Trolle

Jak znamy z baśni i legend, trolle to wredne stwory piękne jak noc listopadowa, a inteligencje mają na poziomie ameby. Tak było od czasów Tolkiena, ale panowie z DreamWorks mają własną koncepcję tych istot. W ich animacji trolle są małymi, pozytywnie zakręconymi istotami z bardzo bujnymi włosami oraz wyglądem lalek. Są nośnikiem pozytywnej energii, której brakuje Bergenom – smutnym, brzydkim i bardzo nieszczęśliwym, dużym stworom. By przejąć szczęście i radość, Bergowie postanawiają zjeść trolle, na szczęście udaje im się uciec. I tak sobie w lasku trolle siedzą 20 lat w spokoju, szczęściu i nieustannej radości, kierowani przez przyszłą królową Poppy. Ale pewna impreza okazała się brzemienna w skutki, z powodu obecności nieproszonego gościa, czyli wygnanej Kucharki Bergenów, porywającego kilku jej ziomków. Królowa wyrusza odbić pobratymców razem z kolegą Mrukiem.

trole1

Widać rękę DreamWorks przy realizacji tego filmu, gdyż sylwetki postaci są bardzo wyraziste i charakterystyczne dla nich. „Trolle” to mieszanka kina przygodowego i… musicalu. Całość jest bardzo, bardzo kolorowa. I mówiąc to mam na myśli, że aż uderza tymi barwami po oczach niczym po zażyciu narkotyków (dla wielu ten nadmiar kolorów może wywołać wymioty). Trolle tańczą, wykorzystują swoje długie włosy niczym Indiana Jones bicz, rozsadzając swoją pozytywną energią. Same piosenki są dość ograne, ale brzmią ładnie i współgrają z ekranowymi wydarzeniami, będąc niejako komentarzem (wybierał je i napisał aranżacje Justin Timberlake).

trole2

Sama historia nie jest jakoś oryginalna, ale potrafi wciągnąć. Złośliwości między pozytywnie zakręconą Poppy a zgorzkniałym, samotnym Mrukiem (cały czarny) mają troszkę iskier, ale najładniej poprowadzono wątek nieśmiałej Bergerki (pomocnicy kucharki) o imieniu Bridget, beznadziejnie zakochanej w królu. Poppy próbuje je pomóc, co dodaje troszkę uroku i lekkości. Tak samo zabawne są scenki przypominające wycinanki czy drobne aluzje popkulturowe (początek z pędzącym szkrabem na rowerku po czerwonym dywanie – brzmi znajomo? Czy akcja ze zgubieniem wrotki), co było zawsze znakiem rozpoznawczym studia. Do tego dostajemy kilka spektakularnych scen zarówno akcji (ucieczka przed Bergerami), jak i tanecznych (przygotowania do imprezy czy finał), co wielu może się nie spodobać. Do tego niegłupie przesłanie, że szczęście jest zaraźliwe i nie trzeba nikogo zjadać, by mu je wręczyć.

trole3

Jak zawsze polski dubbing trzyma fason, ale tym razem postanowiono przetłumaczyć piosenki, przez co nie łatwo było je rozpoznać. Rozsadziło mnie wykonanie „Clint Eastwood” oraz bardzo poruszające „Hello”, jednak dwa utwory postanowiono zachować w oryginale. I tej niekonsekwencji nie jestem w stanie rozgryźć, bo albo bierzemy całość na warsztat, albo zostawiamy wszystko w oryginale. Samo śpiewanie brzmi dobrze i mówię to z ręką na sercu, przez aktorów podkładających głosy swoim bohaterom, ze szczególnym wskazaniem na Magdalenę Wasyluk. Aktorka jako Poppy po prostu rozsadza ekran, zaraża swoją energią i niezłomną determinacją, w pełnie uwiarygodniając ją. W opozycji do niej stoi Mruk (Piotr Bajtlik) – pesymista ze złamaną przeszłością, ciągle nieufny i widzący wszystko w czarnych barwach. Drugi plan kradnie wspomniana Bridget (Ewa Konstancja Bułhak) oraz demoniczna Kucharka (Elżbieta Jędrzejewska), będąca typowym czarnym charakterem skupionym na zemście.

trole4

„Trolle” to animacja skierowana dla dzieci i im da wiele frajdy, co jest zrozumiałe i oczywiste. Twórcy serwują takiego pozytywnego kopa, że trudno przejść do tego obojętnie. Fajna, lekka i przyjemna rozrywka ze świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda 3

Wydaje się, że Po już osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia jaki może mieć mistrz kung fu. Ale dostaje kolejne trudne zadanie – Po ma zostać mentorem oraz nauczycielem przyszłych adeptów kung fu. Początki są dość trudne, ale sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż z Krainy Duchów uciekł niebezpieczny wojownik Kai, marzący o przejęciu chi (duchowej energii) wszystkich mistrzów sztuk walki. By go powstrzymać, Po musi wrócić do korzeni, w czym ma pomóc jego… biologiczny ojciec, panda Li.

kung_fu_panda_31

Kontynuacja z liczbą trzy zazwyczaj jest przejawem dużego zmęczenia materiału oraz tymi samymi odgrzewanymi pomysłami. Schemat w zasadzie pozostaje niezmieniony – Po musi znowu wnieść się na wyższy stopień wtajemniczenia, po drodze osiągając kolejny stopień równowagi. Znowu pojawia się przeszłość Po i wszystkiego jest więcej. Więcej akcji, więcej pand (w końcu cała wioska – ale nadal są rozczulająco słodkie) oraz ciągle balansowanie między mrokiem a luzem. Nawet jeśli pewne gagi wydają się powtarzalne i związane z nieporadnością Po, to i tak ogląda się całkiem nieźle. Dla mnie najciekawsze sceny dotyczyły pobytu w wiosce pand, gdzie nasz Po poznaje dawne zwyczaje pand. Jest sporo śmiechu, a sam pandowaty wojownik znajduje w sobie potencjał na mentora. I musi dojść do finałowej konfrontacji, dziejącej się w Krainie Duchów – ręcznie rysowanej, prześlicznie wyglądającej, niczym z klasycznej animacji.

kung_fu_panda_32

Strona wizualna konsekwentnie kroczy ścieżką wyznaczoną przez poprzednie części, gdzie jest pełen odniesień do chińskiej mitologii. Stąd cała architektura (Jadeitowy Pałac, proste chatki), jak i zwierzęta pełniące role mistrzów wschodnich sztuk walki. Może i to wszystko jest przewidywalne, a przesłanie czytelne, ale jakimś cudem DreamWorks potrafi kolejny raz oczarować swoją plastycznością. I ciągle to kupuje.

kung_fu_panda_33

Także aktorom dubbingującym, nadal udaje się zachować świeżość i energię. Ciągle podoba mi się Marcin Hycnar w roli Po – czyli misia, który znowu staje przed trudnym zadaniem. Zawsze jednak jest w stanie wyjść cało z każdej opresji. Kolejny raz wybija się czarny charakter, czyli mocarny Kai (mocny Andrzej Blumenfeld z przerażającym głosem) z niezaspokojoną żądzą władzy i kontroli, a z nowych postaci trzeba wyróżnić Li (Szymon Kuśmider) – misiu z ciężarem, próbujący za wszelką cenę utrzymać dawno niewidzianego syna.

kung_fu_panda_34

Trzecia część „Kung Fu Pandy” nadal intryguje i daje sporo frajdy, głównie dla młodego odbiorcy. Dzieje się wiele, ale ciągle ważne są postacie, szukającego swojego miejsca oraz pieczętując przyjaźń między bohaterami. Dla mnie historia Po w tym miejscu dochodzi do końca. Mam nadzieję, że nie będzie ciągu dalszego.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Kung Fu Panda 2

Nasz dzielny Po zrobił to, czego bardzo pragnął. Został wojownikiem kung fu i dołączył do grona Wścieklej Piątki. Ale znowu musi stawić czoło Złu w postaci złego księcia Shen, który posiadł moc zniszczenia za pomocą dział i prochu. Paw wrócił odebrać swoje dziedzictwo oraz przejąć kontrolę nad światem. Po z kumplami musi go powstrzymać.

kung_fu_panda_21

Zgodnie z regułami sequela jest więcej starć, naparzania się oraz więcej mroku. Tutaj Po musi zmierzyć się ze swoją przeszłością (której nie zna) i odkryć swoje pochodzenie. Bo jakim cudem panda wychowywał się przez gąsiora? I nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że losy Shena i Po są ze sobą powiązane, gdyż szybko poznajemy odpowiedź. Twórcy pokazują jak nasz Po powoli odkrywa swoje pochodzenie, a jednocześnie godzi się ze swoją mroczną przeszłością (ładnie rysowane animacje dwuwymiarowe w formie retrospekcji). Po drodze dostajemy kolejne pomysłowe sekwencje starć Po i jego kumpli z noszącymi zbroje wilkami (nadal miesza się finezja, ciosy oraz humor), odpowiednio pokręcając tempo, by w paru miejscach pozwolić sobie na wyciszenie.

kung_fu_panda_22

Znowu imponuje strona plastyczna, bardziej skupiona na detalach – pięknie wygląda zarówno scenografia, jak i kostiumy naszych bohaterów, konsekwentnie odtwarzając realia starożytnych Chin. Także muzyka dodaje klimatu, a całość jest mroczniejsza i poruszająca jak w scenach, gdy Po trafia do swojej dawnej wioski. Animacja jest nadal śliczna.

kung_fu_panda_23

Także dubbing w polskiej wersji jest bardzo udany. Ciepły głos Macieja Hycnara idealnie pasuje do troszkę niezdarnego i ciapowatego Po, którego energia wręcz rozsadza. Gdyby jeszcze potrafił czasem pomyśleć (nie tylko o jedzeniu), byłaby to postać kompletna. Ale i tak jest uroczy :). Równie ciekawy jest antagonista – paw Shen (niezawodny Krzysztof Dracz), istota pewna siebie, ale ta pewność maskuje strach przed przeznaczeniem oraz niską samoocenę. I te magnetyzujące piórka. Drugi plan, czyli kumple Po nie zawodzą, godnie trzymając fason (na plus Brygida Turowska jako Tygrysica oraz wnoszący sporo luzu Krzysztof Banaszyk – Modliszka), podobnie jak opanowany mistrz Shifu (Jan Peszek).

kung_fu_panda_24

Druga część „Pandy” to historia o panowaniu nad emocjami, odnajdywaniu wewnętrznej równowagi oraz odkrywaniu swojej własnej tożsamości. Zrobiona z głową, pomysłowa i – owszem, brutalniejsza, ale przemoc ta jest łagodzona humorem, niedopowiedzeniem. Godna kontynuacja legendy, choć zakończenie zapowiada ciąg dalszy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda

Chiny tak dawne, że mało kto o tym pamięta. Tam żyje nasz bohater – panda Po. Jest bardzo pulchny i ma wielkie gabaryty (jak na pandę przystało), a od dziecka marzył, by zostać wojownikiem kung-fu. Ale jest synem żurawiego mistrza kuchni i tam ciągle pracuje. Aż w końcu wyrusza na turniej podczas którego ma zostać wybrany Smoczy Wojownik przez samego mistrza Oogwaya. I choć trudno w to uwierzyć, zostaje wybrany Po, co wszystkich wprawia w konsternację, nawet doświadczonego mistrza Shifu oraz wyszkoloną przez niego Wściekłą Piątkę. Sprawa jest o tyle poważna, że dawny uczeń Shifu, potężny Tai Lung ucieka z więzienia i planuje swoją zemstę.

kung_fu_panda_11

To, że animacja jest zrozumiała w każdej części świata, jest rzeczą powszechnie wiadomą. Tak samo jak fakt, iż można pokazać koloryt różnych regionów i rejonów. A że na początku XXI wieku modne stały się filmy azjatyckie w stylu wuxia („Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”) oraz innych cudacznych scen kung-fu. Nie inaczej jest w tej historii o odkrywaniu samego siebie oraz drodze do samoakceptacji. Nie brakuje tutaj pomysłowych i finezyjnych choreografii potyczek (starcie z Tai Lungiem czy szkolenie Po przez mistrza Shifu), gdzie ruch jest tak szybki jak tylko jest to możliwe.

kung_fu_panda_12

Wszystko jest idealnie wyważone między napięciem i humorem, przez co ogląda się z nieprawdopodobnym przejęciem, a parę razy twórcy czerpią ze stylistyki azjatyckich anime (prolog, pokazujący sen Po) z bardzo szybką kreską i efekciarską formą, co jest dużą zaletą. Także muzyka ociera się o Orient, co jest absolutnie zrozumiałe i dodaje klimatu. I wygląda to świetnie, a każda lokalizacja ma swój klimat – mroczne i surowe więzienie, barwna wioska czy sala treningowa mistrza Shifu. Sama animacja postaci robi robotę, a wojownicy są – a jakże by inaczej – zwierzętami z cechami ludzi. I każdy z nich będzie musiał zaakceptować swoje przeznaczenie, gdyż inaczej może być nieprzyjemnie.

kung_fu_panda_13

No i dostajemy fajne, sympatyczne postacie. Trudno zresztą nie polubić troszkę puszystego, choć niezdarnego Po, który może i jest leniwy, a ciosy kung-fu są dla niego zbyt trudne, ale nie można odmówić mu determinacji oraz sprytu. Nawet w chwili załamania, udaje mu się wyjść z sytuacji. Podobnie zbudowany jest mistrz Shifu – mały i niepozorny, ale zacięty i waleczny. Początkowo nieufny wobec Po, ale kiedy udaje się mu odnaleźć odpowiednią metodę szkolenia, wykazuje się pełnią swojej głębokiej mądrości, jakiej wojownik może udzielić wojownikowi.

kung_fu_panda_14

Pierwsze spotkanie z pandą, co chciała poznać metody kung fu była wielkim kasowym hitem, a po ponad 8 latach ogląda się z dziką pasją. To bardzo lekka i przyjemna produkcja opowiadająca o ważnych sprawach w sposób przystępny. Spodobała się dzieciom (co jest bardzo zrozumiałe), a i starsi widzowie znaleźli coś dla siebie. I tak narodziła się legenda Smoczego Wojownika, która musiała być kontynuowana.

8/10

Radosław Ostrowski

Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka 2

Jak zapewne pamiętacie, Berg jest małą osadą zamieszkiwaną przez Wikingów, którym udało się ujarzmić smoki. Wszystko to się udało dzięki synowi wodza, Czkawce. Od tej pory ludzie i smoki żyją ze sobą w symbiozie. To jednak może się bardzo szybko zmienić, a to przez Draco – potężnego człowieka, zbierającego i tropiącego wszystkie smoki. Czkawka będzie chciał próbować przekonać wodza, by zmienił zdanie, ale ruszając ku niemu trafi do zaskakującego miejsca, gdzie znajdzie masę smoków oraz… swoją matkę.

smok_21

Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka była lekkim, bezpretensjonalnym filmem przygodowym ubranym w bardzo ładną animację (Szczerbatek był taki słodziutki). Równie ładny (nawet jeszcze bardziej) jest część druga, zrobiona według sprawdzonej i oczywistej formuły sequeli, znanej nawet nordyckim bogom. Jest więcej smoków, gra idzie o znacznie wyższą stawkę, a konfrontacja wydaje się nieunikniona. To także (a może przede wszystkim) o braniu odpowiedzialności. Po drodze mamy masę smoków, łowców kierowanych przez Ereta, a nawet batalistyczne starcie niemal żywcem przeniesione z „Władcy Pierścieni”, gdzie smoki i ludzie naparzają się ze sobą (wygląda to niesamowicie). Nadal podoba mi się ta kreską, którą odrysowane wszelkie postaci oraz różnego rodzaju smoki. Każdy z nich wygląda i porusza się inaczej, wyglądając wręcz oszałamiająco. Do tego dostajemy także odpowiednio bombastyczną (tak jak w poprzedniku) muzykę Johna Powella, pełną patosu, emocji oraz orkiestrowo-chóralnego rozmachu.

smok_24

Jednocześnie, poza dynamiczną akcją i scenami latania, twórcy próbują (i to dobrze) podbudować psychologiczny aspekt związany z Czkawką i Szczerbatkiem. Pierwszy próbuje wejść w buty przywódcy, wspierany przez matkę (jej losy opisano w barwnej retrospekcji), drugi też zaczyna coraz bardziej dojrzewać (nadal wygląda słodziutko), przez co konfrontacja z Draco i jego smokiem Alfa (bydle nie tylko jest wielkie, ale też kontroluje umysły smoków) podnosi emocje oraz adrenalinę. Niby jest to przewidywalne, ale kilka scen naprawdę łapie za serce (pierwszy widok góry pełnej smoków czy pogrzeb jednego z bohaterów) i zapada mocno w pamięć. Troszkę mi szkoda, że kumple Czkawki (zwłaszcza wojownicza i oddana Astrid) zostają zepchnięci na dalszy plan, bo można było troszkę pogłębić tą relację. Humoru też jest troszkę mniej, ale to można przełknąć.

smok_23

Nie mogę też złego słowa powiedzieć o polskim dubbingu. Powrócił Miłogost Reczek (wódz Stoik) oraz drugi plan, ale za to zmieniono głos Czkawki. Mateusza Damięckiego zastąpił Grzegorz Drojewski i w pełni udźwignął zagubienie, strach oraz odwagę. Również Danuta Stenka (Valka) jest po prostu świetna, tak samo jak Szymon Kuśmider w roli nieprzyjemnego Draco. Jedynie Tomasz Błasiak w roli Ereta troszkę odstaje od reszty (troszkę irytuje ta gadanina, ale tak miało być).

smok_24

Rzadko udają się drugie części, jednak „Jak wytresować smoka 2” jest w pełni udane i to nie tylko ze względu na dynamiczną akcję, ale też wiarygodnie pokazanie jak dojrzewa się do ważnych i poważnych zadań. A nad wszystkim unosi się duch wielkiej przygody, jakiej można dostarczyć dziecku (pięknie to wygląda). Bez względu na to ile ma lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Dom

Boovy to kosmiczne istoty, które ciągle uciekają przed paskudnymi Gorgami. A dlaczego uciekają? Tego tak naprawdę nie wiemy, a dowodzący grupą kapitan Smeak decyduje się znaleźć kolejną planetę do ucieczki. I wybór pada na Ziemię, gdzie zostaje wywrócona grawitacja, a ludzie skupieni w jednym skupisku w Australii, bo Boovy potrzebują własnej przestrzeni życiowej. Ale ten spokój może zostać odebrany przez Boova o imieniu Oh. Niby wygląda jak swoi pobratymcy, lecz jest bardziej otwarty (a to jest niedopuszczalne) i próbujący bardziej podchodzić na luzie. Popełnia jednak błąd, gdyż chcąc zaprosić na swoją imprezę w nowej chacie wysyła zaproszenie… do wszystkich. W tym do Gorgów, a to oznacza jedno: Oh jest ścigany. Po drodze trafia na nastoletnią Tip, która próbuje znaleźć swoją mamę. Chcąc nie chcąc, łączą siły.

dom1

DreamWorks – jak każda wytwórnia filmowa – ma swoje spektakularne sukcesy („Shrek”, „Madagaskar”), jak i porażki (sequele w/w). Bo przecież nie można być ciągle w dobrej formie. Sama historia w „Domu” jest prosta, ale i takie proste opowiastki można poprowadzić na tyle sposobów, że zapadają mocno w pamięć. Twórcy „Domu” nie są w stanie podołać temu zadaniu, a wszystko idzie według oczywistego schematu: zderzenie dwóch postaci z różnych światów, zakończony przyjaźnią i wspólnym życiem. intryga jest prosta, ale prowadzona zdecydowanie za szybko i po łebkach. O samych Boovach wiemy, że są strachliwe i jedynym ich sposobem przetrwania jest ucieczka, zaś ludzie zostają zepchnięci na tak daleki drugi plan, że poza Tip tak naprawdę nie ma nikogo. Po drodze musi dojść do tarć i spięć, co nawet bywa zabawne (tutaj humor zdecydowanie sytuacyjny ze spektakularną pogonią w Paryżu), jednak brakuje jakiejś silniejszej iskry. Ja się strasznie wynudziłem w trakcie seansu, bo jest to typowa produkcja skierowana dla młodego odbiorcy.

dom2

Owszem, przesłanie jest niegłupie (tolerancja i przełamywanie nieufności), kreska ładna, a same Boovy wyglądają uroczo, jednak czegoś mi tu zabrakło. Polski dubbing jest całkiem przyzwoity, a najmocniej zapada nietypowa (bo niepoprawna) składnia językowa. I tutaj jest najmocniejsze źródło komizmu, a głosy są całkiem przyzwoity. Zarówno lekko postrzelony Oh (Przemysław Stippa), jak i Tip (Monika Dryl) brzmią całkiem nieźle, ale aż korci mnie sprawdzenie oryginalnych głosów (kolejno: Jim Parsons oraz Rihanna). Ale nie wiem, czy to byłaby dla mnie wystarczająca zachęta.

dom3

Ale już chyba jestem za stary na takie filmy jak „Dom”, które poza odegraniem sprawdzonym schematem nie dodają absolutnie nic nowego. Być może rozpieściły mnie te postmodernistyczne żarty w bajkach, sprawiające przyjemność osobom w każdym wieku, a może wczorajsze seansy były tak mocne. Produkcja DreamWorks sprzed dwóch lat kompletnie przepadła w pamięci kinomanów i mnie to nie dziwi.  Z drugiej strony kreska jest naprawdę ładna, nadal może się podobać, tylko że dla mnie to mocno za mało.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka

Dawno, dawno temu żyli sobie Wikingowie. Byli to ludzie bezwzględni, co mordują, palą, gwałcą i plądrują, a także muszą zabijać smoki, co kradną im jadło, niszcząc przy okazji wszelkie domostwa. Jednak w każdej wiosce Wikingów jest jeden taki, który wydaje się nie pasować do reszty. Kimś takim jest Czkawka – niski, młody i bardzo cherlawy chłopak, co w porównaniu z resztą mieszkańców, wyglądających niczym zawodowi koksiarze, jest kpiną. Ale to ten chłopak przypadkowo rani bardzo niebezpiecznego smoka – Nocną Furię, co nikt nie jest w stanie zauważyć. Sprawdzając miejsce, gdzie bestia może się ukryć, znajduje rannego smoka, którym zaczyna się opiekować i kurować. W tym czasie jego ojciec i wódz plemienia wyrusza, by namierzyć leże smoków, a Czkawka musi przejść szkolenie na prawdziwego zakapiora.

smok2

W 2010 roku DreamWorks tym filmem złapał drugi oddech i mógł znowu rywalizować z resztą stawki, jeśli chodzi o animację. Opowieść o chłopcu, który doprowadza do życia w symbiozie między ludźmi a smokami toczy się dość stopniowo i powoli, skupiając się na relacji między nieporadnym chłopcem a smokiem. Szczerbatek (tak zostaje nazwany) to uroczy (śliczniutki pyszczek) smoczek, który staje się przyjacielem. Chłopak pomaga mu się podnieść po uszkodzeniu ogona i zaczyna tresować zwierzaka, latając razem z nim po przestworzach, ale musi to ukrywać w tajemnicy. Tak samo szkolenie odbywa się, skupiając się na praktycznym aspekcie zabijania skrzydlatych bestii, a i pojawia się obowiązkowo ognista (z charakteru) Astrid oraz ojciec nieakceptujący nowego oblicza syna. Niby to schematyczne i przewidywalne, ale i tak dobrze się ogląda, co jest zasługą ślicznych plenerów, pięknie wyglądającego Szczerbatka oraz epickiej muzyki Johna Powella.

smok1

Także sama animacja mocno w stylu DreamWorks z dość dużymi twarzami bohaterów zasługuje na uznanie. Jest płynna, przykuwa oko, a mimika twarzy jest więcej niż porządna. Ale największe wrażenie robią plenery oraz sylwetki smoków – różnorodne, pomysłowe (dwugłowy smok) i wyjątkowe.

smok4

No i dubbing, który trzyma fason, choć jedna postać mi nie podeszła. Chodzi o naszego Czkawkę, którego w polskiej wersji odgrywa Mateusz Damięcki. Aktor daje radę i robi, co może, ale ten głos wydawał mi się troszkę za stary. Za to wszystko bezczelnie kradnie Julia Kijowska (twarda i charakterna Astrid) oraz Miłogost Reczek (surowy, ale kochający ojciec), którzy są po prostu świetni i mają spore pole do popisu.

smok3

„Jak wytresować smoka” to bajka skierowana do zdecydowanie młodego widza, gdyż dorosły i/lub starszy nie znajdzie tutaj zbyt wiele dla siebie. Nie ma tutaj miejsca na postmodernistyczne żarty czy aluzje dla wyrobionych kinomanów. Lekkie kino przygodowe dla dzieciarni, które może się podobać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Peabody i Sherman

Wbrew pozorom, pan Peabody to pies o nieprzeciętnym umyśle (dwie Nagrody Nobla nie wzięły się z nieba), a Sherman to jego adoptowany syn, który jest… człowiekiem. Tak, wiem jak to brzmi, ale tak jest. Peabody jest takim geniuszem, ze razem z synem podróżowali w czasie, dzięki skonstruowanemu wehikułowi. Wszystko się jednak zmienia, kiedy chłopiec idzie do szkoły. Z powodu swojego mądrzenia się zwraca uwagę krnąbrnej i nieznośnej Penny, co kończy się bójką. By załagodzić spór, Peabody zaprasza do siebie rodziców dziewczynki. Chłopiec niechcący wspomina o podróży w czasie, przez co ona trafia do… starożytnego Egiptu. To oznacza tylko kłopoty.

pan_peabody1

Najnowszy film wytwórni DreamWorks to produkcja oparta na popularnym (przynajmniej w USA) serialu z lat 50., ale nazwisko reżysera (Rob Minkoff, współtwórca „Króla Lwa” oraz „Stuarta Malutkiego”) nie zapowiadało niczego dobrego. Ale efekt przeszedł oczekiwania. Po pierwsze, to dynamiczne, przygodowe kino akcji, gdzie atrakcji jest cała masa. Pojedynki na szpadę (z samym Robespierrem), koń trojański, pościgi, gonitwy. Po drugie, twórcy przy okazji tworzą coś w rodzaju przyswajalnego i dowcipnego podręcznika historii, gdzie odkrywamy wydarzenia od epoki lodowcowej (nauka jazdy na lodzie) aż do braci Wright i Alberta Einsteina, który nie może… ułożyć kostki Rubika. Ale też twórcy (w konwencji familijnego kina) pokazują, że podróże w czasie mogą się źle skończyć, szczególnie wtedy jak cofniemy się do czasów, w których żyjemy. Finał jest dramatyczny i chwyta za gardło – w ogóle sceny akcji to wypadkowa Indiany Jonesa (egipska sekwencja) i… Sherlocka Holmesa (gdy na ekranie pojawiają się różne dane, pomagające wyplątać się z tarapatów) spod znaku Guya Ritchiego.

pan_peabody2

Trudno się przyczepić do animacji, bo tu jest naprawdę dobry poziom, a kilka sekwencji – tych bardziej dynamicznych – jest zrealizowanych z fantazją. Może tylko ludzie wyglądają nienaturalnie, ale nie o realizm tu chodzi. Zabawa jest przednia, a poza rozrywką (i banalnym morałem) dostajemy inteligentne i po prostu fajne kino.

Pochwalić też należy polski dubbing wyreżyserowany przez legendarnego Jarosława Boberka. Nie dość, że tłumaczenie zawiera dodatkowe smaczki (Agamemnon nawijający do swoich wojaków „Jest siła”), to jeszcze aktorzy idealnie odnaleźli się w swoich postaciach. Znakomity jest Artur Żmijewski w tytułowej roli superinteligentnego i samotnego psa, który próbuje radzić sobie w roli rodzica. Nie jest łatwo, bo niemal chce kontrolować swojego syna, tresując go i nie pozwalając mu dorosnąć. Sherman (równie przekonujący Franciszek Dziduch) sprawia wrażenie niby mądrego, ale ciapowatego chłopca – bezradnego wobec rozrabiających dziewczyn (tak, chodzi o Penny) i próbującego buntować się wobec swojego ojca. Ale w decydującym momencie wykorzystuje ukryty intelekt.

pan_peabody3

„Pan Peabody…” bardzo spodobał się w USA, co jest zrozumiałe i wynika ze znajomości pierwowzoru. U nas, mimo małej wiedzy o tym psiaku, powinien się spodobać. Lekkie, sympatyczne, zabawne, ale też mądre i kształcące kino. Taka nietypowa mieszanka, która nie przynudza.

7/10

Radosław Ostrowski

Pingwiny z Madagaskaru

Kiedy w 2005 roku pojawił się „Madagaskar”, tak naprawdę z tego filmu zapamiętało się nie głównych bohaterów, ale postacie drugoplanowe, sztuk pięć. Pierwszy to był charyzmatyczni i imprezowy król lemurów, Julian. Pozostali to był czteroosobowy oddział pingwinów-komandosów kierowany przez Skippera. I to ci ostatni zostali głównymi bohaterami animacji studia DreamWorks.

pingwiny1

Na początku filmu poznajemy nasze pingwiny na Antarktydzie, gdzie odłączają się od grupy w pogoni za spadającym jajkiem. Jajeczko udaje się ocalić i tak przychodzi na świat Szeregowy, który staje się nowym członkiem oddziału. Potem następuje przeskok i trafiamy tuż po wydarzeniach z trzeciej części „Madagaskaru”, gdzie Skipper i spółka uciekają z cyrku, włamując się do Fort Knox. Tam jednak zostają schwytani przez ośmiornicę Dave’a, planującego zemstę na pingwinach wszelakich. Wtedy pojawia się nowy sojusznik – organizacja szpiegowska Wiatr Północy.

pingwiny3

Po tym krótkim zawiązaniu fabuły, należy się spodziewać ubranej w szaty animacji kina akcji, gdzie pomysłowość w inscenizacji pościgów i potyczek. Wystarczy wspomnieć sekwencję ucieczki w Wenecji przez gondolę czy maskowanie się w Szanghaju, gdzie zarówno brawura realizacyjna idzie ręka w rękę z humorystycznymi dialogami (ucieczka z samolotu oraz lot w dół, gdzie bohaterowie w dość oryginalny sposób wychodzą z tej sytuacji obronną ręką). Plan zemsty jest odpowiednio demoniczny, główny bohater jest zły i antypatyczny, zaś spięcia między członkami Wiatru Północy (wyposażeni w gadżety i precyzyjnie planujący) a Pingwinami (improwizującymi i wyposażonymi w zawartość żołądku Rico) jest esencją humoru. Wychodzi z tego całkiem sympatyczna produkcja, głównie skierowana dla młodszego odbiorcy, pokazująca i chwaląca przyjaźń. Jest jednak parę żartów dla starszego odbiorcy, jednak jest to na tyle grzeczne, by nie odstraszyć widza. Sama animacja jest tutaj na dobrym poziomie, a pingwiny wyglądają przeuroczo. Aczkolwiek ja liczyłem bardziej na prequel serii oraz większy akcent na genezę całego składu – przede wszystkim ciekawiła mnie odpowiedź na pytanie jak polegli Manfredi i Johnson. Niemniej efekt jest tutaj co najmniej przyzwoity.

pingwiny2

Cegiełkę tutaj dokłada naprawdę dobry dubbing, kierowany przez Jarosława Boberka (reżyser). Tłumaczenie jest tutaj zrobione solidnie (parę odniesień do naszej rzeczywistości, zgrabne wyjaśnienie skrótu NW) i to jest dodatkowym atutem. No i wreszcie aktorzy. W głównych rolach są ci sami aktorzy, co w „Madagaskarze”, czyli Grzegorz Pawlak (nieszablonowo działający Skipper), Jacek Lenartowicz (przemądrzały Kowalski) i Tomasz Steciuk (uroczy, choć niedoceniany przez grupę  Szeregowy). Cała trojka gra fantastycznie głosowo, uzupełniając mimikę twarzy. Poza tym tercetem (Rico tylko coś mamrocze i to niewyraźnie), trzeba wspomnieć obowiązkowo o dwóch postaciach. Pierwszą jest szef Wiatru Północy – Utajniony (przyzwoity Waldemar Barwiński), który jest profesjonalistą w swoim calu, jednak stawia przede wszystkim na swoje gadżety i precyzyjne planowanie, nie pozostawiając miejsca na improwizację. No i jest Dave (piekielnie dobry Krzysztof Dracz) – przebiegły i zgorzkniały arcyłotr z diabolicznym planem, konsekwentnie realizowanym.

Niby jest pewne rozczarowanie, ale miło wspominam czas spędzony przy tej szpiegowskiej produkcji. A że jest to film mający na celu zarobienie pieniędzy na fanach tej czwórki? Realizacja jest tutaj na tyle porządna, że mi to nie przeszkadzało.

7/10

Radosław Ostrowski