Cry Macho

Clint Eastwood – dwa słowa, które dla kinomana mówią wszystko. Imponujący dorobek aktorski oraz (znacznie bogatszy) reżyserski trwający ponad 50 lat – nawet jeśli nie zawsze są na wysokim poziomie – musi budzić. Swój ostatni film jako reżyser stworzył w wieku 94 lat (co jest rzadkim osiągnięciem), ale to nie o nim chcę opowiedzieć. Tylko o poprzednim tytule, czyli lekko westernowym „Cry Macho” – jak na razie ostatnim filmie, gdzie Eastwood także zagrał.

Akcja toczy się pod koniec lat 70. i skupia się wokół Mike’a Milo (Eastwood) – starym kowbojem, który kiedyś był mistrzem rodeo. Teraz jest stary, schorowany, mocno pijący i samotny. A teraz zostaje zwolniony przez Howarda Polka (Dwight Yoakam), bo już nie jest potrzebny. Jednak jego dawny szef, co kiedyś wyciągnął go z dołka prosi go o przysługę. Chodzi o jego syna Rafo (Eduardo Minett), którego ma z byłą żoną. Problem w tym, że chłopak jest w Meksyku, ma 13 lat i mamusia ewidentnie chce go mieć przy sobie, zaś Howard – z powodu problemów prawnych – nie może wyruszyć. Dlatego chce pomocy Mike’a do ściągnięcia chłopaka do siebie.

„Cry Macho” to mieszanka westernu i kina drogi, idąca swoim niespiesznym rytmem. Gdzieś są tutaj echa „Przemytnika”, bo znowu w tle jest Meksyk, znowu mamy Eastwooda w roli głównej, a nawet jakieś gangsterów (matka chłopaka ma jakieś koneksje z półświatkiem). Jednak przede wszystkim to jest historia spotkania dwójki ludzi z różnych światów, zmuszonych do wspólnej podróży. Rafo jest drobnym cwaniaczkiem z ulicy, bardzo nieufnym i podejrzliwym, którego jedynym przyjacielem jest kogut Macho. Z drugiej strony mamy bardziej doświadczonego Mike’a, dla którego dostarczenie chłopaka staje się szansą na wyleczenie dawnych ran i win. Brzmi jak znajomy schemat kumpelskiego kina, prawda?

I muszę przyznać, że początek filmu, w szczególności dziejące się w Mexico City niespecjalnie na mnie działały. Ale kiedy opuszczamy wielkie miasto, trafiając na prowincję i małe miasteczka, wszystko zaczyna nabierać troszkę cieplejszych barw. Zarówno dynamika staje się ciekawsza, powoli poznajemy prawdziwą motywację Howarda, a także jest tu sporo humoru i lekkości. Szczególnie, kiedy nasza para z powodu awarii auta trafia do małego miasteczka, zaprzyjaźniając się z właścicielką knajpy, Martą (urocza Natalia Traven). Reżyser daje tu sporo przestrzeni na oddech, zachwycenie się krajobrazami czy końmi. Przy okazji polemizuje z wizerunkiem macho, przypominając, iż łagodność i wrażliwość nie jest słabością. Dlatego zakończenie potrafiło mnie złapać.

A wszystko na swoich barkach dźwiga duet Eastwood/Minett. Clint już nie musi nikomu nic udowadniać, a sama obecność daje czystą przyjemność. Zaś debiutujący chłopak jest bardzo przekonujący i nie odstaje Clintowi na krok. Czuć między nimi powoli budującą się przyjaźń, jak chłopak zaczyna dojrzewać i być kowbojem (także z jazdą konną), zaś Mike powoli zaczyna się otwierać, wręcz staje się… radosny. Na tyle, na ile może być szorstki twardziel. Reszta postaci zagrana jest porządnie i nikt tu nie wybijał z seansu. Fakt, że Meksykanie mówią po hiszpańsku (a ich wypowiedzi nie zawsze są tłumaczone napisami) także dodaje realizmu.

„Cry Macho” nie jest może największym dokonaniem w reżyserskim dorobku Eastwooda, ale ma w sobie pewien niewymuszony urok. Staroświecki, bardzo przesiąknięty melancholią western, pełen zadziwiającej lekkości oraz paru mądrych słów na temat męskości. Zawsze warto posłuchać takiego weterana jak Clint.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Blizny przeszłości

Karl Childers jest człowiekiem, który spędził w szpitalu psychiatrycznym 25 lat. Trafił tam po zabójstwie swojej matki i jej kochanka. Ale to jest już przeszłość dla mężczyzny o mentalności dziecka i musi wyjść na wolność – kompletnie zdany na siebie. Wtedy pojawia się na jego drodze mały chłopiec Frank, który mieszka z matką. Powoli Karl zaczyna wracać do życia i zaprzyjaźnia się z dzieckiem, nawet znajduje pracę jako mechanik. Ale nastaje moment próby, gdy w życiu rodziny wkracza Doyle.

sling_blade1

Kiedyś wspominałem, że aktorzy biorą się za reżyserowanie filmów z kilku powodów. Ten przypadek to próba przebicia się do szerszego grona odbiorców. Przed 1996 rokiem mało kto wiedział kim jest Billy Bob Thornton. Aktor dość charakterystyczny, ale mało rozpoznawalny i kojarzony. Dlatego Thornton postanowił nie tylko zagrać główną rolę i wyreżyserować film, ale także napisał scenariusz, gdzie wszystko pasuje do siebie. „Blizny” są bardzo spokojnym i stonowanym kinem, które równie dobrze mogłoby się sprawdzić w teatrze. Dominuje statyczne i długie ujęcia, a najważniejsze rzeczy dzieją się między słowami oraz spojrzeniami. Nie zapomina także o poczuciu humoru, które wynika raczej z wchodzenia naszego bohatera w świat (pierwsze zakupy czy „randka”).

sling_blade2

Thornton balansuje tutaj między komedią, subtelnym kinem obyczajowym, a mrocznym dreszczowcem. Powoli odkrywa przeszłość naszego bohatera, który będzie zmuszony dokonać wyboru między dobrem a złem. Reżyser zderza wiarę z codziennością. Karl od dziecka był uznawany za karę od Boga, ale uderza jego spokojny charakter – nie dba o siebie, nie jest chciwy, ma masę empatii i ponownie musi zderzyć się z przeszłością. W końcu pojawia się szansa, gdyż spotyka ludzi życzliwych i nie osądzających go. Korzystają z jego umiejętności (samouk w kwestii naprawy kosiarek i małych silników), a przyjaźń z Frankiem jest wygrywana na wszelkich polach. Mężczyzna staje się dla chłopca wsparciem, niemal ojcem, z którym spędza czas. Nawet dochodzą poważniejsze tematy (śmierć, morderstwo), ale bez moralizatorstwa i nadmiernego strachu.

sling_blade3

Trudno zapomnieć kilku znakomitych scen jak otwierający monolog Karla w ciemnościach, gdy opowiada o sobie studentce dziennikarstwa, rozmowę Karla z Frankiem i odkrycie jednej z mrocznych tajemnic (niedoszły brat) czy pijacka kłótnia Doyle’a z matką chłopca. Także dramatyczny finał zrealizowany w niemal thrillerowym stylu (Karl stoi przed wejściem otoczony mrokiem) nie pozwala o sobie zapomnieć.

sling_blade4

Wszystko w zasadzie na swoich barkach trzyma Thornton, który gra po prostu GENIALNIE. Ułomność Karla jest wyrażona w sposób nieprawdopodobny. Zarówno te krótkie ruchy głową, sposób mówienia („Allright THEM”), chrząknięcia czy nieustanny gest mycia rąk – tu wszystko jest dopieszczone do najdrobniejszego detalu i wierzę temu bohaterowi do samego końca. Poza nim tak naprawdę wybijają się tylko trzy postacie. Pierwsza to Frank, grany przez debiutującego Lucasa Blacka – zagubiony, wrażliwy chłopiec szukający wsparcia i autorytetu. drugim jest Doyle (mocny Dwight Yoakam), który jest nietolerancyjnym bucem przekonanym o swojej sile, zgniatającym wszystko, co nie jest w zgodzie z jego systemem wartości. I wreszcie trzeci bohater to Charles Bushman (J.T. Walsh) – kolega z wariatkowa, gaduła i morderca.

„Blizny przeszłości” to mroczny, mocny i troszkę zapomniany film o nadziei, wybaczeniu, przyjaźni, wreszcie o przeszłości, która zawsze nas dopada i zmusza do dokonania poważnych wyborów, naznaczając na następne lata. Wszystko zrobione w sposób niegłupi, bez niepotrzebnych symboli oraz zadęcia, ale trudno dostępne. Mam nadzieję, że was to nie zrazi.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski