Piotr Rogucki – J.P. Śliwa

Piotr-Rogucki-J.P.-Sliwa

Każdy fan rocka tworzonego po 2000 roku wie, kim jest Piotr Rogucki. Charyzmatyczny frontman Comy (ostatni album grupy wyszedł pięć lat temu, może pora na coś nowego) i przez lata juror jednego z popularnych talent show w Polsce, znowu wydał solowy materiał. Czy warto było czekać? Nie jestem pewny.

Sporo jest tutaj elektroniki, co serwuje ambientowy początek „Vision of Sound”, mieszając go z gitarami. Potwierdza to także dziwaczne, singlowe „Dobrze”, gdzie perkusji towarzyszy przestrzenna elektronika, tworząca niepokojący klimat. Nawet gitara robi tutaj za tło, szmery w tle drażnią, a maniera Roguckiego może drażnić. Nawet elementy spokojniejsze (cymbałki w „Mama 01”), bywają bardziej irytujące. Podobnie jak przeskoki językowe – raz jest po polsku, by potem wejść na angielski. Z dziwacznych wstawek, warto wyróżnić walenie młotkiem kowalskim w „Emotions”, mechaniczne klawisze w „Całuj się”, strzelająca perkusja w „Wannie”. Takiego rozrzutu i chaosu nie słyszałem od czasu ostatniego albumu Muse. Da się tych utworów wysłuchać do końca, chociaż dla mnie najciekawsze są „Ludzie wrony”, który po agresywnym i eksperymentalnym wstępie, łagodnie w niemal jazzowej estetyce, by znowu wejść w psychodeliczno-ambientowo-elektronicznej oprawie (tylko wtedy, gdy Roguc nie śpiewa).

Muzyk chyba za bardzo poczuł się artystą i stworzył taką kaszankę, teksty są tak bełkotliwe, że nie wiadomo o co tutaj chodzi, a zawodzenie Roguca jest tak nieprzyjemne, iż odechciewa się po pierwszym odsłuchu wracać do tej „artystycznej” płyty. Absolutnie unikać.

4/10

Radosław Ostrowski

M83 – Junk

m83-junk

Anthony Gonzales, znany jako M83, to jedna z nowych twarzy muzyki elektronicznej, mieszająca tradycję z nowoczesnością. Najnowszy album „Junk” tylko to potwierdza.

I to czuć już od otwierającego całość „Do it, Try It” z obowiązkowym fortepianem, przerobionymi wokalami i ejtisowską perkusją. Do tego jeszcze wchodzi rytmiczny bas. Ejtisowska aura rozkręca się dzięki wejściom takich instrumentów jak saksofon i gitara elektryczna (energetyczny „Go!”), trąbki (bujający „Walkaway Blues” z autotune’owo obrobionymi wokalami), różnego rodzaju perkusjonalia (zmysłowy „Bibi the Dog” z francuskim śpiewem Mai Lan), smyczki („Moon Crystal”) czy gitara akustyczna („Laser Gun”). Melancholia idzie w parze z dyskoteką (liryczne „For the Kids”, gdzie pojawia się też… dziecięcy głos), a fortepian zgrywa się z dyskotekową perkusją, gdzie czuć ducha Morodera czy Tangerine Dream (rozmarzony „The Wizard”).

Jednak poza wchodzeniem w ducha retro, M83 ma spory talent do chwytliwych melodii i przyjemnego bujania, nawet jeśli to są kompozycje czysto instrumentalne („Road Blaster”. Pojawiający się z rzadka jego głos, wypada całkiem nieźle, wprawiając w stan rozmarzenia, ale na tym polu szaleją goście z niesamowitą Mai Lan, pojawiającą się aż czterokrotnie oraz Beck (hipnotyzujący „Time Wind”).

„Junk” potwierdza to, że na M83 warto uważniej zwracać uwagę na dzisiejszych parkietach. Przebojowe i chwytliwe, choć oldskulowe w formie. Ale nóżka wiele razy będzie się ruszała w trakcie granie tych kawałków.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rebeka – Davos

Rebeka-Davos

Polska scena elektroniczna staje się coraz bardziej bogata, co jest zasługą takich projektów jak Król, The Dumplings, Kamp! czy Bokka. Równie duet Rebeka, czyli Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny, którzy do tej pory wydali dwie EP-ki i właśnie wchodzi do półek ich drugi album.

Piosenek jest raptem 10, z czego jedna („Białe kwiaty”) jest śpiewana po polsku, a estetyką najbliżej do triphopu z początku lat 90. Otwierający całość „The Trip” jest taką wędrówką z dziwacznym tłem, eterycznym głosem Iwony i klaskanej perkusji, tworząc zmysłową i tajemniczą aurę, potęgowaną przez kosmiczne dźwięki w połowie utworu. A to dopiero początek podróży z „Davos”. Bardziej łamany jest „What Have I Done?”, gdzie perkusja w tle dosłownie strzela, choć to delikatne pociski, a idące falami klawisze natężają swój rytm, pod koniec wspierany przez gitarę elektryczną. „Falling” mogłoby powstać spokojnie przez Kamp! (uderzenia perkusji), jednak początek z przemontowanymi głosami wywołuje zdumienie. A kiedy wchodzi lightowa gitara, powstaje magia, której nie jest w stanie zatrzymać nawet zapętlenie pod koniec.

Mnie z całego albumu najbardziej urzekł odrobinę gitarowy „Perfect Man”, taneczne „Today”, zagadkowe „Who’s Afraid?” oraz wspomniane już „Białe kwiaty”, jednak reszta też jest jak najbardziej godna uwagi, ale w zależności od nastroju. „Davos” to spójna i miejscami mroczna płyta, która dla fanów elektroniki i poszukiwaczy nowych dźwięków będzie sporą satysfakcją.

7/10

Radosław Ostrowski

Król – Przez sen

970b457876faadd01436b71436384612

Jedna druga legendarnego duetu UL/KR konsekwentnie prowadzi swoją solową karierę, mając na dorobku dwie ciepło przyjęte płyty. Na początku tego roku, cichaczem wyszedł trzeci album pod wymownym tytułem „Przez sen”, który jest najkrótszym materiałem w dorobku Błażeja Króla.

Ale w ciągu niecałych 30 minut udaje się wytworzyć intrygującą, klimatyczną opowieść. Krótkie, elektroniczne intro nazwane „Sen 289” działa z jednej strony kojąco, a z drugie może uśpić czujniejsze umysły. I wtedy pojawia się wyciszona, ale sprawiająca wrażenie zapętlonej gitara w „Daj się uśpić”, do której dołączają niepokojące, wręcz surrealistyczna elektronika. Wrażenie nierzeczywistości jest potęgowane przez nakładający się wokal Króla, niczym echo odbite w studni. Podobnie jest z „Jawą”, gdzie pulsująca perkusja skontrastowana jest z „organowym” tłem, zmieniającym się w bardziej rytmiczny, niemal dyskotekowy rytm („strzelająca” perkusja, ejtisowska elektronika), pobrudzona przez coś przesterowaną gitarę oraz zmiennym tłem, nie dającym odetchnąć czy „Dla zabawy” z mroczniejszym wstępem i podkręconą elektroniką oraz tajemniczym żeńskim głosem melorecytującym.

Pewnym wytchnieniem są inne instrumentalne utwory ze słowem „Sen” w tytule, będące popisami tworzenia elektronicznych pasaży. Najlepsze jest spokojne „Jedno z nas” z ciepłym fortepianem oraz „kosmicznymi” dźwiękami niczym z pięknego snu, ale ten błogi sen trwa do połowy, gdy tło staje się mroczniejsze i niepokojące. Spokojnie zaczyna się też „Nie płacz” z wyciszoną perkusją oraz elektroniką przypominającą łączenie się z Internetem (niemal tak samo jest w zapętlonym „Za dużo/za mało”). Na finał dostajemy postrzelony „Nie waż się” – najbardziej eksperymentalny utwór w zestawie oraz najdłuższy instrumentalny utwór, czyli „Sen 49”.

Choć utworów jest niewiele, a teksty Króla są tak enigmatyczne, że każdy odbierze je indywidualnie, „Przez sen” jest strasznie intrygującym doświadczeniem. Mnie ten albumik zauroczył, ale jest to bardzo wymagające dzieło.

Radosław Ostrowski

Pablopavo Iwanek Praczas – Wir

pip-wir

Wydaje się, że z połączenia ognia i wody nic dobrego nie może powstać. Pablopavo znany z działalności solowej jak i z Vavamuffin, Anka Iwanek – śpiewająca w dancehallu oraz producent Praczas. Trio dość dziwaczne, a „Wir” wyjaśnia dlaczego.

Jest to muzyka bardzo oszczędna, wręcz minimalistyczna i kompletnie nieprzebojowa. Zupełnie inna niż to, do czego przyzwyczaili nas w oddzielnych projektach. Zarówno „Wstęp”, jak i tajemniczy „Październikowy facet” z niesamowitym rytmem (proste dźwięki gitary i perkusji) pokazują zupełnie nowe oblicze, przypominające bardziej skandynawskich twórców. Brudne i zapętlone „Zapadło”, bardziej kołysankowe „Nie ma snu” z mocnym bitem w połowie, a cały czas słyszalny jest dźwięk igły, jakby całość była grana na adapterze, tworząc specyficzny klimat. Im dalej, tym ciekawiej: rozkręcające się powoli „Strzępię” (w połowie utworu wchodzi marszowa perkusja i kosmiczna elektronika), „Pierwszy raz” z intrygującym sitarem na początku czy pokręcony, niemal taneczny „Pomnik”.

Każda piosenka to osobna, opowieść napisana w poetyckim, surrealistycznym stylu, kompletnie innym niż to do czego przyzwyczaił Pablopavo. Także jego wokal niczym nie zaskakuje, jednak Iwanek tak czaruje i magnetyzuje, że cała reszta wydaje się nieważna. Po prostu rewelacja. Tak jak cały „Wir”, ale wymaga to wiele skupienia oraz wysiłku. Niemniej jest to opłacalne osiągnięcie, dające ogromną dawkę satysfakcji.

8/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Blackstar

blackstar

David Bowie to postać, której wpływ na muzykę i kulturę nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Od lat 60. ciągle komponował i zaskakiwał każdym albumem, tworząc za każdym razem inną muzykę, odcinając się od poprzedniego dzieła. 3 lata temu zaskoczył wracając po 10 latach niebytu albumem „The Next Day”, a w miniony w piątek, obchodząc 69 urodziny wydał 26 album „Blackstar” razem ze stałym współpracownikiem, producentem Tonym Viscontim. W poniedziałek dotarła wiadomość, ze Bowie zmarł, więc troszkę bałem się odbioru albumu, który stał się muzycznym testamentem.

Bowie znowu zaskakuje i tym razem idzie w stronę jazzu, co widać w składzie muzyków (saksofonista Donny McCaslin, gitarzysta Ben Monden, klawiszowiec Jason Lindner i perkusista Mark Guillama). Utworów jest zaledwie 7 i całość trwa nieco ponad 40 minut. Pozornie wydaje się to drobiazgiem, ale już otwierający całość 10-minutowy „Blackstar” okazuje się kompletną niespodzianką. Delikatna gra harfy, przestrzenny i niski głos Bowiego i pulsująca, ale minimalistyczna elektronika. Jednak koło 1:50 pojawia się solo saksofonu, wtedy mocniej uderza perkusja, a około 4 minuty następuje wyciszenie i w połowie dochodzi do kompletnej zmiany klimatu, grając zupełnie inną melodię z łagodną gitarą i ambientowych klawiszy oraz nakładających się wokali. A w ostatniej minucie następuje teoretyczny powrót do początku, tylko spowolniony i okraszony fletami.

To jedyny taki dziwaczny i bardzo wymagający utwór, ale dalej jest jeszcze ciekawiej.  Psychodeliczny „‚Tis a Pity She Was a Whore” (troszkę przypominający „I’m Deranged”), wybrany na drugiego singla trip-hopowy „Lazarus” (najlepszy w całym zestawie) z proroczą pierwszą zwrotką („Look up here, I’m in heaven/I’ve got scars that can’t be seen/I’ve got drama, can’t be stolen/Everybody knows me now„) i największa niespodzianka, czyli zmodyfikowana (w porównaniu do pierwotnej wersji ze składanki „Nothing Has Changed”) oraz przyspieszona wersja „Sue (Or In a Season of Crime)”. A to jeszcze nie koniec. Elektroniczno-transowy „Girl Loves Me” pachnie klimatem spod znaku Davida Lyncha, nostalgiczne „Dollar Days” z delikatnym fortepianem oraz pełne pulsujących smyków i rockowego pazura „I Can’t Give Everything Away”. Produkcja tutaj serwuje tyle smaczków i detali, ze wyłowienie ich wszystkich nie jest możliwe.

„Blackstar” już teraz będzie wymieniane jako mocny kandydat na płytę roku 2016. Bowie prowadzi tutaj grę w kotka i myszkę, zwodząc coraz bardziej za nos. Na pewno jest to bardzo wymagający, ale i dający sporo satysfakcji materiał, jakiego jeszcze w tym rozpoczętym roku nie spodziewam się usłyszeć. Jeszcze do tej gwiazdy zajrzę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Daniel Bloom – Lovely Fear

500x500

Daniela Blooma znam jako kompozytora muzyki filmowej. Taki dzieła jak „Tulipany” czy „Wszystko, co kocham” pokazywały go jako twórcę zaskakującego, tworzącego muzykę odrobinę nostalgiczną, odrobinę jazzową. Tym większą niespodzianką był dla mnie jego solowy album, w którym ograniczył się do roli kompozytora i producenta.

„Lovely Fear” pachnie całkowicie elektroniką, za którą niespecjalnie przepadam. Jest ona z jednej strony przypominająca dokonania z lat 80., ale podskórnie wyczuwalny jest pewien niepokój. Czuć to od samego początku. „Hungry Ghost” zaczyna się dość spokojnie, klawisze zapętlają się, a druga część – bardziej instrumentalna – zaczyna świdrować i pulsować, dzięki perkusji oraz wplecionej, „łkającej” gitarze elektrycznej, zaś głos Jona Sutcliffe’a z The Sulk. Kosmiczny „Looking Forward”, który zaskakuje przestrzenią, ciepłem oraz niesamowitą aurą tajemnicy, a sam Bloom w roli wokalisty zwyczajnie czaruje i uwodzi. „How We Disapper”, też pulsuje dźwiękami przypominającymi kosmos (teledysk tylko podtrzymuje tą atmosferę), ale bardziej ciepłymi i miękkimi, zmierzającymi w stronę… r’n’b, gdzie znakomicie odnajduje się Gaba Kulka. Jedynym polskim utworem jest singlowa „Katarakta” – najbardziej mechaniczna, rytmiczna i… taneczna. Słabiej prezentuje się synthpopowe „Heartbreakers”, które za bardzo – jak dla mnie – idzie w taneczno-dyskotekowe klimaty. Kontrastem jest spokojniejsze i bardziej senne „Addicted” (w obydwu utworach śpiewa Tomek Makowiecki), z kolei tytułowy, transowy utwór zaskakuje szybkim tempem, pokręconym duetem perkusyjno-klawisowym i czarującym głosem Iwony Skraben z duetu Rebeka. Mój ulubiony numer. A na sam finał dostajemy przypominający łagodniejsze oblicz Tangerine Dream „Lemon Smile” z enigmatycznym głosem Marsiji.

Bloom pokazuje tutaj kompletnie nowe oblicze, ciągle zaskakując z utworu na utwór. Nie jest to tylko muzyka dla fanów elektroniki, a sam gospodarz niemal całkowicie dominuje nad materiałem. I jedno jest pewne – strasznie ta muzyka wciąga, uzależnia, doprowadza niemal do zatracenia się. Nie wiem, jak to się stało.

8/10

Radosław Ostrowski

New Order – Music Complete

Music_Complete

W New Order ostatnio doszło do perturbacji w składzie – w 2007 roku odszedł współtwórca zespołu, basista Peter Hook (zastąpił go Tom Chapman z Bad Lieutenant – pobocznego projektu Bernarda Summersa), a w 2011 wróciła grająca na klawiszach Gillian Gilbert. I w tym składzie grupa powraca z nowiutkim materiałem, bo poprzedni „Lost Sirens” to były odrzuty z nagranej w 2005 roku „Waiting for the Sirens’ Call”.

„Music Complete” jest nagrany dla nowej wytwórni grupy, czyli Mute, a od strony producenckiej – poza zespołem – odpowiada Tom Rowlands (połowa The Chemical Brothers) oraz Stuart Price. Jednak otwierający całość singlowy „Restless” brzmi jak typowy New Order. Średnie tempo, rytmiczny bas oraz wszędobylskie, charakterystyczne dla tej grupy elektroniczne pasaże – taka typowa nuta do tańca. „Singularity” to już pewna zmiana – niepokojące, wolne uderzenia perkusji, tykające klawisze i imitacja fletu. Wtedy pojawia się współczesny beat (nie irytujący) oraz bardziej wyrazista gitara – słychać wpływ Rowlandsa (perkusja oraz różne, krótkie udziwnienia samplowe oraz przestrzenny syntezator), który będzie nam towarzyszyć niemal do samego końca. Komputerowo-pulsujący „Plastic” (świetne intro), gdzie ciepły głos Bernarda Summera jest wspierany przez – pojawiającą się w tle Elly Jackson (znaną jako La Roux), która jeszcze się tu przejawi w następnych dwóch utworach – „Tutti Frutti” (troszkę dyskoteka z początku lat 90. i zgrabnie wplecione smyczki) oraz równie intrygującym „People On The High Line” z funkową gitarą oraz skaczącym fortepianem przypomina… Pet Shop Boys.

Podobną niespodzianką jest „Stray Dog” z garażową gitarą, nerwowym rytmem, mechaniczna perkusją i Iggym Popem, który melorecytuje i dlatego dobrze odnajduje się w tej otoczce czy „Nothing But a Fool” zaczynający się… z westernową gitarą akustyczna. „Academic” to już bardziej tradycyjny New Order z gitarą (elektryczną, akustyczna i basową), tak samo „Unlearn This Hated”, który próbuje być drugim „Blue Monday” (podobny perkusyjny rytm), a na koniec dostajemy „Superheated” z Brandonem Flowersem (o dziwo, nieźle wypadł).

„Music Complete” to przykład na to, że legendarny New Order próbuje eksperymentować i modyfikować swoje brzmienie. Najciekawsze były te utwory wyprodukowane przez Rowlandsa i jeśli ta współpraca będzie kontynuowana, zespół może zyskać nowym fanów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kristine – Kristine

Kristine

Za muzyką elektroniczna nie przepadam, co jest chyba spowodowane tym, że uważałem (i nadal uważam) za muzykę najszybciej starzejącą się. Jednak czasami decyduje się opuścić swój muzyczny kokon, by sprawdzić współczesnych zabawiaczy syntezatorów. I tak trafiłem na Greczynkę Kristine.

O tym, ze będziemy mieli do czynienia z raczej oldskulową elektroniką można stwierdzic po okładce – ręczny podpis w kiczowatym kolorku na czarnym tle. Synth pop pełną gębą przypominający dokonania szalejących wtedy na parkietach Giorgio Morodera czy Harolda Faltenmeyera – nakładające się klawisze, taneczna, elektroniczna perkusja oraz te gitarowe riffy – tak się zaczyna album. „Modern Love” brzmi tak staroświecko, ale nie czuć tutaj naftaliny.  Podobnie w bardziej niepokojącym „The Danger” z mocniejszą perkusją oraz pulsującą złowrogo elektroniką zmieszaną z pasażowymi riffami. Nie mogło też zabraknąć cieplejszych dźwięków („Summer Long Gone”), przebojowych strzałów („The Rhythm of Love” ze świetnym basem oraz funkową gitarą czy brzmiące jak nagranie z adaptera „Radio”) oraz – obowiązkowego dla tego gatunku muzyki – kiczu (finałowe „Last Man Standing”), jednak w kontrolowanej i bezpiecznej dawce.

Dodatkowo jeszcze brzmiący niemal „z epoki” wokal samej Kristine – delikatny, zmysłowy i nawet jak wydaje się bardziej ekspresyjny, to nadal w stylistyce lat 80. Trudno wyróżnić poszczególne utwory, bo jest to spójne i bardzo klimatyczna muzyka w starym stylu. Potwierdza to, ze moda na muzykę z tego okresu nie przeminęła. Na szczęście.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Years & Years – Communion

Communion

Kolejni debiutanci chcą zaistnieć w tym roku. Grupę założyli pięć lat temu, pochodzą z Anglii i Australii, nagrali do tej pory pięć EP-ek. Jest ich trzech: wokalista Olly Alexander, basista Mikey Goldsworthy i klawiszowiec Emre Turkmen. Więc czy panowie mają coś do powiedzenia?

Też bawią się elektroniką, ale wolą bardziej popowe zacięcie, co już słychać w intrygującym „Foundation” z pulsującymi klawiszami w tle. A dalej są próby różnorodności – klaskanie („Real”), dyskotekowa elektronika z lat 80. (pulsujący „Take Shelter”), łagodne pasaże („Shine”), przytulańce w estetyce r’n’b („Worship”), delikatny fortepian („Eyes Shut”) i niebezpieczne skręty w tandetny pop (banalne „Ties” czy dyskotekowy „Desire”). Nudno zaczyna się robić w środku płyty, gdyż piosenki zaczynają się zlewać, jednak pojawia się zarówno niezła melodia, jak i wyraźniejsze uderzenia perkusji („Border”). Najciekawsze są jednak utwory z wersji deluxe, z czego aż dwa w wersji akustycznej. Chilloutowe „1977”, imprezowe „I Want to Love” (całkiem niezłe) czy etniczny „Lion” sprawiają, że „Communion” są całkiem przyzwoitym albumem na lato.

Nie jest to jakiś album, który zostanie na długo, ale stanowi całkiem niezłe tło dla obecnej pogody – pełnej słońca i ciepła. I tyle wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski