Dolores O’Riordan – No Baggage

No_Baggage_-_Dolores_O_Riordan

Minęły dwa lata, debiut rozszedł się w całkiem przyzwoitym nakładzie (350 tysięcy egzemplarzy), więc trzeba było pójść za ciosem. Składu nie zmieniono, stylistyki też nie, więc czy druga (i ostatnia) solowa płyta mogła dorównać – albo przebić – debiutowi?

Pozornie nic się nie zmieniło, chociaż otwierający całość “Switch Off the Moment” ma lekko bluesowe zacięcie (ten bas oraz perkusja). Ale gitara nadal jest mocna i hałaśliwa, a tempo chwytliwe. Pełen zadziorności jest też “Skeleton” oraz pozornie spokojny “It’s You”. Pojawiają się jednak pewne nieoczywiste element: etniczna perkusja (początek “The Journey” czy wycofany “Stupid”), mocniej wyczuwalny bas (mroczne “Be Careful”), orientalne flety (“Throw Your Arms Around Me”), nawet klawisze są takie cieplejsze (“Fly Through”). Jest też inna, bardziej rozmarzona wersja “Apple of My Eye” czy grana na fortepian “Lunatic”. Tylko, że to wszystko wylatuje z ucha szybciej niż powinno, co jest przynajmniej zagadkowe.Pozornie jest bardziej gitarowo i rockowo, ale też bardziej nijakie, więcej tu hałasu niż melodii.

Chociaż Dolores też się stara jak może, parokrotnie czarując swoim głosem, to jest za mało, by skupić uwagę na dłużej niż tylko jeden odsłuch.

5/10

Radosław Ostrowski

Dolores O’Riordan – Are You Listening?

Are_you_listening_cover

15 stycznia tego roku dotarła smutna wiadomość: zmarła Dolores O’Riordan, frontmanka bardzo popularnej w latach 90. formacji The Cranberries. Artystka pracowała nad nowym materiałem, którego raczej już nie usłyszymy. Jednak zamiast opowiedzieć o albumach zrealizowanych z macierzystą formacją, bardziej się skupię na solowych dokonaniach. Kiedy w 2003 roku, The Cranberries ogłosiło koniec działalności, wokalistka postanowiła spróbować swoich sil jako solistka I w cztery lata później światło dzienne ujrzał album “Are You Listening?”, który wyprodukowała wspólnie z Danem Brodbeckiem. Co wyszło z tego połączenia?

Chwytliwe “Ordinary Day” z melancholijną gitarą promowało całość, utrzymaną w stylu pop-rockowym. Chwytliwe, energetycznie i z pazurem. Podobnie, choć mocniej daje “When We Were Young”, gdzie gitara jest bardziej głośna. I wtedy następuje uspokojenie w postaci bardzo delikatnego “In The Garden”, z ciepłą elektroniką, smyczkami, tworzącymi wręcz bajkowy klimat, który zostaje brutalnie przerwany ostre wejście gitary elektrycznej, troszkę wybijając mnie z rownowagi. Szybki, pianistyczny “Human Spirit” okraszony jeszcze fletem przywrócił wiarę w magię, ale im dalej, tym ostrzej, wręcz grunge’owo jak w “Loser”, szybszy w refrenach “October”  czy cięższy “Stay with Me” okraszony bardzo łagodnym wstępem, ale też pojawiają się ładniejsze piosenki pokroju “Apple of My Eye”, bardziej niepokojący “Black Widow”, gdzie wokale chodzą niczym echo, a fortepian gra niczym zapętlony, by mocniej walnąć riffami czy niemal folkowy, pełen uroczych wokaliz “Accept Things”.

Dolores wokalnie pozwala sobie na więcej niż w The Cranberries, stając się bardziej ekspresyjna niż zwykle. I to mnie parę razy zaskoczyło, ale zawsze miała bardzo wyrazisty głos. I to dziwnie się zgrywa z resztą brzmienia, choć za pierwszym może to wywołać konsternację. Czy jest to udana płyta? Tak, z przyzwoitą muzyką do słuchania (czasami) we dwoje, chociaż ma więcej ognia spod znaku gitarowych solówek. Co nie musi przeszkadzać, więc posłuchacie?

7/10

Radosław Ostrowski

The Cranberries – Something Else

Cranberriessomethingelse

Ktoś jeszcze pamięta irlandzki zespół The Cranberries? W latach 90. była jedną z popularniejszych grup pop-rockowych, co było zasługą zarówno zgrabnych melodii, jak i hipnotyzującego wokalu Dolores O’Riordan. Po rozpadzie wydawało się, że nic już nie będzie. Ale w 2011 doszło do powrotu i całkiem fajnej płyty „Roses”. Teraz jest nowe wydawnictwo, ale nowości tu jak na lekarstwo, gdyż jest to płyta akustyczna. Samo w sobie nie jest to złym pomysłem, zwłaszcza że przy nagraniach pomagała Irish Chamber Orchestra przy Uniwersytecie Limerick. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pójścia na łatwiznę i oczywistego skoku na kasę. Tak myślałem przed odsłuchem i nie liczyłem, że coś się zmieni w tej materii. I co się stało?

Początek jest cudny, bo i taki jest „Linger” z wplecionymi smyczkami w tle. Łatwo poczuć się jak w Irlandii, a chyba o to chodziło.  Wszystkie te kompozycje zachowują melodyjny szkielet, ale za to kompletnie mają inne tempo. To widać w przypadku zgrabnego „Dreams”, gdzie szybko przygrywa kwartet smyczkowy. Ale jest parę drobnych smaczków w postaci uderzeń perkusji w szybkim „When You’re Gone” czy znacznie niepokojące smyki w pozornie wyciszonym „Zombie”. Pojawia się troszkę mniej znany „Ridiculous Thoughts”, które nadrabia dynamiką oraz „Free to Decide”. A mój ulubiony utwór zespołu, czyli „Ode to My Family” zachował nostalgiczny charakter (te smyczki łapią za serce). Aranżacje są naprawdę ładne, konsekwentnie budujące klimat Zielonej Wyspy, ale troszeczkę zachowawczo. Myślę, że można było bardziej zaszaleć i pomajstrować.

Żeby nie było, ze jest to, co już znamy, ferajna dodała trzy nowe kawałki. Najładniejszy z tego zestawu jest smyczkowo-akustyczny „The Glory”. Mroczniej się robi w „Rupture”, gdzie odbijająca się niczym echo perkusja, tworzy aurę niepokoju, której nie jest w stanie zmienić obecność fortepianu i skrzypiec. A na koniec najlepszy „Why?”, gdzie kapela gra z całej mocy (i nawet mandolina nie zmienia tego charakteru).

O’Riordan nadal ma czarujący, przyjemny głos, który trzyma wszystko za pysk i nie puszcza aż do samego końca. Tu na szczęście, nic się nie zmieniło, a cała reszta dopełnia całości. I czuć w tym, że muzykom chciało się grać.

„Something Else” to tylko (lub aż) zestaw ładnych piosenek w formie niemal unplugged. Liczyłem chyba bardziej na nowy materiał (w końcu mieli ponad 5 lat na przygotowanie), jednak te trzy nowe piosenki tylko zaostrzyły mi apetyt na nowe (mam nadzieję) wydawnictwo. I oby tym razem było to naprawdę coś innego.

7/10

Radosław Ostrowski