywanej przez białych do grabienia i łupienia. W podobny sposób próbował opowiadać „Wierny ogrodnik”, gdzie Afryka była dużym laboratorium dla koncernów farmaceutycznych, jednak tutaj chodzi diamenty z regionów ogarniętych wojną domową, na której zarabiają biali. Rebelianci zmuszający dzieciaków do walki (znany temat choćby z „Wiedźmy wojny”), podtrzymywanie wojny, by na niej zarabiać, równie chciwi najemnicy – mocne tematy, które można było bardziej pogłębić, zamiast okraszać strzelaninami i wybuchami (efektownymi, mocnymi i nie pozbawionymi bardzo realistycznej przemocy). A jednak to wszystko zaskakująco dobrze działa, zaś wyprawa po diament okaże się drogą przez zapomniany przez Boga kontynent. Piękne plenery zmieszane z surową realizacją robią mocne wrażenie, zaś bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Można się przyczepić do łzawego finału, ale i tak wyszedł z tego ciekawy film.

diament2

Również aktorstwo trzyma więcej niż solidny poziom. Świetnie wypadł Leonardo DiCaprio w roli przemytnika Archera. Cyniczny cwaniak, któremu zależy tylko na forsie i diamentach, choć okazuje się zdolnym do poświęcenia, zaś to jak mówi ten facet zasługuje na uznanie (akcent południowoafrykański jest naprawdę trudny). Równie mocna jest Jennifer Connelly, czyli piękna dziennikarka, która wygłasza najmocniejsze zdania na temat sytuacji w Afryce. Nie jest słodką, naiwną reporterką, raczej osobą potrzebującą odrobiny adrenaliny. No i w końcu – last but not least – Djimon Hounsou, czyli prosty (ale nie głupi) Solomon rozdarty między potrzebą znalezienia rodziny, a szukaniem diamentu. Mocna, choć prosta postać.

diament3

Zwick z jednej strony tworzy dynamiczne i mocne kino akcji, z drugiej pokazuje Afrykę jako bardzo niebezpieczne i niestabilne miejsce. I wyszło z tego naprawdę dobre kino, choć lekko hollywoodzkie.

7/10

Radosław Ostrowski