Son Lux – Bones

Bones

Tego artystę poznałem po raz pierwszy dzięki ścieżce dźwiękowej do filmu „Zniknięcie Eleanor Rigby”. Elektroniczne pasaże współgrały z wydarzeniami ekranowymi, jednak Son Lux działał już prężnie na scenie muzyki elektronicznej. Tym razem muzyka wsparli gitarzysta Rafiq Bhatha oraz perkusista Ian Chang, z którymi nagrał poprzednią płytę.

Zaczyna się od krótkiego intra, bo inaczej nie można nazwać „Breathe In”. Pomruki wokalne, przerobione smyczki, delikatna gitara – to wszystko w niecałą minutę.”Change Is Everything” zaczyna się od mocnych „strzałów” klawiszy i perkusji, do którego dołączają się przemielone głosy, co brzmi przestrzennie i kosmicznie. Bardziej dyskotekowy jest „Flight” z „latającą” elektroniką oraz mocnymi popisami perkusji. Psychodeliczny i dość głośny wstęp do „You Don’t Know Me” zaskakuje melodyjnością, a potem dochodzi gitara elektryczna, perkusja, żeński wokal, a im dalej, tym dziwaczniejsze eksperymenty. Orientalna perkusja oraz odmierzanie czasu („This Time”) z nakładającym się żeńskim głosem, elektroniczna perkusja oraz dziwaczne pomruki („I Am The Others”), przesterowany wokal („Your Day Will Come”), szybsza gra gitary elektrycznej („Undone”), pokręcone smyczki („White Lies”). Jednak mimo eksperymentalnego charakteru, Son Lux nie zapomina o melodii, która wpada w ucho.

Głos też ma czarujący i intrygujący, współgrając z klimatyczną muzyką. „Bones” to na pewno wielkie przeżycie, nie tylko dla fanów muzyki elektronicznej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jamie xx – In Colour

In_Colour

Fani zespołu The xx mogli się zmartwić, że jedna trzecia tego zespołu postanowiła wydać solowy album. Jamie już wcześniej nagrał płytę poza swoją macierzystą formacją, ale „In Colour” to samodzielny debiut.

I tak jak w macierzystej formacji, jest to muzyka elektroniczna wszelkiej maści, gdzie dominuje instrumentalność. Otwierający całość „Gosh” z przerobionym głosem, rytmicznymi perkusjonaliami oraz pomrukami w tle, które się nasilają, imitacja dzwonków telefonów komórkowych („Sleep Sound”), łagodząca elektronika pozwalająca na delikatny chillout, chociaż uderzenia perkusji mogą zaburzać ten spokój. Rozmarzonym słuchacza spodoba się karaibski w klimacie „Obvs”, gdzie słyszymy także klaskanie oraz przestrzenne rozchodzenie się dźwięku. Stylem i estetyką przypomina to The xx pod względem konstrukcji poszczególnych utworów (krótkie „Just Saying”), ale nie brakuje też potencjału przebojowego (pulsujący „Stranger in a Room” z gitarą elektryczną w tle) i odrobiny mroku (mechaniczny „Hold Tight”, gdzie pojawiają się m.in. rozciągnięte dęciaki), a także nietypowych dźwięków jak ludzki gwar i uderzenia o szklanki w „Loud Places” czy syrena policyjna w „The Rest is Noise” .

Chociaż nie ma jako takiego tekstu, nie oznacza braku wokalu, który przewija się tu i ówdzie (Romy oraz kolega z The xx Oliver Sim oraz raperzy Young Thug i Popcaan), co tworzy intrygującą mieszankę. Nie jestem wielkim fanem muzyki elektronicznej, ale Jamie xx bardzo przekonał mnie do siebie. Przestrzenność dźwięków, spójny klimat oraz bardzo równy poziom całości. Trzeba czegoś więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Martin Gore – MG

MG

Tego człowieka znają wszyscy zespołu Depeche Mode. Gore gra tam na klawiszach i jest kompozytorem muzyki. Tym razem jednak postanowił spróbować swoich sił solo, nagrywając drugi autorski album.

Jest to płyta instrumentalna, z muzyka elektroniczną. I mimo braku słów, jest to bardzo bogaty i przestrzenny album. Otwierający całość „Pinking” to mieszanka starego z nowym – nawarstwiające się pasaże, łagodny początek oraz mroczniejsze tło z chóralnymi wokalizami. Bywa też bardzo ciężko, wręcz industrialnie („Swanning”), strzelającej perkusji („Exalt” i „Brink”), „maszynowego” tła (staroszkolny „Elk”) oraz chłodu (pulsujący „Creeper”). Kompozytor potrafi tworzyć melodie, a całość ma klimat filmu SF. Dodatkowo Gore śledzi to, co się dzieje we współczesnej elektronice, a nie przypomina tylko stylistykę lat 80. Eksperymenty te słychać od „Spiral”, gdzie rytm łamie się, a przyjemne i szybkie „zwrotki” ustępują miejsca cięższym refrenom. Podobnie jest ze „Stealth”, gdzie do rozwarstwionej i chwytliwej melodii wpleciono dzwoniący telefon, a także pojawi się techno („Islet”, „Crowley”) oraz ambient („Southerly” i „Blade”).

Całość mimo różnorodności, jest bardzo spójna i świeża. Gore jako jedyny z członków Depeche Mode, przy solowej produkcji postanowił nie śpiewać, co jest wielką zaletą. „MG” powinien zadowolić nie tylko fanów elektronicznego grania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Prodigy – The Day is My Enemy

The_Day_Is_My_Enemy

Każdy fan muzyki elektronicznej lat 90. zna The Prodigy – zespół, który spopularyzował techno nie tylko w Wielkie Brytanii. Ekipa prowadzona przez Liama Fowletta postanowiła o sobie przypomnieć po sześciu latach przerwy z nowym materiałem.

Mocne i agresywne bity, perkusyjne łamańce oraz jednocześnie bardzo chwytliwe, melodyjne i taneczne numery – to wszystko jest tutaj. I te wszystkie dziwaczne eksperymenty słucha się zaskakująco dobrze. Zarówno w otwierającym całość utworze tytułowym (gdzie wokalnie udziela się Martina Topley-Bird) czy w singlowym „Nasty” (ładne w środkowej części spowolnione trąbki oraz „przemielone” smyczki). A dalej jest jeszcze ciekawiej – typowe dla techno mocne walenia perkusji (przebojowe „Rebel Radio” z dość łagodnymi klawiszami, skręcającymi w orient) oraz agresywne i nakładające się elektroniczne dźwięki (mocno dyskotekowa „Ibiza” czy delikatny wstęp w „Destroy”), a nawet jeśli są łagodniejsze momenty, to bardzo krótkie (pachnący latami 80. początek „Wild Frontier” czy najmniej agresywny „Roadblox”). A z żywych instrumentów jest tylko gitara elektryczna („Invisible Sun”) oraz wokale Keitha Flinta oraz Maxima,tworząc mocny koktajl elektroniczny.

Złośliwie powiedziałbym,że The Prodigy grało dubstep jeszcze, zanim się to nazywało dubstepem. „The Day is My Enemy” to ten rozpoznawalny styl grupy i ci,którzy kochali ich dwie dekady temu, odnajdą się tu jak ryba w wodzie. Wariacki eksperyment, który skupia uwagę do ostatniego dźwięku. Strasznie uzależnia.

7/10

Radosław Ostrowski

Natalia Kukulska – Ósmy plan

Natalia_Kukulska__Osmy_Plan_2015

Ta wokalistka od kilku lat kompletnie zmieniła stylistykę, idąc  w stronę elektroniki, co zdecydowanie jej przysłużyło. Kukulska konsekwentnie trzyma się tej stylistyki, co potwierdza swoim kolejnym materiałem.

Uprzedzam, nadal potrafi nagrać utwory z potencjałem radiowym, co pokazuje otwierający całość „Pióropusz” z szybką grą cymbałków. Po drodze spotkamy różne dziwaczne dźwięki, obrobiony głos aż po zimną nową falę („Na koniec świata”). Owszem, zdarzy się tandetna perkusja („W nosie”), a nawet wejdzie na chwile żywe instrumentarium (fortepian w „Chowam się”), ale w tym szaleństwie jest metoda. nakładające się dźwięki, niepozbawione mroku („So Natural”), czasem pomysłowych nałożeń głosów (refren „Miau”) czy wplecionych w całość smyczków („My”) i tak te jedenaście piosenek przelatuje koło ucha. Jedyne, co nie do końca mi pasowało, to „Zaopiekuje się mną”, które nie pasuje tutaj do całości, aczkolwiek jest to nieźle wykonany cover (refren wykonał Krzysztof Zalewski).

Pozytywnie zaskakuje tutaj zarówno wokal Natalii (idealnie zgrany z całością), jak i dojrzałe teksty. Owszem, to jest nadal pop, ale z ambicjami. Za to drugą niespodzianką jest drugi krążek, zawierający utwory na żywo, wykonane z… Atom String Quartet (kwartet smyczkowy). I to rzeczywiście bardzo emocjonalne i zaskakujące aranżacyjnie piosenki (głównie z tej płyty, ale jest też „To jest komiks”), które nie sprawiają wrażenia balastu. Plan wypalił i to jedna z ciekawszych polskich płyt tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski


John Carpenter – John Carpenter’s Lost Themes

John_Carpenters_Lost_Themes

Nazwisko John Carpenter jest znane niemal każdemu pasjonatowi kina. Ten uznany reżyser kina klasy B, swoje największe osiągnięcia realizował w latach 70. i 80., tworząc takie kultowe filmy jak „Halloween”, „Coś” czy „Ucieczka z Nowego Jorku”. Carpenter także tworzył muzykę do swoich dzieł, potęgując klimat swoich dzieł. Tym razem wyszedł album zawierający „zaginione tematy” reżysera, a w ciągu tych ponad 40 lat się tego nazbierało.

Utworów jest tylko 9, jednak siłą jest tutaj klimat połączony z melodyjnością oraz mrokiem. Carpentera wsparli tutaj Cody Carpenter (multiinstrumentalista z zespołu Ludrium) oraz Daniel Davies, który współpracował przy tworzeniu muzyki do „Ja, Frankenstein”. Słychać to już w otwierającym całość „Vortex”, gdzie zarówno chwytliwy motyw pianistyczny wspierany przez pulsującą perkusję tworzy atmosferę osaczenia (może przeszkadzać dyskotekowy bit). Dołącza się potem krótko wchodząca gitara elektryczna oraz nawarstwiająca na siebie elektronika w różnym rytmie i tempie (z dziwacznymi wstawkami w tle) – i robi się naprawdę nieprzyjemnie.

Lekko magicznie robi się na początku „Obsidian” za pomocą „dzwoneczków”, jednak tak naprawdę jest to zapowiedź niepokoju, spotęgowana przez mocniejsze ciosy perkusji, niemal pulsującej gitary oraz niepewnego fortepianu. A to dopiero jest pierwsza minuta, gdyż coraz mocniej odzywają się gitary współgrające z pozornie łagodnymi nutami syntezatora. Ale w okolicach 2:20 robi się jak w horrorze – pulsujące, ambientowe tło (jakby bicie), rytmiczna, jednak spokojna gra perkusji oraz monotonne uderzenia fortepianu zapowiadają odrobine przerwy, to jednak zmyłka i nakładające się gitary z dzwonkami zapowiadają gonitwę. I pojawia się wtedy delikatna gra fortepianu oraz dźwięki wody – cisza przed niepokojącą burzą (organy oraz basowa gitara), serwujący prawdziwy, mroczny rollercoaster aż do samego końca.

Bardziej melodyjne jest „Fallen”, gdzie w całości słyszymy nakładające na siebie elektroniczne melodie, ale w połowie wchodzi gitara elektryczna z nakładkami dźwiękowymi. „Domain” balansuje na granicy kiczowatości (wspólne wejścia gitary, organów oraz perkusji), idąc w stronę nawet taneczną (ta perkusja oraz zapętlone klawisze) czy w tajemniczym „Mystery”. Nie brakuje też pełnego, niemal orkiestrowego rozmachu, imitowanego w „Purgatory”.

Więcej nie będę wam zdradzał, gdyż jest to muzyka, która idealnie sprawdziłaby się w kolejnej fabule Carpentera. Jeśli chcielibyście znać inspiracje Trenta Reznora czy Cliffa Martineza, to przesłuchajcie „Lost Themes”. Myślę, ze nie tylko jest to album dla fanów muzyki filmowej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Archive – Restriction

Restriction

Bardzo popularna w Polsce grupa Archive po rocznej zwyżce formy w postaci “Axiom” nie odpuszcza i już teraz pojawia się ich najnowszy, dziesiąty album “Restriction”, przy nagrywaniu którego pomógł dawny współpracownik Jerome Devoise. Jak tym razem wypada brytyjska grupa z Londynu?

Postanowiła bardziej pójść w elektronikę, nie pozbawionej znamion przebojowości. Jest to już słyszalne w bardziej gitarowym „Feel It” czy mieszającym gitary z klawiszami utworze tytułowym, gdzie dominuje prosta i zapętlająca się linia melodyczna (perkusja robi się dziwaczna). Także singlowy „Kid Corner”, gdzie muzycy bawią się elektronicznymi dziwadłami oraz „strzelającą” perkusją robi świetne wrażenie. I kiedy wydaje się, że będzie dynamiczna dyskoteka, następuje wyciszenie w postaci „End of the Days” z bardzo delikatną elektroniką oraz wyciszonym głosem Holly Martin, do którego w połowie (poza przestrzennymi wokalizami) dołącza elektroniczna perkusja. W podobnym tonie jest rozmarzony „Third Quartet Storm”, który w połowie brzmi groźnie (nieprzyjemne pomruki), by się wyciszyć (jazzowa perkusja, wyciszone głosy) oraz niemal pianistyczny „Half Built Houses”.

Dalej jest kolejna wolta – pulsująca perkusja, pomruk w tle oraz wybijająca się gitara, czyli „Ride In Squares”. W środku dzieją się mocniejsze wejścia elektroniki i wtedy wkracza dynamiczny – jak na tą grupę – „Ruination”, gdzie cały zespół wybrzmiewa tak jak w pulsującym „Crushed” przerywanym mocniejszymi wejściami gitary. A wtedy wycisza się wszystko w „Black and Blue”, by rozgrzać się w finale, który po prostu wgniata w fotel.

Wszystko tutaj gra i już na chwilę obecną mogę śmiało stwierdzić, ze nowy Archive będzie walczył o miano płyty roku 2015. Elektroniczno-rockowa mieszanka się sprawdza, wokale Holly oraz Pollarda Berriera, melodyjność, poczucie przestrzeni – po prostu bardzo dobry i bardzo piękny album.

8,5/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Nothing Has Changed The Very Best Of Bowie

Nothing_Has_Changed

Ten brytyjski wokalista od ponad 40 lat zaskakuje, eksperymentuje i ciągle czegoś szuka. W zeszłym roku przypomniał się swoim fanom nowym albumem „The Next Day”. Jednak tym razem postanowił wydać kompilacje zawierającą najważniejsze utwory z jego bogatego dorobku, tylko ułożoną w odwrotnej kolejności.

Trzy płytowy box „Nothing Has Changed” zaczyna premierowe „Sue (Or In a Season of Crime)”, który jest… jazzowym utworem, gdzie wokalistę wspiera orkiestra Marii Schneider. A im dalej w las, tym bardziej sięgamy do początków. Nie brakuje utworów w wersji radiowej, remiksów („Love Is Lost” z klaskanym początkiem) oraz kompletnego pomieszania z poplątaniem. Rock miesza się z elektronika, dyskotekowym popem. W zasadzie mógłbym ograniczyć się do wymienienia tytułów takich jak „Rebel Rebel”, „Heroes”, „Ziggy Stardust”, „This is Not America” czy z ostatniej płyty „Where Are We Now?”. Są też bardziej nastrojowe ballady (niemal pianistyczny „Shadow Man” czy gitarowy „Survive”), mroczna elektronika („I’m Afraid of Americans” czy „The Hearts Filtyhy Lessons”) jak i bardziej imprezowe numery (lekko funkowy „Jump They Say” czy nieśmiertelne „Let’s Dance”).

Mógłbym pisać więcej, ale tytuł mówi wszystko: nic u Bowiego się nie zmieniło. Ciągle eksperymentuje i szuka nowych rzeczy, jednak jakimś cudem udaje się stworzyć przebojowe kawałki. Jak on to robi? Nie mam pojęcia.

Radosław Ostrowski

Skalpel – Transit

Transit

Niby jest to duet (Marcin Cichy i Igor Pudło) grający jazz, ale wykorzystują w swoim brzmieniu elektronikę, gdyż są didżejami. Ale zrobili sobie dość długą przerwę, bo aż 9 lat. Przypomnieli sobie o fanach i postanowili wydać trzeci album – „Transit”.

I w zasadzie robią to, co zawsze – wykorzystują jako sample jazzowe dźwięki i przeplatają to elektroniką. I słucha się tego świetnie, ale jest jedna poważna zmiana: panowie wykorzystują też wokalizy, czego wcześniej nie było (m.in. w delikatnym „Sea”). Trąbki, kontrabas i perkusja w tym przypadku to standard, ale jest tutaj kilka zaskakujących melodii takich jak „Saragossa” z hiszpańską gitarą czy mambo w utworze tytułowym z pulsującym bitem, czarującym wibrafonem oraz niemal etniczną perkusją zmieszaną z klaskaniem. Każdy utwór to jakaś mniejsza niespodzianka. A to skręcimy w psychodelię jak w utworze „Sigma”, będąca kolarzem współczesnego bitu, wokaliz, mocniejszych wejść dęciaków oraz skrzypiec, dostaniemy nieczystości jakby z gramofonu („Surround”), chwytliwej gry perkusji (delikatny „Switch”) czy trochę dziwacznych skrzypiec („Siesta”). Uderza tutaj wyciszenie, spokój, a jednocześnie dźwiękowe bogactwo, niepozbawione dynamiki („Simple” czy bardzo delikatne „Sound Garden”).

12 kompozycji, które potrafią naprawdę oczarować, choć rzadko sięgam po muzykę jazzową. Skalpel miesza stare z nowym i nawet sample brzmią tu bardzo naturalnie. Jeszcze nie raz do „Transitu” będę wracał, to pewne.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Amy Lee & Dave Eggar – Aftermath

Aftermath

Wokalistka grupy Evanascence to jeden z bardziej wyrazistych rockowych głosów ostatniej dekady. Jednak tym razem wzięła udział w dość nietypowym przedsięwzięciu. Została poproszona o napisanie muzyki do filmu „War Story”. Film to historia wojennego fotoreportera, który wraca do domu po wydarzeniach z Libii. Lee wsparł kompozytor Dave Eggar.

Początek jest dość pulsujący i rytmiczny „Push the Button” oparty na mocnej elektronice oraz wokalowi Lee. Dalej mamy bardziej konwencjonalne dźwięki, skręcające w Orient wiolonczelę (elegijny „While Out” oraz refleksyjny „Remember to Breathe”), cymbały („Dark Water” z tajemniczą wokalizą Maliki Zarra). Czasami dochodzi do mieszania egzotyki z elektronika jak w „Dark Water”, gdzie jeszcze swoje robi gitara elektryczna. Jednak emocjonalność i intensywność smyczków jest naprawdę silna („Between Worlds”), czasem zagra delikatnie fortepian („Drifter” oraz skręcający w stronę dynamiki „Can’t Stop What’s Coming” z wokalizami Amy). Elektronika chyba ma podkreślać wojenne koszmary (filmu niestety nie widziałem) bohatera, a piosenki śpiewane przez Lee brzmią bardzo interesująco (najlepsza zdecydowanie „Lockdown”), a wyciszający finał („After” z odgłosami jadących samochodów) działa porażająco.

Nie wiem jak działa poza ekranem, ale „Aftermath” sprawia wrażenie solidnego dzieła pełnego bardzo ponurego klimatu. Jeśli nie boicie się mieszanki elektroniki z wiolonczelą i odrobiną rocka, nie powinniście czuć się rozczarowani. A pół godziny to czas optymalny.

7,5/10

Radosław Ostrowski