Ptasznik z Alcatraz

Kino więzienne to w zasadzie podgatunek kina, który od dawna kieruje się swoimi prawidłami. Najczęściej są to historie skupione albo wokół niesłusznie skazanych i próbie/ach ucieczki, albo jest tu surowy portret życia w zamknięciu. Nakręconemu w 1962 roku „Ptasznikowi z Alcatraz” bliżej do tego drugiego, jednak film Johna Frankenheimera jest także czymś innym.

Oparty na książce Thomasa Gaddisa tytuł to biografia Roberta Strouda (Burt Lancaster) – więźnia, który spędził ponad 50 lat w różnych więzieniach. Kiedy go poznajemy jest w drodze do więzienia Leavenworth… pociągiem w 1912 roku. Ale od razu jest na kolizyjnym kursie z naczelnikiem, Harveyem Shoemakerem (Karl Malden). Do tego mężczyzna jest strasznie narwany, zwłaszcza gdy ktoś coś powie o jego matce lub dotknie jej zdjęcia. Ta reakcja doprowadza do zabicia strażnika przez Strouda. Zamiast wyroku śmierci przez powieszenie, dzięki interwencji matki (Thelma Ritter) otrzymuje dożywocie, ale do tego trafia do izolatki. Może chodzić na spacery, lecz wszystko robi sam. Jego powolne i nudne życie zmienia się przez jeden spacer podczas burzy, kiedy zabiera do celi… ptaka. Wróbla z urwanej gałęzi podczas burzy.

Reżyser ubiera całą historię w formie narracji z offu prowadzonej przez Gaddisa (Edmond O’Brien), dziejącą się na przestrzeni ponad 45 lat. Od Leavenworth aż do Alcatraz. Więc jest to spory kawał historii skompresowany do niecałych 2,5 godziny. Frankenheimer pokazuje zarówno zmieniający się system więziennictwa (od kul skuwanych na nogach i szorstkich cel Leavenworth aż po bardziej sterylne, pokryte linoleum Alcatraz), ale przede wszystkim zadziwiającą przemianę głównego bohatera. Przypadkowe uratowanie oraz opieka nad słabym wróbelkiem daje mu nowy cel – co w przypadku osoby z dożywociem jest nieoczywiste – a także pasję. Zaczyna stawać się samorosłym ornitologiem, trzymając w celi sporą ptaszarnię kanarków, dokształca się, a nawet udaje mu się… stworzyć lekarstwo na pewne ptasie choroby. I mimo wolnego tempa, przeskoków czasowych (widocznych głównie w „starzejących się” twarzach), to jednak historia wciąga oraz angażuje.

Frankenheimer panuje nad rytmem, dialogi brzmią cholernie dobrze, a w tle gra bardzo delikatna muzyka. Wszystko nakręcone na czarno-białej taśmie, gdzie kapitalnie wypadają sceny w celi Strouda (szczególnie nocą – cienie!!!) oraz powolne opiekowanie się ptakami. Równie bardziej napędzony akcją finał – bunt więźniów – jest sfilmowany z nietypowych kątów oraz kilku kadrów od góry. Klimat potęguje bardzo oszczędna scenografia, a także zmieniające się kostiumy z epok. A jednocześnie gdzieś przebija się oskarżenie systemu penitencjarnego, który nie daje szansy więźniom na resocjalizację, a wręcz ich próbuje złamać (ostatnia rozmowa Strouda z naczelnikiem, już w Alcatraz).

Niemniej muszę uprzedzić, że historia pokazana w filmie nie do końca ma pokrycie w rzeczywistości. Co akurat w przypadku filmów „opartych na faktach” czy „prawdziwych wydarzeniach” jest czymś, z czym należy się liczyć. Ale (tak samo jak książkowy pierwowzór) tworzy o wiele bardziej złagodzony portret Strouda. Owszem, jego zasługi w ornitologii są spore i bezdyskusyjne, jednak bywał on opisywany jako „psychopata” (przez lekarza psychiatrę w 1942 roku) oraz o wiele bardziej niebezpieczny, nieprzyjazny oraz niepokojący niż jest tu pokazany. Także jego rola w złagodzeniu buntu więźniów Alcatraz w 1946 roku była troszkę inna niż pokazuje reżyser.

Ale to jednak wszystko działa także dzięki fenomenalne kreacji Burta Lancastera. Jego Stroud to początkowo człowiek bardzo zdystansowany, pełen tłumionej przemocy. Jednak bardzo delikatnie zaczyna zmieniać się w bardziej empatycznego, powoli otwierającego się na innych. Ale jednocześnie nie do końca pasującego do tzw. „modelowego, posłusznego więźnia”, jakiego chciałyby władze. Zaskakująco złożona, magnetyzująca postać, będąca przykładem skuteczności resocjalizacji. W kontrze do niego stoi świetny Karl Malden (naczelnik Shoemaker), stający się antagonistą i bardzo surowym człowiekiem. Do tego miksu mamy jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z dodającym odrobiny humoru Tellym Savalasem (Feto Gomez), bardzo oddanej Thelmie Ritter (mocno przywiązania i walcząca o Roberta matka), ciepłej Betty Field (Shelly Johnson – miłośniczka ptaków, która staje się żoną) czy niezawodnego Neville’a Branda (strażnik Bull Ransom).

Aż zaskakujące, że po tylu latach „Ptasznik z Alcatraz” nadal potrafił tak rezonować. Jasne, czasami Frankenheimer bywa jednostronny i (nomen omen) czarno-biały, ale jednak jest w tym coś inspirującego, że dobro w człowieku może pojawić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzika banda

Jest rok 1913, czyli czasy rewolwerowców oraz kowbojów odchodzą do lamusa. Jedną z takich grup jest tytułowa banda pod wodzą Pike’a Bishopa. Ścigani przez kolej, która wynajęła dawnego członka gangu – schwytanego wcześniej Deke’a Thorntona – ekipa wyrusza do Meksyku na ostatni skok. Tym razem na zlecenie generała Mapache’a ma wykraść transport broni przewożony pociągiem przez wojsko.

dzika banda1

„Krwawy Sam” Peckinpah – nazywany jednym z najbardziej bezkompromisowych, brutalnych reżyserów kina amerykańskiego. A jednocześnie uznany za jednego z rewizjonistów kina kontestacji, który w westernach wywracał ówczesne schematy oraz wizję tamtego świata. I najmocniej to widać w „Dzikiej bandzie” z 1969 roku. Sam film opisuje zmierzch Dzikiego Zachodu, gdzie dla wyjętych spod prawa nie ma już miejsca, zaś coraz więcej ma do powiedzenia kolej. To kolej reprezentuje prawo i decyduje o wszystkim, zaś po drugiej stronie jest ogarnięty wojną domową Meksyk. Tam prawo i porządek reprezentują wojskowi, pozwalając sobie na więcej. A pośrodku tego bajzlu jest banda Pike’a – trzyma twardą ręką, lojalna wobec siebie, mimo pewnych spięć oraz konfliktów. Ale trzeba przyznać, że reżyser bardzo romantyzuje swoich bohaterów. Kontrastem dla nich jest ścigająca ich grupa Thorntona – bardzo niedoświadczona, skupiona tylko na zarobku oraz wyglądająca bardzo niechlujnie grupa zbirów i pijusów. A do tego jeszcze okradają nieboszczyków, co może wywoływać tylko pogardę.

dzika banda2

Klimatem najbliżej jest tutaj do włoskich spaghetti westernów, gdzie nie ma jednoznacznie pozytywnych bohaterów. Tutaj liczy się ten, kto szybciej wyciągnie za broń oraz wykorzysta swój spryt oraz inteligencję. Innymi słowy, to miejsce walki o przetrwanie, gdzie przyjaźń i lojalność są jedynymi rzeczami wartymi dla naszych bohaterów. Problem w tym, że te wartości nie pasują do tego „nowego” świata, zdominowanego przez pieniądze oraz bardzo niskie instynkty. Nawet kobiety są tutaj traktowane jak dziwki, którym albo się płaci, albo zabija, co podkreśla mizoginizm reżysera oraz jeszcze większą podłość tego świata. Melancholijna refleksja świata przeplatana jest z brutalnymi scenami akcji, pełnymi krwi oraz slow-motion (początkowy napad oraz finałowa konfrontacja z wojskami generała Mapache – miazga). I dlatego ta „Dzika banda” ma w sobie aż tyle energii, przez co nie starzeje się aż tak bardzo.

dzika banda3

Tak samo jak bardzo mocne aktorstwo z charyzmatycznym Williamem Holdenem oraz Ernestem Borgninem na czele. Szorstcy twardziele, który pod maską cyników skrywają inne oblicza, choć nie powiedzą tego wprost, przed sobą. Warto z tego grona wyróżnić zmęczonego Roberta Ryana w roli Thorntona, który jest w klinczu między dawnymi towarzyszami a wizją odsiadki w więzieniu oraz Edmunda O’Briena w roli starego Sykesa.

Po „Dzikiej bandzie” amerykański western już nigdy nie był taki jak dawniej. Reżyser poszedł w kierunku Sergio Leone i dokonuje brutalnego rozliczenia, bez patyczkowania się, moralizowania czy upiększania. Kapitalnie zmontowany, napisany oraz wyreżyserowany – dla fanów kowbojskich opowieści pozycja obowiązkowa.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski