
Każdy fan rocka tworzonego po 2000 roku wie, kim jest Piotr Rogucki. Charyzmatyczny frontman Comy (ostatni album grupy wyszedł pięć lat temu, może pora na coś nowego) i przez lata juror jednego z popularnych talent show w Polsce, znowu wydał solowy materiał. Czy warto było czekać? Nie jestem pewny.
Sporo jest tutaj elektroniki, co serwuje ambientowy początek „Vision of Sound”, mieszając go z gitarami. Potwierdza to także dziwaczne, singlowe „Dobrze”, gdzie perkusji towarzyszy przestrzenna elektronika, tworząca niepokojący klimat. Nawet gitara robi tutaj za tło, szmery w tle drażnią, a maniera Roguckiego może drażnić. Nawet elementy spokojniejsze (cymbałki w „Mama 01”), bywają bardziej irytujące. Podobnie jak przeskoki językowe – raz jest po polsku, by potem wejść na angielski. Z dziwacznych wstawek, warto wyróżnić walenie młotkiem kowalskim w „Emotions”, mechaniczne klawisze w „Całuj się”, strzelająca perkusja w „Wannie”. Takiego rozrzutu i chaosu nie słyszałem od czasu ostatniego albumu Muse. Da się tych utworów wysłuchać do końca, chociaż dla mnie najciekawsze są „Ludzie wrony”, który po agresywnym i eksperymentalnym wstępie, łagodnie w niemal jazzowej estetyce, by znowu wejść w psychodeliczno-ambientowo-elektronicznej oprawie (tylko wtedy, gdy Roguc nie śpiewa).
Muzyk chyba za bardzo poczuł się artystą i stworzył taką kaszankę, teksty są tak bełkotliwe, że nie wiadomo o co tutaj chodzi, a zawodzenie Roguca jest tak nieprzyjemne, iż odechciewa się po pierwszym odsłuchu wracać do tej „artystycznej” płyty. Absolutnie unikać.
4/10
Radosław Ostrowski









